pogrzeby smutne i smutniejsze

poszlam dzis pomoc ”przy pogrzebie” – lista covidowa, czytanie i skladka.

nie czulam sie komfortowo proszac zalobnikow o wpisywanie sie na liste covidowa, ale na szczescie ludzie juz sie przyzwyczaili i nikt sie nie burzyl.

siedzialam z boku i rozne mysli przechodzily mi przez glowe, ze pewnie za niedlugo rodzicow bede zegnac, ale ze tak w ogole, to nigdy nie wiadomo, kto pierwszy… moze ja… kto wie…

tak czy siak, myslalam, ze pogrzeby zawsze sa smutne, ale jednak atmosfera moze byc rozna. dzis na pogrzebie zialo pustka. i samotnoscia. piec lawek bylo zapelnionych. gdy pomysle o polskich pogrzebach… cale sasiedztwo przychodzilo na pogrzeby, plus rodzina najblizsza, blizsza, dalsza, koledzy z pracy. nawet na pogrzebie babci lubego, pol wsi sie zeszlo. a tu piec lawek…

nieboszczce wszystko jedno. nie wiem, czy dzieci zmarlej tez tak odebraly ta atmosfere. moze im tez wszystko jedno. nie wiem. wiem, ze boje sie tego dnia, kiedy przyjdzie mi zegnac rodzicow, tesciow, kto wie, moze meza…

wybuchowe wariatkowo

dzis poszlam z Psiskiem na plac zabaw – brzmi zabawowo, ale na placu zabaw spotykaja sie ludziska, ktorym trafily sie specyfincze psy – psy wybuchowe:DDD chodzi o to, zeby psiaki, ktore nie potrafia bez emocji przejsc obok innego psa na chodniku, nauczyc olewania innych psow.

nie bede opisywac na czym te lekcje polegaja, bo dosc to zawile. ale przyznam, ze bawie sie wysmienicie: i z moim psem i patrzac na innych wlascieli trudnych badz wybuchowych psow. jeden pies bal sie wejsc do tuneli. no to pani weszla do tunelu, zeby pieskowi zademonstrowac, o co chodzi. ryczelismy ze smiechu, bo pies robil to co wlasciciel ma robic: czekal na swoja pania u wyjscia z tunelu:DD

moje psisko przez tunel jak blyskawica smigalo. ale i pare razy mi zwialo i wolaj sobie, wolaj, pancia – przyjde, jak sobie pobiegam. po kilku sprintowych rundkach, z bananem na pysku przybiegl i kontynuowal wspolprace.

w chwilach odpoczyku mojego i psiska obserwowalam inne psy i ich wlascicieli – i wszystko sie zgadza – to prawda, ze psy sa podobne do swoich wlascicieli!!! nie tylko wizualnie, ale tez z charakteru. ten pies, ktory boi sie tunelu – jego wlascicielka wyglada na bardzo niepewna siebie osobe. byl pan z psem, ktory sie zamyslal… pies w trakcie zabawy nagle odplywal myslami i w ogole nie bylo z nim kontaktu. siedzial i patrzyl sie przed siebie. wlasciciel psa… trenerka mu tlumaczy jakie komendy ma psu dawac, a gosc w tym czasie szuka smaczkow dla psa, bo jakims cudem je zgubil:DDD byla tez pani z pieknym, brazowym, troche spasionym labradorem – labradorka postrzelona i wlasicielka tez. co ja mam wspolnego z naszym psikiem? szybki chod;) luby na spacerach dostaje zadyszke i zlosci sie: myslalem, ze idziemy na spacer, a ty uprawiasz marszobieg! tak??? dziwie sie… bo ja zawsze tak chodze, bez psa tez zasuwam, bo… mi sie zawsze spieszy;) ale luby ma racje – inne psy obwachuja krzaczki, szukaja patykow, spogladaja na wlasciciela, a nasze psisko byle do przodu, byle do przodu – tak samo jak ja. nie ogladam sie do tylu.

edukacja ”nie wiadomo o co chodzi”

wzielam w tym roku ”coaching” jednej grupy studentow drugiego roku medycyny. dostalam plan opisujacy, jaki material mam ze studentami przerobic i malo z krzesla nie spadlam: zdrowy tryb zycia w relacji do opieki zdrowotnej. eeee, ja nie mam przygotowania na ten temat i (naiwnie?) zalozylam, ze w dziekanacie sprawdzaja wyksztalcenie wykladowcow, zanim powierza im edukowanie studentow. no nic… stwierdzilam, ze sie podszkole i jakos przez to przebrne.

dzis wszyscy coache uczestniczyli w zebraniu informujacym ”o co to w tym wszystkim chodzi”. okazalo sie, ze osob, ktore o malo z krzesla nie spadly, bylo duzo wiecej. z jednej strony ulga, ze nie jestem sama, z drugiej strony, zniesmaczenie. jeden z wykladowcow spytal wprost: ”jak ja mam uczyc studentow medycyny jak rozmawiac z pacjetami o ich stylu zycia, jesli ja sam nie wiem jak to robic? nikt mnie tego nigdy nie uczyl, bo to moda ostatnich kilku lat”, inny pyta: ”mamy jakies PICTO-scory obliczac – ja nie mam pojecia, co to jest”. ufff, ulga, bo ja tylko wiem, co to PICTOm ale punktow tez nie potrafilabym obliczyc. Odpowiedz organizatora programu nauczania: ”to nie wy macie nauczac – studenci maja przerobic samodzielnie program, a wy macie to tylko moderowac ich prace, wy macie ich ”coachowac”. Na co kolega sarkastycznie odparl: ”a, czyli ja mam przyjsc, siasc i czekac na rozwoj akcji, tak?”.

Rece opadaja…. przedszkole. Program nauczania nie przystosowany do kompetencji wykladowow, oczekiwania w stosunku do wykladowcow (i studentow) niejasne… jak ja mam stanac przed tymi studentami i oczekiwac, ze beda mnie i moja prace traktowac na powaznie?

madre psisko

jeszcze wspomnienie z wakacji. w dniu wyjazdu od rodzicow mama zaoferowala, ze pojdzie na spacer z psiskiem, gdy bedziemy pakowac samochod. okazalo sie, ze pies wiedzial, ze bedziemy wyjedzac i najwyrazniej bal sie, ze o nim zapomnimy! po kilku metrach spaceru z mama, zawracal do domu. nie chcial dalej isc (mimo ze juz wczesniej spacerowal z mama). w koncu mama sie poddala, zawolala Szkraba, zeby z nimi poszedl i wtedy psisko juz poszlo spokojnie na spacer. wiedzial nie tylko, ze bedziemy wyjedzac, ale tez, ze bez Szkraba nie pojedziemy;)

wg Dabrowskiej

nie wiem, co mnie sieklo, zeby zamowic sobie ksiazke dr. Ewy Dabrowskiej (hmmm,… z tego co pamietam, to tylko w mianowniku nie stawia sie kropki po skrocie dr…, wiec w dopelniaczu stawiam; chyba dobrze, co?;)). przeczytalam dwa razy, zafascynowana pacjentami pani dr, tym, co mozna postem i dieta osiagnac. o diecie dr. Dabrowskiej slyszalam wiele razy, ale jako ze diety-cud omijam szerokim lukiem, to i ta omijalam, jakby to od jakiej szarlatanki wyszlo. a jednak, od dwoch dni postuje. co mnie przekonalo? to, ze pozytywne skutki dietowania widze po sobie za kazdym razem, gdy ograniczam slodycze, tluszcze i alkohol; a robie to zawsze, gdy waga wskazuje o 2-3 kg za duzo, gdy spodnie wpijaja sie w pas. ja juz jakis czas temu powiedzialam mojej lekarce domowej: listki, skoncze na diecie listkowej, bo po nabiale boli mnie glowa i dostaje egzeme, wiec nabial juz dawno temu wyeliminowalam z diety, a po wielu innych produktach (np. pomidorach) boli mnie zoladek i tez glowa, i te produkty tez stopniowo wykluczam. wtedy powiedzialam to pol zartem, pol serio. a dzis, po drugiej dobie postu warzywno-owocowego moge powiedziec smialo, ze to jest cos dla mnie. najbardziej przekonuja mnie kiszonki – nakupilam sobie w Polsce kiszonek z kapusty, z buraka i pije z wielka przyjemnoscia. i czas zaczac robi swoje kiszonki, zanim te polskie sie skoncza.

choc… zeby nie bylo rozowo. znow daje o sobie znac moje uzaleznienie od kofeiny. wczoraj kolo poludnia organizm sie upomnial o kofeine potrwornym bolem glowy. myslalam, ze jeden dzien i bedzie lepiej. wiec poszlam wczesniej spac. ale rano wstalam… chora z bolu glowy. poznym popoludniem skapitulowalam. zrobilam sobie 1/3 kubka kawy i duszkiem, bez mleka, wypilam. juz po 15 minutach bol glowy zaczal ustepowac… niestety, uzaleznienie organizmu jest silne. zobacze, co bedzie jutro. jesli znow bol glowy mnie znockoutuje, to znow mala, oszukancza kawke sobie strzele. bo jutro… do pracy. koniec wakacji.

Dobry dzen

jestesmy w Czechach. na zadupiu wielkim. tak wielkim, ze internet prawie nie dziala, ze najblizsza piekarnia 7 km stad. jak mi tego bylo trzeba…. lasy, gory, natura i calodniowe wycieczki piesze. od chodzenia czuje nawet ramiona:DDD

a jaki pies szczesliwy! i padniety! po tylu godzinach dreptania chrapie jak traktor.

jeszcze dwa dni i jedziemy do rodzicow.

a potem koniec dobrego. wio, do roboty.

Takie gesty

od kilku miesiecy pomagam chirurgowi z naszego oddzialu tlumaczac jego konwersacje z polska pacjentka. kobiete spotkalam pierwszy raz w marcu, kiedy to lekarze z naszego szpitala ratowali jej zycie po zaniedbaniu z innego szpitala. w ciagu ostatnich kilku miesiecy kobieta przeszla piec operacji. od dwoch tygodni znowu lezy na oddziale naszego szpitala. przyszla ”tylko na chwile”, na drobny zabieg, a okazalo sie, ze zaniedbania z poprzedniego szpitala byly tak powazne, ze po tym ”drobnym zabiegu” przeszla dodatkowe dwie operacje, bo jelita nie dzialaja jak nalezy. ostatnia opercja odbyla sie wczoraj w nocy o 3.30… operowal ja inny chirurg niz ten, ktoremu tlumaczylam, bo moj znajomy jest od piatku na wakacjach.

dzis rano tlumacze. wchodzi lekarz, a pani usmiechnieta: o, pan doktor! chirurg troche zdziwiony pyta: pamieta mnie pani? tak, pamietam, poglaskal mnie pan po rece i powiedzial, ze wszystko bedzie dobrze!

jak ona to powiedziala, to az mnie wzruszenie scisnelo w gardle. przetlumaczylam z lekka chrypka w glosie;)

3.30 nad ranem, gosciu operowal caly weekend (Polka byla jego ostatnia weekendowa pacjentka) a on, pamietal o poglaskaniu ja po rece, o krzepiacym slowie. znam go na tyle dobrze, ze nie powinno mnie to dziwic – jest to przesymaptyczny czlowiek. ale najbardziej sympatyczni ludzie o 3.30 w nocy powinni spac… i chyba nikt nie jest szczesliwy stojac o tej porze przez trzy godziny przy stole operacyjnym. a mimo to… stac go bylo na cieply gest.

a chirurg mi potem powiedzial, ze zdziwil sie, za pacjentka go poznala, bo nigdy wczesniej go nie widziala, a spotkala go juz na sali operayjnej, gdzie on juz byl caly umundurowany i w masce.

gesty sa bardzo wazne.

a pozniej sie usmialysmy do lez, z… mojego zartu, ktory dopiero jak wypowiedzialam, uznalam za niestosowny, ale… mnie sie zawsze trzyma czary humor, a jak trafie na sympatyczna osobe, to juz hamulcow nie mam. pacjentka mowi mi, ze po tej operacji przenieli ja do jedynki, ze juz nie wrocila na poprzedni sale, ktora dzielila z trzema innymi pacjentami (co ciekawe, nie ma podzialu na sale zenskie i meskie – Polka lezala z dwoma panami i jedna pania). na co ja sie glupio zasmialam: no to teraz mysla zes zeszla z tego swiata! w srodku nocy zabieraja pacjentke pod skalpel, pacjentka juz nie wraca… no tylko jedno do glowy przychodzi. na szczescie kobiecie bardzo sie zart spodobal.. ufff… dla mnie nauczka, zeby nie chlapac glupio jezorem….

Plac zabaw

myslalam, ze wyroslam juz z placow zabaw… a tu dzis trener psa zabral nas na psi plac zabaw z przeszkodami. spuscilam psa ze smyczy a on, jak by go kto biczem trzasnal:DDD pognal przed siebie. zrobil sprintem kilka rundek wokol placu, a szczescie mial takie wymalowane na pysku, ze nie tylko ja i nauczyciel sie smialismy, ale i inni wlasciele psow cwiczacy na sasiednim placu. po sprincie przelecial jak strzala przez tunel, chyc nad jedna przeszkoda, nad druga, az w koncu truchcik po kladce.

po 15 minutach zabawy nauczyciel mowi: mysle, ze kurs posluszenstwa trzeba zapomniec. to jest to, czego wasz pies potrzebuje: wyszalec sie. jak sie wyszaleje, to i w glowie mu sie wszystko pouklada. a co najwazniejsze, poprzez zabawe jeszcze bardziej wzmocnicie wasza relacje i jego wpatrzenie w ciebie.

tez tak mysle.

cwieczenia, ktorymi i psa i siebie od kilku tygodni mecze, sa potrzebne, przynasza rezultaty, ale… sa cholernie nudne. tak nudne, ze za kazdym razem musze z soba walczyc, zeby isc cwiczyc. plac zabaw o wiele bardziej mi sie podoba niz kurs posluszenstwa. juz nawet mysle, ze poszukam jakiejs poprzeczki do skakania, zeby w ogrodzie z psem skakac;)

czyj fotel

na urodziny, w styczniu, kupilam sobie fotel bujany. mialam zamiar zaniesc go na strych, zeby tam, wieczorami, w ciszy czytac ksiazki i wypoczywac. ale jakos tak sie stalo, ze fotel nigdy na strych nie dotarl. mimo ze nieurodziwy, wrecz brzydki, taki szaromysi, zostal na dole, bo jakos tak sie stalo, ze kazdy lubi sobie na nim przycupnac.

a najbardziej polubil go… nasz pies:D lubi na nim spac. nie wiem, czy czuje na nim nasze zapachy? czy moze po prostu fotel wygodniejszy niz jego loze. tego nam pies nie powie. na poczatku psisko jeszcze migrowalo miedzy swoim lozem a fotelem a teraz juz co noc zasypia na moim (!) fotelu.

siedze sobie przez TV, na moim (!) fotelu, a pies… patrzy na mnie. i patrzy. czemu on sie tak patrzy, zastanawiam sie… no jak to, czemu… bo mu legowisko zajelam:DDD i patrzy, kiedy sobie pojde;)