jako ze swinka znow wczoraj niewesolo wygladala, siana nadal nie je (a u swinek to podstawa) i choc niby zainteresowana jedzeniem, to kiepsko je, umowilam swinke znowu do polskiego weterynarza – na 18.00. luby wie, ze nie lubie jezdzic naszym samochodem, a zwlaszcza w godzinach szczytu, wiec zaproponowal, ze pojdziemy razem. bardzo sie ucieszylam, ale to oznaczalo, ze dzieci trzeba jeszcze ze swietlicy odebrac. a dzieci ze swietlicy wchodza zawsze strasznie glodne….
jako ze w szpitalu mamy kilka restauracyjek, a w jednej serwuja swieza pizze, kupilam jedna na wynos – ale sie chlopaki, lacznie z lubym, ucieszyly! ja bylam twarda i tylko troszke sera skubnelam, bo serowi, szczegolnie roztopionemu oprzec sie (jeszcze) nie potrafie.
podjezdzam pod swietlice, a tam pustka. dzieci poszly na jakies rozgrywki. no kurcze pieczone, a czemu nikt mnie o tym nie poinformowal??? spytalam gdzie dzieci sa, to podjade je stamtad odebrac – dowiedzialam sie gdzie poszly, ale ze juz sa w drodze powrotnej. no to ciach na rower i jade w tamtym kierunku, ale nikgo nie ma. wracam inna droga, tez nikogo nie widac… najwyrazniej dzieci jeszcze nie wyruszyly w droge powrotna! ide znow do tej jedynej opiekunki, ktora zostala z najmlodszymi, ona twierdzi, ze dzieci SA juz w drodze powrotnej, ja mowie, ze nie… robi sie nerwowo, bo pani ma wszystko w nosie i nie wie, ze ja mam byc w innym miescie za 20 minut! luby wydzawania, dzieci nie ma, czas leci i pizza stygnie…w koncu przyszli. o 17.50, kiedy to juz grupka zirytowanych rodzicow sie zebrala.
zadzwonilam do weterynarza, czy moge sie spoznic czy juz w ogole w droge nie wyruszac – na szczescie moglam przyjechac. jedziemy, a tu most otwarty…. dla lodzi. dla nas zamkniety, kolejne 5 minut stracone… cale szczescie, ze dzieci paszcze mialy zatkane pizza i sie nie klocily.
w koncu dojechalismy. dzieci zostaly z lubym przed praktyka. ja weszlam ze swinka do srodka, Szkrab zaczal sie bawic kamyczkami, patyczkami, cos tam do siebie gadac, a pies, ktory siedzial w srodku strasznie sie zaczal denerwowac, warczec i szczekac… na to kot, ktory ponoc juz i tak byl podminowany i zestresowany zaczal syczec, no to i nasz Snoetje dolaczyl i zaczal groznie mruczec. wlasciciele zwierzat sie posmiali, ale w koncu warczaco-mialczace zwierzeta zaczely byc meczace. wyszlam wiec i tlumacze Szkrabowi, ze psa denerwuje. Szkrab patrzy na mnie jakbym z choinki sie urwala – jak to on psa denerwuje???;) w koncu sie przesunal dalej, pies juz Szkraba nie slyszal i sie uspokoil, to i reszta towarzystwa ucichla.
a swinka… najprawdopodniej jej zoladek sie zbuntowal na ibuprofen i antybiotyk i zwyczajnie ma odruch wymiotny na jedzenie…. niby chce jesc, a jak powacha, to ja mdli i koniec z jedzeniem. dostala lek przeciw mdlosciom, ibuprofen odstawiamy i jeszcze tylko 2 dni antybiotyk… jestem juz padnieta, bo 3x dziennie siedze po pol godziny ze swinka i wtlaczam w nia papke…. a swinka jej wcale nie chce polykac – chodze wiec uswiniona papka, non stop piore, bo zapach papki nie jest zbyt mily, do tego papka jak wyschnie, to sie kruszy, wiec na podlodze wszystko zgrzyta…. niechze juz ta swinka wyzdrowieje…
jak dobrze, ze jutro nie ma skrzypiec… siade i bede siedziec.