zarty w pracy

w pracy siedze w pokoju razem z niejakim Janem, seniorem, przesypatycznym panem, ktory niegdys pracowal na intensywnej terapii, a teraz pomaga naukowcom z dokumentami, i z Cyrylem, 2 lata ode mnie mlodszym transplantologiem. I tak juz jakos jest, ze ile razy gdzies wyjda, przychodza ich koledzy i pytaja: Jan jest? A ze ja nie zawsze wiem czy Jan juz poszedl do domu, to patrze czy jego kurtka wisi. a kurtka wisi za drzwiami – tak, ze ja ja widze, ale ktos stojacy w drzwiach juz nie. efekt taki, ze gdy ja rzucam okiem za drzwi, zeby zobaczyc czy kurtka Jana wisi, ludzie mysla, ze Jan za tymi drzwimi stoi:DDD wiec tez zagladaja za drzwi jakby w nadziei (?), ze Jan sie tam schowal?Jako ze pytanie ”jest Jan?”, kiedy widac, ze go nie ma wydaje mi sie dziwne (ja bym spytala ”czy wiesz, gdzie jest Jan”, bo to ze Jana nie ma, to widac…), to czasami, gdy pyta ktos kogo dobrze znam, zartuje sobie i zagladam pod biurko wolajac: ”Jan????”. Na takie zarty pozwalam sobie tylko czasami;)

dzis szukano Cyryla; wpada jeden i wola ”jest Cyryl” – patrze w lewo, bo Cyryl siedzi prawie obok – ”nieeee, nie widze go”…. za chwile inny ”gdzie Cyryl?” – ”nie powiedzial, gdzie idzie…” – kolega podlapal sarkazm: ”nie?????”. ”no nie!” wraca Cyryl: ”Cyryl, mow mi gdzie chodzisz, bo koledzy sie szukaja a ja nic nie wiem” – ”taaaa, a pozniej mi rachunek wystawisz”. ”Nie…. nie Tobie, Twoim kolegom, za udzielanie informacji”.

takie gadanie o dupie marynie, ale czas szybciej leci jak sie czlowiek glupio posmieje.
_________________________________
Bywa i smutno. W zeszlym tygodniu szef przerwal spotkanie, bo musial wspomoc kolege, ktory operowal dziecko. caly dzien go nie widzialam. na drugi dzien szef mowi, ze operowal dziecko po bardzo dziwnym wypadku: na parkigu ktos potracil ojca i corke tak, ze ojciec zmarl na miejscu, a dziewczynka w stanie krytycznym. wieczorem sprawdzam e-maile, a wsrod nich e-mail ze szkoly. e-mail informujacy o smierci 9-letniej dziewczynki, ktora po dwoch dniach walki zmarla. w e-mailu wspomniana byla tez smierc ojca… czyli pacjentka szefa zmarla. mowie szefowi, ze dziewczynka, ktora operowali z naszej szkoly byla… szef zaczal opowiadac. m.in. powiedzial, ze rodzice dopiero co sie rozeszli i ojciec po raz pierwszy jechal sam z dziecmi na wakacje (ostatnie dwa tygodnie wakacji…). swiadkiem wypadku byl dwa lata starszy brat dziewczynki… wole nie myslec, co przezyl. potworna tragedia… dzieci w wieku moich dzieci. Takie opowiesci szefa stawiaja mnie do pionu: trzeba sie cieszyc kazdym dniem, kazdym momentem spedzonym z dziecmi, rodzina, bo nie wiadomo ile ich jeszcze bedzie…

Dodaj komentarz