chodze, mysle, mozg mi paruje, bo nagle, niczym nastolatka, nie wiem, czego ja od zycia chce. bo kiedy dzis poprowadzilam moich studentow ”adoptowanych” z ginekologii, a pozniej jak przyszla moja pupilka i przelecialysmy przez jej analizy, przez jej nowy artykul, powymyslalysmy nowe wykresy i eksperymenty i z przerazeniem sobie uswiadomilam, ze mi by tego strasznie brakowalo! straszny zal mnie scisnal, jak pomyslalam, ze ja bym to wszystko miala stracic. ”tylko” po to, zeby miec stale zatrudnienie.
i nawet te upierdliwosci szefa…. no skoro 4 lata z nim wytrzymalam, to moze i dluzej bym zdolala.
poza tym ja lubie klimaty na chirurgii – wieksze oryginaly to chyba tylko na psychiatrii chodza;) luby mowil mi, zanim podjelam obecna prace, ze chirurdzy sa trudni i dziwni. trudni…. moze i sa, ale i ja nie jestem latwa, wiec do siebie pasujemy. co w nich lubie, to nieowijanie w bawelne: chodzi szef i ani dzien dobry, ani jak sie masz, tylko ”idziemy”? troche to grubianskie, ale wiem tez, ze u niego to wynika z faktu, ze on mowiac ”idziemy” jest juz glowa na spotkaniu, na ktore idziemy. ja tez. nie raz zdarzylo mi sie ludzi nie zauwazyc, nie uklonic sie, bo bylam niebecna duchem.
nowej pracy jeszcze nie dostalam, obecny szef staje na glowie, zeby mnie zatrzymac, a ja… nie wiem, co ja mam robic. czekam… pytam Pana Boga: i co Ty mi tym razem wymyslisz? bo moje zycie to pasmo pomyslow, ktore w zyciu y mi nie przyszly do glowy. ja (teoretycznie) tak bardzo lubie spokoj, stabilizacje, a Pan Bog jednak widzi, zem niespokojny duch i a to mnie na emigracje do Holandii wyslal, a to na rok do Niemiec, a ten doktorat… wszystkich zszokowalam, lacznie z soba. maz-Holender, choc ja przeciez TYLKO polskiego meza chcialam, do tego protestant, ktory ze mna co niedziele na polskie, katolickie msze chodzi i w drugiej lawce wyspiewuje na caly regulator po polsku piesni. takie kolorowe zycie. jak mi Bajm do ucha spiewa: ”co mi Booooze dasz?”, no wlasnie, co? co tym razem…
______________
przedwczoraj szlismy z lubym ze spaceru wieczornego, na sciezce rowerowej lezal martwy golab, a wokol niego krecil sie niespokojnie drugi golab, pewnie ”maz”/ ”zona”. wczoraj jechalam ze sklepu, patrze, dalej to samo…. serce mi sie scisnelo i pomyslalam, ze trzeba gdzies zadzwonic, zeby uprzatnieto tego martwego golebia, bo ten jego towarzysz jest taki zestresowany i juz drugi dzien pilnuje tego martwego. wrocilam do domu i… wstyd – zapomnialam. dzis rano pognalam jeszcze przed praca po sianko dla Blondi, patrze… golebie: jeden martwy, drugi go pilnuje. zatrzymalam sie, wyjelam telefon i zadzwonilam na pogotowie zwierzece – opisalam sytuacje i obiecali, ze rozwiaza problem. taka bylam zla na siebie, ze juz wczoraj nie zadzwonilam, ale jednoczesnie bylam rozzalona na ludzka ozieblosc – tyle ludu, co sie ta trasa przewala, wokol restauracje, sklepy i nikt nie wzial worka, zeby golebia usunac, nikt nie zadzwonil na pogotowie, zeby ulzyc temu biednemu towarzyszowi, ktory najwyrazniej nie potrafil pogodzic sie z sytuacja i nie potrafil odejsc od martwego towarzysza. tyle ludzi…. marwica.