mysz

poniewaz chlopaki ciagle kombinuja, jak by tu moj komputer przejac (do bzdur), gdy odchodze ze stanowiska pracy, biore ze soba myszke (chowam).

jako ze luby wyswiadczyl mi pewna przysluge i jako ze przez te przysluge spoznil sie na waznego skypa, zaproponowalam w nagrode, zeby poszedl skypowac na strych, na moim komputerze. luby sie ucieszyl. pobiegl na strych i wola: quickly, mouse! mouse! ja oczywiscie juz bylam z glowa przy czyms innym, wiec z entuzjazmem wolam: serio??!?!!?! mysz????? na strychu!?!?!!? luby dalej nawoluje: quickly, mouse!!! no lece, lece, pomoc zlapac te mysz! lece i mysle, jakim cudem mysz zawedrowala az na trzeci poziom! sama gora! az w koncu dotarlo do mnie o co lubemu chodzi: where did you put the mouse?!!?!?!!? aaaa… mouse!!! a na samym dole, w kuchni. dalejze po schodach na dol, po myszke, zeby lubemu zaniesc na sama gore:DDD

oeffff…

ja sie smieje z mojej glupoty, a biedny luby w jakimstam jury siedzi, strasznie zestresowany tym wszystkim…. ech…

takie roznosci

rano zaczelo sie od klotni – srok. zaczelam pic swoja poranna kawe przy otwartych drzwiach tarasowych, ale sroki tak zaczely glosno i dlugo ”szczekac”, ze odstawilam kawe i pognalam na sama gore, zeby wyczaic, co sie dzieje. no i nie wyczailam – widzialam dwie sroki latajace jak oszalale miedzy trzema drzewami, a z jednego drzewa dobiegal skrzek trzeciej sroki. bardzo zalowalam, ze nie mam lornetki, bo strasznie ciekawilo mnie, o co ta klotnia. podejrzewam, ze na jednym z drzew sa mlode w gniezdzie i matka przeganiala obce sroki, bo tyle wrzasku, to tylko matki potrafia narobic, gdy ich dzieciom krzywda sie dzieje:DDD no, ewentualnie, matka chciala juz mlode uczyc latac i tak wrzeszczala;)

ja, matka, zawalczylam dzis o Szkraba, o opinie nauczyciela. kiedy w zimie rozmawialismy z nauczycielem stwierdzil, ze Szkrab wszystko moze, tylko musi sie wziac do roboty. jako ze wrzesniu nauczyciel zasygnalizowal, ze Szkrab nie robi NIC, wzielismy sie za niego i co piatek sprawdzalismy, czy wykonal wszystkie obowiazkowe zadania. jesli nie wykonal, to mial nadrobic wszystko w weekend, bo inaczej zero playstation. wiec Szkrab wyboru nie mial i wszystko co obowiazkowe robil. a tego, co nadprogramowe nie robil. i mysmy go tez nie scigali, bo po co, jesli oceny ze sprawdzianow byly dobre. a tu sie okazuje, ze jednak nauczyciel nie dal tej opinii, ktora omawialismy, jesli SZkrab poprawi swoja podjescie do obowiazkow, bo… ogranicza sie do minimum. Do minimum, ktore jest obowiazkowe…. nie wiem jak Wy, ale ja w szkole tez ograniczalam sie do tego, co obowiazkowe. i dostalam sie do dobrego liceum i dostalam sie na studia i swietnie sobie na nich radzilam. ilu jest uczniow, ktorzy robia zadania dla chetnych? chyba niewielu. w ogole, zastanawiam sie, po co istnieje zadania dla chetnych? nauczyciel napisal, z podejscie Szkraba do nauki sie nie zmienilo mimo ze caly rok, o niego walczylismy. oooo… przegial;) jak to przeczytalam, to iskry polecialy w mailu, niczym okrzyki ze sroczego gniazda. jaki caly rok? i jak to nic sie nie zmienilo??? ok, len pozostanie leniem. ale jak dziecko jest leniwe a i tak robi 100% tego, co obowiazkowe zamiast nicnierobienia, to chyba sie cos zmienilo?

walcze o Szkraba, bo wiem, ze jak pojdzie do szkoly, gdzie z palcem w nosie bedzie mial zadowalajace oceny, to on sie nie podciagnie – nie bedzie mial motywacji, zeby pracowac. walcze o niego, bo wiem, ze tylko jak dostanie jedna czy dwie paly, to wezmie sie do roboty. i dlatego Szkrabowi trzeba podnosic poprzeczke a nie zanizac, bo osiadzie na laurach i kiepsko bedzie.

do tego, wscieklam sie, bo egzaminy na pol semestru odbywaly sie w atmosfrze strajku nauczycieli przez co dzieci mialy mniej czasu na pisanie egzaminow, co tez mialo negatywny wplyw na oceny…. ktore u Szkraba i tak calkiem dobre byly, ale moze bylyby lepsze, gdyby mial tyle czasu, co zwykle. Wscieklam sie tez, bo w koncu sprawdzilam, ile zarabiaja nauczyciele w Holandii – przy pelnym etacie, zarabiaja tyle co ja. A ja jestem bardzo zadowolona z moich zarobkow. Sa grubo ponad srednia krajowa. I nauczyciele tez niech tak zarabiaja. Ale czemu w takim razie strajkuja? Marze o tym, zeby zarabiac nawet troche mniej, ale miec wakacje wtedy, kiedy moje dzieci, zebym nie miala ciagle dylematow, co z nimi zrobic; bo ja 6 tygodni wakacji latem nie dostane. a oni tak. wiem, ze zawod nauczyciela jest ciezki, wymagajacy, ze i dzieci, i rodzice potrafia dac sie w kosc. wiem, bo moja mama jest emerytowana nauczycielka. ale…. o co ten strajk???? moze o to, ze nauczyciele w Holandii rzadko kiedy pracuja na pelny etat? to w koncu ich wybor. Jak sobie poczytalam o tych zarobkach nauczycieli w Holandii, jak pomyslalam o wakacjach, jak poczytalam, jak wielkie jest zapotrzebowanie na nauczycieli, to stwierdzilam, ze jak juz nie wytrzymam na uniwerku, pojde uczyc biologii do szkoly sredniej:)

Gadam

cieplo u nas, wiec latam po ogrodku i kwiatki podlewam. scielam bez, podwiazalam roze, wyrzucilam wrzosy, ktore wyschly (jedna odmiana padla, druga swietnie sie ma i nie wiem, jaka miedzy nimi byla roznica). wchodze do domu, a tam, liscie kwiatka donczkowego tak smutnie wisza; za sucho ma! ”juz cie podleje, czekaj” – mowie odruchowo do kwiatka. luby obok siedzi i pije kawe: mowilas cos? ”nie, nic. ale kwiatka trzeba podlac, tak smutnie opuscil liscie”. biore wode i leje, a luby sie smieje. z czego sie smiejesz? pytam. ”masz, napij sie sie” – mowi luby. o czym ty mowisz, pytam. no tak przed chwila powiedzialas do kwiatka, ”masz, napij sie”, cieszy sie luby.

przylapalam sie juz, ze gadam do roz, jak sciagam im z lisci mszyce, ale nie wiedzialam, ze i do domowych kwiatkow zagaduje;) starosc nie radosc…

biedroneczki

zamowilam przez internet 200 larw biedronek:DDD do ogrodu. najpierw nie wierzylam, ze to mozliwe, ale okazalo sie, ze przez internet wszystko mozna kupic. a kupilam je, bo biedronki, to naturalni wrogowie mszyc. w zeszlym roku pryskalam roze chemia, ale szkoda mi bylo i roz i wrobli, ktore tez czasami lubia zjesc jakiegos robaczka z rozy (wczoraj w paku rozy odkrylam gasienice! zielono-fluorescencyjna, polowa gasienicy wzarla sie w pak, a druga polowa wisiala na zewnatrz). tak wiec w tym roku stawiam na eko (zobaczymy jak dlugo;)) – wczoraj recznie walczylam z mszycami, ze dwie godziny zbieralam je z pakow i mlodych lisci, az w koncu poszlam po rozum do glowy i zamowilam larwy biedronek.

juz sie nie moge doczekac tych biedronek grasujacych po ogrodzie. martwie sie tylko, zeby, zanim larwy przemienia sie w biedronki, wroble ich nie zezarly. luby podpowiada, ze bede siedziec w ogrodzie i pilnowac;)

od czasu do czasu przechodzi mi przez glowe mysl: o, mam chwile, to wezme Blondie na rece… no nie wezme… ide do ogrodu, trawa tak ladnie urosla – mysle, ale by sie Blondie popasla… juz nie. juz mozna kosic trawe… mysle o niej. ale zaczynam racjonalnie myslec, widziec jak bardzo juz byla chora, stara, niedolezna…

ksiegowy

nasz Bizon od malego mial powinowactwo do pieniedzy. we krwi mial oszczedzanie – jak mu jakis grosz od dziadkow czy innych czlonkow rodziny wpadl, wszystko odkladal i zawsze dokladnie wiedzial, ile ma w skarbonce pieniedzy. nie raz sobie od niego dyszke pozyczylam, bo pan od okien zewentrzynych przyszedl (w Holandii okna otwieraja sie na ogol na zewnatrz, wiec od mycia okien na pietrze, od zewnatrz sa specjalni panowie:DDD), pozniej zapomnialam, a on doskonale wiedzial, kiedy i na co mi pozyczyl. w wieku jakis 8-9 lat uskladal sobie na pozadny rower. i luby, i ja bylismy pod wrazeniem. Biozn nie raz wspominal, ze jak bedzie mi pzyczal pieniadze, to na procent;) dlatego nie zdziwilismy sie, ze gdy poszedl do szkoly sredniej, jego ulubionym przedmiotem stala sie… ekonomia. z jednej strony, Bizon jest raczej alfa, on woli uczyc sie historii niz matematyki, jezykow niz fizyki, ale co sie dzieje z pieniedzmi, fascynuje go.

kilka dni temu znalazl jakis zeszyt, gdzie bylo kilka moich starych zapiskow ze spotkan ze studentami. jako ze data byla sprzez 4 lat, Bizon spytal, czy moze sobie ten zeszyt wziac. jasne, mozesz. a po co ci on – spytalam. bo bede zapisywal swoje przychody i wydatki i co komu pozyczylem;) bo okazuje sie, ze mlodszy brat, tez sobie czasem u Bizona pozyczal:DDD a nawet Babcia, raz do kosciola nie przygotowala pieniedzy i od Bizona sobie pozyczyla.

i tak to Bizon, wieku niecalych 14 lat, postanowil sobie prowadzic ksiegowosc;)

chciec, miec…

niby nie czuje sie materialistka, nie kupuje gadzetow, nie musze miec najnowszego ipada, ihphona ani najmodniejszych butow czy perfum; trzymam sie moje stylu i z nowinek podbieram najczesciej tylko to, co mi potrzebne, a tylko czasami to, co bardzo mi sie spodobalo.

a mimo to, radosc mnie rozpiera, ze juz za 4 tygodnie pod naszym domem stanie prawie nowiutki samochod:) to chyba jedyny gadzet, ktory i luby i ja lubimy miec – dobry, i w naszym odczuciu, ladny samochod:) a czy innym sie podoba… to juz nas nie intersi;)

mowie mamie, ktora zadzwonila (przez przypadek – uczy sie uzywac iphona, ktorego tato jej kupil… ~2 lata temuD:), ze kupilismy samochod. jaki? – wola tato. no niemiecki, ma sie rozumiec – odpowiadam. ale pieniadze marnujecie; trzeba bylo sobie jakis japonski kupic; najlepsze! – tato musi swoje zdanie wyrazic. Tato, tlumacze, nie moglismy. bo musimy byc politycznie poprawni: Ty nam radzisz japonskie, tesc francuskie, jak Ciebie posluchamy, to tesc sie obrazi, jak tescia, to Ty sie pogniewasz i dlatego kupujemy samochody niemieckie:) dobry argument, chwali Mama:DDD

zegnaj, Blondie

i nadszedl ten dzien, ze musielismy sie pozegnac z Blondie. chlonniak ja pokonal.

to byla nasza trzecia swinka i z nia mialam (ja, nie dzieci…) najwieksza wiez. to ona mnie rano witala kwikiem, zeby dopomniec sie o trawe, to ona mnie lizala i gruchala na calego, gdy ja glaskalam. nawet wczoraj wieczorem, mimo ze juz byla bardzo chora, lizala mi palce, jakby chciala podziekowac za jedzenie podawane strzykawka. mimo ze byla slaba, pokwikiwala cichutko, zadowolona, ze ja glaskalam.

jechalam z nia do weterynarza i przeczuwalam, ze to jej ostatnia podroz. i mimo ze bylam na to przygotowana, to jednak emocje gora; polaly sie lzy. i znow pomyslalam, ze ja zbyt emocjonalnie do zwierzat podchodze i dlatego nie dla mnie pies, ktory jednak o wiele madrzejszy od gryzonia jest.

pusto w domu. minie kilka tygodni, zanim oswoje te pustke.

zegnaj, Blondie.

the bucket list

od kilku miesiecy probujemy organizowac w weekend kino familijne – wybieramy taki film, zeby kazdemu sie podobal. czasami sie nam to nie udaje, bo panowie lubia filmy akcji a mnie pukawki i ryki samochodow doprowadzaja do szalu i wtedy ja zasiadam z laptopem i sluchawkami i ogladam cos ”swojego” . na dzis Bizon znalazl film, ktory najbardziej zachwycil mnie;) raz, ze film byl z Jackiem Nickolsonem, moim ulubionym aktorem, a dwa, mial przeslanie zgodne z moja filozofia zycia. film ”the bucket list” z jednej strony rozsmiesza, z drugiej strony napawa nostalgia, daje do pomyslenia. niby lekki, ale dobry.

z lekkich filmow, ostatnio widzielismy ”Bee Movie”. kapitalna komedia. usmialismy sie wszyscy czworo do lez. jeszcze z moja mama, gdy byla u nas na ferie zimowe, obejrzelismy dwa inne filmy, ktore na dlugo pozostana w naszej pamieci: ”Przyplyw wiary” i film o sw. Filipie Neri. Chlopcom spodobal sie zwalszcza ten pierwszy, bo trzymal w napieciu; sam moment, gdy bohater filmu wpada pod lod… Szkrab az z fotela zeskoczyl;) no i: przyzyje czy nie… Drugi film, o sw. Filipie Neri najbardziej spodobal sie mi i mojej Mamie, ale piosenke ”Paradiso” wyspiewuja chlopaki jeszcze do tej pory:D

fajnie jest tak razem spedzic czas. nie tylko z filmem, ale konsumujac czipsy:DDD taka wprowadzilam zasade: raz w tygodniu jemy czipsy albo doritos i tylko pod warunkiem, ze chlopaki codzinnie jedza owoce.

co do ”moich” filmow, to pisalam niedawno o ”Jude”; a dzis rano zas, biegnac na biezni, obejrzalam teatr TV z Bartoszem Topa ”Kuracja”; teatr tak mnie wciagnal, ze bieglam przez ponad godzine i nawet nie wiedzialam, kiedy mi ta godzina minela. w zeszlym tygodniu zas bieglam przy czyms lzejszym: ”Next-ex”; jako ze momentami dialogi bylo troche prze-przydlugawe, przewijalam, ale i tak, polecam, mozna sie posmiac. Dawno temu zas, obejrzalam cos ciezszego, co do biegania sie chyba nie nadaje, ale na dlugo pozostaje w pamieci: ”Dzieci Weroniki” – dramat, ktory pozwolil mi sie postawic w sytuacji dzieciobojczyn i… czesciowo zrozumiec je. Czesciowo, bo zawsze ciezko mi zaakceptowac fakt, ze nie wszystkie kobiety maja tak silny chrakater jak ja, ze nie kazdy czlowiek potrafi byc asertywny, ze nie wszyscy ludzie potrafia czy moga kierowac swoim zyciem, tak, jak by chcieli. Choc bohaterka nie byla bezposrednio dzieciobojczynia, to jednak… nic nie zrobila, zeby dzieciobojstwu zapobiec.

mialam napisac o tylko the bucket list, a wyszlo mi calkiem dlugie filmowe sprawozdanie;)

co Cie boli?

zauwazylam dzis, ze polszczyzna moich dzieci sie pogarsza.. zwlaszcza Bizona; rozumiec to on wszystko rozumie, powiedziec tez powie, ale jak go przymusze, bo dobrowolnie wybiera niderlandzki; logiczne, to jego pierwszy jezyk. co gorsze, poniewaz ja juz sie przyzwyczailam, ze wiekszosc dnia pisze w j. niderlandzkim i angielskim, to juz czesto nie zauwazam, w ktorym jezyku dzieci do mnie mowia. ale zgrzyty wylapuje. dzis leze kolo Bizona (przed snem), pogadalismy, chce juz sie wyrwaz z jego objec, ale Bizon ”jescie nie”, zawija mi ramiona wokol szyi (przypominam, ze za miesiac konczy 14 lat i wasik mu juz rosnie!). no dobra, jeszcze chwila. po chwili mowie: dobra, chlopie, ide. Nieeeee – jeszczy Bizon i jeszcze szczelniej zawija chude ramionka wokol mojej szyi. wkladam wiec delikatnie palec w jego boczek, zeby poluznil ramiona.Biozn jeczy: aaaaa, nie bol mnie mamo! Slucham i rozumiem. Slucham i cos mi zgrzyta. Mama cie boli? – pytam. Bizon zalapuje i smieje sie ze mna. jak powinienes byl powiedziec, pytam. ”Nie rob mi bolu, mamo” – steka Bizon. no prawie… ”nie zadawaj mi bolu” albo ‚to mnie boli, mamo” – podpowiadam i zastanawiam sie, ile razy juz takie polskie przekrety slyszalam, ale nie wylapalam… i co zrobic, zeby jednak dzieci plynnie wladaly polszczyzna…

takie chinskie kwiatki

we wtorek poprosilam chinskiego doktoranta, zeby wypelnil formularz – ewaluacje swojej pracy. na naszym uniwerku doktoranci najpierw sami maja opisac progres swojej pracy, swoje silne i slabe strony, opisac, nad ktorym kompetencjami zamierzaja pracowac w najblizszym czasie i takie tam bzdety, a potem supervisorzy maja sie odniesc do tego, co doktorant napisal.

generalnie, mam takie ewaluacje gleboko gdzies. wiekszosc naszych doktorantow swietnie sobie radzi, widzimy ich co tydzien i wszyscy sie na czas bronia. ale w przypadku naszego chinskiego doktoranta, zdalam sobie sprawe, ze ta ewaluacja moze nam uratowac skore, jesli chlopak nie da rady wywiazac sie z obowiazkow i nie skonczy tego doktoratu. bo takich przypadkach wini sa promotor i co-promotor. dlatego, zeby wszystko bylo udokumentowane, w przypadku tego doktoranta wazne jest, zeby takie ewaluacje zapisywac i tam wszystkie niekompetencje doktoranta dokladnie odnotowywac, zeby nie bylo, ze nikt mu nie powiedzial, ze nikt go nie ostrzegl, ze nikt mu nie powiedzial, jak ma pracowac.

prosilam doktoranta, zeby przyslal mi wypelniony formularz w czwartek, zebym mogla dopisac na czas moje stanowisko i zeby w piatek omowic ewaluacje z szefem. w piatek, pol godziny przed skypem, dostaje formularz. otwieram, a tam: imie i nazwisko doktoranta, a pozniej: promotor: imie szefa (bez nazwiska), co-promotor: moje imie (bez nazwiska)… jak to zobaczylam, to mi rece opadly. i wiecej nie przeczytalam. przy szefie, powiedzialam doktorantowi, ze to jest szczyt bylejakosci i ze niestety, te bylejakosc widze na kazdym kroku. szef siedzial jak trusia – chyba po pierwszy raz, odkad sie znamy. doktorant sie glupio usmiechal. a ja na formularzu nie skonczylam. zeby pokazac te bylejakosc na poziomie naukowym, otworzylam rysunki, ktore doktorant zrobil do publikacji: 5 rysunkow/ schematow, gdzie prawie kazdy z opisow byl w innym stylu: FIGURE 1, figure 2, Fig 3, Figure 4., etc. Do tego, kilka opisow stalo na srodku rysunku, kilka po lewej stronie. Jeden opis mial taka czcionke, inny siaka… to sa tylko takie szczegoly. A teraz pomyslcie jak wygladal artykul… szef siedzial i sluchal, ja wszystko, co mi na watrobie siedzialo, wylalam. a doktorant, jak skonczylam, pyta: co to znaczy ”reflection of promotor and co-promotor”??? szef sie odezwal: to co wlasnie przed chwila uslyszales.

kazalam doktorantowi przyslac mi w poniedzialek idealnie wypelniony formularz – ja, ta, ktora wszelkie formularze na ogol olewa na calego.

*********************

na wadze 3 km mniej! w nagrode wsunelam potezny kawal tortu truskawkowego, ktory upieklam z okazji dnia matki:DDD zeby go spalic, oplewilam ogrodek i jedno okno umylam:D od jutra znow dietuje – jeszcze ze 2-3 kg by sie przydalo zrzucic. wtedy bede miala swoja normalna ”wage letnia”. co ciekawe, glodowka kopenhaska wyleczylam / zaleczylam sobie zoladek i jelita. zaczelam czytac, czytac i co widze… ze kasze, choc zdrowe… nie dla mnie. osoby z niezytami zoladka i jelita powinny unikac kaszy gryczanej, peczaka i kasze jaglana. a ja myslalam, ze sos pomidorowy, ktory do tych kasz czesto dodawalam, mi tak podraznial scianki zoladka… no i co teraz… nabial tylko bezlaktozowy, bo brzuch boli, bo egzemy i wypryski, miesa za bardzo nie lubie, po potrawach macznych potwornie mnie suszy… do konca zycia na kopenhaskiej;)?