anger management

pamietacie komedie z Jackiem Nicholsonem ”Anger managment” (z niefortunnym polskim tlumaczeniem tytulu ”Dwoch gniewnych ludzi”)?

luby twierdzi, ze taka terapia to cos dla mnie…
jestem zlosnica. rzadko wpadam w zlosc, bo ona tak sobie we mnie rosnie, rosnie, gromadzi sie, i jak juz miejsca nie ma, to tak wybucham, ze lepiej zamknac mnie na klucz w pomieszczeniu gdzie niczym nie moge walnac.
w ostatnim tygodniu czulam sie samotna matka, bo luby wychodzil wczesnie, a wracal jak juz dzieci trzeba bylo klasc spac. ok, samotna matka przez tydzien, dwa, a nawet i trzy moge byc – wtedy sie mentalnie na to przygotowuje i nie jest zle. jak luby ma terminy, ja to rozumiem, jak musi pracowac wieczorami, to musi. jak musi pracowac w weekend, niech pracuje, ale niech idzie do pracy i mnie nie wkurza. bo miec tylko dzieci na glowie, to co innego niz miec troje. a luby pracujacy badz chory, to jak trzecie dziecko: kabel tu, memory stick tam, dysk zewnetrzny jeszcze gdzies, nie wspomne o porozrzucanych ubraniach, kubkach po kawie stojacyh nawet w przedpokoju, telefonu znalezc sie nie da, bo luby sprawy z kolega konsultuje i telefon zostawia tam, gdzie stoi. 
wczoraj i dzis zarzadzilam wyjazd na 3 godziny. piekna jesienna pogoda i takie przewietrzenie mozgownicy dobrze lubemu zrobilo. oprocz tych 3 godzin, cala sobote i cala niedziele luby siedzial przed laptopem. wiem, pracowal (choc, co mnie strasznie irytuje, w tym samym czasie TV ogladal, ”bo on podzielna uwage ma” – ja uwazam, ze ta podzielnosc uwagi obniza wydajnosc pracy, ale trusno, nie wtracam sie, jak tak lubi, niech tak pracuje). ale pracowal na swoje zyczenie, bo terminy grantow znal pol roku temu, a on teraz, na gwalt 3 granty pisze i w najblizszym tygodniu chce wyslac do komisji. brak jego organizacji, planowania i samodyscypliny odbija sie pozniej na mnie i na chlopcach, bo ciiii, tata pracuje. 
wzielam chlopcow na 3 godzinny spacer, wrocilismy glodni, dzieci zmeczone, wiec chcialam szybko obiad ugotowac. potrzebowalam 20 minut, bo dla chlopcow mialam wczorajsze danie, a dla siebie i lubego steki chcialam usmazyc i surowke zrobic. dzieci sie tlukly, bily, klocily, ja interweniowalam, one wyly, luby pisal… poprosilam go, zeby poczytal im przez te 20 minut, zeby wytrzymaly, ale on swiata nie widzial! nie bylo go! a ja probowalam gotowac, boegajac miedzy szalejacymi chlopakami. w koncu steki przypalilam. pieprznelam patelnia, steki wyrzucilam, podeszlam do lubego i … z takim impetem zamknelam laptopa, ze… ekran pekl:/
moglam zacisnac zeby, moglam jeszcze te kilka dni wytrzymac… moglam? widac juz nie moglam. 
luby poszedl pracowac do szpitala. i wiem, co mi pozniej powie, ze powinnam isc na terapie w stylu ”anger managment”. 
a ja? a ja wole to, niz wieczne jazgotanie mojej matki, awantury, klotnie, ktorych nasluchalam sie, gdy bylam dzieckiem. wole huknac laptopem raz na pol roku niz zatruwac otoczeniu zycie codziennym jazgotem. choc laptopa szkoda:/

Dodaj komentarz