czyj fotel

na urodziny, w styczniu, kupilam sobie fotel bujany. mialam zamiar zaniesc go na strych, zeby tam, wieczorami, w ciszy czytac ksiazki i wypoczywac. ale jakos tak sie stalo, ze fotel nigdy na strych nie dotarl. mimo ze nieurodziwy, wrecz brzydki, taki szaromysi, zostal na dole, bo jakos tak sie stalo, ze kazdy lubi sobie na nim przycupnac.

a najbardziej polubil go… nasz pies:D lubi na nim spac. nie wiem, czy czuje na nim nasze zapachy? czy moze po prostu fotel wygodniejszy niz jego loze. tego nam pies nie powie. na poczatku psisko jeszcze migrowalo miedzy swoim lozem a fotelem a teraz juz co noc zasypia na moim (!) fotelu.

siedze sobie przez TV, na moim (!) fotelu, a pies… patrzy na mnie. i patrzy. czemu on sie tak patrzy, zastanawiam sie… no jak to, czemu… bo mu legowisko zajelam:DDD i patrzy, kiedy sobie pojde;)

zapampersowane dorosle dzieci

w ciagu ostatnich tygodni do naszej koscielnej skrzynki e-mailowej przychodza e-maile od rodzicow (mam) studentow poszukujacych pokoje na najblizszy rok akademicki. ile razy odpowiadam na takiego e-maila (jestem sekretarzem w naszej misji), mam ochote napisac: a dlaczego to mamusia 19-letniej kobiecie szuka pokoju???? przeciez to sa dorosli ludzi, po maturze, egzaminie dojrzalosci, ludzie, do ktorych na studiach mowi sie per pan/pani… i sami nie potrafia napisac e-maila????? sami nie potrafia sobie znalezc pokoju???

jedna pani napisala, ze corka studiuje media i komunikacje i jest taka bardzo wrazliwa, niesmiala dziewczyna, dlatego tak trudno jej znalezc pokoj. wrazliwa, niesmiala dziewczyna studiujaca media i komunikacje….. nie moja sprawa, ale pierwsze co mi przeszlo przez glowe, to to czy to jest odpowiedni kierunek dla tejze corki… inna mama mnie juz zupelnie rozwalila, tez ma niesmiala i wrazliwa… nastolatke!!!! no tej kobiecie to malo nie odpisalam: nastolatke????? dorosla kobiete, chyba!

nie pojmuje.

nie wiem, czy to ja bylam inna, czy moi rodzice, czy po prostu czasy byle inne. moze dlatego, ze ja wychowana na pieluchach tetrowych a nie na pampersach? moze to robi roznice, ze szybciej odcielam pepowine? mi rodzice pokoju nie szukali. ja sie dostalam na studia, ja zdecydowalam, ze sie wyprowadzam, ja sobie znalazlam stancje. i w Polsce, za granica.

ciekawe, czy mamusie umawiaja swoje wrazliwe nastolatki na randki…

wracam do zywych

od dwoch dni czuje sie normalnie. nie boli mnie glowa, nie jestem zmeczona, nie kreci mi sie w glowie. niesamowite uczucie. teraz potrafie spojrzec wstecz na moja chorobe. teraz dopiero widze, co sie ze mna dzialo, jak strasznie mnie ta choroba psychicznie (!!!) wykonczyla. bo ja nie mam cierpliwosci do chorob… a chorowalam ponad 6 tygodni.

w pn ide na fisjo, zeby mi zbadali jak to oni mowia ”narzad rownowagi”, czyli blednik podejrzewam. i pokaza mi cwiczenia, zeby rownowage ”rehabilitowac”.

dzieci jada w nd do dziadkow. bedzie tydzien ciszy. ciszy, o ktorej marze.

Jak nie urok, to…

..to Szkrab przywlecze przeziebienie. a ze u mnie zwykly katar zawsze konczy sie zapaleniem zatok, no to mam… nie dosc, ze blednik jeszcze nie do konca funkcjonuje jak nalezy, to jeszcze zatoki, bol glowy, kaszel… wszystkie wezly chlonne mnie bola.

czuje sie jak facet: umieram na katar….

Deszcz

leje jak z cebra od samego rana. i wyglada na to, ze przestac nie zamierza. zakladam wiec wysokie kalosze, dlugi przeciwdeszczowy plaszcz i tak zabezpieczona biore psa na spacer. pies sie bardzo cieszy – do momentu az otwieram drzwi. pierwszy raz nie wypadl jak z torpedy wystrzelony. stanal w progu i popatrzyl na mnie prawie mowiac: ale przeciez pada!!! smieje sie i mowie: przeciez ty jestes psem!

podobnie mowie do moich chlopakom, gdy narzekaja, ze pada: przeciez wy jestescie Holendry, a Holendrzy sie deszczu nie boja.

wychowac psa

cwicze z psem chodzenie za mna z siadem na rozkaz. ale wachanie krzaczkow i ich podsikiwanie jest bardziej interesujace niz czlapanie za pania. a co dopiero siad na rozkaz… czasem pies raczy wspolpracowac, a czasem sie wypina. mowie to nauczycielowi, ze pies patrzy w lewo, w prawo, pod nogi, ale siadac nie zamierza. w domu tak. on doskonale rozumie o co chodzi. ale zeby na spacerze siedziec??? i isc za pania??? pies udaje, ze nie wie o co chodzi. nauczyciel sie usmial, mowi, ze z psem, jak z dzieckiem – gluchota wybiorcza. ale… im smaczeniejsza nagroda, tym bardziej posluszny pies…

po przetestowaniu roznych smaczkow ze sklepu zoologicznego, poszlam po rozum do glowy i kupilam… bekon. bingo.

dzis rano zauwazylam, ze bekon sie skonczyl. ale znalazlam krewetki. myslalam, ze to psu przypadnie do gustu. ale nie! pies obwachal, popatrzyl na mnie w stylu ”ale o co chodzi?” i nie tknal. no to… z serem zoltym poszlismy na trening. tak, ser zolty nalezy do ulubionych smaczkow. jak tak dalej pojdzie, spasiemy psa i po kursach w szkole bedziemy z psem chodzic do dietetyka;)

guza nie ma

neurolog i radiolog orzekli, ze mozg mam ”czysty”. wiec najprawdopodobniej przeszlam wirusowe zapalenie nerwu dochodzacego do narzadu rownowagi. neurolog potwierdzil to, co sobie wyczytalam na internecie, ze rekonwalenscencja moze potrwac kilka miesiecy, nawet z pol roku. mam skierowanie do fizjoterapeuty… mam wrazenie, ze jak lekarze nie wiedza, co zrobic z pacjentem, to wysylaja go do fizjo. a ja jakos w fizjo przestaje wierzyc. przynosza ulge na jakis czas, a potem wszystko wraca… ale innej opcji nie mam.

jeszcze jakis test na balans bede miala robiony. i tyle.

martwie sie tym, ze moj problem nasila sie po 2-3 godzinach pracy przed ekranem. dzis mialam zebranie, 2 godziny, na ktorym zbytnio sie nie wysilalam. a i tak pod koniec marzylam, zeby ci ludzie juz przestali gadac, zebym juz mogla zamknac oczy…

tak mnie jeszcze naszla refleksja na temat sluzby zdrowia. w Polsce ludzie jezdza sie leczyc na zachod, bo ponoc tam ”lepiej”. co ciekawe, wielu Polakow, ktorzy mieszkaja w Holandii, jezdzi sie badac i leczyc do Polski, bo tam lepiej:D czesto slysze: ”pojedziemy do Polski na wakacje, to tam sobie wszystkie badania prywatnie porobie, bo tu to nic nie zrobia;)” moja choroba uswiadomila mi po raz kolejny, ze niestety, wszedzie, i w Polsce, i w Holandii licza sie znajomosci…

zimny, mokry nosek

leze w lozku i walcze, zeby z niego wyjsc. wiem, ze jak siade, to dostane obuchem w leb. bo nadal mi sie kreci w glowie. przy wstawaniu, przy kladzeniu sie, przy naglym obrocie. przekonuje sama siebie, ze to tylko chwila, ze jak juz zaczne chodzi to przejdzie, ale nie moge sie przekonac. nigdy nie lubilam karuzeli i teraz tez nie moge jej zaakceptowac.

leze, leze, podejmuje decyzje o wstawaniu, ale nie wstaje, strasznie sie sama z soba mecze.

i nagle czuje cos zimnego i mokrego na moim nosie. nos psiska. nie wiem, co w tych psich nosach jest, ale maja moc;) jak mnie psisko dotknelo, to od razu przestalam sie martwic wstawaniem-niewstawaniem i karuzela.

pies sie sam zaprosil do lozka, przytulil, lapa mnie objal… niewazne, ze mial mokra siersc (bo padalo), ze zostawia siersc w lozku, ze lapy watpliwej czystosci. ten jego mokry nos i cieple lapki to to, czego chory czlowiek potrzebuje. on zachrapal, ja stwierdzilam, ze skoro jestem oficjalnie na chorobowym, to czemu ja sie sama na siebie zloszcze, ze nie moge sie z lozka wygramolic. i tez jeszcze chrapnelam.

kwasy…

moja lekarka rodzinna sie wsciekla i powiedziala, ze nie da mi skierowania do neurologa. mimo ze, a moze dlatego, ze ja juz u neurologa bylam;) wydzwaniala do mojego szefa, ktory mi te wizyte nagral, do neurologa, do mnie… powiedzialam jej, ze na podstawie jej telefonow wnioskuje, ze haslo przewodnie jej praktyki, ze pacjent stoi u nich w centrum uwagi, jest zwykla bujda, reklama, skoro ona, wiedzac, ze jestem chora, potrafi do mnie takie telefony wykonywac. kiedy trafilam do neurologa, ledwo moglam sama chodzic, a ona sie dziwi, ze skorzystalam z uprzejmosci szefa?????

zastanawiam sie nad rewanzem w postaci oficjalnej skargi: bylam bardzo chora, a asystentka zamiast mnie umowic na szybka wizyte kazala mi sie zdiagnozowac samej przez telefon. a potem, gdy zadzwonilam po dwoch dniach, lekarka mnie nie zobaczyla, tylko potwierdzila przez telefon diagnoze, ktora sobie sama wystawilam na podstawie aplikacji internetowej. podczas, gdy patrze w wytyczne dla lekarza, chorobe, ktora mam, neuritis vestibularis, nalezy potwierdzic m.in. na podstawie obserwacji ruchu galki ocznej. i to zrobil neurolog.

tak czy siak, gdy lekarka zadzwonila marudzic mi o skierowaniu, spytalam: to co, mam zrezygnowac z MRI, ktore mam miec dzis wieczorem? no…. zawahala sie. i nie, kazala mi isc. i co, pytam dalej, za miesiac dostane rachunek z ubezpieczalni na tysiac euro? bo ty mi skierowania nie chcesz wypisac, tak? no nie, odpowiedziala, zapewniam cie, ze kto inny za to zaplaci… neurologia??? nie wiem, nie znam procedur. ale czas najwyzszy zmienic lekarza rodzinnego.

klotnia o psa

dzis mialam starcie z pewna a pancia o psa… niestety, doszlo do rekoczynow, bo pancia mnie popchnela i kopnela nasza psine… niebolesnie, ani ja, ani psina nie zapiszczalysmy, ale adrenaline nam pancia z jej buldozkiem podniosla…

poszlo o wypuszczanie psa bez smyczy w terenie, gdy nie jest to dozwolone. nasze psisko chodzi zawsze na smyczy i zle reaguje na psy, ktore do niego podbiegaja – jest to logiczne: psy chodzace na luzie moga sobie zawsze zwiac a nasz pies nie, bo smycz go blokuje. wiec nasze psisko czuje zagrozenie.

ide z naszym psikiem po terenie, gdzie nalezy psy trzymac na smyczy a tu biegnie sobie budlozek do nas. nasz pies zaczal skakac, szczekac – bo sie boi. kilka metorew dalej idzie sobie wyluzowana pancia buldozka. mowie do niej uprzejmie, ze tutaj nie wolno psow luzem puszczac. a panca wyzywa moja psine, ze patologia. nie, mowie, to ty jestes patologia, bo lamiesz przepisy: bierz psa na smycz, bo tu nie wolno puszczac psow luzem (kara 100 euro!). pancia na mnie z geba, ze ona tu zawsze psa puszczal luzem, a ja jestem wyrodna, bo psa na smyczy mecze, ze on tez pownien luzem biegac. nie, nie bedzie biegac luzem, bo tu nie wolno. tam (pokazuje reka), po drugiej stornie jeziora jest teren do wolnego wybiegania sie psow, tu nie. wiec bierz panciu psa na smycz, grzecznie prosze (choc w srodku dyczocze z wscieklosci, bo moj pies ze strachu i adrenaliny malo ze skory nie wyskoczy). pancie wyzywa mnie i psa i od patologi (asociaal). mowie, sama jestes patologia, to ty lamiesz przepisy, nie ja – bierz psa na smycz i bedzie po sprawie. nie, to ja powinnam mojego spuscic ze smyczy! – twierdzi pancia. no to spuscilam! i moj pies spuscil manto jej buldozkowi. sama chcialas, mowie.

nasze psiko rzucilo sie na budlozka, ale jako ze nas pies nie jest agresorem, tylko sie boi innych psow, to wiecej bylo szczekania niz agresji. buldozek nawet nie pisnal. wiecej bylo warczenia niz walki. ale pancia sie splochala. zabierz tego psa, zabierz go – zaczela wrzesczec i ciach do mnie z lapami. popchenla mnie! ja w srodu rozdygotana, ale na zewnatrz pokerowa twarz: bierz lapy ode mnie i zabieraj swojego psa na smycz. pancia kopnela moja psine. niemocno, psina nawet nie zareagowala, taki gest, zeby mnie wystraszyc. bierz psa na smycz, i to juz! ryknelam. wyjelam telefon i mowie: bierz lapy ode mnie i bierz swojego psa na smycz, bo wszystko nagram i zglosze na policje.

ja wzielam swojego psa na smycz, panca swojego i rozdygotane podreptalysmy w przeciwnych kierunkach.

sprawdzilo sie to, co mi nauczyciel z psiej szkoly powiedzial: to zawsze jest wina twojego psa. niewazne, ze to inny pies podbiega do twojego, niewazne, ze jasno dajesz sygnaly, trzymajcie sie od nas z daleka (mamy jaskrawozolta smycz, ktora oznacza – nie podchodz do mnie z psem), niewazne, ze specjalnie wybieram trasy, gdzie psy maja byc na smyczy. i tak moj pies jest patologia. a moj pies chce tylko spokojnie sobie wyjsc na spacer. bez towarzystwa innych psow.