czytam Szkrabowi (prawie) na dobranoc, a on jeszcze kabanosy wcina… jednoczesnie skarzy sie, ze boli go brzuch. ”Glodowka jest najlepszym lekarstwem na bolacy brzuch”, mowie. ”Oddaj mi wiec te kabanosy i przestanie cie bolec brzuch”, kusze Szkraba. Szkrab smieje sie z przekasem: ”ale ty jestes przebiegla; myslisz, ze dam sie nabrac?” no… taka mialam nadzieje;)
zabawa, zabawa
cos mnie dzis podkusilo, zeby pojsc do kina polsi film, ”zabawa, zabawa”. jeszcze niedawno pisalam u Krysi, ze nie jestem fanka polskich filmow, ale moze dlatego, ze w polsce widzialam reklamy owego filmu, moze dlatego, ze w Twoim Stylu byl wywiad z aktorkami grajacymi glowne role, zdwonilam dwie jeszcze Polki i poszlysmy. i dobrze mi to zrobilo. film, wbrew pozorom, nie az taki plytki czy latwy. wrecz przeciwnie. spodobal mi sie. gra glowych bohaterek tez swietna. Miroslaw Baka mnie zaskoczyl swym wygladem – zaokraglil sie, zrobil sie z niego sympatyczny starszy pan.
po filmie skoczylysmy jeszcze na winko. jak mi tego trzeb bylo. i tak to wlasnie kobieta zmienna jest…. kilka wpisow temu bylam 100% domatorka, a tu prosze, zabalowalam na calego;) choc…. wyjscie z domu o 17.30 i powrot o 22.30 to bal…?;)
grunt, ze glowa przewietrzona, zoladek rozluzniony, cialo zrelaksowane.
praca ”pod wplywem”
zostalam zaproszona do wspolpracy w pisaniu pewnego projektu. jest jeszcze troche czasu do deadlinu, ale jakos dziwnie stresowal mnie ten projekt, nie wiedzialam jak go ugryzc, nie wiedzialam, czego zapraszajacy ode mnie oczekuja, ale wiedzialam, ze czekaja na reakcje z mojej strony. w pracy mam tyly, bo tak jest zawsze po wakacjach, w domu tez sie sporo dzieje, a do tego moj aktywny udzial w naszej przykoscielnej misji, i inne takie… ciagle nie moglam na spokojnie przysiac by pisac ten projekt.
wczoraj mialam wolne popoludnie, wiec pomyslalam, ze jako dzieci mam juz odrosniete, dam rade cos splodzic. gdzie tam… najpierw gotowalam zupe, potem Szkrab prosil, zeby mu poczytac, potem zadzwonil kolega Bizona i spytal, czy bym nie poszla z nim do monopolowego, bo chcial mamie wino z okazji urodzin kupic, a ja sie zgodzilam, bo tego kolege wyjatkowo lubie, a pozniej okazalo sie, ze kolega zostanie, wiec zrobilam gofry, a po gofrach trzeba bylo posprzatac, w koncu zabralam sie za obiad, po obiedzie odprowadzilismy kolege Bizona do domu i zanim w koncu siadlam do projektu, wybila…. 22.00.
zacisnelam zeby i stwierdzilam, ze zebym miala siedziec do bialego rana, to ja ten projekt skoncze. jednak strasznie bylam poddenerwowana… bo nie do konca rozumialam, co mam robic;) otworzylam wiec wino i… o 1.30 projekt byl gotowy a wino jakims cudem oproznione (luby na jedna lampke sie zalapal;)).
dzis rano stwierdzilam, ze musze przeleciec ten projekt zanim go wysle, zeby miec pewnosc, ze piszac ”pod wplywem” nie splodzilam jakiegos badziewia i co? im dluzej czytam swoje wypociny, tym bardziej sie dziwie, ze to ja je napisalam, bo rzadko kiedy bywam z siebie tak zadowolona, jak tym razem;)
jedynie zoladek zaprotestowal- alkohol nie dla mnie…
odpowiedni czas
w styczniu stuknie mi 42… wierzyc mi sie nie chce, bo w glowie mam znacznie mniej lat. niestety, cialo za glowa nie nadaza i z przerazeniem stwierdzam, ze powolnieje, ze czesciej jestem zmeczona, ze… potrzebuje coraz wiecej snu i ze niestety, moj sen jest coraz mniej gleboki, coraz czesciej przerywany, przez co rzadko kiedy jestem wyspana.
i moze przez to nie chce mi sie juz balowac do bialego rana, ba, nawet do poznej nocy, nie mam ochoty na wieczorno-nocne posiadowy, a i alkohol juz w gre nie wchodzi, bo zoladek zrobil mi sie nadwrazliwy:/ z zazdrosci patrze jak luby pije czerwone wino, a ja nie moge. zle po winie spie, bo… zoladek protestuje nawet po lampce wina. moze jeszcze sie wygoi?…
patrze na kolegow-rowiesnikow z pracy, ktorym rodza sie dzieci… patrze i dziekuje Panu Bogu, ze moje juz odchowane, ze juz nie ma u nas nocnych pobudek, a po nich pobudek o 5 rano, kolek, ulewania, noszenia na raczkach, pakowania pieluch, butelek, smoczkow, wozkow, nosidelek, itd, itd… nie, ja juz sie do tego nie nadaje. gdy mialam 30 lat, to tak – cieszyly mni dwa niewinne bobasy. teraz, 10 lat pozniej ciesza mnie nastoletni chlopcy, ktorzy, choc buziami klapia, sa samodzielni i mozna sie z nimi dogadac.
jak dobrze, ze za wczasu sie wyszalalam na imprezach, urodzilam dzieci i odchowalam je. jak dobrze, ze teraz moge spokojnie zblizac sie do 50-tki;)
bateryjka
podczas lunchu kolega szefwa mowi: a wczoraj o 21.00 przyjechali rodzice z 10 miesiecznym dzieckiem z bateryjka w przelyku.
jak to sie stalo – pyta szef.
no po prostu, dziecko ja postanowilo zjesc…
nie wiem, jak ta bateryjke wyciagnal, ale jak sobie wyobraze, jak dlugi i waski jest przelyk….
ja z kolei zaczynam wakacje. ostatnia kropke nad arykulem postawilam tuz przed 22.00.
jutro mam pakowac walizy. sek w tym, ze prawie wszystko w praniu….
Zabezpieczony: wnerw
profesura wsrod kobiet
od kilku lat slysze dyskusje, wpadaja mi w rece artykuly kobiet profesorek, ktorych marzeniem, a raczej celem jest podniesienie ilosci kobiet profesorek. bo przeciez kobiety nie sa glupsze od mezczyzn, ba, niektorzy twierdza, ze nawet sa madrzejsze;) wiec czemu wsrod profesorow wciaz dominuja mezczyzni – pytaja waleczne profesorki. no czemu? dla mnie, kobiety, matki, zony odpowiedz jest jasna, i dziwie sie, ze one, profesorki, kobiety, tego nie wiedza. bo dojscie do profesury to nie jest tylko intelekt. to nie jest tylko praca; to poswiecenie. to praca wieczorami, w weekendy, w swieta, wyjazdy na zagraniczne staze, liczne konfenrecje – to praca, ktora sie zyje non-stop. a komu/czemu chce sie poswiecic wiekszosc kobiet? wg mnie rodzinie, a zwlaszcze dzieciom. i nie, nie chodzi o to ”negatywne” poswiecenie, tylko glownie o czas spedzony z rodzina, o czas poswiecony obowiazkom rodzinnym. i tak, wiem, sa kobiety, ktorym udaje sie laczyc macierzynstwo z profesura, ale… coz, cos za cos… wydaje mi sie, ze ktoras dzialka traci na jakosci. widze to na przykladzie lubego, ktory w zeszly czwartek raniutenko, jak jeszcze dzieci spaly polecial do NY, a wrocil w niedziele po poludniu = 3.5 dnia nie mial kontaktu z dziecmi. w pn jak wyszedl z domu o 8.30, wrocil o…. 22.00. bo mial jakis oficjalny obiad swiateczny, dzis wyszedl z domu o 8.30 i jeszcze go nie ma, bo jego grupa naukowa ma wyjscie ”swiateczne”… i teraz, jak sobie pomysle, ze i ja zaczne ”kariere” robic, zaczne isc w kierunku profesury… i zaczne znikac na kilka dni, wieczorow… kto bedzie zajmowac sie dziecmi? nianki? chyba nie o to chodzi w rodzinie, w macierzynstwie? inny przyklad: pisalam jakisc czas temu, ze luby zostal ”milionerem”. kiedy luby dopinal grant na ostatnie guziki? w swieta Bozego Narodzenia. miedzy swietami a nowym rokiem na 3 dni wylaczylo go zapalenie pluc. do czego wrocil luby jak ledwo co zaczal funkcjonowac? do kontynuowania pisania grantu. wyslal go w nowy rok….
znalazlam ostatnio grant dla kobiet – grant, ktory ma na celu promowanie kobiet w nauce. czytam, czytam i… niesmak. mozna aplikowac o iles tam tysiecy euro, zeby pojechac na 3-5 miesiecy do Amesterdamu, zeby tam, bez rozpraszaczy, w wybitnym centrum naukowym, poswiecic sie baddaniom naukowym. a… czyli mam wyjechac, zostawic rodzine na 3-5 miesiecy samym sobie, olac ich, zeby dazyc do profesury. no tak, na weekendy moglabym wracac;) albo o i mogliby przyjezdzac… i co? i ja tego nie widze. i mysle, ze 90% kobiet, ktore zdecydowaly sie na macierzynstwo, nie pisza sie na taka ”kariere”. a ponom to mniej doskwiera. czemu? to juz inna, wieloplaszczyznowa dyskusja. ja mam w glowie taka anegdote:
gdy dziecko wraca do domu i jest w nim mama, dziecko pyta:
– moge wlaczyc TV?
– moge isc do kolegi?
– gdzie sa moje lyzwy?
– co dzis jemy?
– co dostane na urodziny?
a gdy dziecko wraca do domu i jest w nim tato, dziecko pyta:
– gdzie mama?
i znow, podejrzewam, ze w 90% domow tak wlasnie jest. i czy nalezy to zmieniac? jak dla mnie, nie trzeba. wole byc mama na 100% niz profesorka;) choc… ostatnimi czasy…. nie, nie marze o tytulach. ale zal mi, ze wokol mnie sa faceci-profesorzy, ktorzy na to nie zasluguja….
przygotowania do swiat;)
moje przygotowania juz zakonczone:
– prezenty kupione
– wieniec adentowy stoi na stole juz od trzech tygodni
– spowiedz adwentowa zaliczona
– ksiazki zamowione
– 2 kg zgubione (wroce z nimi z Polski;)
– kartki swiateczne wyslane
do rodzicow przyjedziemy w nd, ubierzemy choinke, w pn wrzucimy pod nia prezenty, na mnie pewnie bedzie czekalo wyprasowanie bialego obrusa, moze jeszcze jakis stroik mama sobie zazyczy, koszule trzeba bedzie lubemu i chlopakom wyprasowac, pewnie i brat sie dorzuci – taka tradycja;)
___________
luby wrocil z NY, poszlismy wiec z wizyta do sasiadki. posiedzielismy chwile, wypilismy herbate… smutny nastroj, ale sasiadka sama stwierdzila, ze poczula poniekad ulge… bo sasiad mial bardzo szybko postepujaca neuropatie… stad problemy z chodzeniem, siedzeniem, pod koniec mowieniem, pisaniem…. smutne to beda dla niej swieta, ale moze weselsze niz niepelnosprawnym mezem….
zegnaj, Marten…
zmarl nasz sasiad. ten nasz ulubiony.
jego zona wrzucila wieczorem kartke z informacja, ze kremacja odbyla sie w ciszy, czyli pewnie w gronie najblizszych.
przykro mi. nie mamy zbyt bliskich relacji z naszymi sasiadami – w sumie to tylko Martenem i jego zona spotykalismy sie czasem na kawe i ciasto. a teraz Inke zostala sama…
mam sasiada przed oczami – jego oczy: cieple, spokojne, wesole – do momentu wypadku. pozniej, po tym jak spadl ze schodow i zlamal biodro, oczy mu sie nie smialy. zlapal depresje, nie chcialo mu sie zyc. to nam powiedzial we wrzesniu, gdy wrocilismy z wakacji. wtedy wpadlismy spytac, jak sie czuje. widze go, jadacego po raz ostatni na rowerze – to bylo ponad rok temu, w pazdzierniku, kiedy z Bizonkiem szlam na bieg 4-milowy. z wielkim zdziwieniem patrzylam jak pan, ktory chodzi wspierajac sie balkonikiem, dziersko pedaluje na rowerze. Holandia… pomyslalam – chodzic juz dobrze nie moze, ale rowerem jezdzi… powiedzialam to pozniej jego zonie, a ta machnela reka, ze to byl ostatni raz, bo tylko sie denerwowala, ze sie przewroci…
patrzylam na nich i… widzialam siebie i lubego: ona zywotna, energiczna, wiecznie na chodzie, szybko i glosno mowiaca, glosno sie smiejaca i wiecznie czyms zajeta; on stateczny, powolny, mowil wolno, patrzyl wolno, takie przeciwienstwo Inke.
na kartce Inke napisala: zeby zaakceptowac odejscie najblizszego, trzeba zrozumiec, ze nikt do nas nie przynalezy… ale on przynalezal… on byl czescia jej.
zegnaj, Martenie.
grudzien, adwent, wolne srodowe popoludnie
tyle drobiazgow w glowie, ze trudno z nich jaks konkretna mysl zlozyc…
Wczoraj zaliczylismy pierwsza wywiadowke w liceum Bizona – wychowawczyni peany strzelila na temat ocen Bizona, na temat jego ambicji, zachowania, a my sie pousmiechalismy… ja skrycie pomyslalam – zeby tak spokojnie bylo z naszym Szkrabem… ale nie bedzie; bo Szkrab to emocjonalny wulkan, zbiera, zbiera, wybucha, uczyc mu sie nie chce i dobre oceny to tylko kwestia jakis tam zdolnosci, a nie tego, ze przysiadl; a jak zdolnosci czasami zabraknie, to zla ocena wpada, Szkrab sie piekli, jest zly na siebie, na caly swiat a my tego wszystkiego musimy wysluchiwac.
Szkrab dzis odfajkowal muzykal swiateczny w szkole – stres daje znac, dziecko sobie miejsca nie moze znalezc i cos czuje, ze wieczorem wszystko nam tu wyplacze… a mi sie cierpliwosc do tych jego hustawek emocjonalnych sie konczy…
do lubego tez mi sie cierpliwosc konczy, na szczescie (dla niego) jutro leci do Stanow, wiec moze sie uratuje… choc juz wczoraj mu wypomnialam ”rownouprawnienie” i podsumowalam poranek. luby: robi dzieciom sniadanie, mi kawe, a potem…. idzie do toalety czytac ksiazke, bierze 20-min prysznic, zbiera sie, grzebie, w koncu jest gotow do pracy. ja: zanim wskocze pod prysznic nastawiam pralke, 10 minut zajmuje mi prysznic, krem, pianka, suszarka do wlosow i umycie zebow. sciele lozka, otwieram okna, skladam pranie i roznosze do szafy kazdego z domownikow, zamykam okna, pije (letnia) kawe, Bizonowi zginely rekawiczki, wiec ich szukam, bo on ich w zyciu nie znajdzie, Szkrabowi zginal pistolet, wiec tez go szukam, bo na probe generalna musi pistolet byc, wyciagam mieso z zamrazarki, zeby bylo co wieczorem jesc, wyciagam skorki z ogorka i papryki z klatki Blondi, bo smierdza, chowam kable od komputerow, laptopow, iphonow, rozladowuje zmywarke, zaladowuje zmywarke, wieszam pranie, zakladam kurtke, wychodze, odpinam rower i… czekam na lubego… ktory powolnym ruchem zapina kurtke….. no jak mozna byc tak powolnym, rozmemlanym…. ja tego nie pojmuje… czekajac na lubego robie w glowie przeglad dnia: trzeba wyjac kase dla niani, wyslac jej wiadomosc, ze zupa stoi w lodowce, poprosic, zeby ugotowala do zupy ryz, wieczorem wywiadowka, z szefem obgadac to i tamto, studentce sprawdzic statystyke, bo cos tam nie gra, ponaglic ksiegowego, czy mamy jeszcze chleb, na czwartek i piatek ugotuje gulasz, trzeba do niego dokupic piwo, itd. itd. no.. luby w koncu laduje sie na rower…
i nagle – na rowerze, luby zaczyna gnac! spieszy sie! teraz. mowie mu: wiesz co, ja nie mam sily gnac na rowerze… nie? a co zmeczona jestes? pyta luby…
tym pytaniem zachecil mnie do monologu na temat rownouprawnienia kobiet i mezczyzn. moze prawa mamy te same, ale spektrum obowiazkow wciaz inne…