nauka historii

gdy chodzilam do szkoly, historia byla dla mnie najnudniejszym przedmiotem. w podstawowce mialam wspaniala pania od historii, wiec jeszcze sie przykladalam – dla niej, tej nauczycielki. w liceum mialam okropna nauczycielke, ktorej chyba nikt nie lubil i nawet jesli ktos historia byl zainteresowany, to przy tej pani zainteresowanie stracil.

a teraz moj Szkrab, ktory historie w podstawowce zawsze lubil, zmaga sie z… podrecznikiem. bo to co nauczyciel na lekcji powiedzial, czyli ciekawostki, to pamieta. natomiast konkretne fakty, ktore po prostu trzeba zakuc… to jest walka. walka ze Szkrabem, z wiatrkami, ale i…. z podrecznikiem. podrecznik jest napisany przez ludzi, dla ktorych historia jest chlebem powszednim i najwyrazniej nie wiedza, co 12-letnie dziecko potrafi sobie samo dopowiedziec, a co bedzie dla niego niezrozumiale. podrecznik jest napisany tak, ze ja musze niektore fragmenty kilka razy przeczytac, zeby ”zalapac”. przepytuje Szkraba z wojen starozytnej Grecji i Persji. Pytam: jak Atenczykom udalo sie wygrac te druga wojne? bo statki Xerxesa zatonely – odpowiada Szkrab. I dlatego, ze Spartowie pomogli Atenczykom. A czemu im Spartanie wczesniej nie pomogli? eeee…. a czemu wczesniej tych 200 statkow nie zbudowali, przed pierwsza wojna z Persami? eee… no bo kasy nie mieli – mowie! Szkrab patrzy na mnie i widze, ze nie kapuje. Kilka zdan wczesniej jest napisane, ot tak, ni gruszki, ni z pietruszki, ze Atenczycy znalezli kopalnie srebra. Ja sobie zrobie link w glowie: srebro = kasa, a kasa = ”przyjaciele” i flota wodna. A 12-latek, zwlaszcza zyjacy w dzisiejszych czasach, gdzie srebro to sie raczej kojarzy z kolczykami mamy, ktora przeciez bogata nie jest, przyjaciol nie zdobywa kasa i floty nie buduje, juz takich faktow nie polaczy. Nauczyciel moze tego nie wyjasnil, a moze dziecko akurat w tym momencie nie sluchalo i jak rodzic nie wytlumaczy, to dziecko wyjasnienia w podreczniku nie znajdzie…

to samo widze w podreczniku do biologii… to samo z francuskim… nasza pani do francuskiego powiedziala kiedys: wszystko co fajne, we francuskim jest rodzaju zenskiego, czyli ”la”. wiadomo, ogromny skrot, ale dla poczatkujacych niesamowicie pomocny. i takie sztuczki, skojarzenia, linki kosztuja mnie tyle czasu – siedzie i przekazuje te ”stuczki” moim dzieciom do glowy w moim wolnym czasie… konczy sie weekend a ja jestem padnieta. dwa dni wojowalam ze starozytna Grecja, mitami, bogami starozytnej Grecji, demokracja/monarchia, igrzyskami olimpijskimi i Szkrabem.

pies i petardy

wiele psow szaleje, gdy slyszy eksplozje. nasz pies, gdy strzlaja fajerwerki/petardy idzie potulnie przy nodze i niepewnie macha ogonem. po raz pierwszy mialam normalny spacer z nasza psina – bez ciagniecia za smycz. tak go powychwalalam, ze moze w koncu zaskoczyl o co chodzi z tym ”nie ciagnij”.

czy kradna?

Akasza spytala czy u nas kradna rowery. pewnie, ze kradna;) ale bywa i tak: wczoraj Bizona w szkole zlapala (po raz pierwszy w zyciu) migrena i luby pojechal odebrac go samochodem. rower Bizona zostal na szkolnym parkingu. dzis rano luby musial wiec Bizona zawiezc samochodem do szkoly. a potem pojechal, jak nigdy, samochodem do pracy. kolo 18.00 e-mail od lubego: wychodze, a Ty? a ja jeszcze potrzebuje z 15 minut. jedz, bo Szkrab juz ziemniaki gotuje, to odcedzisz, zeby sie nie poparzyl. po 15 min. dostaje wiadomosc od lubego: zapomnialem, ze dzis do pracy przyjechalem samochodem…

usmialam sie, bo juz sobie wyobrazilam jak luby chodzil po parkingu rowerowym szukajac roweru… a tam nic. juz myslal, ze mu ktos rower ukradl. a tu nagle olsnienie… dobrze, ze do domu na piechote nie wrocil;)

prywatnosc

w szpitalu, gdy prowadzimy badania naukowe, musimy prosic pacjentow o zgode w umieszczeniu ich w takim eksperymencie. uwazam to za uczciwe, ale nie ukrywam, ze kosztuje nas to wiele pracy, zeby przygotowac odpowiednia dokumentacje, foldery z informacja, wyjasnianie, itd.

dzis dostalam e-maila z uniersytetu w Nijmegen z pytaniem czy wyrazam zgode, zeby moje dziecko wypelnilo jakas tam ankiete, po tym, jak bedzie uczone technika testowana na zlecenie uniwersytetu z Nijmegen w szkole moich dzieci – jakas tam aplikacja do nauki geografii. jak ja slysze apilkacja do nauki, to mi sie noz w kieszeni otwiera, bo wiem jak takie apki dzialaja: bezmyslne klikanie w bzdetne ikonki, podczas ktorej to aktywnosci dziecko jakies tam fakty przyswaja, ale czego nie przyswaja, to chociazby poprawna skladnia zdania czy interpunkcja, ktorej dzieci ucza sie mimo woli, gdy czytaja podrecznik. sama widze, jak moja polszczyzna, ortografia, interpunkcja uwstecznila sie, odkad zaczelam wiecej czytac w innych jezykach a mniej w j. polskim. ale to nie apka mnie tu najbardziej zirytowala. wnerwilam sie, ze ktos ot tak, bez konsulatcji z rodzicami, podejmuje decyzje o wdrazaniu nauczania eksperymentalnego w szkole moich dzieci. moje dzieci to nie kroliki i nie chce, zeby na nich testowano nowe metody. niech testuja ja wybiorczo, na tych dzieciach, ktorych rodzice wyrazili zgode….

a poza tym… jakim prawem, szkola moich dzieci podala mojego e-maila naukowcom z Nijmegen? nie podoba mi sie to…

zakrecenie

w sobote luby nie moze znalezc klucza do roweru. w niedziele luby nie moze znalezc klucza do roweru. w poniedzialek luby pyta: moge wziac twoj rower, bo nie moge znalezc klucza do roweru. mozesz; ja dzis pracuje na strychu. ide na strych. luby wychodzi z domu. za chwile dostaje wiadomosc: moj klucz byl w rowerze!!! OK, pisze, mam nadzieje, ze teraz moj klucz nie zostal w rowerze??? nie – smieje sie luby – lezy na schodach…

co ciekawe, w sobote sprzatalam ogrodeczek przed domem, a w tym celu musialam wysunac wszystkie cztery rowery w nim stojace. wszystkie cztery rowery przenioslam tak, jakby byly zamkniete (unoszac tylne kolo i wysuwajac rowery do tylu na przednim kole) i nie zauwazylam, ze rower lubego nie byl zapiety.

najwazniejsze, ze roweru nikt nie ukradl;)

************

w poniedzialek zwial pies. Bizon nie zwrocil uwagi, ze drzwi do przedsionka byly uchylone i gdy wychodzil do szkoly, gdy otworzyl drzwi wyjsciowe, to pies tylko czmychnal. uslyszalam tylko okrzyk Bizona: ”nie!!!!!” i cisza, pognal za psem. patrze na lubego, on na mnie… chyba pies uciekl. idziemy, rzeczywiscie: psa nie ma, Bizona nie ma, drzwi na osciez odwalone. zalozylismy buty, wzielismy kurtki i poszlismy w kierunku parku – jakos tak zalozylismy, ze tam uciekinier bedzie. i rzeczywiscie – spotkalismy zziajanego Bizona, prowadzacego psa za obroze w kierunku domu.

jak ty go zlapales? – pytam Bizona, wiedzac, ze psa nawet nasz Bizon pedziwiatr ot tak nie dogoni.
zatrzymal sie przy innym psie – mowi Bizon – tak sie zajal obszczekiwaniem, ze zapomnial o poscigu. oczywiscie Bizon oberwal od wlasciciela obszczekanego psa… Bizon powiedzial, ze pies nam zwial, ale wlasciciel i tak byl zly… ech…; ponoc psy sa madre.. nasz jest tylko kochany;)

dzis pracuje na strychu i slysze, ze pies sie z czyms zmaga. nie chcialo mi sie jednak ruszac z krzesla i zapomnialam o psie. w koncu schodze na dol. na polpietrze az sie wzdrygnelam: cos sie na mnie gapi. aa, to nasz pies. lezy sobie w progu sypialni Szkraba na… koldrze Bizona! aaaa, to z koldra walczyl – sciagnal ja ze strychu, gdzie Biozn ma sypialnie tuz obok mojego ”gabinetu”. zrobilam zdjecie, wyslalam Bizonowi: jakbys szukal koldry, to juz wiesz, gdzie ja znalezc;)

szkoly, szkoly…

szkola tanca zamknieta do stycznia. napisalam czy jest mozliwosc prywatnych lekcji. jak sie luby dowie, co wykombinowalam, to rozwod bedzie;)

szkoly psow zamkniete. szkole psa z you tubem… cos rusza. dzis bawilismy sie w chowanego:DDD stoje za zaslona w sypialni, wolam psine: szukaj, szukaj, psina szuka i szuka i znalezc nie moze, a stoje za to zaslona i sie zastanawiam: czy z jego wechem jest wszystko OK? czy mi totalnie odbilo, zeby sie z psem w chowanego bawic? no coz… nawet jesli mi klepki brakuje, to bawilam sie wysmienicie:DDD

szkola moich dzieci jeszcze jest otwarta, ale… dzieci siedza caly dzien przy otwartych oknach; w kurtkach. poki jest w miare cieplo, to pal licho, ale co bedzie w grudniu, styczniu? co bedzie jak mroz wezmie?

szkola zycia: nie czekac. nie czekac z telefonem, do osoby, ktora sie kocha. nie czekac z marzeniami. nie czekac, az wydarzy sie cud. dzialac. trzeba dzialac. czemu wczesniej nie zadzwonilam do cioci, zeby jej opowiedziec o naszym psisku? ona jedna w 100% rozumiala moja bezgraniczna, infantylna wrecz milosc do zwierzat i to, ze plakalam, jak swinki uspilismy…. teraz juz nie mam z kim obgadac uczuc, jakie mam do naszego psiaka, nikomu nie przyznam sie, ze psa caluje za uszkiem i ze mimo roznych jego drobnych upierdliwosci, nie wyobrazam sobie zycia bez niego. czemu wczesniej nie postawilam szefowi ultimatum co do moich marzen naukowych? czemu teraz musze gnac, zeby mnie moja wlasna doktorantka nie przegonila z realizacja pomyslow, ktore ja mialam w glowie,? wydawalo mi sie, ze nie mam czasu. nie mialam. i nadal go nie mam. ale teraz… postawilam szefowi ultimatum: albo mnie wspiera przez najblize 2 lata w rozwinieciu mojej linii naukowej i uzyskaniu tzw. ”UD” (~wykladowca uniwersytecki) albo za dwa lata mnie nie bedzie. ponoc nie ma ludzi niezastapionych, ale… najwyrazniej szef nie wyobraza sobie, zeby ktos inny zajal moje miejsce, bo zgodzil sie na wszystkie ”moje” eksperymenty, ktore mu wylozylam przed nos, zgodzil sie, zebym wziela pod swoje skrzydla ”moich” magistrantow, ktorzy beda ”tylko moi”, ktorzy beda stukac ”moje” eksperymenty i zgodzil sie czesciowo pokryc koszta ”moich” eksperymentow. i zgodzil sie, ze ja bede ostatnim autorem (tym najwazniejszym;)) na publikacjach naukowych, ktore, miejmy nadzieje, wyplyna z tych moich eksperymentow.

i na wesolo

nasz pies jest wspanialy. ale tez kompletnie dziki – nie umie chodzic na smyczy, na dzien dzisiejszy (czasem) reaguje na ”siad” (tylko, gdy widzi smycz, to grzecznie siada, zeby mu ja zapiac, ewentualnie, gdy czuje ”smaczka” w mojej rece), a spotkania z innymi psami to szalenstwo – tak wielkie, ze jak juz z daleka widze innego psa, to zmieniam kurs. z kilkoma psami sie nasze psisko zaprzyjaznilo, ale z wiekszoscia entuzjazm przerasta nasze zwierze, czym ploszy inne psiaki.

dzis wymyslilam, ze pojedziemy do lasu. luby znalazl ”las” na mapie i pojechalismy. wysiadlam z samochodu i… juz wiedzialam, ze bedzie porazka. do lasu dochodzilo sie przez park. piekny park, zadbany, ze stawikami, przytulnumi domkami i… tlumami ludzi. z psami. jak zobaczylam tych ludzi, te psy, to juz wiedzialam, jak sie nasz ”spacer” skonczy. a skonczyl sie szybko;) nie doszlismy do lasu. psina tak ciagnela za smycz, ze myslalam, ze w koncu sie z niej zerwie. i jazgot wielki… jazgot, jazgot, jazgot – co pies, to jazgot i szalenstwo. ja juz to znam ze spacerow, natomiast luby byl w szoku. szybko zrobilismy w tyl zwrot, weszlismy na dzikie sciezki ciagnace sie wsrod pol, ale pies byl tak podekscytowany, ze nie byl w stanie spokojnie isc. w koncu Szkrab zaczal z nim biegac i to troche pomoglo.

myslalam juz wczesniej czy nie zapisac sie z psina na kurs. ale jakos wydawalo mi sie to glupie -za czasow mojegi dziecinstwa psy tez chodzily na smyczy, aportowaly, biegaly przy rowerze. bez chodzenia do szkoly. wiec w czym rzecz? czemu ja przez trzy tygodnie nie nauczylam naszego psa chodzenia na smyczy? czemu nasz pies nie interesuje sie zabawkami? na rzucona pilke patrzy ze zdziwieniem? nie wiem. ale podejrzewam, ze dlatego, ze byl wiejskim burkiem, ktory zadnych zabawek nie mial i jedyna jego rozrywka bylo obszczekiwanie innych burkow. takie nawyki ciezko zmienic.

pojde wiec do szkoly i zobacze. moze w koncu nasz pies zrobi sie mieszczaniski;)

Glupota ludzka

glupota ludzka mnie rozwala… do smierci cioci przyczynil sie covid. byla zakazona. w ostatnich dniach jej zycia, zanim zostala wzieta do szpitala, opiekowali sie nia: wujek, kuzynka i dalsza kuzynka. sasiad pomagal ciocie dzwigac z podlogi, gdy spadla z lozka z powodu wycienczenia. sa to osoby potencjalnie zakazone covidem. rowniez osoby mieszkajace z nimi pod jednym dachem. i co robi moj tato? jedzie na pogrzeb cioci, wynjamuje hotel, zeby sie nie zarazic od wujka (u ktorego mogbly nocowac) a potem, po pogrzebie czytaja testament… siedzac z wujkiem i jego zona w jednym samochodzie. bo… im nic nie jest! sa zdrowi! – twierdzi tato. a skad wiesz, ze nie byli zakazeni, pytam? no bo byli zdrowi! rece opadaja….

ostrzeglam mame, zeby trzymala sie z daleka od taty…

dzwonie, pytam o pogrzeb, tata w 3 zdaniach opowiedzial co bylo na pogrzebie, a potem zbolalym glosem opowiada, ze kuzyn z Ameryki dzwonil i ze niestety, wyglada na to, ze ”przyjaciel” Polski chyab wygra wybory! on juz wygral, tato i bardzo sie ciesze. ojeeeeej, no i sie zaczelo. i ja sie zastanawiam z lubym kto na tego pomarnczowo-rudego idiote glosowal, a tu daleko szukac nie musze, w rodzinie mam milosnikow tego clowna…. niesamowite.

Spij juz spokojnie, Ciociu… [*]

Ciocia Renia zmarla. w Dzien Zaduszny. w niedziele wszystkich swietych zabrali ja do szpitala, dzien pozniej nie zyla. Covid. I co z tego, ze miala juz 80 lat? Co z tego, ze ”juz sie nazyla”. Bedzie mi jej bardzo brakowac. To byla Ciocia-ostoja rodziny. Filar. Do niej wszyscy zjedzali na wakacje, wielkanoc, Boze Narodzenie, ferie zimowe. To byla Ciocia, ktora przysylala paczki na Mikolaja – zawsze niesamowite, pelne niespodzianek. I to nie tylko mi i mojemu bratu. Cale kuzynostwo, a bylo nas sporo, bylo po rowni obdarowywane. ZA komuny, gdy w sklepach swiecily pustki, Ciocia zawsze cos wyszperala, wyszukala, pomarancze przyslala, lalke, baranka…. pamietam takiego baranka – mial jakies elementy ze sznurka i tak ladnie pachnial tym sznurkiem. Babcia, ktora akurat u nas byla w gosciach ”labidzila” – a co ta Rena wymyslila, co to za barana przyslala! a mi sie ten paran tak bardzo podobal, ze do dzis go pamietam. To byla Ciocia, ktora, nie wiem jak, ale pamietala o kazdych urodzinach, imieninach, rocznicach. Ciocia, od ktorej dostawalam listy recznie pisane. Zostaly mi wspomnienia i listy.

Kolejny puzzel z obrazu dziecinstwa odpadl…

Pociesza mnie mysl, ze nie cierpiala dlugo, ze w koncu dolaczyla do siotry, za ktora tak strasznie tesknila, z ktorej smiercia nie potrafila sie pogodzic, po ktorej smierci byla bardzo samotna. Dolaczyla do babci, dziadka, wujka… kiedys sie spotkamy. Do zobaczenia, Ciociu:*

oby tak dalej

pies jest czescia naszej rodziny. balam sie jak to bedzie. balam sie podjecia tej odpowiedzialnej decyzji. i nie zaluje.

Szkrab nastawia budzik na 6.30-7.00 i wyprowadza psine na poranny spacer. krotki bo krotki, ale wystarczy. po szkole kolejna rundka. jesli jestem w domu, to biore psa na spacer w ramach lunchu. a potem jeszcze po pracy. dzis piatek – wrocilam do domu z helikopterem w glowie. wczesniej bylo tak: nogi na stol i odprezenie przy winie. teraz jest tak: wchodze, pies szaleje z radosci, ja tez, zostawiam torbe w domu, zmieniam obcasy na trepy, zakladam psu smycz i idziemy. dzis szlismy godzine. w deszczu. wrocilam jak nowo narodzona. bez zalewania mozgu i watroby alkoholem. bez pustych kalorii.

sport to zdrowie? pies to zdrowie:)

*choc jak mi przyszlo mi wczoraj zaplacic niebotyczna sume za kastracje, usuniecie kamienia z zebow, sprawdzenia kalu (na robaki) i tabletek na uspokojenie zoladka, to…. zal mnie troche scisnal;)