za miesiac uczestniczymy z lubym i Bioznem w biegu na 4 mile. ja od czasu do czasu biegam, wiec kondycje mam optymalna. o kondycji Bizona juz kiedys pisalam – maly duracelek. a luby… no troche klapa. on te 4 mile przebiegnie, ale tempo lubego jest emeryckie. dzis przebieglismy razem 3 mile i jak juz konczylismy, to bylam gotowa przebiec kolejne 3; tak zesmy slimaczyli, zem sie nawet nie zdazyla zasapac. i w sumie fajnie, ale czegos mi brakowalo. bo na ogol jak biegne sama (albo z Bizonem) to tak, ze pot mi po plecach leci, ze oddech sie urywa, ze na drugi dzien mam zakasy (uwielbiam).
no i teraz dochodze do dylematu. dotrzymywac lubemu towarzystwa czy isc na calosc i biec swoim tempem. sklaniam sie ku pierwszemu, bo to ja lubego zapisalam na bieg i teraz niefajne go samego zostawic, tym bardziej, ze on za bieganiem nie przepada;) z drugiej strony chcialabym sprawdzic swoje mozliwosci, bo na takim biegu automatycznie biegnie sie szybciej niz podczas wieczornych przebiezek. ale…. chyba bede dobra zona i zostane u boku meza… przynajmniej sie nie spoce;)
kiedy zapisy sie zaczely, Bizon mial watpliwosci co do swoich kolanowych mozliwosci. a ze chcialam i siebie, i lubego zmoblizowac do treningow, to nas dwoje zapisalam. pozniej okazalo sie, ze kolano Bizona jest w porzadku (tylko troche niestabilne, co musi swiadomie korygowac) i Bizon poprosil, zeby go jednak zapisac na bieg. zapowiedzialam Bizonowi, ze od polowy trasy moze pobiec juz sam, ale jesli luby bedzie biegl takim emeryckim tempem to albo Bizona od razu puscimy samego, zeby pobil swoj rekord albo… ja z nim pobiegne pierwsza czesc trasy.
mamy jeszcze miesiac czasu – moze uda mi sie podciagnac kondycje lubego?