zarty z psina

psina grzecznie drzemie u mnie na kolanach. pochrapuje sobie. obok siedzi Bizon. nagle Bizon, z szelmowskim usmiechem, patrzy sie na mnie i puszcza na telefonie bardzo cichutko mialczacego kota.

psina w ulamek sekundy stanela na cztery lapy, uszy postawila – gotowa do ataku/obrony.

i nie dadza sie ludzie psu wyspac. no nie dadza.

zawiesc czy sklamac?

wczoraj jestem w pracy, a Szkrab zbiera sie na trening i nie moze znalezc ochraniaczy. ani podkolanowek do gry w noge. ani rekawiczek… wiec mu radze:

  • pozycz ochraniacze od Bizona
  • wez sobie moje narciarskie skarpety – tez sa wysokie a cieplejsze niz zwykle pilkarskie podkolanowki
  • pozycz rekawiczki od Bizona – pewnie ma w kieszeni kurtki (bo Bizon niczego nie gubi, tylko Szkrabowi krasnoludki wszystko zabieraja…)
  • i nie zgub niczego!!!

Bizon pisze do mnie: nie pozycze Szkrabowi ochraniaczy, bo mi przepoci i jutro bede smierdziec, jak pojde na moj trening.

Odpowiadam Bizonowi: pozycz mu; ja ci wieczorem wypiore i wysuszymy w suszarce, beda suche na czas.

Wieczorem przychodze do domu i nie wiem od czego zaczac – w domu huragan. i jeszcze psi spacer wieczorem na mojej glowie. i w koncu zapomnialam wyprac te ochraniacze…. leze w lozku i sobie przypominam. co by tu zrobic, zeby nie bylo rano awantury?;) ano… wsadzilam ochraniacze do suszarki:DDD

Rano Bizon pyta: mamo, gdzie sa moje ochraniacze?

No w suszarce, przeciez mowilam, ze wypiore i wysusze.

Bizon jak gdyby nigdy nic wyjal z suszarki ochraniacze i dzieki temu ranek minal nam bez huku. po poludniu Bizon pojechal na trening, wrocil i nic, nie skapnal sie. w weekend mu wypiore;)

cd. uzaleznien

rano dostalam wiadomosc od mojej bylej doktorantki: moj brat zmarl w czwartek wieczorem.

narkotyki.

chlopak mial 25 lat… urodzony 13 marca… tak jak nasz Szkrab. ponoc marcowe dzieci to wrazliwce… cos w tym jest.

dziewczyna nie raz przychodzila do mnie sie wyzalic, za martwi sie o brata, ze wynosi rzeczy z domu matki, ze ojca okradl, ze sprzedaje, zeby drugs kupic. i najgorsze to, ze nie mozna go bylo wyslac na przymusowy odwyk dopoki nie stanowil zagrazenia dla siebie lub innych osob. sek w tym, ze on stanowil dla siebie zagrozenie… bo cpal.

dwa tygodnie temu dostalam wiadomosc, ze jest na intensywnej terapii. nie wiem, czy wyszedl i sobie strzelil, czy juz ze szpitala nie wyszedl. nie wiem, co sie stalo. wiem, ze kolejna rodzina przezywa tragedie przez narkotyki.

uzalezniona

od czterech dni stosuje diete przyspieszajaca metabolizm. zapuscilam sie w zeszlym roku. 4kg naprogramowe. przy moim wzroscie to duzo – jeden rozmiar do przodu. ja, ktora bez problemu wchodzilam w 38, teraz ledwo co wchodze w 40! oczywiscie wszystko poszlo w brzuch, boczki (jablko) i… jeszcze w biust. robie sie taka typowa Polka: z walkami z przodu i zderzakami na pol metra. nie bede zwalac winy na hormony. zgubilo mnie obzarstwo i brak sportu. bo spacerki z psem to za malo, zeby zachowac figure ”38”.

od czterech dni dietuje i od czterech dni boli mnie glowa. nie jestem glodna. bo ta dieta to nie glodowka, tylko… brak kawy i… eeee…. alkoholu. a mnie kawa stawia do pionu w ciagu dnia , a lampka czerwonego wina sluzy wieczornemu odprezeniu. na diecie odstawilam kawe, odstawilam wino i…. kicha: leb peka. w koncu wieczorem sie poddalam i wypilam jedna lampke wina. i bol glowy przeszedl! czyli co…. alkoholiczka ze mnie?!?!?!?!? az strach myslec.

to, zem uzalezniona od kofeiny, to nie nowosc. to odkryl luby kilka lat temu, gdy na wakacjach probowalam ograniczyc kawe. Ograniczenia te spowodowaly, ze glowa mi pekala i wszystkim, lacznie z soba, zatruwalam wolny czas. wypilam kawe i… inne zycie. jakby ktos mi rozowe okulary zalozyl. i tak jak na uzaleznienie od kofeiny sie godze, tak wino… trzeba odstawic. trzeba sie odtruc. zregenerowac watrobe.

od jutra wracam do diety. i trudno. niech leb boli. ja musze zrzucic te 4 kg.

jakos to poszlo…

gdy przedwczoraj wyszlam z pracy o 22.00, zaczela dopadac mnie panika – kiedy ja przygotuje ”swieta”?!?!!? wczoraj bylo inaczej – wyszlam o 21.00 i jadac do domu na rowerze, zmodyfikowalam plany, co mnie troche uspokoilo. przede wszystkim: wyspac sie. wczoraj jeszcze na szybcika upieklam makowiec, przetlumaczylam liste zakupow, zeby to luby odfajkowal i poszlam spac. dzis wstalam o 10.10. wyspana, zregenerowana i zaczelam dzialac.

sernik, ryba po grecku, kapusta z grzybami, barszcz czerwony. a uszka kupne;) i wsjo! 12 potraw nie bylo. i nie bedzie;) za to na jutro juz schab w pomidorach suszonych juz odfajkowalam.

chlopaki dostaly prikaz, zeby wysprzatac swoje pokoje, lacznie z szafami, lubemu przydzielilam lazienke, toalete i nasza sypialnie, a sama wypucowalam dol. i pranie zorganizowalam, bo rano okazalo sie, ze Szkrab nie ma czystej bielizny… tak to jest, jak matka zalicza maratony i deadliny w pracy. ciekawe, bo ojciec mial wolne od poniedzialku, ale jakos mu nie bylo po drodze z pralka…

o 18.00 podzielilismy sie oplatkiem i zasiedlismy do wigilii.

udalo sie:)

p.s. pies nie przemowil ludzkim glosem…

heroizm vs zdrowie psychiczne;)

moj chinski doktorant nie mogl pojechac na swieta do domu. tak jak i zreszta inni zagraniczni studenci, doktoranci. bedzie w swieta sam, bez rodziny. wypadaloby go zaprosic? no pewnie wypadalo. i walcze ze soba od kilku dni… i jednak nie. nie chce. ten chlopak ma w sobie cos takiego, ze kazdego irytuje. szefa, managera laboratorium, innych doktorantow, sekretarki…. czasem sie zastanawiam, czy on nie ma jakiegos zaburzenia psychicznego…

w wielkim skrocie: zamiast siasc na dupie i zrobic co do niego nalezy, chodzi, gada, zagaduje, pyta, filozowuje, odreca kota ogonem… wszystko robi, tylko nie to, co ma zrobic.

zaproszenie go na swieta to… heroizm. potwierdzi to kazdy, kto spedzil z nim 10 minut. dlatego, po moim maratonie umyslowym, ktory zaliczylam przez ostatnie 2 tygodnie, zasluguje na to, zeby zregenerowac moje zdrowie psychiczne, a wizyta mojego Chinczyka mi w tym nie pomoze.

pocieszam sie tym, ze on Bozego Narodzenia nie obchodzi, a poza tym, mieszka w domu z innymi studentami, wiec tak zupelnie sam, to on nie bedzie.

i przyznaje sie bez bicia – ten covid, to moje blogoslawienstwo. zero gosci, zero bycia w gosciach (no, jeden wieczor u tesciow), zero towarzystwa. mam w planach kisic sie w pizamie do 12, spacerowac godzinami z psem, czytac gazety, ksiazki i po prostu zregenerowac sie.

smutek i wiara

jakis czas temu napisalam do mojej bylej prawie co-promotorki, czy zechciala by byc w komisji oceniajacej prace magisterska mojej studentki. odpisala, ze niestety, z powodu choroby, nie moze. ta odpowiedz mnie zaniepokoila, bo moja prawie co-promotorka jakis czas temu miala raka piersi. spytalam pewnej znajomej z kosciola, czy wie co sie dzieje. wiedziala. nawrot choroby. wiecej nie chciala mi powiedziec – zadzwon, to sie dowiesz.

Przed chwila zadzwonilam. i tak sie stalo, ze moja prawie co-promotorka mnie pocieszala, a nie ja ja. to ja sie rozplakalm, gdy uslyszalam, ze przerzuty sa juz wszedzie, lacznie z kregoslupem. ze siedzi w domu i bierze srodki przeciwbolowe. ze wlasnie spala, bo ja plecy bolaly i sobie porzadna dawke przeciwbolowa zaaplikowala.

A ja juz od dawna myslalam, zeby ja zaprosic na swieta, skoro i tak wszyscy siedzimy w domu. Ciesze sie, ze do niej zadzwonilam, bo moglam jej powiedziec, jak duzo sie od niej nauczylam podczas robienia doktoratu, od niej, a nie od moich oficjalnych co-promotorow, ze zalowalam, ze to nie ona byla moja co-promotorka, bo to ona mnie prowadzila jak dziecko przez rozne zawilosci naukowego swiatka. Powiedzialam, ze teraz, gdy mam swoich studentow, to czesto o niej mysle, na niej sie wzoruje jako co-promotor. Ucieszylo ja to… choc tyle. Rozmawialysmy, ja plakalam, a ona spokojnie, jak zawsze: mam spokoj w Panu.

Miej, moja droga. miej spokoj w Panu….

Mysle, ze to byla nasza ostatnia rozmowa w tym swiecie….

odmiana

rozmawialam z dzis z wychowawca Szkraba, ktory jest tez nauczycielem od historii. wychowawca powiedzial, ze gdy porowna Szkraba, ktorego on zna i jako wychowawca i jako nauczyciel historii, ze Szkrabem opisanym przez bylego wychowawce z podstawowki Szkraba, to jest to zupelnie inne dziecko… zmotywowane do pracy, aktywnie uczestniczace w zajeciach, zawsze przygotowane, a nie blaznujace, tak ja to bylo w podstwowce. tak sie ucieszylam, gdy to usluszalam… to opinia z podstawowki bardzo mnie zabolala. to byl taki gwozdz to trumny, to tego, ze ciagle mialam wrazenie, ze podstawowka, do ktorej Szkrab chodzil przez ostatnie trzy lata, zmarnotrawila mi dziecko. poprzedniej podstawowce, jakies 80% rodzicow bylo po szkole podstawowej i na zasilkach, wiec nauczyciele traktowali naszego Szkraba, jak zlote jajko;) ale w takim pozytywnym sensie: dawali mu dodatkowe zadania, czasami z klasy o poziom wyzszej, pozwalali mu brac do czytania ksiazki ze starszych grup, bardzo sie angazowali, zeby Szkrab byl zajety – i tam inaczej funkcjonowal. w drugiej podstawowce, tej ”elitarnej” ani Szkrab ani my sie nie odnalezlismy.

opowiadam lubemu, ze obecny wychowawca tak szczerze to mowil, z entuzjazmem. A luby przypomnial, jaki ”fake” byl poporzedni wychowawca Szkraba…. no byl.

wychowawca nawiazal tez do planowania – z podstawowki Szkrab dostal taka opinie, ze zanim szkola srednia sie zaczela, zadzwonila do mnie pedagog szkola z pytaniem, czy zagadzam sie, zeby Szkrab dostal wsparcie w ”planningu” – tak, tak, bardzo chetnie zgodzilam sie i dodalam, ze w koncu doczekalam sie tego, o co trzy ostatnie lata podstwowki prosilam: konkretna pomoc. bo w podstawowce ciagle slyszelismy, ze Szkrab zapomina, ze Szkrab nie umie planowac pracy, ale gdy pytalam, jak mozemy mu pomoc, to szlyszalam, ze Szkrab sam musi chciec nauczyc sie planowania…. Szkrab oczywiscie nie byl zachwycony tym, ze dostanie pana od planningu. I co sie okazalo? po miesiacu pan od planningu dzwoni i mowi, ze on uwaza, ze Szkrab takiej pomocy nie potrzebuje. wychowawca tez do tego nawiazal – ze Szkrab ma zawsze zdrobione zadanie domowe, ze on nie wiedzi zadnych deficytow dotyczacych planowania.

teraz tylko jedno zostalo;) checi Szkraba do nauki. bo jak to wychowawca Szkraba powiedzial: rozumiec i miec wiedze, to sa dwa rozne pojecia. do pierwszego trzeba miec rozum, a w drugie trzeba wlozyc prace.

pochwalilam Szkraba. tak strasznie mnie ucieszyly slowa tego wychowawcy, ze on nie odnajduje sie w opinii Szkraba wystawionej przez wychowawce z podstwowki.

jezykowe potyczki

jakis czas temu luby oczekiwal przesylki z Japonii. w przesylce mialo byc: po polsku ”bialko”, bo angielsku ”protein”, po niederlandzku ”eiwit”. ktoregos dnia luby dostal wiadomosc z lotniska, ze jego przesylka zostala odeslana do Japonii i ze ma oplacic koszty ”powrotu przesylki”, bo zawartosc przesylki nie byla zawarta w liscie produktow, ktore moga przekroczyc granice kraju. luby sie zdenerowowal: jak to, przeciez nie raz dostawalem rozne bialka z roznych krajow, firm, instytutow! no tak, ale ”protein” nie ma na liscie w Schiphol! jest ”eiwit”, ale ”protein” juz nie….

ja z kolei chcialam wczoraj wyslac mojej doktorantce, ktora wlasnie przebywa na stazu we Frankfurcie, przeciwciala z naszego laboratorium. pytam szefa naszego labu, czy moge wziac jedno z pudelek steropianowych, zeby przeciwciala wyslac w tzw. ”suchym lodzie”. Jacco jednak poradzil mi zalatwic sobie profesjonalne pudelko, wylozone steropianem, na poczcie naszego szpitala. dzwonie na poczte i prosze, ze chcialabym takie pudelko wylozone steropianem zamowic. slysze, ze oni takiego pudelka nie maja. dzwonie do szefa labu: oni takich pudelek nie maja. szef labu mowi: chodz, przejdziemy sie razem na poczte szpitalna, zobaczysz, ze maja. idziemy z Jacco na poczte, podchodzimy do okienka i mowie: czy macie pudelka wylozone steropianem. NIE – brzmi odpowiedz. Na co Jacco pokazuje palcem: a to, w rogu, co to jest???? Patrze w rog, a tam ewidentnie leza tam pudelka wylozone steropianem. Pan z poczty odpowiada: to sa pudelka do przesylek na suchym lodzie. Rece mi opadly.