walka z cukrem…

tak jak w zeszlym roku 4 mile przebieglam na luzie, tak w tym roku nie bylam pewna czy bieg skoncze… spadl mi cukier i po 2 milach bieglam na trzasacych sie nogach. w zeszlym roku wzielam na wszelki wypadek kostke cukru do kieszni, ale z niej nie skorzystalam. w tym roku bardzo by mnie poratowala. do tego bylo bardzo goraco. ale udalo sie. czas 38.39. przy trzesacych sie nogach to i tak dobry czas;)

Bizona wyslalalam przy drugiej mili przodem i w ciagu kilkunastu sekund stracilam go z pola widzenia;) dobiegl z czasem 34.39. jeszcze w piatek i w sobote walczyl z goraczka, a dzis przebiegl 4 mile. jestem z niego dumna:)

powazna rozmowa i dylematy

pogadalam z szefem. zasygnalizowalam, ze jestem niespokojna, jesli chodzi o finanse – jesli kasa sie skonczy, ja bede bezrobotna. i powiedzialam, ze zamierzam aplikowac o nowa prace – prace, gdzie gwarantowane jest stale zatrudnienie, a nie kontrakty ”co rok”. Szef by zszokowany… on wie, ze jesli mnie straci, to jego grupa naukowa lezy i kwiczy. dla niewtajemniczonych w prawa ”swiata naukowego” krotkie wyjasnienie: naukowcy utrzymuja sie z grantow. owszem, na pewnym poziomie dostaja stale zatrudnienie, ale zeby to osiagnac musza najpierw sporo kasy zdobyc – tak jak np. luby, ktory wiele tysiecy euro z roznorakich zrodel zdobyl, a juz szczytem wszystkiego bylo te 2.5 miliona, ktore niedawno wpadly mu w rece. taki naukowiec ma stale zatrudnienie (prawie) zawsze zagwarantowane. oczywiscie uwienczeniem takiej drogi naukowej jest profesura. luby sobie na nia zasluzyl. ja natomiast… decydujac sie na pozostanie z dziecmi w domu ”uposledzilam” swa ”kariere” naukowa. Pisze ”kariere” w cudzyslowie, bo ja z charakteru nie jestem karierowiczka. mnie ani kariera, ani profesura, ani dyplomy, medale i zadne tytuly nie obchodza. ja zwyczajnie lubie wykonywac swoja robote tak, zeby ludzie, dla ktorych pracuje i z ktorymi pracuje, byli ze mnie zadowoleni – wtedy i ja jestem zadowolona. w pewnym wieku doszlo jeszcze poczucie bezpieczenstwa finansowego. Znow, nie potrzebuje nie wiadomo jak wysokich zarobkow – potrzebuje stalych dochodow. nie rocznych kontraktow, ktore za rok moze bede przedluzone a moze nie (jak kasa sie skonczy). i od tego zaczelam rozmowe z szefem: od ustabilizowania mojej sytuacji ”kontraktowej”. Szef mi niczego zagwarantowac nie moze, ale sprobuje przekonac chirurgie, zeby mi dala np. 1/2 etatu stalego zatrudnienia, a drugie 1/2 etatu mialabym dla badan naukowych dla szefa. wstepnie zgodzilam sie na taki uklad, ale… nie wiem czy tego chce. nie wiem, bo znalazlam idealna oferte pracy: zastepca dyrektora do spraw dydaktycznych. Co mnie w tej ofercie kusi? Po pierwsze stale zatrudnienie. Po drugie zakres zadan: koordynacja pracy dzialu dydaktycznego na poziomie studentow magisterki i doktorantow. Odfajkowuje wszystkie punkty, jakie stoja na liscie ”czego oczekujemy od kandydata”. I co? Zloze podanie. Ale targaja mna ogromne wyrzuty sumienia w stoskunku do mojego szefa – jesli te prace bym dostala, zostawiam szefa na lodzie. Z drugiej strony, tlumacze sobie, szef mi niczego nie moze zagwarantowac, oprocz uznania. Z jego uznania hipoteki nie splace…

 

A teraz wyjasnienie, dlaczego nie moge napisac grantu. Do tej pory myslalam, ze ja po prostu czasu nie mialam, zeby takowy grant napisac. Bo mialam ciagle kolowrotek, a grantu nie pisze sie ot tak, z doskoku. Nad grantem, takim na powiedzmy 500.000 euro badz wiecej (co ja powinnam dostac, zeby sie utrzymac jako naukowiec) sleczy sie kilka tygodni albo i miesiecy (luby o grancie 2.5 miliona gledzil mi jakies pol roku….) i nie pisze sie go w 100% samemu, tylko pisze sie go z innymi grupami naukowymi, czesto z inych krajow. I tak np. luby napisal grant we wspolpracy z firma z Izraela, uniwersytetem z Niemiec i Czech. Problem taki, ze my wspolpracy nie mamy. Dlaczego? Bo moj szef nie potrafi wspolpracowac (i chyba nie chce). On jest jak dziecko: moje klocki, moje zabawki, wszyscy mi je chca odebrac, a ja ich nie oddam! Do tego moj szef jest narcyzem: on jest ”briliant”, on wszystko wymyslil, a inni chca na jego pomysle zerowac… nie raz slyszalam pytanie: ”jak ja moge z taki czlowiekiem pracowac”. Moge, bo mam w sobie pokore i cierpliwosc – ja nie musze byc w swietle reflektorow (wrecz nie chce), lubie grac drugie skrzypce, potrafie tez cierpliwie przec, powtarzac swoje argumenty tak dlugo, az szef sie podda, zaakceptuje moje pomysly, a dwa dni pozniej nazwie je swoimi pomyslami;) mi to nie przeszkadza, bo i tak doktoranci przychodza do mnie, zeby zrozumiec, co szef mial na mysli, zebym przekonala szefa do ich planow, pomyslow… to mnie cieszy: ze jestem i szefowi i studentom potrzebna. Ale zeby zdobyc granty, potrzebna jest kolaboracja. Tego nie mamy i miec nie bedziemy, bo jaka wspolprace bym rozpoczela, szef ja spali swoim narcyzmem. 

 

Tak wiec… chyba czas na zmiany….

 

Ale wczesniej… juz jutro nasz bieg – bieg Bizona i moj na 4 mile. luby sie poddal. w zeszla nd mielismy razem zrobic 4 mile… luby wymiekl przy 3 mili. przykro mi, ale coz, biegi nie sa ulubionym sportem lubego. sama sie wahalam, bo mnie od ponad tygodnia rozkladaja zatoki, a Bizon wczoraj mial goraczke. jednak i Bizon i ja… nie umiemy spasowac;) jutro stajemy na starcie. i na mecie:) trzymajcie kciuki:D

powazna rozmowa…

czeka mnie rozmowa z szefem – na temat mojej przyszlosci… bo chce miec przyszlosc bezpieczna. nie wiem czy nie czas na zmiany. 

problem z moim szefem jest taki, ze nie umie wspolpracowac z innymi nauowcami – wydaje mu sie, ze wszyscy cos od niego chca, ze wszyscy chca podstepem podszyc sie pod jego odkrycia, a do tego dochodza chyba jakies kompleksy z dziecinstwa, jakies poczucie nizszosci, czy nie wiem dokladnie co; cos co szef czesto rekompensuje narcyzmem. ja jestem czlowiek cierpliwy i jak szef ma swoje ”napady”, cierpliwie wysluchuje, jaki to on jest wspanialy i jakie odnosi sukcesy, po czym wracam do pracy naukowej, do analiz, statystyk, publikacji, studentow i jestem zadowolona. ale inni ludzie chyba nie potrafia przelknac dziwactw mojego szefa – a bez wspolpracy z innymi, nie ma przyszlosci dla naszej grupy naukowej, dla mnie.

nie wiem, jak ja mam z szefem te rozmowe przeprowadzic… mysle, mysle i mozg mi paruje. jedno jest pewne, jesli nic sie do maja nie zmieni, szukam nowej pracy.

 

luby zas wczoraj brylowal:DDD moj biedny maz, ktory tak bardzo nie lubi wywiadow, zdjec i bycia w centrum uwagi zostal opisany wczoraj przez lokalne gazety i nawet udzielil krotkiego wywiadu w radio, bo w koncu podano do wiadmosci, ze zdobyl grant w wysokosci 2.5 miliona euro. ja sie cieszylam, bylam taka dumna, a lubegy swoj ”sukces” przyplacil bolem glowy. 

oeps:)

nalewam sobie kawy z automatu, podchodzi jeden z profesorow i chce milo zagadac:

– no i jak, ksiazka doktorancka juz prawie gotowa?

– tak, 12 lat temu:DDD

eeee…. pan prof sie zmieszal, ale ze jest milym czlowiekiem, to mu uprzejmie wyjasnilam, co ja takeigo robie. i na koniec pogawedki uslyszlaam przeprosiny (ktorych wcale nie oczekiwalm), za to, ze zostalam za nisko oceniona;)

 

plany planami

lista planow, a tu wirus mnie znockoutowal. tzn… przyznam uczciwie: majac dwoje odchowanych dzieci i wczorajszy obiad… pozwolilam sie sciac. owszem, zawiozlam Bizona na 7.20 na parking, skad odjezdzal na wycieczke szkolna, kolo 8.00 pomachalam mu na pozegnanie (he, he, po holendersku powiedzialabym: wymachalam go;)), popedalowalam do pracy, wzialam ibuprofen, jeden, drugi. az w koncu, kolo poludnia stwierdzilam, ze nie dam rady, ze bez sensu siedziec jak zombie przed ekranem komputera, kiedy najwyrazniej wirus zaatakowal i glowa peka – wstalam i oznajmilam koledze: Jan, jestem chora, ide do domu. Jan spojrzal powaznie: rzeczywiscie, jestes biala jak sciana;) przyjechalam do domu, jeszcze do 15.00 wytrwalam, bo Szkraba trzeba bylo odebrac ze szkoly, dalam mu zupe i… w koncu poszlam do lozka. przespalam prawie 5 godzin. wstalam i jest troche lepiej. moze zmusze sie jutro do realizacji planow…

juz jutro…

juz jutro ide ze Szkrabem do kina na ”Krzysiu, gdzie jesteś?” (Christopher Robin). juz nie moge sie doczekac

jutro bede pomagac Bizonowi w pakowaniu torby, bo w czwartek Bizon jedzie na dwudniowa wycieczke szkolna na jedna z wysp fryzyjskich, Ameland

jutro bede tez piekla… szarlotke bezglutenowa, beznabialowa, bo w pt bedzie u nas zebranie… rady parafialnej:D a ze wsrod czlonkow jest osoba uczulona na wszystko co sie da, z wyjatkim jablek i kszay jaglanej, to… taka to bedzie szalotka. dla nieuczulonych czlonkow rady upieke klasyczna szarlotke;)

po jutrze zebranie rady parafialnej… ciekawe jak to pojdzie

w sobote i w niedziele festiwal nauki w naszym miescie; mysle, ze Bizon po wycieczce i sobotnim meczu spasuje, za to Szkrab z checia odwiedzi ze mna laboratoria, gmach Uniwersytetu Groningenskiego i moze jeszcze planetarium

w sobote wyjscie do restauracji z pewna Chinka, ktora juz niedlugo wybiera sie w droge powrotna do Chin. po 10 latach znajomosci, nadchodzi czas pozegnania… i nadchodzi pierwszy raz, kiedy zostawiamy chlopakow wieczorem samych w domu (tak do 22.00; – beda mogli spedzic caly wieczor przed TV)). 

i tak to zycie smiga pelne atrakcji…

______________

czemu Szkrab z checia chodzi w tym roku do szkoly? bo ma nauczycielke, ktora zamiast marudzic, ze dzieci sie kreca, organizuje im nauke tak, ze moga pozbyc sie energii – dzis powtarzali wiedze w nastepujacy sposob: pytanie i trzy odpowiedzi do wyboru; kto uwaza, ze odp. A jest prawidlowa, ma podskoczyc, kto uwaza, ze odp. B jest prawidlowa, ma stanac na jednej nodze, kto uwaza, ze odp. C jest sluszna ma zrobic pajacyka. proste? proste. tylko komus musi sie chciec. zadaje retoryczne pytanie: i czemu nauczyciellki z zeszlego roku takich zabaw nie orgnizowaly? retoryczne czy nie, Szkrab odpowiada: bo byly stare i im sie nie chcialo. no wlasnie.

ukulturalnic rodzinke (i siebie;))

ostatnio przypadkiem wpadlam na you tubie na Bolero. jak posluchalam, to nagle mnie olsnilo, ze dawno w filharmonii nie bylam! a we Wroclawiu przeciez jest swietna filharmonia, ktora organizuje m.in. koncerty noworoczne. jeszcze przed etapem ”dzieci” bylismy na dwoch takich koncertach z lubym i moimi rodzicami. w zeszlym roku, w listopadzie, wszystkie bilety byly wykupione. wiec w tym roku wczesniej sie zainteresowalam koncertami w okresie, w ktorym bedziemy w Polsce. i przed chwila zarezerwowalam bilety dla naszej czworki, rodzicow, brata i jego kolegi:D i juz sie doczekac nie moge:D

fauna i flora

jesien, a u mnie roze rozkwitly – mam nadzieje, ze zdaza przekwitnac, zanim przymrozki zlapia…

a wieczorem, Szkrab bawi sie w piaskownicy (tak, 10-letni Szkrab uwielbia piaskownie!), sciemnia sie juz i nagle Szkrab wola: mamo, chodz, zobacz, zobacz! ide, patrze, a tam jez tupta po trawie:D a jednak jestes, ucieszylam sie, bo ostatnim razem widzalam go (jesli to ten sam…) prawie rok temu, kiedy juz mroz byl, a jez probowal zjesc kulke, ktora wystawilam dla ptakow (kulka sklada sie z mieszaniny ziaren posklejanych smalcem badz maslem orzechowym) – szedl, otwieral pyszczek, chcial ugryzc, a kulka mu uciekala… nawet lapka sobie ja probowal przytrzymac… w koncu okruszki, ktore poodpadaly od kulki zjadl. patrzylam wtedy na niego i myslalam, ze biedaczek w zimie, to powinien gdzies pod lisciami spac i martwilam sie, ze skoro nie spi, to jeszcze zamarznie.

Szkrab sie smial, ze najpierw myslal, ze zapomnielismy Blondy do klatki wsadzic, bo jez i rozmiaru naszej swinki, i chod ma podobny, i ryjek. tylko futerka zwichrowanego nie ma;)

jak to jest?

w zeszlym roku weszlam do klasy Szkraba, popatrzylam na nauczycielki i od raz mialam uczucie: to bedzie porazka. i byla.

w tym roku weszlam do klasy Szkraba, popatrzylam na kobiete: hmm, wyglada ok. nauczycielka zaczela mowic, a ja sie upewnilam: bedzie dobrze. 

ludzie wysylaja niewerbalne komunikaty, na podstawie ktorych na ogol szybko wiemy czy zaiskrzy czy nie.

dzis wscieklam sie na studentke. okazalam to w stoicki sposob, mowiac spokojnie, ale walac prawde prosto w oczy. moglam te prawde owinac w bawelne, usmiechnac sie, ale… ja tej studentki nie lubie. jak tylko wsadza glowe drzwi, to juz mam niesmak – bo jest taka unizona, taka roztrzesiona, taka niechlujna, juz to, ze sepleni dziala mi na nerwy (niby to nie jej wina…. – wiec jeszcze czuje sie winna, ze mnie to denerwuje, a jednoczesnie mysle sobie, jakim ona bedzie lekarzem, jak tak sepleni, ze ludzie maja problem ze zrozumieniem jej), a im bardziej sie denerwuje, tym bardziej sepleni…. i ciagle chce cos wyjasniac, tlumaczyc (sie), a mnie to nie interesi, ja juz sie chyba upodobnilam do tych chirurgow: jest zadanie i zamiast robic wstepy i pytac jak leci, ja od razu przechodze do sprawy… i wiem, ze to moze byc trudne, ale ja nie mam czasu ani ochoty na ”jak leci”, zwlaszcza, gdy kogos nie lubie… i tak siedzi mi w glowie ta studentka…. ja jej nie lubie, a ona pewnie mnie. to akurat zaden problem, ale jakos musimy ze soba wspolpracowac. a jak wspolpracowac z osoba, ktorej sie nie lubi od pierwszego wejrzenia? moze jutro z nia jeszcze raz pogadam i jednak spytam jak leci?;)

niedzisiejsza

nie podoba mi sie obecny system, czy raczej styl nauczania; nie wiem, czy tak jest tylko w Holandii czy na calym swiecie, ale jako matka dwoch uczniow i jako „od czasu do czasu” wykladowca jestem przerazona choasem, jaki panuje w podrecznikach dzieci, w programie nauczania, brakiem struktury i niestety wodolejstwem.

zaczne od Szkraba: Szkrab mowi, ze w zeszlym tygodniu cwiczyli ulamki i zaczeli procenty. jako ze ulamki Szkrab mial juz w klasie 5, a ja w domu mam podrecznik i cwiczenia do klasy 5, zaproponowalam, zeby Szkrab powtorzyl poziom klasy 5, zeby sobie odswiezyl wiedze, bo niektore szczegoly wylatuja z glowy. Szkrab nawet gotow do wspolpracy… biore podrecznik, szukam rozdzialu pt. „ulamki” i…nie ma. Sa rozdzialy pt. ”Misie”, ”Samoloty”, ”Urodziny”, itd…. to nie zart. Zaczelam podrecznik kartkowac i szukac ”na oko” jakis zadan pod katem ulamkow. I co widze: pol strony ulamki, pol strony wykresy, nastepna strona to zegary klasyczne i elektroniczne, itd, itd. Nie ma jednego bloku, w ktorym dzieci skupilyby sie na ulamkach, porzadnie je przemaglowaly, a pozniej np. zadania z tekstem, zeby zastosowac te ulamki ”w zyciu”. Nie ma logiki, nie ma zwiezlosci tematycznej. Jeden wielki chaos. Biore cwiczenia do reki – moze tam beda ze dwie strony pod rzad z ulamkami. Nie ma. Teraz rozmiem trudnosci nauczycieli i moich dzieci z odpowiedzia na moje pytanie ”co przerabiaja z matematyki” – no wszystko, wszystko na raz.  

we wtorek prowadze wyklado-cwiczenia ze studentami z pierwszego roku medycyny. za moich czasow byly najpierw wyklady, potem kolokwia, a kto zdal kolokwium (=mial wiedze) mogl isc na cwiczenia. tutaj wyklady i cwiczenia ida rownolegle. studenci czesc teorii i czesc zadan musza przygotowac w domu, a ja te wiedze mam uzupelnic i poprosic ich o przedyskutowanie pewnych problemow. Problemow, ktore nijak maja sie do badan naukowych. Bo na pierwszym spotkaniu musialam omowic ze studentami m.in. a) jakie kompetentcje powinien miec przyszly lekarz (bla, bla, bla….) i co gorsza, biedni studenci musieli ocenic juz teraz, na poczatku pierwszego roku, swoje kompetencje lekarskie b) prawo medyczne dotyczace ochrony danych pacjetna (mialam na to 10 minut…), c) czy badania naukowe sa potrzebne i co studenci o nich mysla. Trzy rozne tematy – lizniete pobieznie, bo mialam na to dwie godziny. A o samym prawie medycznym, mimo ze nudne, mozna mowic przez godzine, zwlaszcza, jesli studenci do tego musza cwieczenia wykonac. W najblizszy wtorek musze omowic ze studentami definicje zdrowia, wspoleczna i z roku 1948,  i w tym kontekscie przeprowadzic dyskusje czy ludzie z np.  zespolem Downa sa ludzmi chorymi czy nie. czy osoba z choroba chroniczna, taka jak cukrzyca, jest osoba zdrowa czy nie. jest to dla mnie dyskusja jalowa, bo uwazam, ze sa to osoby majace chorobe, a wiec chore. A wg wspolczesnej definicji, z roku 2011, obecnosc choroby nie czyni z osoby majacej te chorobe, osoby chorujacej czy chorej. bo osoba chora np. na cukrzyce, bioraca leki i ktora zaakceptowala fakt, ze ma cukrzyce i normalnie funkcjonuje w spoleczenstwie, nie jest chora. 

przygotowuje sie do tych cwiczen-wykladow i szkoda mi studentow, ktorzy musza przez to ze mna przejsc, mysle, jakby tu urozmaicic te cwiczenia, jakby tu uatrakcyjnic to, co nieatrakcyjne. jakby tu nadac jakas strukture tym cwiczeniom, ktore maja chaotyczna zawartosc tematyczna, z gory niestety narzucona. mysle, ze wolalabym uczyc sie anatomii, ktora bym pozniej mogla z pomoca slajdow wykladac, bo to bedzie studentom medycyny potrzebne. Ale nie… jako ze z anatomii tutejsi studenci nie maja egazminow, to i na wyklady nie chodza. tak… srutu-tutu, ktore musze poprowadzic jest obowiazkowe, a anatomia nie. 

a czemu zgodzilam sie prowadzi srutu-tutu? zeby wylowic ze dwoch studentow, ktorzy maja smykalke do badan naukowych, zeby zwabic nowicjuszy do naszej grupy naukowej;) w tym roku broni sie troje naszych doktorantow, i trzeba ich zastapic nowym narybkiem.   

Przygotowuje sie wiec do tych zajec i mowie do lubego: nie nadawalabym sie na studenta w dzisiejszych czasach. luby przytakuje: ja tez nie.