drugie podejscie

wczoraj kupilam nowe bilety na wakacje jesienne. do Madrytu. bo Madryt marzyl sie Bizonowi – chcialby zobaczyc stadion. dzien wakacji spedzimy wiec w Madrycie, a pozniej ruszymy na poludniowy wschod, w okolice Kartageny. 

znow dziwna sytuacja: wczoraj zerezerwowalam domek, dzis dostaje wiadomosc o anulacji rezerwacji, bo…. wlasciciel nie korzysta juz z posrednika, u ktorego wynajelismy domek. ok… znowu szukanie. wpisalam takie same ”parametry” jak wczoraj i… wyskakuje mi podobny domek, tylko w innej miejscowosci. i ten sam wlasiciel. za to inny porednik i cena. no nic, od razu zarezerwoalwam, bo troche mnie juz e poszukiwania wymeczyly. 

dziwny rok

jakis ten rok mamy pechowy. Bizon wlasnie dostal skierowanie na badanie krwi na chorobe ”odkleszczowa”…. przed wakacjami Bizon pokazal mi we wlosach… strupek. strupek, ktory go swedzial. swiedzi, bo sie goi, pewnie sie gdzies zadrapales, powiedzialam. po tygodniu strupek dalej swedzial. przeszla mi przez glowe mysl, ze to moglby byc kleszcz, ale takie dziwne miesjce-  na glowie, we wlosach, no i kleszcz, jak sie opije, to jak balon wyglada, a tu zwykly strupek, malutki, szary. jedynie, co dziwne, to nie dalo sie go tak latwo zdrapac, ale po co na sile zdrapywac- przeciez odpadnie. w zeszlym tygodniu pytam Bizona o strupek – o, wlasnie go zdrapalam, 5 min temu. strupek obejrzalam, wygladal na zasuszonego insekta, wzielam lupe i widze, ze niestety to byl to jakis insekt, mozliwe, ze kleszcz. ranka pod stupkiem wieksza niz sie wydawalo, gdy strupek jeszcze siedzial. i niby nie widzielismy rumienia, nie bylo opuchlizny, ale kleszcz iles tam tygodni, miesiecy sobie na Bizonie pasozytowal…. co mnie zastanowilo to tez fakt, ze od kilku miesiecy Bizon choruje czesciej niz zwykle i czesciej niz my – a to gardlo, a to katar, takie niby nic nieznaczace przeziebienia, ale… kiedys tego nie mial. zwlaszcza to gardlo – Biozona nigdy gardlo nie bolalo…

 

poszli z lubym do lekarza, a lekarka wyslala go na badanie krwi. no i znow bedziemy czekac czekac napieciu:/

lekcja pokory

w weekend popelnilam koszmarny blad. blad, ktory bedzie mnie sporo kosztowal. kupilam bilety na samolot o… miesiac za wczesnie. tak wiec, w sobote mozemy leciec do Tel Avivu. ale nie polecimy, bo wakacje jesienne sa w pazdzierniku a nie we wrzesniu:/ nie wiem, jak ja to zrobilam, ale zamiast pazdziernika, jakims cudem wybralam wrzesien. niestety, bilty nam przepadna. a ja musze liczyc na jakas tania last minut oferte..

pol nocy nie spalam, taka bylam na siebie wsciekla. luby mnie przytula i mowi ”kocham cie”. ja na to ”dobrze, ze chociaz ty mnie kochasz, bo je siebie nienawidze”, na co luby…. ‚to ja cie kocham podwojnie”. i to jest dla mnie lekcja. lekcja pokory, milosci, tego co wazne. bo ja bym byla wsciekla na lubego, o matko, jaka bym byla na niego wsciekla – tak samo jak jestem wsciekla na siebie. a luby mowi ”ludzie maja gorsze zmartwienia’. no maja. ale to nie zmienia faktu, ze jestem na siebie wsciekla. a lubemu…. do konca zycia bym ten blad wypominala:/  wiec szczescie w nieszczesciu takie, ze to ja popelnilam blad, a nie luby;)

dylematow cd.

dzis sobota, wiec Bizon mial mecz. i trener przed meczem zdenerwowal sie i powiedzial, ze nie bedzie ”coachowal”, ze niech sobie przegrywaja i caly mecz (zostal ze wzgledu na syna, ktory tez gra w druzynie) palcem nie kiwnal, nie zarzadzil zmian, nie podpowiedzial strategii – nic. druzyna grala bez wsparcia. i wygrala. po meczu na whatappie gratulacje dla druzyny, dla trenera, trener dziekuje, dumny jak paw. i nie wytrzymalam, napisalam: od Bizona slyszalam, ze trener ich opuscil tuz przed meczem, wiec ja gratuluje dzieciom i mam nadzieje, ze nastepnym razem trener im bedzie towarzyszyl. Trener odpowiedzial na prive, ze Bizon powinien byl mi tez powiedziec, dlaczego wyszedl. powiedzial: dzieci coacha nie sluchaly, patrzyly w telefon, gadaly. i to trenerowi odpowiedzialam. Dodalam tez, ze wychodzac okazuje swoja slabosc, pokazuje, ze sobie nie radzi, ze nauczyciel by nie wyszedl z klasy, dopoki by dzieci nie doprowadzil do ladu. Uslyszalam, ze jak mi sie nie podoba jego sposob trenowania, to moge sama zostac trenerem:DDD Zona trenera zas, postanowila wytlumaczyc mi, ze rola trenera nie ogranicza sie tylko do meczu, ale zaczyna sie juz przed meczem. No tak, ale nie ogranicza sie tez do ”tylko przed meczem”. Nie wdawalam sie w dyskusje, choc moglabym duzo wiecej dodac, ze trener dal dzieciom ”przyklad” co robic jak jest sie zlym: isc sobie. nastepnym razem, gdy jakis zawodnik sie zdenerwuje, zejdzie z boiska i zostawi druzyne pomniejszona o jednego zawodnika. Moglam napisac, ze niech przynajniej nie bierze dzisiejszego zwyciestwa na swoja klate, bo dzieci wygraly bez niego. Ale czy warto isc w zaparte? Prawda jest taka, ze uwazam, ze luby bylby swietnym coachem, ale jemu sie nie chce… wiec lubemu sie tez troche oberwalo: narzekac kazdy potrafi, ale to nie trzeba narzekac, tylko wziac sie do roboty i dac przyklad.

drugi dylemat – znow dyniowy: ciasto dyniowo-mandarynkowe. luby po powachaniu: pachnie ladnie. Szkrab po jednym kesie: czemu to ciasto dyniowe smakuje jak skorka z mandarynki? nie bede jadl. Bizon po jednym kawalku: nie zbyt mi smakuje. Ja po trzech kawalkach: zjesc jeszcze jeden czy miec silna wole?

 

lata, roznice, starosci, mlodosci

wczoraj rozmyslalam o wieku w kategoriach rodzicielstwa – pod wplywem wpisu Justyny, a dzis doszla mi roznica wieku w zwiazku. bo dzis pewna lekarka znaszego departamentu, kobieta 35-letnia, czyli w moich oczach mloda (he, he) przyjechala ze skurczami do naszego szpitala i albo jeszcze rodzi, albo juz urodzila bliznieta. bliznieta, ktore ma z facetem o tyle starszym, ze myslalam, ze jest jej tesciem:DDD i ona, i on super ludzie, sympatyczni, z poczuciem humoru i w sumie, to pasuja do siebie, ale… ten wiek. ja bym sie nie zdziwila, jakby miedzy nimi bylo 20-25 lat roznicy. mnie cieszy ich szczescie, krytykowac ich nie zamierzam, ale ja po prostu nie wiem, co mloda, atrakcyjna kobieta moze widziec w starym, pomarszczonym, lysiejacym facecie. bo dla mnie atrakcyjnosc lezy na kilku plaszczyznach – wazne sa rozne cechy, ktore jak puzzle, tworza obraz – obraz faceta (prawie) idealnego. puzzle, wsrod ktorych leza takie cechy intelekt, charakter, mentalnosc, kultura osobista, ale tez fizyczne cechy. np. lysy facet nigdy nie mial u mnie szans. nizszy tez nie. latynosi tez mnie nie porywali. zadne ”skarpetki + sandaly”, zadne brzuszki – facet mial miec sportowa sylwetke i byc ode mnie wyzszy. i wiem, ze fizyczne aspekty moze nie decyduja o wieloletnim szczesciu, ale jednak ta atrakcyjnosc (ktora wiadomo, ze dla kazdego jest inna – sa panie, ktore lubia lysielcow- i cale szczescie, bo co oni winni, ze im wlosy wypadly;)) jest wazna. 

do tego, patrzac na lubego i siebie, na nasz zwiazek, ciesze sie, ze razem, prawie jednoczesnie przechodzimy przez te same zmiany: pierwsze siwe wlosy, zmarszczki, zwalniajacy metabolizm, zaokraglajace sie brzuchy, walka z nimi. i dlatego nadal sobie zadaje pytanie: jak mloda kobieta moze isc do lozka ze starszym panem…  jak sobe to tylko wyobraze, moje libido lezy pod stolem;)

dylemat wobec meza;)

za miesiac uczestniczymy z lubym i Bioznem w biegu na 4 mile. ja od czasu do czasu biegam, wiec kondycje mam optymalna. o kondycji Bizona juz kiedys pisalam – maly duracelek. a luby… no troche klapa. on te 4 mile przebiegnie, ale tempo lubego jest emeryckie. dzis przebieglismy razem 3 mile i jak juz konczylismy, to bylam gotowa przebiec kolejne 3; tak zesmy slimaczyli, zem sie nawet nie zdazyla zasapac. i w sumie fajnie, ale czegos mi brakowalo. bo na ogol jak biegne sama (albo z Bizonem) to tak, ze pot mi po plecach leci, ze oddech sie urywa, ze na drugi dzien mam zakasy (uwielbiam). 

no i teraz dochodze do dylematu. dotrzymywac lubemu towarzystwa czy isc na calosc i biec swoim tempem. sklaniam sie ku pierwszemu, bo to ja lubego zapisalam na bieg i teraz niefajne go samego zostawic, tym bardziej, ze on za bieganiem nie przepada;) z drugiej strony chcialabym sprawdzic swoje mozliwosci, bo na takim biegu automatycznie biegnie sie szybciej niz podczas wieczornych przebiezek. ale…. chyba bede dobra zona i zostane u boku meza… przynajmniej sie nie spoce;)

kiedy zapisy sie zaczely, Bizon mial watpliwosci co do swoich kolanowych mozliwosci. a ze chcialam i siebie, i lubego zmoblizowac do treningow, to nas dwoje zapisalam. pozniej okazalo sie, ze kolano Bizona jest w porzadku (tylko troche niestabilne, co musi swiadomie korygowac) i Bizon poprosil, zeby go jednak zapisac na bieg. zapowiedzialam Bizonowi, ze od polowy trasy moze pobiec juz sam, ale jesli luby bedzie biegl takim emeryckim tempem to albo Bizona od razu puscimy samego, zeby pobil swoj rekord albo… ja z nim pobiegne pierwsza czesc trasy. 

mamy jeszcze miesiac czasu – moze uda mi sie podciagnac kondycje lubego?

dyniowy problem

Szkrab wyhodowal trzy przepiekne dynie. z pestki. dwie mniejsze, intensywnie, wsciekle pomaranczowe i jedna wieksza, pastelowopomaranczowa. cos trzeba z nimi zrobic. przeszukalismy razem przepisy i…. nic Szkrabowi nie podchodzi…  zup-kremow Szkrab  tak bardzo nie lubi, ze juz na mysl o nich otrzasa sie. sernik… tylko klasyczny. muffinkidyniowo-pomaranczowe  jakos go nie przekonaly. w koncu zdecydowalam, ze zrobie kotlety dyniowo-jaglane. Zrobilam… ech… lubemu nawet smakowaly, Bizon, wyglodzony po meczu, zmlocil, nawet nie spytal ”co to”, za to Szkrab… och, jak sie meczyl Meczyl sie tez z batatami, ktore upieklam niczym ”frytki’ . Bataty mu odpuscilam, bo widzialam, ze mial odruch wymiotny juz przy pierwszym gryzie:/ zbyt ”maslane”… kotlety natomiast widzialam, ze nie podeszly Szkrabowi ”wizualnie” – i tu juz litosci nie mialam.  Nagadalam, ze mi przykro, ze ja sie napracowalam, a on tylko siedzi i wybrzydza. ze zamiast dziekowac Panu Bogu, ze urodzil sie w Holandii a nie Ugandzie, ze nie cierpi z glodu ,to on tylko marudzi, ze zamiast dziekowac Panu Bogu, ze ma mame, ktora gotuje obiad, zamiast siedziec w parku i pic wodke, to on jeczy. i tak mi sie juz ulao… bo u nas Szkrab jest najgorszy pod wzgledem kulinarnym. nawet luby jest bardziej reformowalny i gdy orzeklam,ze wprowadzam kasze do jadlospisu, nie zaprotestowal. 

Szkrab zjadl kotleta dyniowo-jaglanego (ze szpinakiem;)), przezyl, a pozniej wieczorem, stwierdzil, ze… ”tak troszke mu te kotlety smakowaly” – wiem, widzialam;)

tak wiec, bataty: nie, ale dynia + kasza jaglana = tak:-)

kim bede za 10 lat?

na zakonczenie wczorajszego zebrania w szkole Bizona, wychowawczyni Bizona zaprezentowala rodzicowm wypowiedzi dzieci ”kim bede za 10 lat”. Pokazala zapisane wypowiedzi, ale bez imion. My, rodzice, mielismy rozpoznac wypowiedz swojego dziecka.

”Za 10 lat bede ekonomista. Kupie sobie lambordzini i bede mial owczarka niemieckiego”. BIZON – powiedzialam. Nie pomylilam sie:)

nowy rok szkolny

w zeszly poniedzialek chlopcy zaczeli nowy rok szkolny. Szkrab poszedl do starej szkoly, do klasy 7. Nowa ma tylko nauczycielke i jak na razie, wydaje sie byc lepsza niz panie, ktore mial w zeszlym roku. Ja sie ciesze, ze nauczycielka jest jedna, przez co przez caly tydzien obowiazuja te same zasady, reguly, co czyni zycie Szkraba bardziej stabilne. Bo on nie lubi zmian. Wszystko wydawalo sie isc dobrze z moim mlodszym synem, ale w piatek nadmiar bodzcow go przerosl i uruchomil emocjonalna syrene. plakal, plakal, plakal… wzielam go jak dzidziusia do kapieli – namydlilam glowke, plecki, pozartowalam, ze dolne czesci to juz sobie lepiej niech sam namydli – zdolalam tym rozbawic Szkraba. po kapieli polozyl glowe na moich kolanach, dokonczyl cichutkim szklochem i uspokoil sie. wieczorem, gdy szedl spac, polozylam sie kolo niego, a on mi mowi: mamo, mialem tyle mysli, taki tlok w glowei, w brzuchu, wszedzie, ze nie umialem sobie z tym poradzic. 10-letni dziecko… tez nie wiem, jak on sobie moze z tym radzic… brac go na spacery, klasc wczesniej spac, wiecej rozmawiac? a moze mnie rozmawiac? nie wiem, jak mu pomoc z tymi emocjami. czekac az wyrosnie?

Biozon zas jak to Bizon – zaczal szkole srednia, samodzielne dojezdzanie rowerem. widze w nim siebie – od malego dazylam do samodzielnosci, od malego mialm odcieta pepowine z rodzicami, lubilam chodzic swoimi drogami i bez sentymentow wyprowadzilam sie z domu. jego nie stresuje to, ze nie wiem gdzie jest klasa 105a;) po prostu, mowi: mamo, jutro musze 5 min wczesniej wyjechac, zeby miec czas znalezc klase 105a. proste? proste. dla mnie, dla Bizona proste. dla Szkraba to bylyby stres. i kumulacja takich sytuacji doprowadza Szkraba do spazmow, histerii, placzu. Z Bizonem musimy wypracwoac rutyne dotyczaca zadan domowych, bo mimo ze Biozon jest bardzo obowiazkowy, to fakt, ze do tej pory w szkole szlo mu gladko, nie jest przyzwyczajony, ze to, ze zrobil cwiczenia z francuskiego, oznacza, ze juz sie do lekcji przygotowal. bo gdy zagadnelam o kika slowek, ktore widzialam w cwiczeniach, nie znal ich jeszcze z glowy i bardzo byl zdziwiony, gdy mu powiedzialam, ze jeszcze slowek powinien sie nauczyc – nie, bo tego nauczycielka nie zadala;) nie zadala, bo to oczywiste, ze sie ich trzeba nauczyc;)

Rosna mi te dzieci…. i ciesze sie, choc mi przybywa lat;)

obnizona aktywnosc zawodowa

od czasu do czasu wpadaja mi w oko dramatyczne apele o niby to dramatycznej sytuacji w Polsce. pytam rodzicow – oni dramatyzmu nie potwierdzaja jade sama do Polski – mam wrazenie, ze w rozkwicie. luby za kazdym razem jedziemy przez Polske komentuje jak bardzo sie moja ojczyzna rozwinela w porownaniu z tym co zobaczyl 15 lat temu, kieszy pierwszy raz przyjechal do Polski

dzis kolejny dramatyczny tytul o obnizonj aktywnosci zawodowej w Polsce. ja nie wiem, kto te obnizona aktywnosc ma… bo moi znajmi z Polski pracuja – wszyscy na pelny etat. a w Holandii wszyscy sie moim pelnym etatem dziwia. bo tutaj norma jest 70-80% etat. sasiadki z mojej ulicy pracuja srednio po 3 dni tygodniowo, panowie-sasiedzi troche wiecej, bo na ogol 4 dni. w bylej szkole moich dzieci polowa matek nie pracowala, bo im sie nie oplacalo – z ich niskim wyksztalceniem lepiej bylo siedziec w domu i dostawac socjale, ktore w Holandii pozwalaja zyc na przyzwoitym poziomie. w tutejszej szkole, poziom wyksztalcenia rodzicow jest duzo wyzszy, ale i tak rzadko kto pracuje na pelny etat. 

nawet wsrod lekarzy pracujacych wokol mnie, rzadko ktory pracuje na 100%. pielegniarki sie buntuja, bo niskie zarobki, ale zamiast wziac wiecej godzin pracy, zeby wiecej zarobic (jak to w Polsce nauczyciele robili – nadgodziny, korepetycje), to one wola sie buntowac i straszyc strajkiem. 

moze w porownaniu do Stanow jest ta aktywnosc obnizona, w porownaniu do sytuacji za czasow komunizmu, gdzie kazdy musial pracowac, niewazne, czy praca byla czy nie i sie udawalo, ze sie pracuje, tez jest obnizona, ale ja mam wrazenie, ze to jakas glupia nagonka, niepotrzebnie wprowadzajaca Europe zachodnia w blad. Wstyd mi – nie za dzialania obecnego rzadu, ale za takie dziecinne nagonki, dramaturgie opozyzji.