nie podoba mi sie obecny system, czy raczej styl nauczania; nie wiem, czy tak jest tylko w Holandii czy na calym swiecie, ale jako matka dwoch uczniow i jako „od czasu do czasu” wykladowca jestem przerazona choasem, jaki panuje w podrecznikach dzieci, w programie nauczania, brakiem struktury i niestety wodolejstwem.
zaczne od Szkraba: Szkrab mowi, ze w zeszlym tygodniu cwiczyli ulamki i zaczeli procenty. jako ze ulamki Szkrab mial juz w klasie 5, a ja w domu mam podrecznik i cwiczenia do klasy 5, zaproponowalam, zeby Szkrab powtorzyl poziom klasy 5, zeby sobie odswiezyl wiedze, bo niektore szczegoly wylatuja z glowy. Szkrab nawet gotow do wspolpracy… biore podrecznik, szukam rozdzialu pt. „ulamki” i…nie ma. Sa rozdzialy pt. ”Misie”, ”Samoloty”, ”Urodziny”, itd…. to nie zart. Zaczelam podrecznik kartkowac i szukac ”na oko” jakis zadan pod katem ulamkow. I co widze: pol strony ulamki, pol strony wykresy, nastepna strona to zegary klasyczne i elektroniczne, itd, itd. Nie ma jednego bloku, w ktorym dzieci skupilyby sie na ulamkach, porzadnie je przemaglowaly, a pozniej np. zadania z tekstem, zeby zastosowac te ulamki ”w zyciu”. Nie ma logiki, nie ma zwiezlosci tematycznej. Jeden wielki chaos. Biore cwiczenia do reki – moze tam beda ze dwie strony pod rzad z ulamkami. Nie ma. Teraz rozmiem trudnosci nauczycieli i moich dzieci z odpowiedzia na moje pytanie ”co przerabiaja z matematyki” – no wszystko, wszystko na raz.
we wtorek prowadze wyklado-cwiczenia ze studentami z pierwszego roku medycyny. za moich czasow byly najpierw wyklady, potem kolokwia, a kto zdal kolokwium (=mial wiedze) mogl isc na cwiczenia. tutaj wyklady i cwiczenia ida rownolegle. studenci czesc teorii i czesc zadan musza przygotowac w domu, a ja te wiedze mam uzupelnic i poprosic ich o przedyskutowanie pewnych problemow. Problemow, ktore nijak maja sie do badan naukowych. Bo na pierwszym spotkaniu musialam omowic ze studentami m.in. a) jakie kompetentcje powinien miec przyszly lekarz (bla, bla, bla….) i co gorsza, biedni studenci musieli ocenic juz teraz, na poczatku pierwszego roku, swoje kompetencje lekarskie b) prawo medyczne dotyczace ochrony danych pacjetna (mialam na to 10 minut…), c) czy badania naukowe sa potrzebne i co studenci o nich mysla. Trzy rozne tematy – lizniete pobieznie, bo mialam na to dwie godziny. A o samym prawie medycznym, mimo ze nudne, mozna mowic przez godzine, zwlaszcza, jesli studenci do tego musza cwieczenia wykonac. W najblizszy wtorek musze omowic ze studentami definicje zdrowia, wspoleczna i z roku 1948, i w tym kontekscie przeprowadzic dyskusje czy ludzie z np. zespolem Downa sa ludzmi chorymi czy nie. czy osoba z choroba chroniczna, taka jak cukrzyca, jest osoba zdrowa czy nie. jest to dla mnie dyskusja jalowa, bo uwazam, ze sa to osoby majace chorobe, a wiec chore. A wg wspolczesnej definicji, z roku 2011, obecnosc choroby nie czyni z osoby majacej te chorobe, osoby chorujacej czy chorej. bo osoba chora np. na cukrzyce, bioraca leki i ktora zaakceptowala fakt, ze ma cukrzyce i normalnie funkcjonuje w spoleczenstwie, nie jest chora.
przygotowuje sie do tych cwiczen-wykladow i szkoda mi studentow, ktorzy musza przez to ze mna przejsc, mysle, jakby tu urozmaicic te cwiczenia, jakby tu uatrakcyjnic to, co nieatrakcyjne. jakby tu nadac jakas strukture tym cwiczeniom, ktore maja chaotyczna zawartosc tematyczna, z gory niestety narzucona. mysle, ze wolalabym uczyc sie anatomii, ktora bym pozniej mogla z pomoca slajdow wykladac, bo to bedzie studentom medycyny potrzebne. Ale nie… jako ze z anatomii tutejsi studenci nie maja egazminow, to i na wyklady nie chodza. tak… srutu-tutu, ktore musze poprowadzic jest obowiazkowe, a anatomia nie.
a czemu zgodzilam sie prowadzi srutu-tutu? zeby wylowic ze dwoch studentow, ktorzy maja smykalke do badan naukowych, zeby zwabic nowicjuszy do naszej grupy naukowej;) w tym roku broni sie troje naszych doktorantow, i trzeba ich zastapic nowym narybkiem.
Przygotowuje sie wiec do tych zajec i mowie do lubego: nie nadawalabym sie na studenta w dzisiejszych czasach. luby przytakuje: ja tez nie.