ucze swoich dzieci bycia sobkami. wbrew holenderskiemu sloganowi, ktorym rodzice i pedagodzy szastaja irytujaco czesto: ”samen spelen, samen delen”, czyli ”razem sie bawimy, razem dzielimy (zabawkami)”, ja ucze chlopakow ”wasze zabawki i nie musicie ich wszystkim dawac”. w domu na ogol trzymamy sie reguly ” kto pierwszy sobie zabawke wzial, ten moze sie nia bawic”, ewentulanie ”jedne sie bawi 5 minut, a pozniej drugi”.
sobkostwa ucze chlopcow szczegolnie na placach zabaw. pisalam juz kiedys u Cutie-Pie, ze nie znosze rodzicow- pasozytow, przychodzacych sobie na plac zabaw z dzieckiem i… komorka. dziecko won, a rodzic za komore. i dziecko zeruje. na nas. bo ja, jak Rumunka, jade na plac zabaw obladowana torbami;) nie wazne, czy pobliski, czy taki, na ktory musze 30 minut pedalowac. A wygladamy tak: rower, ja, z tylu na siedzisku Szkrab, miedzy mna a kierownica Bizon, na ramie torba z piciem, owocem/kanapka i inymi drobnymi niezbednikami, a na kierownicy… po lewej stronie jedna reklamowka, po drugiej, dla rownowagi, druga reklamowka. a w reklamowkach na ogol sa: koparka (rozmiar XXL), mala wywrotka, dwie lopatki, dwa wiaderka, dwoje grabek, kubeczki, foremki i inne plastikowe bzdety, ktore chlopaki w ostatniej chwili zgarneli. jade taka obladowana, bo na ogol na placu zabaw spedzamy cale popoludnia, kilka godzin, jesli tylko pogoda pozwala. czesto tez robimy tak, ze godzine chlopcy pobawia sie na jednym placu i gdy sie znudza, jedziemy na jakis inny. ale bywa i tak, ze jak chlopcy sie dobrze bawia, to na jednym placu tkwimy 4 godziny:)
i tak jade. jak Rumunka badz osiol.
Zeby za bardzo nie dramatyzowac, dodam, ze na pobliskie place zabaw w tym sezonie chlopcy jada sami na rowerkach, a ja za nimi z torbami biegne:))) bardzo szykownie wtedy wygladam;)
Zapomnialam, ze od pewnego czasu pakuje tez ksiazke dla siebie:) Tak, bo wlasnie po to targam te wszystkie duperele – zeby dzieci spokojnie mialy sie czym bawic, a ja zebym mogla sie odprezyc:) a poczym sie odprezac, skoro tak beztrosko SIEDZE sobie z dziecmi w domu??? A chociazby po tych cudzych dzieciach, czy raczej ich rodzicach, ktorzy podnosza regularnie me cisnienie (na szczescie niskocisnieniowiec jestem;)). Bo sytuacja notorycznie wyglada tak: chlopcy wyciagaja zabawki, ooooo!!!! inne dzieci zaintrygowane patrza. A za chwile dzieci ruszaja na polowanie. Poluja oczywiscie na zabawki, ktora ja przytaskalam dla moich dzieci. I ja sie tym obcym dzieciom nie dziwie. Ja je doskonale rozumiem. Byl czas, ze szkoda mi ich bylo i probowalam moich chlopcow przekonywac, ze ”samen spelen, samen delen”. Ale koniec byl taki, ze to moje dzieci zostawaly bez zabawek, bo inne sie nimi raczyly.
Ktorgos dnia dotarlo do mnie, ze sytuacja, w jakiej sa stawiani moich chlopcy, to zadne dzielenie sie, ze wykorzystywanie. Bo te obce dzieci niczym sie z moimi nie dzielily. One korzystaly z naszych zasobow – to zadne dzielenie sie, tylko pasozytowanie.
Nie dosc, ze moi nie mieli sie w koncu czym bawic, to zabawki nie zawsze do nas wracaly. To ja musialam pozniej chodzic, szukac, prosic, zeby mi dziecko laskawie oddalo, bo my juz do domu jedziemy.
Na poczatku akcja ”sobki” byla subtelna. ale nasza subtelnosc byla wykorzystywana. Pozniej, kiedy jakies dziecko podchodzilo i ot tak sobie bralo zabawke, zwracalam uwage: a spytales czy wolno?” Niektore dzieci sie peszyly, a inne bezczelnie odchodzily z zabawka i tylko sie ogladaly, co im zrobie. A rodzice… maja swoje ”zabawki” – komorki. I swiata poza nimi nie widza badz udaja, ze nie widza.
mam kilku znajomych z placow zabaw – to rodzice, babcie ”mojego pokroju” – tez przynosza zabawki. jest ich (az policzylam): 5 osob. Z tymi dziecmi moje dzieci lubia sie bawic i z tymi dziecmi sie zabawkami wymieniaja. I to z kultura: ”moge?”, ”na chwilke”, ”zaraz ci oddam”. Ci rodzice i babcie obserwuja, co dzieci robia z zabawkami, wkraczaja do akcji, gdy kultury zabraknie, a gdy widza, ze zbieramy sie do domu, same zbieraja nasze zabawki badz wysylaja dziecko i mi do rak oddaja. Tego samego wymagam od moich chlopcow.
Chlopaki sa juz tak wyszkolone w sobkostwie, ze gdy wychodza z piaskownicy, y skorzystac z innych rozrywek, pakuja wszystko do torby i mi ja przynosza. a Szkrab ma tak zbojecki wzrok, gdy cos mu sie nie podoba, ze odstrasza wielu intruzow samym tylko spojrzeniem (musze mi kiedys zdjecie zrobic, bo mine ma niesamowicie niesympatyczna, gdy cos mu nie pasuje). Bizon jeczy (bardzo irytujaco!) i na ta jeczaca melodie mowi: ”nie bierz, to moje”.
Mam w nosie innych rodzicow, ktorzy kiedy to sobkostwo widza, zezuja na nas znad swoich sms-ow. Niech sie naucza, ze ”samen spelen, samen delen’ nie polega na wykorzystywaniu innych. Nie chce miec dzieci frajerow. I sama tez frajerka nie zamierzam byc i zwozic zabawek cudzym dzieciom.
_______________
przypomniala mi sie sytuacja sprzed roku. Bizon dostal nowy rower. Byl z niego bardzo dumny i szczesliwy, ze ma taki ”super szybki” rower (tak o nim mowil). pojechal na tym rowerze na plac zabaw. zaparkowal i zaczal zbierac kamyczki. w tym czasie przyszed ojciec z synkiem, synek podbiegl do roweru Bizona i zaczal sie na niego wdrapywac. a ojciec nic – spodziewalam sie, ze albo sam mnie spyta, czy wolno (bo Bizon poprosil mnie, zebym roweru pilnowala, wiec stalam obok i pilnowalam;)) albo zeby powiedzial synkowi, ze najpierw nalezy sie spytac, czy wolno. dziecko bylo tak male, ze nie dosiegalo nogami do pedalow i zaczelo na rowerze cudaczyc. a ja stalam tuz obok i zastanawialam sie, czy otowrzyc gebe i wychowywac ojca, czy dac sobie spokoj. z rozmyslan wyrwal mnie jek Bizona, ktorzy przybiegl szybko, gdy zobaczyl, ze jakis obcy chlopiec ujezdza jego maszyne. na poczatku probowalam Bizon przekonac, ze chlopczyk tylko chwilke sobie posiedzi. ale Bizonowi bylo tak przykro, ze chcialo mu sie plakac. byla to pierwsza taka akcja ze storny Bizona, bo jeszcze wtedy dzielilismy sie zabawkami i Bizon nie mial z tym problemu. pomyslalam, ze rzeczywiscie: to rower Bizona i skoro on nie pozwala, to NIE. i powiedzialam ojcu (ktory widzial co sie dzieje, ale w ogole nie zareagowal), ze Bizon dopiero co dostal ten rower i jest on dla Bizona bardzo specjalnym prezentem i ze Bizonek nie zyczy sobie, zeby inne dzieci go uzywaly. reakcja ojca mnie prawie sciela z nog: ”to co, mam go (synka) zdjac”? moja delikatnosc i uprzejmy usmiech zniknely: ”tak, prosze go zdjac”. ojciec dziecko zdjal, ale wygladal jakby byl na mnie zly!!! i wtedy wlasnie dotarlo do mnie: nasze zabawki i wcale nie musimy sie nimi zawsze dzielic. i to powiedzialam Bizonowi, ktory pamieta to do dzis.
jakies 30 minut po tym mialam powtorke z rozrywki, ale w o wiele milszych klimatach. dziecko wskoczylo na rower Bizonka. ale jego ojciec podszedl do chlopaca, zdjal go i powiedzial ”to nie twoj rower”. chlopiec zaczal marudzic, ojciec spojrzal na mnie, jakby pytajaco, jakby ”czy mozna”. a ja uprzejmie wyjasnilam, ze ten rower jest ”specjalny” dla mojego syna i tym rowerem syn nie chce sie dzielic z innymi dziecmi. ojciec to zrozumial, usmiechnal sie, wyjasnil dziecku, ze nie wolno, dziecko poszlo zbierac z Bizonem kamyczki, a ja sobie z tym ojcem sympatycznie pogadalam.