biesiada

jestem sprzecznoscia – ciagle sie o tym przekonuje. i znow, w niedziele, przekonalam sie, jak bardzo biesiadna osoba jestem, jak bardzo lubie towarzystwo, choc, czestosc bywania w towarzystwie innymi niz luby i dzieci na to wcale nie wskazuje. tak, nacodzien, wydaje sie byc domatorka: dom, praca, dom, praca, dzieci, maz, 2x w tygodniu aerobik – to moje zycie. nie mam potrzeby wybywania w weekend, czy w tygodniu na pogaduchy, potancowk a wyjscie z domu w weekendowy wieczor to dla mnie kara – bo to jest MOJ czas, w ktorym w koncu moge naciszyc sie SWOIM towarzystwem, czas na poukladanie swoich mysli, pomarzenie, pobujanie w oblokach, na pogapienie sie w granatowe niebo przez moje wielkie balkonowe drzwi i podumanie w ciszy. 

a jednak.

w niedziele po raz pierwszy w zyciu wyprawilam sniadanie wielkanocne – bylam w swoim zywiole. mimo ze tylko dwie dodatkowe osoby przy stole, czulam sie jak na biesiadzie. bo zaprosilam sobie super gosci:) ludzi, z ktorymi mozna pogadac na serio, ale i posmiac sie do lez, od ktorych mozna sie dowiedziec jak cwiczyc przepone, zeby nauczyc sie grac na trabce i co to jest ciasto biskupie (zaraz Wam powiem:)). 

mimo ze goscie byli sporo mlodsi ode mnie, bo o ok. 7 lat, jeszcze bez malzonkow, bez dzieci, niby wolne ptaki, ale swietnie sie rozumielismy – posmialismy sie, bo zaczely sie wspominki. i tak nam sie milo wspominalo, jak to sie w naszych domach wielkanoc obchodzilo, co kto lubil, co sie ciekawego wydarzylo i jakie to wszystko cudowne bylo i wszyscy troje doszlismy do wniosku, ze sie starzejemy:D bo wspominamy tak, jak nasi rodzice 20-30 lat temu. wtedy nie rozumielismy naszych rodzicow, tych ich wspominkow, rozczulania sie nad tym, jak to sie kiedys swietowalo, a teraz my tak wspominamy, niczym nasi rodzice. 

ciesze sie, ze tak spedzilam ten niedzielny poranek. pozniej poszlismy na msze, a po mszy pojechalismy do tesciow, gdzie sie wybyczylam.

inne klimaty. zawiozlam babke, ale niderlandzka rodzina wolala czipsy i ser, zawiozlam salatki, ktore mi zostaly, ale sama je zjadlam, bo niderlandzka rodzina woli frytki i kurczaka z musem jablkowym i jakos boi sie sprobowac polskich specjalow… to nic, ja sobie poswietowalam:-) dzis do 10.00 pospalam – bardzo tego snu potrzebowalam, bo ostatnio ”zaniedbalam sie’ pod tym wzgledem.

az trudno mi uwierzyc, ze za tydzien bedziemy w Polsce!

jeszcze z innej beczki – w piatek zepsula mi sie pralka. a w sobote przeszlam male zalamanie. nie wiem skad, ale mnie sieklo. musialam sie wyplakac, troche powsciekac – przyczynily sie do tego zbyt krotkie i zle przesypiane noce, ale tez dzieci, ktore ostatnio przechodza faze glupawy i klotni: albo sie glupkowato smieja, albo kloca, bija, a pozniej wyja niczym wilki i jeszcze do mnie ze skargami przybiegaja, co mnie psychicznie wykancza. wiec w koncu zamienilam sie w smoka, poryczalam, pozialam ogniem, lzy sie polaly, luby az zglupial, bo nic zalamki nie zapowiadalo, chcial pocieszac, to i jemu sie oberwalo, a pozniej mi przeszlo i znow bylo dobrze. no tak juz mam, ze raz na rok musze wylac swe bolaczki, a pozniej jestem czlowiekiem kochajacym zycie:)

a teraz o ciescie biskupim.

no wiec, goscie juz przed ciastem byli objedzeni. ale jeden gosc mowi: na ciasto zawsze mam miejsce. i opowiedzial jak to kiedys u znajomych mowiono o ciescie biskupim. i on nie mogl sie doczekac, co do za biskupie ciasto. a okazalo sie, ze biskupie bylo dlatego, ze nawet jak juz wszyscy narzekali, ze brzuchy juz pelne, to i tak na ciasto miesjce sie znalazlo – jak dla biskupa. bo jak kosciol juz jest calkiem pelny, to dla biskupa zawsze sie miesjce znajdzie:D

i rzeczywiscie, i na sernik, i na babke, i na mus czekoladowy przyniesiony przez jednego z gosci, miesjce sie u kazdego znalazlo. tylko muffinki pozostaly nietkniete, ale za to powedrowaly z goscmi do domu:)

a drugi gosc przyniosl grzybki w occie przygotowane przez jego mame  – niebo w gebie, wlasnie je dokanczam, solo:)

Dodaj komentarz