Panstwo labedziowie

ide z psiskiem na spacer a nad stawem, w trawie pani labedziowa najwyrazniej siedzi na jajkach! jak krolowa. pies zaintrygowany ciagnie w strone labedziowej, a ja ciagne psa od labedziowej, bo wiem, czym to grozi. labedziowa lekko zaklekotala dziubkiem a mezunio juz sie napial, szyje naprezyl i mierzy nas wzrokiem, oj mierzy…

mowie do psa stanowczo: idziemy! idziemy! to sygnal, ze nie ma mowy o szczekaniu. czasem sygnal dziala, czasem nie. na szczescie tym razem zadzialal, pies sie opamietal i obeszlismy rodzine labedziow bez awantury.

pomiedzy

co roku na Wielkanoc walcze z soba: robic – nie robic? chodzi o zurek, o jakis tam mazurek, pisanki, przygotowanie sniadania wielkanocnego, bialego obrusu…. chlopakom nie zalezy, wracz przeciwnie, zurek jedza, bo tak trzeba, luby zje go ”z milosci”, mazurek wszyscy pochawala, jaki ladny, a potem jedza go albo goscie, albo ja sama. w tym roku nie mamy gosci, ale jest pies – moze on mi pomoze…

robic – nie robic?

w tym roku wyjatkowo mi sie nie chce.

wczoraj przemoglam sie do mazurka.

dzis rano na szybcika zagniotlam ciasto do sernika, po swieconce mase serowa, po poludniu sernik sie upiekl.

z zurkiem walczylam. musialam isc z psem dwa razy na spacer, zeby w koncu sie zdecydowac. o 21.00 skonczylam gotowac.

pieknie pachnie. ja tak uwazalam. panom ”smierdzi” (chlopaki nie owijaja w bawelne ) badz ”mocno pachnie” (luby jest delikatniejszy).

i znow jakies wewnetrzne poczucie obowiazku wzgledem tradycji zmusilo mnie do ugotowania tego minimum.

drabinka przeciwpozarowa

po tym, jak wczoraj przeczytalam o 10-letnim dziecku, ktore zginelo w pozarze domu… zamowilam Bizonowi drabinke przeciwpozarowa. bo on by z poddasza nie zdolalby uciec, gdyby nas takie nieszczescie jak pozar dopadlo. i czujniki przeciwpozarowe dwa tez jeszcze zamowilam.

jak drabinka przyjdzie, to… trzeba bedzie z Biozem chyba przecwiczyc schodzenie po drabinice z trzeciego poziomu. az mnie mdli jak o tym mysle. ale trzeba…

co ja za to chce

jakis czas temu pani od planowania opercji spytala, czy bym zadzwonila do polskiej pacjentki, zeby ja zaprosic na operacje-spontana, bo jakis inny pacjent z planningu wypadl. no pewnie. zadzwonilam, pacjentka sie bardzo ucieszyla, ze operacja sie odbedzie szybciej niz myslala i spytala, czy bym zgodzila sie byc jej tlumaczka w szpitalu, bo bala sie, ze czegos moze nie zrozumiec. no pewnie, nie ma sprawy. dalam jej moj nr tel. i powiedzialam, zeby zadzwonila, gdyby mnie potrzebowala. tak sie fajnie zlozylo, ze operowal ja moj ulubiony chirurg, z ktorym wspolpracuje na polu naukowym. chirurg pacjentka zachwycony, w ogole cala ekipa w szoku, bo pani trzy dni po bardzo powaznej operacji wyglada jakby ze spa wyszla – srodki przeciwbolowe raz dwa odstawila, zaczela chodzic, jesc i tryska optymizmem i radoscia. to i ja zadowolona, ze taka latwa rola mi sie trafila; gorzej byloby by byc tlumaczem w sytuacji, gdzie sa problemy. a tak, posmialam sie z pacjentka, pogadalam z nia – taki mily przerywnik w mojej pracy zawodowej… w miedzy czasie wypelnilam jej wniosek do gminy o pomoc domowa, obiecalam, ze we wtorek zadzownie do gminy i spytam, co i jak.

wczoraj zegnam sie z pacjentka a ona pyta sie mnie: a ile ci sie nalezy za ta pomoc?

zaniemowilam. nic. dlaczego mialoby mi sie cos nalezec… chcialam, to pomoglam i juz.

wracalam do mojego biura z takim zadziwieniem w srodku. zdziwilo mnie pytanie tej kobiety… przeciez to normalne, ze jak moge, to pomoge…

********************

dwa tygodnie temu zmarla z powodu powiklan pocovidowych moja przyszywana ciocia, najlepsza przyjaciolka mojej mamy. dwa dni temu jej maz, moj przyszywany wujek. przyszywani, a jak cieplo ich wspominam… szczegolnie taki obraz mi utkwil w pamieci: jestemy w gosciach i cioci i wujka. ciocia jeszcze cos wieczorem prasuje, a jednoczesnie rozmawia z moimi rodzicami. ja juz leze w lozku, ale przyglam sie, przysluchuje sie rozmowom. w pewnym momencie ciocia uderzyla sie w glowe i otwarta szafe. a moj wujek podbiegl do niej i pocalowal jak male dziecko, w stluczona glowe. taka czulosc. milosc. to i laczylo. odeszli prawie razem. wspolczuje ich dzieciom. stracic rodzica to straszny bol. a oni stracili i mame i tate w tak krotkim odstepie czasu.

Swoj.

zanim pies dolaczyl do naszej rodziny, mialam roznego rodzaju obawy, m. in. dotyczace higieny. nauczona bylam, ze po glaskaniu psa / kota nalezy myc rece, bo bakterie, bo sie liza, jak to mama mawiala ”pod ogonem” i kto tam wie, co w ich slinie, itd. poza tym zwierzeta maja swoje zapaszki, ktore nie zawsze musza sie podobac. no ale jak tu myc po KAZDYM glaskaniu rece???? toz by mi wyschly na amen. i cala otoczke naturalna bym zdarla, gdybym tak czesto myla rece. bo zanim jeszcze mielismy psa, ja juz wiedzialam, ze bede go czesto glaskac;) i nie pomylilam sie.

mamy psa i higiena legla.

nasz pies jest SWOJ. i moze wskakiwac do lozka, moze spac razem z dziecmi, moze siedziec z nami na kanapie – ba, ja juz sobie nie wyobrazam siedziec na kanapie bez psa! i nie, nie myje rak po glaskaniu NASZEGO psa. on jest tak zintegrowany z nami, ze po prostu nie odczuwam, ze on jest ”innym organizmem”. przytulam go, caluje, wtulam w niego nos i w ogole sie nie brzydze. i uwielbiam to uczucie. uwielbiam zapach naszego psa, jego siersc, jego dotyk, namolny pyszczek, lapki, ktore miziaja:)

dzis zrobilam psu swinstwo: wypralam mu poduszke i kocyk. pies sie obrazil. spi na dywanie. ech… on nie rozumie, ze posciel czasami nalezy odswiezyc;)

Notatniki

z okazji urodzin dostalam dwa piekne notatniki. jeden z skory (uwielbiam ten zapach), drugi z ozdobami w stylu gotyckim. format B5.

i nie wiem, co ja mam w nich notowac.

codzienne zapiski (zakupy, sprawy do zalatwienia) spisuje… ”ekologicznie”: na kopertach pozostalych z korespondencji z banku, ubezpieczalni, itp. taki mam zwyczaj i wygodnie mi z nim. latwo wziac taki papierek ze soba niz caly notatnik.

mam jeden maly notatniczek, w ktorym zapisuje pomysly na prezenty albo ewentualnie, jak przygotwuje jakas impreze, to spisuje do kogo musze zadzwonic, co musze zamowic, ale najwyrazniej malo spraw organizuje, bo ten notatniczek (polowa z B5) mam juz od jakis 5 lat i jeszcze polowy nie zapisalam.

tak sie zastanawiam… czy Wy takie notatniki macie i uzywacie? a jesli tak, to co w nich takiego zapisujecie???

bo ja mam dwa piekne notatniki i jedyne, co mi przychodzi do glowy, to przekazac je dalej, a szkoda mi;) za ladne sa, zeby je komu oddac:DDD

byc bezdzietna na kilka dni

dzieci maja tydzien ferii. jako ze mam strasznie duzo pisania i czytania i jako ze i tak nic ambitnego bym z dziecmi nie mogla zrobic (bo wszystko pozamykane), wyslalismy dzieci do tesciow. na piec dni. dzis mija drugi dzien. spokoj. blogi spokoj. czuje okropne wyrzuty sumienia, bo jak to jest: chce czlowiek miec dzieci. ba, ja marzylam o dzieciach. o trojce. od zawsze. mam raptem dwojke i co? i ciesze sie, ze mam. ale ciesze sie tez, gdy te kilka dni w roku moge nacieszyc sie cisza. prawdziwa cisza…

wykonczona i samotna

kiedy bylam z dziecmi w domu, nie raz czytalam jaki to luksus, jak to matka niepracujaca zawodowo ma dobrze, ze nie ma prawa byc zmeczona, ze co maja powiedziec kobiety, ktore oprocz dzieci i domu, maja jeszcze prace zawodowa. kiedy bylam z dziecmi w domu, moglam opisywac ile chcialam, tlumaczyc ile chcialam, dlaczego ja, matka ‚siedzaca’ w domu, jestem padnieta. nikt, oprocz matek ”siedzacych w domu” mnie nie rozumial.

teraz chodze do pracy. od 6 lat. i teraz moge objektywnie ocenic jak to jest byc matka ‚siedzaca’ w domu i matka zawodowo aktywna.

w skorcie: nie wiem jak ja wytrzymalam to siedzenie w domu. patrze wstecz i… sama siebie podziwiam. bo siedzac w domu bylam wykonczona i bardzo, ale to bardzo samotna. siedzac w domu, nie mialam czasu siasc. moze dlatego, ze bylam matka ambitna? a moze dlatego, ze ja po prostu nie umiem siedziec? moze dlatego, ze mialam dwoje malych dzieci, ktore wychowywalam bez asysty babc, nian i sasiadek, i w asyscie dzieci chodzilam do fryzera, dentysty, kupowac ubrania? moze dlatego, ze uwazalam, ze skoro siedze w domu, to dom ma byc lsniacy, pachnacy, perfekcyjny? moze sama sobie narzucilam taki rygor, ze zawsze mialam rece pelne roboty… moze i tak. ale nie to mnie meczylo. to mnie chyba ratowalo przez szalenstwem. teraz dopiero widze, jak meczyla mnie samotnosc. jak mnie ciagnelo do ludzi. dlatego lazilam z dziecmi po placach zabaw, malpich gajach, bibliotekach, targach, muzeach… byle spotkac ludzi, byle z kims pogadac, posmiac sie, zamienic slowo.

teraz, gdy pracuje ma pelny etat, mam czas, zeby z szefem wypic kawe, zjesc lunch, pogadac, siasc, uslyszec swoje walsne mysli. teraz potrafie odpuscic porzadki, perfekcyjne gotowanie; teraz dzieci wynosza smieci, odkurzaja, luby sporzata po obiedzie, robi sniadania… teraz mam te chwile dla siebie.

ciesze sie, ze bylam w domu gdy dzieci byly male. nie zaluje tego czasu. ale gdy czytam o luksusie matek siedzacych w domu z dziecmi, pedze z odsiecza i wsparciem, choc slownym, dla tych matek. bo wiem, ze nie siedza.

delikatne sprawy

jakas drobna sprawa mi sie ”tam” przyplatala. poszlam do drogerii i prosze o krem na infekcje drog intymnych. gdy mi sie to przypaletalo jakies dwa lata temu, pani, w tej samej w drogerii, bez slowa podeszla do polki, wziela co trzeba, wsadzila w torebeczke, zeby nikt nie widzial, zaplacilam i zalatwione. dzis trafilam na mniej kumata kobiete: ”slucham, jaka infekcje??” – intymna. ale jaka? waginalna czy drog moczowych??? bakteryjna czy grzybki? eeee…. nie wiem, do widzenia. nie bede na caly sklep opowiadac szczegolow. zamowie, co mi trzeba, przez internet;)

Podchody do lubego

luby twierdzi, ze zwierzat nie lubi. tak twierdzi… ale chyba klamie. bo zwierzeta do niego lgna.

dzis psisko kreci sie wokol lubego, kreci, probuje mu zajrzec w oczy (mimo ze psy ponoc nie lubia patrzenia w oczy), luby udaje, ze nie widzi, ale pies namolnie krazy, krazy, majta ogonem, krazy, w koncu kladzie jedna lape na kolanie lubego… luby: no czego ty chcesz? w tym momencie pies wskakuje lubemu na kolana. luby patrzy na mnie niby zdegustowany, ale… z usmieszkiem:) pies tez patrzy na mnie bardzo dumny – widzisz? udalo mi sie! a ja pekam ze szczescia.