wykapane!

swinki wykapane. nie byly zachwycone, ale nie kwiczaly. wczoraj na moj widok chowaly sie do domku, ale juz mi wybaczyly i dzis juz nie uciekaja;)

wahalam sie czy swinki kapac, bo gdy spytalam pania weterynarz, o to czy kapiel jest potrzebna, pani spytala zdziwiona ”a po co?”. a no po to, ze swinki smierdza… dobrze, ze jednak w koncu zdecydowalam, ze je wykapiemy, bo smrodek wyeliminowany! nie wiem, na jak dlugo, ale nawet jesli kapiel trzeba bedzie raz w miesiacu powtarzec, to bedziemy kapac, bo nie jest to jakas skomplikowana procedura.

zdziwilam sie, bo swinki nie baly sie suszarki – patrzyly wytrzeszczonymi oczami, ale nie piszczaly, nie uciekaly, czyli traumy nie bylo.

przyznaje, ze choc swinki polubilam, a one mnie (dzieci wciaz sie dziwia, ze u mnie swinki tak grzecznie siedza i mordki podnosza – zeby je pod mordka drapac, a u nich swinki sie kreca, wierca i najchetniej by uciekly;)), to maja u mnie dozywocie. i nigdy wiecej zadnych zwierzat. jestem za leniwa i jednoczesnie zbyt obowiazkowa;) swinki musza miec czysto, musza jesc zdrowo, pietruszka codziennie musi byc, bo przeciez witamina C, musza miec swieza wode i choc chlopaki staraja sie obowiazki wypelniac, to jednak ja musze pamietac, zeby te marchewke, salate czy pietruszke regularnie kupowac… pchlami sie przejmuje, nie wazne, czy sa, czy ich nie ma, podczas kapieli trzeslam sie, zeby swinkom uszu nie zalac, zeby jakiegos zapalenia na dostaly, a dzis przyuwazylam, ze jednej swince pazur sie zawija i trzeba bedzie isc do weterynarza, zeby go obcial. samych dzieci w miasto nie wyuszczam, wiec ja jutro dyn, dyn, pobiegne… 

po raz kolejny dochodze do wniosku, ze zwierzeta bardzo lubie, ale u kogos, kiedy ja moge poglaskac, wydrapac, zrelaksowac sie, ale nie musze sie nimi zajmowac.

mimo ze powalil mnie jakis wirus, upieklam focaccie, bo juz kilka dni temu obiecalam dzieciom. wyjelam rano drozdze z zamrazarki i polozylam na talerzyku, zeby sie rozmrozily. za jakis czas slysze jak luby z obrzydzeniem wola ”a fuj, co to jest”???? biegne, bo wystraszylam sie, ze moze jakis insekt, czy robal wlazl gdzies do jedzenia, ale nie, luby stoi nad talerzykiem z plywajacymi drozdzami i narzeka, ze to cos strasznie smierdzi;) tak, luby, dziecko gotowcow, nie ma pojecia, jak pachna drozdze, nie wie do czego slusza, a zanim mnie poznal, nie wiedzial, ze w ogole cos takiego jak drozdze piekarnicze istnieje. za to moje dzieci… im zapach drozdzy kojarzy sie z czyms smacznym: mamo, co bedziesz piekla? pytaja, gdy tylko drozdze poczuja:) 

dwie blaszki focacci znikly na raz… nie dasie zapomniec, ze mam trzech facetow w domu;)

Dodaj komentarz