moj polski schodzi na psy:( malo czytam, malo mowie, malo pisze (wlasciwie tylko bloguje po polsku)…
Chociaz… mowie po polsku calymi dniami – do Bizona:)))) Jednak przekonuje sie, ze zubozal moj jezyk. Tlumacze swoje holenderskie streszczenie pracy doktoranckiej i… kuleje, okropnie kuleje. Moze tez dlatego, ze to jezyk „fachowy”, a fachu uczylam sie glownie po angielsku i ostatnimi laty po holendersku. Zanim dolacze to polskie streszczenie do wersji oficjalnej doktoratu musze je podsunac komus do przeczytania i doszlifowania.
przypomniala mi sie rozmowa z moja mama (polonistka). Mama , ktora rok temu zaczela uczyc sie angielskiego, zeby z zieciem sie choc troche dogadac, zaskoczyla, dlaczego ja ciagle „biore autobus”, „biore pociag”, czy „biore samolot”. Powiedziala mi to, a ja sie zdzwilam, no bo jak to sie inaczej mowi? „jedzie sie autobusem i samochodem”, „leci sie samolotem”, uswiadomila mnie mama:)))))) Co rusz kalki z angielskiego…
kiedy pojechalam pierwszy raz do kuzynki do Londynu, po pierwszym roku studiow (10 lat temu!!!) bylam troche zniesmaczona regresem polszczyzny tejze kuzynki, ktora np. na konserwanty mowila prezerwatywy (ha, ha, ha!!!) – po 5 latach zycia w Holandii doskonale ja rozumiem.