milosnicy

1. zwierzat. utrapienie, jak sie ma miekkie serce. ale jak inaczej? wczoraj wychodzimy na taekwondo, chlopcy juz na dole, ja jeszcze sprawdzam, czy piekarnik wylaczony i slysze krzyki: ptak, mamooooo, ptak!!!!

lece, biegne z naszych stromych schodow, a na dole, kolo rowerow, rzeczywiscie, ptak. lezy na grzbiecie, z nogami do gory. golab. lezal tak, jakby spad z dachu… ale od kiedy golebie spadaja ot tak, z dachu? druga mysl, ze kot go zaatakowal, ale wtedy raczej by ptaka wykonczyl, skonsumowal, choc troche sie nim ”pobawil”, a golab zywy, oddycha, rusza dziobem i najwyrazniej wymagaja pomocy. troche bylam zla, bo za 20 minut lekcja taekwondo, a tu zamieszanie z ptakiem. 

pobieglam na gore, dzwonie do ”dierenambulance” (czyli pogotowie zwierzece) – piatek, godzina 16.40 – o tej porze juz nikogo nie ma, mozna tylko dzwonic na ”emergency”. nie bardzo chce wykorzystywac ten nr, bo w sumie to nie wiem, czy to ”emerency”, czy ktos mi karetke do golebia lezacego na grzbiecie wysle. przychodza mi do glowy pytania, jakie by mi zadano, gdybym jednak sie dodzwonila do dierenambulance, schodze na dol i uzywajac recznika odwracam golebia na brzuch. patrza na mnie calkiem przytomne oczka, nie widze sladow krwi, ptak wyglada na oszolomionego, wystraszonego, ale wcale nie na zdychajacego. 

popatrzylam niczym detektyw do gory, na sciany, na okna, proboujac wydeddukowac, co tego ptaka spotkalo i doszlam do wniosku, ze chyba zaliczyl okno i sie znockoutowal. moze ma wstrzas mozgu?;)

zawinietego w recznik golebia wynioslam na balkon, dalam chleb, na zakretce od sloika wode i pognalismy, juz spoznieni, na taekwondo. 

chlopcy cala droga tam i z powrotem przezywali ptaka:-) ja niby tez, choc nadal troche zla bylam, bo nie mialam pojecia, co z tym golebiem poczac? brzydze sie golebi, a tu pacjent mi sie trafil.

na noc wzielam pacjenta do srodka, bo martwilam sie, ze jesli chory, to na balkonie zmarznie. 

dzieci podekscytowane, ja mniej, przykazywalam co rusz, zeby przypadkiem golebia nie dotykali, bo zaraza, bo ich dziobnie, bo sie boi, luby sceptyczny, ale tez miekkie serce ma i w zyciu by gadziny na zimno nie wywalil;)

golab w nocy o wlasnych silach wygramolil sie z pudelka, usiadl w kaciku kolo drzwi,  (gdzie fuuuuja strzelil:/), chleba skubnal – najwyrazniej zdychac zamiaru nie mial. rano wynioslam go z powrotem na balkon. 

popedalowalam na bootcamp, a jak wrocilam, dowiedzialam sie, ze pacjent zwial. 

uffff. 

”mamo, uratowalismy mu zycie!!!” – cieszy sie Bizon. 

no, w sumie tak… gdybysmy go zostawili lezacego na grzbiecie, to jakis kotek, ktorych u nas zatrzesienie, z pewnoscia by sie nim zainteresowal.

a to, ze pacjent tak szybko doszedl do siebie i zwial, przekonuje mnie, ze wersja z oknem i knockoutem jest wielce prawdopodobna. 

2. kaszy gryczanej – milosniczka jestem ja:-) i nikt inny w naszej rodzinie. dlatego wczoraj i dzis panowie raczyli sie gulaszem, a ja kasza gryczana z wkladka porowa, o ktorej juz kiedys pisala Cutie – no nie wiem, czy to ta sama, ale szukalam jej pod wplywem zachwytu Cutie:

http://kuchniaobledniezdrowa.blogspot.nl/2011/04/kasza-gryczana-z-wkadka-porowa.html

ja wzbogacilam ja o chili, bo lubie ostre smaki.

kasza z wkladka przechodzi do mojego stalego repertuaru i juz nie moge doczekac sie, az uracze nia moja mame (ktora najprawdopodoniej zawita juz wkrotce:-)), rowniez smakoszke kasz.

3. ”Cudownej podróży” Niels’a Holgerssona. pamietam dzien, kiedy wypozyczylam te ksiazke. pamietam polke, z ktorej zdjelam te ksiazke, okladke, sztywna, blyszczaca, ciezka i piekne ilustracje. i zachwyt ta ksiazka. nie moglam doczekac sie, zeby chlopcy byli juz na tyle duzi, zeby z nim te ksiazke przeczytac. Ksiazke przeczytalismy jakis czas temu, a dzis w bibliotece upatrzylam dvd z filmem o przygodach Nielsa. efekt taki, ze cala czworka siedzielismy i z rozdziawionymi paszczami chlonelismy przygody tego malca:-)

tak, literatura skandynawska to jest to. zwlaszcza jesli chodzi o dzieci.

4. sportow

na 10.00 pognalam na bootcamp, ale mowie prowadzacej lekcje, ze musze troche wczesniej wyjsc, zeby zawiezc syna na lekcje plywania. jako ze z prowadzaca lekcje znam sie troche prywatnie, spytala, czemu luby nie zawiezie. a bo luby idzie na footbal:

– to wy maniaki sportowe jestescie! – podsumowuje. posmialysmy sie, a ja pomyslalam, ze maniaki to moze nie (choc ja i Bizon z pewnoscia jestesmy uzaleznieni od regularnego sportu), ale jak pomysle o moich rodzicach, czy bliskich znajomych, to rzeczywiscie, rzadko kto tak regularnie uprawia sport po 2-3 razy w tygodniu. a szkoda…

na dzis tyle:-)

 

Dodaj komentarz