moje wakacje

oficjalnie dzis zaczynam wakacje. nieoficjalnie dzis je koncze: dzieci od tesciow przyjezdzaja. a jako ze wakacje to ponoc spokoj, to moj spokoj (=wakacje) ulotni sie po poludniu;)

tydzien bez dzieci, za to w pracy – odpoczelam? tak, moj system nerwowy odpoczal. znow wracam myslami do tematu nerwicy: huk, chaos, krzyki, klotnie dzieci stymuluja moja zaleczona nerwice, sciski w zoladku i bole serca, lopatki, glowy i w sumie wszystkiego. no ale coz, chcialam miec dzieci, chce miec dzieci, kocham te moje dzieci i trudno, nerwice trzeba uspic i cieszys sie, ze dzieci zdrowe mi sie trafily i tyle halasu moga w dom wniesc. a moja nerwica to nie ich wina…

w kazdym razie, od jutra trzy tygodnie wakacji od pracy. tydzien w domu, tydzien nad morzem, tydzien u rodzicow.

po edycji: pierwszy dzien oficjalnych wakacji rozpoczelam wspanialym biegiem, 3 mile, w zadowalajacym (mnie) tempie. dzien skonczylam z olbrzymia opryszczka… wrrr… opryszczka w srodku ”lata”….

Reklamy

przeklenstwa

wpadli mi w oko artykul o kapitanie samolotu, ktory porzucal miechem w strone mlodszego pilota. rekacje ludzi skrajne, jedni twierdza, ze przeklinanie to taki meski sposob zwrocenia uwagi: krotko, zwiezle i na temat, inni z kolei sa oburzeni. a ja… nie jestem oburzona, bo znam takie typy, i akurat dla mnie mescy to oni nie sa, ani konkretni, bo marnuja slowa i czas na emocjonalne przerywniki, zamiast na konkretne komendy. i w zyciu prywatnym i w zawodowym mam kontakt z ludzmi, ktorzy przeklinaja; nie po drodze mi z nimi i nie chodzi tylko o slownictwo; tak juz jakos jest, ze z ”takim” slownictwem wiaze sie specyficzny typ czlowieka, typ z ktorym nie czuje sie komfortowo. bo ja czuje sie komfortowo z szefem, szefowa, ktory jak poplenie blad, wskaza mi go i wytumacza jak poprawic, a nie zaszczuwaja przeklenstwami. a jeszcze bardziej cenie takie szefostwo, ktore tak mna pokieruje, ze uda mi sie bledu uniknac. tak probuje prowadzic swoich doktorantow, tak rozmawiam z nasza sekretarka, a nawet z szefem;) staram sie byc myslami dwa kroki przed nimi. nie zawsze sie da wszystko przewidziec, zwlaszcza studenci bywaja zaskakujaco kreatywi, ale nie klne. raczej obracam kwasy w zarty, ewentualnie, a jak do kogos nie dociera, strzelam cynizmem.

nie jestem swieta… odreagowuje w domu… ale i tak, nie leca k…, i inne szewskie odzywki. rykne, hukne drzwiami, walne pokrywka i ludzie wiedza, ze mi warto zejsc z drogi. co ciekawe…. z wiekiem madrzeje;) coraz mniej strzaskam, hukam, czuje, kiedy dochodze do sciany i wtedy albo uciekam tam, gdzie nie ma ludzi, albo zakladam buty i ide biegac. po trzech milach wracam do domu potulna jak baranek.

wracajac do przeklenstw. dla mnie to buractwo. i gdy juz strzele raz na rok cholera jasna, to jest mi glupio. przed lubym, przed dziecmi. u mnie w domu, choc rodzicow mialam temperamentnych i klotliwych, nie przeklinalo sie. moj brat poszedl w burackie towarzycho i przesiakl… i czasem strzeli jakas k… ale i rodzice i ja szybko reagujemy: nie mow tak w mojej obecnosci. tak samo reagujmy luby i ja, gdy koledzy naszych dzieci strzela holenderskim przeklenstwem: u nas w domu tak sie nie mowi. i koledzy, i nasze chlopaki juz to wiedza;)

nowe hobby

to, ze lubie pedalowac wiem, odkad przyjechalam do Holandii, czyli od jakis 16 lat. ale do tej pory byl to sposob na szybkie przemieszczanie sie: do pracy, do sklepu, do znajomych, do kosciola, zawiezc dzieci, odebrac dzieci, itd. od wczoraj jest to moj nowy sposob na relaks. bo wczoraj, tak troche przypadkiem, przejechalam z chlopkami bez zatrzymanki 40 km. w wielkim skrocie: pewnie znajomy z Polski przyjechal z kolazowka. a juz jakis czas temu obiecalam mu, ze go wezme nad morze. jako ze wakacje zaczynam dopiero za 1.5 tygodnia, kiedy on juz wyjedzie, zastanawialam sie, jak to morze z jego kolazowka polaczyc. i wygooglowalam trase! do Delfzijl. tam, gdzie lubimy jezdzic latem na plaze. lata u nas nie ma, na dodatek plaza w ”przebudowie” , ale morze jest. i dosc fajna trasa nad to morze. wg google map to tylko 1 godz. i 47 min;) wyszlam z pracy troche wczesniej, zjedlismy obiad i pojechalismy: znajomy, chlopaki i ja. luby mial zebranie i nie mogl sie urwac. ludzie, co za radosc! dla mnie;) bo dzieci tak z grzecznosci jechaly… frytki im obiecalam, to jechaly. po frytkach zrobilo sie pozno i rozpadalo sie, wiec wrocilismy pociagiem. a mi sie tak spodobalo, ze oznajmilam panom, ze niestety, ale skazani sa na moje nowe hobby. bo sama jezdzic nie bede.

smigu, migu… bum

zasuwamy rano z lubym na naszych rumakach do szpitala. niby e-bikow nie mamy i miec nie zamierzamy, ale szybko prujemy. gadu, gadu, patrze, ze na srodku dosc waskiej uliczki, naszej ”skrotowej”, stoi samochod, dosc niefortunnie zaparkowany. w momencie, kiedy to pomyslalam, poczulam, ze frune na przeciwlegla sciane, slupek, sciane, slupek, lece, mysle, w co hukne, w slupek, czy w sciane, lece i mysle, jak hukne w slupek, to poharatam sobie brzuch, polamie nogi, zeby, nadgarstki, jak hukne w sciane rozwale sobie glowe i ramie… lece z zawrtona predkoscia, mam czas na tysiac mysli, a nie mam czasu na reakcje, lece… mysle, juz po mnie. i nagle… w ostatniej chwili zatrzymuje sie krzakach, ktore rosna miedzy sciana a slupkiem. krzaki mnie uratowaly. krzaki weszly mi w przednie kolo, w buty, w pedaly, slupek polamal oslone od lancucha, zagial mi pedala, ale ja nie mam ani jednego siniaka. nic. nawet miesnia nadwyrezonego nie mam.

tylko moj lot smiga mi caly dzien przed oczami, obraz slupka i sciany powraca i lek sciska zoladek. moglam sie zabic. a nie mam ani siniaka. dzieki, moj Aniele Strozu.

a skad ten lot? ano stad, ze zahaczylam prawa strona kierownicy o inny rower, ktorego kierownica wystawala na ulice. przez to, ze zagapilam sie na samochod, nie zwrocilam uwagi na zle zaparkowany rower… uderzylam w niego niczym samochod w barierke. w sumie, lekko musnelam kierownice o kierownice. to wystarczylo, zeby poleciec na przeciwlegla, lewa strone.

wychowywanie, wplywanie…

w piatek dowiedzialam sie, ze nasz chinski doktorant ma tak irytujace zachowanie, ze dwie studentki ewakuowaly sie z biura, ktore z nim dzielily do innego pokoju. dotarlo to do mnie via-via. poszlam do jednej z nich pytam, co takiego ten nasz ”Ge” wyprawia. no wiec Ge:

  • ucina sobie drzemke po lunchu i strasznie chrapie, a jak go sie budzi i mowi, zeby przestal chrapac, to twierdzi, ze nie chrapie
  • uprawia sport w ciagu godzin pracy, po czym nie biere prysznica i mowiac wprost, smierdzi. kiedy dziewczyny zwrocily mu uwage, glupio sie posmial i olal ich uwage
  • pije herbate lisciasta i nie dosc, ze siorbie, to cedzi liscie miedzy zebami i spluwa/ wypluwa je z powrotem do szklanki.

No i co tu zrobic z takim fantem… pogadalam z szefem i doszlismy do wniosku, ze musimy naszego chinskiego doktoranta wychowac; uswiadomic, ze Europa to nie Azja i ze jego zachowanie jest w Europie niemile widziane…. trudna to bedzie rozmowa, bo jak tu doroslemu facetowi powiedziec, ze smierdzi..:/

co do wplywow… wczoraj rano Bizon pyta czy moze zaprosic Thysa. mozesz, oczywicie, odpowiadam. okazalo sie jednak, ze 13-letni Thys poszedl z innym kolega na miasto, na lunch… zdziwilo mnie to, lubego tez. i lubemu, i mi wysylanie 13-latkow na miasto, zeby sobie we dwoje zjedzli lunch w kafejce, wydalo sie przesada. oczywiscie, Bizonowi zal xxx scisnal…. a mi Bizona bylo zal, ale powiedzialam, co myslalam: 13-letnie dziecko niech lunchuje w weekend z rodzicami, a nie gdzies samopas na miescie. i choc nie umie zwerbalizowac i uzasadnic swoich odczuc, sa one negatywne. a dzis mama Thysa zaproponowala Bizonowi, zeby obejrzal u nich po poludniu mecz z Thysem. Bizon jednak nie mogl, bo na 17.00 szlismy do kosciola. mama Thysa spytala Bizona: a czemu ty co niedziele musisz chodzic do kosciola? przeciez Bog wie, ze go kochasz. zirytowalo mnie to. i w tym przypadku wiem dlaczego: bo takim pytaniem ”podjudza” mi dziecko. dziecko jak to dziecko, wiadomo, ze nie zmartwiloby sie, wrecz ucieszylo, gdybysmy go na msze nie wzieli. sama bylam dzieckiem i to rozumiem. ale dziecko tez nie ma ochoty isc kazdego dnia do szkoly, nie ma ochoty myc zebow, woli czipsy od obiadu. a jednak do szkoly chodzi, zeby myje, a na obiad je obiad, a nie czipsy. tak samo patrze na msze swiete: jestesmy chrzescijanami, zobowiazalismy sie do wychowawania dzieci w wierze katolickiej i coniedzielna msza nalezy do wychowania w tejze wierze. do mamy Thysa napisalam wiec uprzejma, ale jasna wiadomosc: Bizon dolaczy do was po mszy. A jak masz pytania badz watpliwosci dotyczace naszego coniedzielnego uczestnictwa we mszy swietej, zapytaj mnie, a nie mojego 13-letniego syna.

to tyle…

zahukani

coraz czesciej dochodze do wniosku, ze najtrudniej wspolpracuje sie z ludzmi zahukanymi, niepewnymi, niedowartosciowanymi… juz wole pracowac z ludzmi niedouczonymi, ktorzy otwarcie przyznaja, ze czegos nie widza, bo ich mozna szybko poinstruowac, podszkolic albo mozna po prostu uzupelnic luke swoja wiedza lub innej kompetentnej osoby.

moj kolega Jan, z ktorym do niedawna tylko dzielilam pokoj, a od niedawna czesciowo wspolpracuje, jest niestety przykladem niedowartosciowanego pana, ktory ma kompleks nizszosci z tego powodu, ze ja mam doktorat a on nie, ze jego koledzy lekarze porobili nie tylko doktoraty, ale i specjalizacje, a on, niby po medycynie, ale wyladowal jako koorydantor do spraw naukowych, bo jakos tak nie po drodze mu bylo ze specjalizacja…

juz w dniu, kiedy moj ”stary” szef zalatwil mi pol ”nowego” etatu, ze stalym zatrudnieniem, kolega Jan byl w szoku i powiedzial mi prosto w twarz: nie zgadzam sie na to! jako, ze wtedy jeszcze nie wiedzialam, ze jest zakompleksionym panem i znalam go zupelnie innej strony, nie rozsmialam mu sie bezczelnie w twarz, nie powiedzialam ”a co ty masz tu do gadania”, a powinnam byla. bo Jan na rozne sposoby probuje mnie zniechecic do mojej nowej pracy; glownie malymi rzeczami, durnymi komentarzami, dziwnymi reakcjami na prace, ktora wykonuje na zlecenie ordynatora, i ktorej Jan nie ma prawa oceniac. Jan widzi, ze jego zlosliwosci splywaja po mnie jak woda po kaczce, a wrecz przeciwnie, jeszcze bardziej mnie motywuje do dzialania, wiec probuje mnie ”reformowac”: musze uwazac na zdrowie, nie pracowac w weekeny i wieczorami. rodzina najwazniejsza, mowi. a co, jesli ja lubie pisac artykuly, szkicowac wykresy, obmyslac ilustracje i nie traktuje tego jako prace? co zrobic, gdy praca jest po czesci naszym hobby? – pytam Jana. jedni ida wieczorem na miasto, a ja zasiadam do analiz. co w tym zlego? na dodatek, co zrobic, jesli w pracy rozpraszaja mnie inne drobne sprawy: studenci, administracja, zebrania, edukacja, wyklady? co, jesli w pracy nie mam na tyle ciaglego czasu, zeby spokojnie skupic sie nad artykulem? co w tym zlego, ze jak mam wene, to potrafie siedziec pol nocy, zeby splodzic cos, na czym mi zalezy, cos, co mnie ci,eszy? co za roznica dziergac sweter, ogladac gwiazdy czy pisac artykul? od Jana odbieram sygnaly, ze jestem hyper, nadambitna, ze chce zaimponowac nowemu szefowi… a przeciez artykuly to nie dla nowego szefa pisze a dla starego…. i dla siebie…

a wszystko przez to, ze on widzi, ze nie nadaza za mlodszym pokoleniem, ze boi sie stracenia z piedestalu…

no to tyle. sprawdze jeszcze szybko dyskusje do pracy magisterskiej mojej ulubionej studentki. bo lubie;)

wypalenie domowe

mowi sie o wypaleniu zawodowym, a ja dochodze do wniosku, ze przechodze jakies wypalenie domowe. nie chce mi sie sprzatac, gotowac, piec, prac, wieszac, skladac, nie chce mi sie grac z dziecmi w gry, czytc Szkrabowi ksiazki, a w moje ”wolne” popoludnie, zamiast ugotowac jakis ambitniejszy obiad, o godzinie 17.00 zaczynam szukac inspiracji.

swoja droga, moi panowie nie sa wdziecznymi konsumentami. jak jeden lubi danie z serem, pozostali dwaj tego nie tkna, jak jden lubi potrawy pikantne, to reszta sie krzwi, ja uwielbiam bataty, Bizon raczy tknac, luby z grzecznosci symbolicznie cos przelknie, za to Szkrab ma odruch wymiotny…

tak naprawde to tylko spaghethi, mielone, schabowe i nalesniki sa lubiane przez wszystkich. oprocz mnie… bo raz, ze mi sie juz przajadly, a dwa, ze ani miesozerca nie jestem, ani za macznymi potrawami nie przepadam i najchetniej to bym weganska kuchnie prowadzila.

tak czy siak, 17.00 zaraz wybije, a ja ani zakupow nie robilam, ani nic nie ugotowalam i chyba…. nalesniki strzele. znow.