dzis mama dostala wynik: nie ma raka. ulga.
wyszla tez ta sprzeczna natura mojej mamy: nie lamentowala, nie panikowala. bo umrzec kazdy musi, bo dzieci ma odchowane, bo wiele marzen juz spelnila. no ale problem miala inny: bo z tym naswietlaniem tyle zachodu, bo trzeba bedzie dojezdzac, a to tyle czasu kosztuje… nic nie mowilam, ale sobie myslalam: ja bym sie cieszyla, ze jest mozliwosc leczenia, bo jeszcze 20-30 lat temu takich mozliwosci jak dzis nie bylo. no ale taka jest wlasnie moja mama;)
a ja… juz tesknie za domem. jednak w swoich katach wypoczywam najlepiej. i dlatego tez juz od poczatku mowilam, ze wyjedziemy troche wczesniej – mam dobry pretekst: ktos musi dogladac remontu. no musi, musi.