byc bezdzietna na kilka dni

dzieci maja tydzien ferii. jako ze mam strasznie duzo pisania i czytania i jako ze i tak nic ambitnego bym z dziecmi nie mogla zrobic (bo wszystko pozamykane), wyslalismy dzieci do tesciow. na piec dni. dzis mija drugi dzien. spokoj. blogi spokoj. czuje okropne wyrzuty sumienia, bo jak to jest: chce czlowiek miec dzieci. ba, ja marzylam o dzieciach. o trojce. od zawsze. mam raptem dwojke i co? i ciesze sie, ze mam. ale ciesze sie tez, gdy te kilka dni w roku moge nacieszyc sie cisza. prawdziwa cisza…

wykonczona i samotna

kiedy bylam z dziecmi w domu, nie raz czytalam jaki to luksus, jak to matka niepracujaca zawodowo ma dobrze, ze nie ma prawa byc zmeczona, ze co maja powiedziec kobiety, ktore oprocz dzieci i domu, maja jeszcze prace zawodowa. kiedy bylam z dziecmi w domu, moglam opisywac ile chcialam, tlumaczyc ile chcialam, dlaczego ja, matka ‚siedzaca’ w domu, jestem padnieta. nikt, oprocz matek ”siedzacych w domu” mnie nie rozumial.

teraz chodze do pracy. od 6 lat. i teraz moge objektywnie ocenic jak to jest byc matka ‚siedzaca’ w domu i matka zawodowo aktywna.

w skorcie: nie wiem jak ja wytrzymalam to siedzenie w domu. patrze wstecz i… sama siebie podziwiam. bo siedzac w domu bylam wykonczona i bardzo, ale to bardzo samotna. siedzac w domu, nie mialam czasu siasc. moze dlatego, ze bylam matka ambitna? a moze dlatego, ze ja po prostu nie umiem siedziec? moze dlatego, ze mialam dwoje malych dzieci, ktore wychowywalam bez asysty babc, nian i sasiadek, i w asyscie dzieci chodzilam do fryzera, dentysty, kupowac ubrania? moze dlatego, ze uwazalam, ze skoro siedze w domu, to dom ma byc lsniacy, pachnacy, perfekcyjny? moze sama sobie narzucilam taki rygor, ze zawsze mialam rece pelne roboty… moze i tak. ale nie to mnie meczylo. to mnie chyba ratowalo przez szalenstwem. teraz dopiero widze, jak meczyla mnie samotnosc. jak mnie ciagnelo do ludzi. dlatego lazilam z dziecmi po placach zabaw, malpich gajach, bibliotekach, targach, muzeach… byle spotkac ludzi, byle z kims pogadac, posmiac sie, zamienic slowo.

teraz, gdy pracuje ma pelny etat, mam czas, zeby z szefem wypic kawe, zjesc lunch, pogadac, siasc, uslyszec swoje walsne mysli. teraz potrafie odpuscic porzadki, perfekcyjne gotowanie; teraz dzieci wynosza smieci, odkurzaja, luby sporzata po obiedzie, robi sniadania… teraz mam te chwile dla siebie.

ciesze sie, ze bylam w domu gdy dzieci byly male. nie zaluje tego czasu. ale gdy czytam o luksusie matek siedzacych w domu z dziecmi, pedze z odsiecza i wsparciem, choc slownym, dla tych matek. bo wiem, ze nie siedza.

delikatne sprawy

jakas drobna sprawa mi sie ”tam” przyplatala. poszlam do drogerii i prosze o krem na infekcje drog intymnych. gdy mi sie to przypaletalo jakies dwa lata temu, pani, w tej samej w drogerii, bez slowa podeszla do polki, wziela co trzeba, wsadzila w torebeczke, zeby nikt nie widzial, zaplacilam i zalatwione. dzis trafilam na mniej kumata kobiete: ”slucham, jaka infekcje??” – intymna. ale jaka? waginalna czy drog moczowych??? bakteryjna czy grzybki? eeee…. nie wiem, do widzenia. nie bede na caly sklep opowiadac szczegolow. zamowie, co mi trzeba, przez internet;)

Podchody do lubego

luby twierdzi, ze zwierzat nie lubi. tak twierdzi… ale chyba klamie. bo zwierzeta do niego lgna.

dzis psisko kreci sie wokol lubego, kreci, probuje mu zajrzec w oczy (mimo ze psy ponoc nie lubia patrzenia w oczy), luby udaje, ze nie widzi, ale pies namolnie krazy, krazy, majta ogonem, krazy, w koncu kladzie jedna lape na kolanie lubego… luby: no czego ty chcesz? w tym momencie pies wskakuje lubemu na kolana. luby patrzy na mnie niby zdegustowany, ale… z usmieszkiem:) pies tez patrzy na mnie bardzo dumny – widzisz? udalo mi sie! a ja pekam ze szczescia.

nie ma bata, jest BAT

odkad mamy psa, duzo czytam, slucham, ogladam na te temat wychowywania psa. im wiecej czytam, tym bardziej kocham naszego prawie idealnego psa. bo jedyny problem naszego psiska to narastajaca agresja do innych psow. agresja, a wlasciwie lek przed nimi, co na poczatku objawialo sie tylko poszczekiwaniem, a teraz chybaby sie skonczylo atakiem… z psem sasiadki nasze psisko zaprzyjaznilo sie na samym poczatku pobytu u nas, kiedy lagodniej podchodzilo do innych psow, wiec jest OK. ale w stosunku do innych psow, niestety, psisko przegina. mysle, ze ja gdzies popelnilam/popelniam blad, skoro zachowanie sie pogarsza. ale nie wiem gdzie i nie wiem, jak z tego wybrnac. wiem, ze do obecnej sytuacji niestety poniekad przyczynili sie wlasciciele psow, ktorzy swoje pociechy puszczaja luzem. bo jednak pies na smyczy jest na straconej pozycji w stosunku do psa bez smyczy i obydwa psy to dobrze wiedza. a psa, ktory jest na smyczy, taka sytuacja bardzo stresuje.

jako, ze psie szkoly przez covid pozamykane, szkole sie przez internet. i przez internet poznalam training BAT. Od wczoraj czytam ksiazke-przewodnik na temat BAT i… wszystko sie zgadza. Zaczynam rozumiec, skad to szczekanie. Ale jednoczesnie widze, z jakimi problemami zmagaja sie wlasciciele innych psow i doceniam, jak kochanego, w sumie bezproblemowego, psa mamy.

dzis sposcilam psa ze smyczy w drodze do domu. jeszcze w parku, ale juz blisko domu. pies pieknie szedl kolo mnie. bylam z niego taka dumna. szedl i sprawdzal: czy pani jest, czy dobrze idziemy. przed ulica go zawolalam, przybiegl grzecznie, poczekal na mnie, spokojnie przeslimy ulice, a potem pies grzecznie potruchtal pod nasz dom. i tam na mnie czekal merdajac ogonem:)

patrze na to psisko, na jego wpatrzone we mnie oczy i moge powiedziec, ze marzenie z dziecinstwa sie spelnilo. mam psa. mojego psa. brzmi infantylnie… no coz, jesli chodzi o zwierzeta, to tak, jestem infantylna.

*************

niedaleko parku jest stawik przy ktorym zyje stadko gesi i kaczek. gdy wracam z pracy kolo 19.00, spotykam starsza pania, ktora przyjazni sie z tym ptactem. do tego stopnia, ze juz kilka razy przyuwazylam, jak ptactwo wychodzilo starszej pani na spotkanie – ptaki dobrze wiedza, skad ona nadchodzi i o ktorej godzinie. kilka dni temu wracalam z pracy z lubym w tym czasie, gdy starsza pani siedziala na swoim wozku inwalidzkim otoczona ptactwem i do niego przemawiala. mowie do lubego pol zartem, pol serio: to ja, na emeryturze. luby westchnal: tego sie obawiam. a ja… no coz, ja juz gadam z psem. jak nikogo w poblizu nie ma;)

czyja odpowiedzialnosc

poszlam wieczorem z psem na spacer. przechodze kolo stawu, a na nim troje dzieci biega po lodzie. zamarlam, bo gdzieniegdzie przeswity wody byly widoczne. zaczelam krzyczec do tych dzieci, zeby zeszly z lodu, ze nie wolno… a one ”wolno, wolno, przed chwila byla tu policja i powiedzieli, ze wolno”. nie uwierzylam. zadzwonilam na lokalna policje i co slysze: dziekujemy, ze pani to zglasza, to bardzo wazne, inne osoby tez juz dzwonily przed pania, my tam bylismy, obejrzelismy ten staw i on nie jest taki gleboki. a te dzieci powiedzialy, ze juz sie caly dzien na tym lodzie/stawie bawia i ze ich rodzice sprawdzili ten lod i ze jest on wystarczajaco gruby.” w to, ze stawik nie jest taki gleboki uwierzylabym, gdybym latem nie widziala, jak ludzie tam plywaja. a informacja o bezpiecznej grubosc lodu juz mnie zupelnie przerazila – jesli ja po ciemku widze przeblyski wody, to jaki gruby lod…

powiedzialam do policjanta, a wlasciwie do dzielnicowego: a jak ten lod peknie, a stawik okaze sie glebszy niz wam sie wydaje i dzieci utona, to bedzie wasza odpowiedzialnosc czy rodzicow? oczywiscie, jednoznaczej odpowiedzi nie dostalam. moze dlatego, ze cala rozmowa byla nagrywana…

wiemy i nie wiemy

chodze dzis z potwornym bolem glowy i oczu. nie mam pms-a, pogoda swietna, nabialu nie spozylam, wiec skad ten bol? z czekoladek. wczoraj wieczorem skusilam sie na 3 bombonierki. przyjemnosc 5 minut a dzis pol dnia to odchorowuje.

juz od dawna zauwazam, ze po imprezeach, po swietach, wakacjach, kiedy to sobie dietowo pofolgowuje, jestem chora. i dzis doszlam do wniosku, ze to jednak to: reakcja organizmu na ”cos” co zjem. bo gdy jestem na diecie, nigdy nie boli mnie glowa. na diecie czuje sie zdrowo. bo na diecie nie jem slodyczy, nie jem serow, nie pije wina, nie jem orzechow…. w sumie, tylko sie cieszyc: moj organizm chroni mnie przed otyloscia;)

co mnie wnerwia, to to, ze ja nie wiem dokladnie na co jestem uczulona. lekarka domowa zrobila mi badania na nabial – badanie wykluczyly alergie, ktora u mnie jest ewidentna. Mam symptomy, ktorych nie moge sobie ot, tak wymyslec. a testy temu zaprzeczaja…

i tak to w XXI tyle wiemy…. a tak wlasciwie, nadal bardo malo wiemy. moze dlatego, ze ciagle nowe choroby sie rozwiaja…

ja wiem jedno: im mniej zjem, tym lepiej sie czuje. tylko czemu to jedzenie tak kusi….;)

gramatyka

dzis walczylam ze Szkrabem i gramatyka; a wlasciwie rozbiorem zdania na czesci. dla mnie to zabawa, puzzle. w podstawowce nie przepadalam az tak bardzo za lekcjami j. polskiego, bo nie lubilam i w sumie, nie do konca potrafilam, zgadnac, co autor, zwlaszcza wiersza, mial na mysli. u mnie to zawsze musi byc czarno na bialym. w sumie, dziwne, bo ksiazki czytac lubilam, wypracowania pisac lubilam, ale rozbierania wierszy na czatki pierwsze czy omawianie lektury na tle wydarzen historycznych mnie nuzylo. za to gramatyka mnie nigdy nie nuzyla. uwielbialam logike i bialo-czarne reguly, ktore moglam uzywac do rozbioru zdan – im dluzsze zdanie, im bardziej zlozone, tym bardziej mnie to krecilo.

tego mojego zamilowania do gramatyki nie rozumiala moja mama – polonistka. myslam, ze moze dlatego, ze gramatyka ma sie blizej do nauk scislych niz alfa. ale luby tez twierdzi, ze gramatyka byla dla niego czarna magia. Bizon, jako ze czlowiek sumienny, jakos tam sie nauczyl, sprawdziany zalicza, ale tez nie rozumie, co fajnego moze byc w gramatyce. no a dzis Szkrab…. co to byla za walka… jak wytlumaczyc dziecku, jaka czescia zdania w zdaniu: ”Szkrab ma kota” jest Szkrab i kot, jesli w niderlandzkim nie ma przypadkow????? ale sa ta inne czesci zdania! ja je potrafie rozroznic, bez problemu nazwac, bo jak sobie na polski przetlumacze, to od razu moge zastosowac deklinacje; a Szkrab wie tylko, ze ani kot ani Szkrab nie jest czasownikiem… doszlismy do przymiotkow… ”Fotel jest zrobiony ze skory” – Szkrab sie upiera, ze ”ze skory” to przymiotnik… no nie, ”skorzany” to przymiotnik, ale ”ze skory” juz nie. podstawy… takie podstawy. a im glebiej w las, tym wiecej drzew. zeby jeszcze Szkrab mial emocje pod kontrola… o matko, ile sie nasluchalam, ze on ma w d… gramatyke, ze p… szkole… nie wiedzialam, ze moje dziecko tyle wulgaryzmow zna. ale zacisnelam zeby, a raczej zoladek, nie reagowalam na te emocje, tylko wdrazalam wiedze w te szkrabia mozgownice, a potem czwiczylam logike. i coz… znow przekonalam sie, ze logika Szkraba ma sie swietnie. tylko wtloc wiedze do glowy, zapamietac fakty, to jest problemem… ech…

zdziwily sie dzieci

rozne mamy gusta filmowe. luby i Bizon lubia strzelawki, pukawki, z taka iloscia huku, ze moj system nerwowy tego nie jest w stanie zniesc. Szkrab z kolei, lubi komedie w stylu Bee Movie badz fantastyke (dzieki Szkrabowi przebrnelam przez Wladce piercieni!). a ja… a ja, nie umiem sie okreslic. komedie romantyczne mnie nuza. dramaty… czasem lubie, ale przy dramcie czlowiek sie raczej nie zrelaksuje. seriale na ogol mnie szybko nudza i po kilku odcinkach, zamiast sie wciagnac, zaczynam liczyc, ile jeszcze odcinkow przed nami. jedyny serial, ktory lubie od czasu do czasu obejrzec to ”Midsomer murders” na BBC. no i rodzina Poldarkow mnie wciagnela. zalowalam, ze nie sfilmowano wszystkich tomow (choc te tez ”sie nie koncza”, bo autor zmarl zanim zakonczyl serie).

z mama obejrzalam w kinie dwa filmy, ktore na dlugo pozostana w mojej pamieci. jeden to ”Pavarotti” a drugi ”Dwoch papiezy”. na tych filmach moi panowie by nie wysiedzieli;)

mimo tych roznic w gustach filmowych, w kazdy weekend probuje organizowac wieczor filmowy, zeby jednak wspolnie spedzac czas, a nie kazdy przed swoim laptopem.

ostatnio Bizon zaproponowal ogladanie Fast and Furious; ”ale mamo….., to taki film akcji, chyba nie bedzie ci sie podobal”. no coz, czasem trzeba sie poswiecic, wiec zgodzilam sie na Fast and Furious. No i zaskoczylam Bizona, bo film, a wlasciwie serial, mnie wciagnal;) bo jesli chodzi o samochody, to tu akurat mam lekkiego bzika. uwielbiam ogladac wyscigi samochodowe;) i muskularnych panow tez:DDD w ciagu ostantich trzech tygodni obejrzelismy 8 odcinkow. a w maju ma ponoc wyjsc 9-ty;)

taka sprawa…

jakis czas temu zamowilam kilka ciuszkow w sklepie internetowym. jedna spodnice odeslalam. ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, spodnica wrocila do mnie po tygodniu! poczta, zamiast odeslac ja do sklepu, ”odeslala” ja do mnie. mimo, ze nakleilam na opakowaniu naklejke ”retour’.

poszlam wiec jeszcze raz na poczte, ale okazalo sie, ze pani nie moze jeszcze raz zeskanowac naklejki, bo kod ”retour” juz raz zostal zeskanowany. ”no to co ja mam teraz zrobic?” – spytalam. pani poradzila, zeby zadzwonic do biura poczty i poprosic, zeby wykasowali ”kod” z ich systemu. zadzwonilam, wyjasnilam problem, w miedzy czasie 2 tygodnie, ktore mialam na zwrot minely, a pani z biura poczty mnie zbyla: kazala poprosic sklep o nowa naklejke do zwrotu. powiedzialam jej, ze to poczta popelnila blad, wiec z jakiej racji to sklep ma mi nowa naklejke przysylac i z jakiej racji to ja mam sie z nimi kontaktowac. ani sklep, ani ja bledu nie popelnilismy. ale pani z poczty byla nieugieta. wiec powiedzialam, ze zloze skarge i rozlaczylam sie.

a dzisiaj przyszlo mi do glowy nastepujace: przeciez ja spodnice zwrocilam, dostalam pokwitowanie. to co ja sie martwie? niech poczta sie teraz martwi. ja pokwitowania, ze spodnice po raz drugi dostalam, nie podpisalam. za to pokwitowanie zwrotu od poczty mam. wyslalam je do sklepu, ktory w miedzy czasie upomnial sie o platnosc i teraz niech sklep sie uzera z poczta.