Juz minely? Kiedy?
Byly tak intensywne, ze nie zdazylam odpoczac. Tydzien na ”obozie” z moimi dziecmi. Ja jako opiekunka. Bylo super. Choc byly momenty, ze myslalam, ze zeza rozbieznego dostane, bo mialam dwoch takich gagatkow z Holandii (i nie moje dzieci mam na mysli!), ze ciagle cos broili, gubili sie i najgorzej, ze nigdy razem – wiec jednym okiem obserwowalam jednego, drugim drugiego. moi synowie mi zaimponowali – nawet oni tych gagatkow do pionu stawiali, jak byli poza moim spectrum widzenia (np. w nocy – spali w jednej sali w szesciu chlopa).
Potem podroz z polnocy pod Wroclaw, do rodzicow. Tam mial dojechac luby z psem. Luby dzwoni: przejechalem 30 km i wracam do domu – z tym psem nie da sie jechac… Pies jest przyzwyczajony, ze ktos z nim siedzi. Wiec skakal do lubego. Niby byl przypiety pasem, ale jak skakal, to udawalo mu sie nacisnac lapa na przycisk od pasow i sie wypinal. Niby luby zainstalowal siatke odgradzajaca psa od kierowcy, ale pies znalazl luke pod siatka i tam sie wczolgiwal. W koncu luby luke jakas tektura zatkal, ale pies lapami ja przeskrobal. To wszystko na trasie 30 km… Srodki uspokajajace – dzwonie do naszego weta, ten na wakacjach. Inny w weekend mi lekow nie przepisze, bo nie ma zagrozenia zycia (no jest – zycie lubego;)). Podzwonilam po znajomych psiarzach, ale nikt nie mial lekow uspokajajacych. Ale kolezanka mi klatke poradzila. Tyle, ze kolezanka na wakacjach we Wloszech…. dzwoni do syna, ten jeszcze spi. W koncu sie dodzwonila, syna klatke ze strychu zniosl, luby psa do klatki zaladowal i tak przyjechali. Pies jak wyszedl z klatki, to nie przyszedl sie przywitac, tylko najpierw powolny spacerek zaliczyl, zeby kosci rozprostowac. Ale dojechali.
Potem dalej na poludnie – w Pieniny. Cudowne krajobrazy, trasy, pieknie spedzony czas – rowery, splyw Dunajcem, czytanie ksiazki i kawa na balkonie. Szkrab oczywiscie zdolal kilka razy podniesc mi cisnienie, tak, ze nawet jednego dnia, gdy odgrazal sie, ze nigdzie nie pojdzie (bo cos mu tam nie pasowalo) powiedzialam: tak, rzeczywiscie, dzis masz szlaban, siedzisz caly dzien w domu. Z zalem musze stwierdzic, ze bylo cudownie cicho bez niego…
Potem jazda do rodzicow, zeby spotkac przyjaciol, pobiegac z mama po sklepach, zaliczyc z lubym fryzjera i… pora na powrot do Holandii.
W Polsce, oprocz zbyt aktywnego grafiku, wykonczyl mnie upal. Z ulga wrocilam do Holandii.
W Holandii chcialam pojsc do mojej ulubionej fryzjerki, ktora tak mnie i moje wlosy zna, ze jak siade na fotelu, to tylko mowie: Michelle, nie wiem, rob co chcesz. Niestety, Michelle pozarla sie z nowym szefem, ktory mnie tez sie tak srednio podoba i raczej juz nie wroci. Poddalam sie wiec wczoraj nozyczkom szefa i… bida… nie jestem zadowolona. Tzn. technika ok, bo Kiinki choc bardzo alternatywne, uczy bardzo dobrej techniki scinania. Ale nie to, co ja mialam w glowie. Troche moja wina, bo myslalam, ze szef odczyta moje pragnienia tak jak robila to Michelle, ale i jego, bo probowalam mu troche wytlumaczyc, co bym chciala. Ale on mial swoja wizje. Nudna. Jak na Kiinki, to bardzo malo alternatywna;) Szef opowiedzial mi o co poszlo z Michelle i coz… jestem po jej stronie;) A teraz szukaj wiatru w polu. Nie mam jej numeru telefonu. Musze szukac innej fryzjerki.
Ale na razie uwaga idzie na grant, ktory musze wyslac za trzy tygodnie, konferencje, ktora mam za dwa tygodnie i znalezienie nowego doktoranta do moich badan!