zimno-goraco

na ogol jest tak, ze gdy sie wychodzi na zewnatrz, to sie czlowiek ubiera. a ja robie na odwrot;) jade do szpitala z golymi nogami, ramionami, wchodze do szpitala i zakladam rajstopy, sweter. tuz przed wyjsciem ze szpitala sciagam rajtki, sweter, wszystko co sie da, bo na dworze skwar. a w pracy airco;)

Szkrab na razie nie wraca do tematu psa. ja tez siedze cicho. o psie wciaz marze i niech na tym sie skonczy;)

wspolny czas

zanim znow wpadne w zawodowo-rodzinny ped, zanim wykorzystam rezerwe energii, ktora zgromadzilam przez ostatnie dwa tygodnie, realizuje plany, ktore w tym czasie, kiedy jestem wypoczeta, maluje w swej glowie. jednym z tych planow jest aktywne spedzanie weekendow. z jednej strony, dobrze jest czasem posiedziec w domu, w sumie, moglabym tak caly weekend przesiedziec, ale jest i druga strona: dzieci, ktore non stop mysla tylko o jednym: o graniu na plyastation/telefonie luby ogladaniu TV. przyznam, ze ponioslam porazke… moje dzieci, ktore jeszcze 2-3 lata temu w polowie wakacji musialy isc do biblioteki, bo wszystkie wypozyczone ksiazki przeczytaly (10 na jedna karte!), w tym roku, na wakacjach przeczytaly JEDNA ksiazke… ja piec. luby pewnie jeszcze wiecej… smutne to strasznie i agrumenty, ze swiat sie zmienia mnie nie przekonuja. niech sobie caly swiat wisi na ipedach, i innych szklanych ekranach, a ja sie z tym nie pogodze i modzie nie ulegne. i bede walczyc o moje dzieci. stad te aktywne weekendy – zeby odwrocic ich uwage od szklnaych ekranow.

do tego doszedl dojrzewajacy Szkrab, ktory przejmuje sie swoja waga i juz raz sie odchudzal, a teraz znow lamentuje, ze jest gruby. chucherkiem to on nie jest, ale i nadwagi nie ma. za to widze, ze sklonnosci do niezdrowego odzywania ma – sniadanie nie, obiad nie, za to smieciami by sie objadal. dlatego zaczelam nad nim pracowac: nie chcesz byc gruby? dbaj o to: zdrowe odzywianie plus ruch!

i tak wieczorem, o 22.00 Szkrabowi zachcialo sie kabanosow. odeslalam go na gore z jablkiem.

a co do aktywnego weekendu: o 10.00 oznajmilam rodzince, ze o 12.00 zbiorka przy rowerach. ale byli nieszczesliwi; luby tez… zrobil przerazone oczy, co ta baba znow wymyslila. wzielam go wiec na boczek i wytlumaczylam o co chodzi (o powyzzsze: szklany ekran + ruch). dwie godziny pedalowania – przyznam, ze dostalam w kosc, bo panowie tempo narzucili dosc ambitne. bo luby na wyscigi formuly musial zdazyc;) dobra, po 2 godz pedalowania, bez wyrzutow sumienia zgodzilam sie na szklany ekran;)

nowosci

poszlam do mojej polskiej kosmetyczki, ktora jako jedyna nie truje mi ”pani musi ciagle kremowac rece” (mam bardzo suche rece, glownie z powodu egzem, ktore atakuja mnie po jakimkolwiek nabiale: sernik, lody – nawet najmniejsze ilosci powoduja rany na dloniach) – ona probuja znalezc przyczyne problemu. jako ze widujemy sie rzadko, to w koncu ja znalazlam przyczyne tej slabej kondycji rak, ale to wlasnie ta kosmetyczka kilka lat temu wlaczyla mi te wlasciwa lampke: problemy skory zwiazane sa z problemami gastrycznymi. strzal w dziesiatke.

mowie kosmetyczce o tym nabiale, o tym, ze juz po kawalku sernika wyskakuja mi pryszcze i egzemy, ze martwie sie o brak wapnia, bo nabial praktycznie odstawilam…. tak sobie leze, pani mi cuda wianki robi, masaz, maseczka, mikrodermabrazja, brwi, itd… i gadamy. mowie, ze ile razy ide robic paznokcie, to slysze wzdychania, ze musze rece kremowac, kremowac, kremowac. a jak ja mam te rece kremowac, skoro ciagle pije, ciagle sikam, ciagle myje rece – po kazdym myciu rak powinnam na nowo je kremowac, a jak tu takimi wykremowanymi rekoma stukac w klawiature? jak gotowac obiad, wieszac pranie? jak isc na zebranie i podac kolegom reke? nie…., jeczy kosmetyczka, te kremy nie usuwaja przyczyny, to tylko chwilowe rozwiazanie. niech sobie pani poczyta o oleju lnianym. poczytalam i zamowilam olej lniany. i pije. paskudztwo okropne, ale zobaczymy – moze odmlodnieje o piec lat?

no i pies… czy to ja zarzekalam sie, ze zadnego zwierzecia w domu? nadal sie zarzekam, ale co zrobic, jak Szkrab zdolal przekonac lubego do psa??? przekonac to moze za duzo powiedziane, ale luby wyrazil zgode. a ja sie przerazilam. nie chce miec poobgryzanych mebli, nie chce sikajacego w domu szczeniaka. a jednoczesnie, szczeniaka mozna wychowac… patrze po schroniskach – tyle tych psow… ktorego wybrac? chcialam rocznego, zeby gryzienie i sikanie bylo za nami. ale juz sie gubie. Szkrab, po tym jak zgode od ojca uzyskal, siedzi cicho, wiec i ja siedze cicho… ale patrze, czytam, szukam, mysle, waham, gryze sie… tak czy nie? tak czy nie?

szok kulturowy

jakis czas temu dawalam takie lokalny ”wywiad” i padlo pytanie, jakie roznice, dobre i zle, zauwazam miedzy Polakami i Holendrami. jedna z tych roznic bylo podejscie do przepisow, zasad. Polacy sa dosc fleksybilni ”a tam, a tam, co sie bede spinac”, Holandrzy zas na ogol robia tak, jak mowi protokol; Ma to swoje plusy i minusy. Nie raz wkurza mnie pasywnosc Holendrow: pogadaja, ponarzekaja, ale nikt sie nie postawi, kazdy stopniowo do najwiekszej bzdury przwywyknie, po co robi szum. A Polacy wrecz przeciwnie: ale dlaczego, a po co, a kto taka durnote wymysli, a pic na wode i w koncu zasady olewaja.

mimo ze jestem swiadoma tych roznic, bylam zszokowana beztroskim podejsciem Polakow do koronawirusa. w Holandii dystans 1.5 m to swietosc: na waskim chodniku jedna osoba przeczekuje za drzewkiem, czy gdzies z boku, az druga osoba, idaca z naprzeciwka, przejdzie. Do koszykow przed sklepem kolejka: kazdy stoi za linia, a kazda linia narysowana jest w odleglosci 1.5m. W kosciele kazdy siada tam, gdzie mu wyznaczono miejsce (1.5 m odstepu). a w Polsce…. stoje w kolejce, zeby zamowic obiad dla naszej czworki. panow wyslalam do stolika, zeby niepotrzebnie nie robic tloku. a za mna stoi czteroosobowa rodzina i prawie mi wchodzi na plecy. i babsko drze mi sie do ucha: a ty co chcesz Maryska?!!?!?!!?! a ty Pawel?!?!?!?!! Co???? Nie, ta ryba za drooogaaa!!! Juz widze w wyobrazni jak mi baba na policzek zaraza pluje… chcialam sie odwrocic poprosic, zeby sie odsunela, ale balam sie, ze mi nakropelkuje nie wiadomo czym prosto w twarz, wiec tylko sie odwracalam. wchodzimy na latarnie… przy wejsciu stoi jak byk: wejscie tylko w maseczkach. i co? polowa ludzi wchodzi/schodzi (a wiec spotyka sie twarza w twarz) bez maseczek. w sumie, nie wiem czy te maseczki w czyms pomagaja, bo w Holandii akurat nie ma nakazu noszenia maseczek i sytuacja jest lepsza niz w niektorych krajach, gdzie maseczki niby sa obowiazkowe, ale ta odleglosc! czemu tak trudno zachowac te 1.5 m odleglosci? czemu nie mozna tak pokierowac ruchem, zeby ludzie wchodzacy do latarni nie mijali sie na waziutkich schodach z ludzmi wschodzacymi? to samo w kosciele… dlaczego ksiadz chodzacy z taca nie ma maseczki? dlaczego ksiadz rozdajacy komunie nie ma maseczki? dlaczego ludzie nie siadaja w wyznaczonych lawkach? dlaczego to taki wielki wielki problem, skoro kosciol i tak jest pusty? to ze ludzie sa beztroscy to jedno, ale dlaczego nikt od nich nie egzekwuje przestrzegania przepisow? dlaczego pani na stacji benzynowej nie zwraca uwagi panu, ktory stoi bez maseczki w kolejce po hot-doga i w miedzyczasie nachyla sie nad produktami spozywczymi?

wrocilam do Holandii z ulga. bo przyznam, ze w Polsce najlepiej czulam sie w ogrodzie rodzicow i na plazy – oddzielona od ludzi wiatrolapem.

nie wiem co zrobic z wakacjami

jedynie czego chcemy, to zeby bylo na lonie natury i zeby byl basen przy domu. jedyne;) albo juz wszystko zarezerwowane albo ceny z kosmosu albo… zimno. baseny zamkniete smierdza chlorem i nie daja szansy odpoczynku na lonie natury, wiec basen musi byc otwarty.

siedzimy u rodzicow od kilku dni, mamy ogrod, wikt, a jednak zaczynam sie dusic. sama to bym tu odpoczela, ale nie z chlopakami, ktorzy ciagle, jak muchy do lepa, ciagna do telewizji, do playstation, to telefonow. co sobie siade (z ksiazka, w ogrodzie), to alarmujaca cisza sie odzywa; cisza oznacza, ze dzieci znow ulokowaly sie przed ktoryms ze szklanych ekranow. to jest chore, to jest nienormalne, to wnerwia mnie koszmarnie i przez to nie moge uzyc sobie wakacji.

stad potrzeba domku z basenem: Szkrab niczym Nowofunland: jak juz wode zobaczy, to o wszystkim innym zapomina. a wtedy ja, moge sie spokojnie raczyc ksiazka.

gdzie, o gdzie, mam wypoczac a tym roku….

bikini po 40-stce

nigdy nie przepadalam za bikini, bo nigdy idealnego brzucha nie mialam. nawet, gdy 20 lat temu bylam chudzielcem, skora na brzuchu, zwijajaca sie w roleczki, denerwowala mnie. teraz, to juz nie tylko roleczki, ale po prostu, >40-letnia skora, ktora wiadomo jak wyglada…dlatego wole jedoczesciowe kostiumy kapielowe. ale… w upaly, w jednoczesciowym, ”plastikowym” stroju kapielowym mozna sie usmazyc. i dlatego ciagle jeszcze nie wykluczylam bikini ze swojej garderoby. bikini, ktore kupilam kilka lat temu juz stracilo kolor, wiec wczoraj poszlam polowac na nowe.

od razu, na dzien dobry, powiedzialam, ze szukam bikini z glebokimi majtami. a pani do mnie: to moze tankini? nie, w tankimi zle sie czuje. po prostu: glebokie majty i porzadna, sztywna gora, z glebokimi miseczkami, ktore zliftuja to, co trzeba;)

przyniosla mi pani do garderoby z 6 roznych bikini. przymierzylam pierwsze – majty prawie do pepka, ale… boczki wychodza, skora wokol pepka pomarszczona… rozpacz mnie ogarnela. po tych pierwszych majtach poddalam sie. nie, jednak nie. czas przestawic sie na stroj jednoczesciowy – mowie do tesciowej, ktora ze mna pojechala. tesciowa doskonale rozumie moj dylemat, ale mowi: przymierz jeszcze te inne, moze beda lepiej lezec? ale te tez leza dobrze, tylko moja skora jest stara i zwiotczala, rozpaczam. tesciowa pokazuje palcem na jedne majty – te przymierz, daj im szanse. no i miala racje. majty same w sobie takie same jak poprzednie, ale z luznym paseczkiem u gory, przez co skora po bokach nie wyplywa, przez co skora wokol pepka jest troche przykryta, troche wygladzona…. niesamowite, jeden maly szczegol sprawia, ze nagle czuje sie w bikini jak modelka:DDD gora tez idealna – jak pancerz – wszystko ladnie trzyma.

w miedzy czasie, pani ze sklepu przyszla z kilkoma jednoczesciowymi strojami, podaje mi je, a ja, z rozesmian geba, mowie: przepraszam pania, jednak bedzie bikini! pani na mnie spojarzala i przyznala racje, ze to bikini, ktore tesciowa mi wskazala lezy idealnie.

wracalam do domu i myslalam – nie jestem gruba, jestem ze swojej wagi i rozmiaru zadowolona, ale nawet jak bym schudla i z 10 kg, to moja skora na brzuchu nie stanie sie prezna i gladka jak u 20-latki czy 30-latki. takich 40+latek, jak ja, chodzi wokol wiecej – dlaczego wiec producenci nadal stawiaja na klasyczne, minimalistyczne bikini? dlaczego skazuja kobiety 40+ na pocenie sie w tankini lub strojach jednoczesciowych, jesli wystarczyloby tylko zrobic troche glebsze majty, z luznym paseczkiem u gory, maskujacym nieelastyczna juz skore, wiszaca wokol pasa u chyba wiekoszsci 40+ letnich kobiet? owszem, glebokie majty pojawiaja sie juz, ale wybor nadal jest maly a ceny… kosmiczne. dlaczego ja, za glebokie bikini, musze zaplacic 2x wiecej niz za te mini-mini-bikini? place za komfort, tak?

tyle mowi sie o samoakceptacji swojego ciala. o wiele latwiej jest je zaakceptowac, gdy mozna je skorygowac dobrze dobrana garderoba. tylko ze wybor nadal jest dosc maly a ceny… (za) duze.

prezent

jakis czas temu luby siedzial w jury i wczoraj ktos chcial wpasc z prezentem w podziekowaniu za ”jurowanie”. luby mowi – ciekawe, pewnie jakies wino… pewnie tak – przytaknelam. i na tym sie skonczylo.

dostaje e-maila od lubego: mam prezent dla Ciebie: deske serow.

usmialam sie do lez jak sobie wyobrazilam mine lubego dziekujacego za ten prezent:DDDD bo luby serow nie lubi, nie jada, odwraca sie od ich zapachu. ja za serami przepadam, ale tez nie moge jesc, bo taka uczte przyplacam bolem glowy. no trudno, liczy sie mily gest:) a deska serow powedruje do tesciow, z podziekowaniu za opieke nad dziecmi. bo w tym tygodniu chlopcy u nich wakacjuja.

rewanz?

strasznie nie lubie, gdy ktos pisze moje imie z ”c” w srodku, zamiast ”k”. sama tez bardzo pilnuje sie, zeby pisac imiona prawidlowo, bo wiem, ze moze to ludzi irytowac. ale czasem zdazaja mi sie wpadki. i tak do edytora z Niemiec, napisalam dear Lucas, zamiast Lukas. No to edytor, ktory wczesniej pisal moje imie poprawnie, tez do mnie dear Monica napisal;) i jestesmy kwita:D

Alicja

woczraj Szkrab zwolal nas do wspolnego ogladania Alicji w krainie czarow. niby film stary jak swiat, a ja go wczesniej nie widzialam! ksiazke przelecialam, gdy bylam dzieckiem, ale…. wtedy mi sie nie spodobala. za to film mi sie bardzo spodobal. Szkrabowi tez. luby i Bizon bardziej ”z grzecznosci” obejrzeli, ale i tak, fajnie bylo spedzic wieczor razem. szkoda tylko, ze takie filmy tak pozno sa puszczane, bo… zaraz po Alicji byl firm Opowiesci z Narnii… o 22.30. Za pozno.

moje dzieci ja Alicja, urosly tak szybko, jakby jakies zaczarowane ciasto zjadly. dzis rano Bizon wkroczyl w koszulce siegajacej mu do pepka:DDD oglosilam, ze ma zrobic przegla ubran i wszystkie T-shirty siegajace pepka maja zostac usuniete z szafy. ale oczywiscie Bizonowi sie nie chce…

znow mam problem: czym zajac nastolatka w wakacje. bo na wiszenie przed TV, komputerem, telefonem i tabletem mam alergie. no ale ile mozna ksiazki czytac? tzn…. ja, moglam calymi dniami, ale ja bylam ”jakas inna”… wczoraj Bizon chcial isc ze swoim kolega ”polazic” – ale gdzie idziecie – pytam. No tak, pochodzic… no i to tez mi sie nie bardoz podoba, takei szwedanie bez celu i wyobraznia mi pracuje (moze za bardzo), co oni zmaluja. jestem wsciekla na nasza dzielnice: nie ma ani jednego boiska, na ktorym dzieci mogly pgrac w pilke! kilka dni temu policja przepedzila lubego ze Szkrabem z boiska szkolnego, bo sasiedzi sie skarza, ze za duzo halasu!!! a luby ze Szkrabem tylko pilke sobie kopali. jest tez park, w ktorym jest boisko… pelne psich kup. a kilka tygodni temu lazil tam ekshibicjonista i wystraszyl dwie dziewczynki pokazujac im to i owo. ponoc mieszkamy w jednej ”najlepszych dzielnic”… nie widze tego. owszem, nie mamy wrzaskliwych sasiadow, nie robia grilla do polnocy, nie puszczaja glosnej muzyki, nie kloca sie i policja nie przyjezdza, tak jak to ponoc w innych dzielnicach bywa, ale co z tego, jak nie ma tu miejsca, gdize mlodziez moglaby bezpieczne pograc w pilke, pobiegac? myslalam o zapisaniu chlopakow na polkolonie, ale raz, ze oficjalnie rok skzolny jeszcze sie nie zkonczyl, wiec zadnych kolonii nie ma, a dwa, ze oni nie chca isc na zadne kolonie… wiec za w niedziele wywozimy dzieci do tesciow.

na przeciwko bedziemy miec nowych sasiadow: Bizonowego nauczyciela od biologii:D w tym roku, z reszta, jego wychowawce:DDD smialismy sie do rozpuku, gdy to odkryslimy:)