tak sobie nadajemy

od jakiegos czasu myslimy o nowszym samochodzie. wczoraj lubego naszlo na znalezenie czegos konkretnego. szuka, szuka, pokazuje mi, a mi sie nic nie podoba. w koncu googluje nasza ulubiona marke i od razu widze, cudo. pokazuje lubemu, opowiadam o szefie, ktory sprowadzil nowy samochod z zagranicy i zaplacil o wiele mniej niz w Holandii, bo cos tam… luby szuka ”das import” i jest, jest, ten, ktory wypatrzylam. luby wyslal e-maila, a ja jutro dzownie do naszego ”deala” czy znajdzie nam takie samo cacko za nizsza cene. i do szefa napisze o namiary do jego dealera. no i zobaczymy, co z tego wyniknie. dla mnie sprawa samochodu juz zalaltwiona, wiec uciekam w moje nowe hobby – ogladanie psow. wyzel niemiecki, fryzyjski, ogar polski… luby, o, takiego bym chciala! luby zaglada przez ramie na ekran laptopa i z rozczarowanie zauwaza, ze ja nie o samochodzie;)

no ja bym chciala. tylko… to poranne wstawanie;) i zostawianie psa na wakacje. to mnie powstrzymuje. ale temat wierce:

-luby, a co bys zrobil, gdybym tak ktoregos dnia przyszla z psem?

-wyprowadzilbym sie

-gdzie?

-do hotelu

-ale pieniadze by ci sie szybko skonczyly!

-to bym sprzedal dom

-nie zrobilbys tego swoim dzieciom!

luby juz nic nie mowi;) co bedzie sie z glupia baba targowal;)

*******

w srode byla u nas lekarka zbadac Bizona i przetestowala go na covida19. test wyszedl negatywny. a Bizon od dwoch tygodni lezy chory w lozku… luby zaczal podejrzewac mononukleoze. nic innego nam juz do glowy nie przychodzi. gdyby to byla zwykla grypa, choc jedno z nas by sie od niego zarazilo… i juz by Bizon zaczal z tego wychodzic; a on dalej jak przebita detka. lezy. w pewnym momencie przyszlo mi do glowy, ze moze on symuluje, zeby tak sobie przed tv cale dnie lezec, wiec huknelam, zeby wylaczyc tv, a Bizona poprosilam, zeby siadl z nami do obiadu przy stole. poplakal sie… no to go zostawilam w spokoju i rece mi opadaja. bo nie wiem, co z nim robic. jak w przyszlym tygodniu sie nie poprawi, poprosimy o test na ta mononuklezoze….

jak to mama mowila…

zeby wszystkie dzieci mialy tak dobrze, jak u nas maja zwierzeta… bo zwierzeta u nas maja dobrze, smie twierdzic. nie przyznam sie, ile kasy na Blondi wydalam w tym miesiacu (na weta i leki), bo mi zal piiiii sciska. ale przyznam sie, ze smaruje jej powozie i lapki sudocremem… a Blondi najwyrazniej czuje, ze ten niefajny krem jej dobrze robi, bo sie nie wyrywa, lapki poslusznie w powietrzu wyciaga, dupsko wypina…. ech… tylko przy antybiotyku szarpanina, ale wchodzi.

nie wiemy co Blondi dokladnie dolega. wet twierdzi, ze to cysty uciskaja na pecherz i stad posikiwanie (sudocrem na odpazenia…). a ja sie boje czy ona znowu jakiegos kamienia nie rodzi…

najwazniejsze, ze nadal zywotna, apetyt ma i rano nadal mnie terroryzuje dopoki z trawa nie przydyndam;)

******

i taka rozmowa z wetem:

  • w piatek przeslij zdjecie lapek i daj znac, jak sie ma Blondi
  • ok…. Robert, ale ty te konsultacje telefoniczne z wszystkimi tak praktykujesz?
  • tak
  • i co, tak za darmo?
  • nie, wysylam rachunek za konsultacje
  • ale mi nie wysylasz….
  • no nie – smieje sie wet
  • wysylaj, wysylaj, to i tak juz nasze ostatnie zwierze; mam juz dosc
  • kup sobie psa, jest latwiejszy – radzi wet

mowie to lubemu, a luby mowi:

  • psa sobie kupisz jak ja umre
  • luby, ty z wszystkim tak sie ociagasz, tak zawsze wszystko na ostatnia chwile robisz, ze boje sie, ze nie zdaze sobie tego psa kupic… – luby na szczescie rozumie moje glupie zarty i sie smieje;)

Jude

Wczoraj w koncu swiadomie wygospodarowalam czas na obejrzenie filmu, ktory od jakiegos czasu chodzil za mna. Jude. Ogladalam i od poczatku mialam przeczucie, jak zycie tejze artystki sie skonczy. Ogladalam i myslalam, jak ludzie potrafia zdeterminowac nasze dorosle zycie w wieku dzieciecym. Smutny film, bez happy endu, ale dajacy do przemyslenia.

patrzylam jak Jude juz od dziecinstwa leciala na prochach. na sen, na glod, na cos innego… i tak mysle, ze o wspolczesnych dzieciach, ktore od malego faszerowane sa pigulkami na np… adhd, depresje, zaburzenia psychiczne. nikt nie wie, co te lekarstwa na dluzsza mete robia z mozgiem, z systemem nerwowym. to bedzie wiadome moze za 10-20-30 lat, gdy dzieci stana sie doroslymi. z jednej strony trzeba tym dzieciom (i ich rodzicom) jakos pomoc, z drugiej strony… czy rzeczywiscie tak trzeba leczyc te choroby? czy rzeczywiscie nie ma innego sposobu? leczenia, zapobiegania?

ogladalam ten film w sumie z perspektywy matki: co my robimy z naszymi dziecmi, czego dzieci potrzebuja… bo dzieci Jude, choc ja kochaly, wolaly byc z ojcem, zeby miec stabilizacje a nie tylko zapewnienia, ze mama je kocha…

patrzylam tez na Rene Zellweger i… nie podoba mi sie jej mimka. przejaskrawiona. wiem, ze w tym filmie grala alkoholiczke, przewrazliwiona na swiat, uzalezniona od lekow artystke. ale ona te mimike juz zastosowala w poprzednich filmach. mam wrazenie, ze jej oczy i usta nie potrafia przybrac innego ksztaltu niz ten, ktory widzialam w Bridget Jones’s Diary. i to mnie rozczarowalo. ale nadal mam sympatie dla tej aktorki. bo uwielbiam Bridget Jones:DDD

tak na koniec tygodnia

oberwalo sie dzis mojemu chinskiemu doktorantowi. przeszedl juz siebie samego. problem z tymze doktorantem jest taki, ze w Chinach, to on jest wielkie panisko, pan chirurg, ktoremu wszyscy klaniaja sie w pas, ktory potrafi nawrzeszczec na taksowkarza, bo zawiozl go z moim szefem do muzeum w poniedzialek, podczas gdy muzea w pn sa ponoc zamkniete i to powinien byl taksowkarz wiedziec i powiedziec swoim pasazerom… no coz, tutaj, tenze pan chirurg jest ”tylko” doktorantem, ja jestem jego co-promotorem. nigdy nie podchodze do moich studentow hierarchicznie, jestem bezposrednia i chce, zeby oni wpadali ze swoimi bolaczkami, problemami i sukcesami. chce, zeby mi ufali i nawet jak jakis glupi blad popelnia, zeby mi to od razu smieli powiedziec. widze, ze doktoranci, ktorych mamy w naszje grupie czesto traktuja mnie jak mediatora z ich promotorem, bo ja wiem jak go podejsc, a oni jeszcze nie;) i tak niedawno doktorantka, ktorej szef ”pozwolil” jechac na stupednium dziekowala, ze rok temu, gdy ona probowala szefa przekonac, ze ona bardzo potrzebuje to stypendium, a szef nie bardzo chcial sie na to zgodzic, ja wkroczylam do akcji i uzylam takich argumentow, ze w koncu szef sie zgodzil. niektorzy doktoranci wykorzystuja to uprzejmy sposob, ale nasz chinski doktorant troche sie przeliczyl… w pewnym momencie zaczelam sie czuc jakbym to ja byla jego doktorantka! zaczelo sie od tego, ze mialam wrazenie, ze gosciu sie gubi. bo gubil sie. z powodu roznic kulturowych, z powodu problemow w komunikacji, az w koncu z powodu swojego chaotycznego charakteru. postanowilam mu pomoc i no i mam. doszlo do tego, ze doktorant pisze do mnie ”dobrze mi sie z toba pisze ten artkul”… eee….. on ze mna pisze artkul? po pierwsze, to mam wrazenie, ze ja go pisze, bo czego by ten doktorant nie napisal, musze kontrolowac, korygowac, poprawic, a po drugie, to on ma pisac ten artykul, a nie ”my”. to on ma sie obronic, a nie ja.

dzis znalazlam tyle niedociagniec w tym artykule, ze wysmarowalam mu e-maila, w ktorym ustawilam hierarchie. kilka razy wytknelam mu, ze jest doktoranem i a, b, c, d, e, f jest obowiazkiem doktoranta a nie jego co-promotora.

lubego doktorant tez oberwal. on z kolei ma chlopaka z Urugwaju. bardzo aroganckiego chlopaka, ktory czesto olewa, to co luby, jego promotor, mowi. tak sie sklada, ze i ja i luby mamy alergie na personifikacje w artykulach naukowych. znalazlam nawet oficjalne wytyczne, w ktorych jasno jest napisane, ze personifikacji nie powinno sie uzywac w publikacjach naukowych. nie ma ”artykuly sugeruja, ze”, nie ma ”data wskazuja na”, a ”rezultaty udowadniaja”. sa pewne wyjatki, ale i te mozna ominac, jak sie chce. i te personifikacje luby i ja strasznie tepimy. i nie wazne, ze w wielu publikacjach ona sie pojawia, w naszych artykulach tego nie ma. luby wyslal swojemu doktorantowi, ktory sunie caly czas personifikacjami, te wytyczne, ktore znalazlam, a ten sie czepil tych kilku wyjatkow i zaczal szefowi udowadniac, ze jest w bledzie::DDD blad. szef zawsze ma racje; nawet jak je nie ma:DDD no i oberwal;)

ale sa i inni studenci. mam jednego studenta , z drugiego roku medycyny, ktory jest bardzo madrym chlopakiem, a jednoczesnie bardo uprzyjemym. tak uprzejmym, ze w e-mailach zwaracal sie do mnie ”Szanowna ….”. W koncu nie wytrzymalam i napisam, ze nie musi mnie az tak tytulowac:DDD przestal, ale nadal do mnie przez ”pani” pisze, co jest dosc nietypowe; tu studenci bardzo szybko, sami ”na ty” przechodza… juz sie do tego przyzwyczailam, ale Ci, ktorzy zaczynaja od „Pani” punktuja;)

roznica

przedwczoraj pojechalam ze swinka do weterynarza, bo znowu sie posikuje i ma mokre, brudne futerko w dolnej czesci… weterynarz nacisnal na pecherz, wycisnal kilka kropelek moczu, przylozyl papierek ”lakmusowy” i od razu zaczal czytac: w moczu jest krew, cukier, to, siamto, owamto; wniosek: zapalenie pecherza. zapisal antybiotyk i gotowe. jeszcze poprosil, zeby za tydzien wyslac whatsappa i powiedziec jak sie swinka ma.

wczoraj Szkrab zaczal skaryzc sie na pecherz, pieczenie przy sikaniu i bol brzucha. dzwonie rano do przychodni: pani z recepcj mowi: prosze przywiezc ranny mocz przed 9.00, po 11.00 prosze zadzwonic i jak bedzie trzeba, to umowimy Szkraba z lekarzem.  

widzicie roznice?

jak swinka choruje, to dzwonie raz i tez tylko jeden raz musze nia do weta przyjechac. tam od razu jest zbadana, od razu mam wynik (mocz badany jest na moich oczach, weterynarz pokazuje mi papierek i wszystko, co na papierku jest wyjasnia), od razu dostaje lekarstwo. jak moje dziecko jest chore, to musze dwa razy dzwonic (najpierw, zeby wyjasnic,  jaki mamy problem, a potem o wyniku analizy moczu) i dwa razy pedalowac (najpierw, zeby zawiezc mocz, a potem, zeby lekarz zobaczyl dziecko).

co ciekawe, poprzednim razem, gdy Szkrab mial zapalenia drog moczowych, to ja prosilam lekarke, zeby sprawdzic po kuracji mocz.

Inna logika

dietuje. ponoc na kwarantannie nie ma sensu, bo mniej sie ruszamy. no ale wlasnie dlatego, tym bardziej trzeba dietowac, zeby jakos przez drzwi sie przecisnac jak juz bedzie mozna wyjsc;) wbrew zdrowemu rozsadkowi, wbrew wszsytkiemu, wskoczylam na moja ”ulubiona” diete kopenhaska; zmodyfikowana. zawsze ja modyfikuje i zawsze ja stosuje w sytuacjach beznadziejnych, tzn, kiedy staje na glowie, a nic nie pomaga, ani ruch, ani zdrowe odzywianie; czasem tak mam, ze waga jakby sie zaciela i nic w swiecie nie chce drgnac. przez cala zime probowalam zrzucic 3-4 dodatkowe kg, ktore jakos mi tak jesienia wskoczyly. nawet sie nie obejrzalam! najpierw myslalam, a to tylko woda, bo hormony szaleja, potem, a to tylko te wakacje w Portugalii, gdzie raczylam sie pysznosciami, potem wiadomo, a to Boze Narodzenie na przeszkodzie, a to deadline, ktory trzeba zajesc czym popadnie, i tak ciagle cos. az tu nagle nadszedl kwiecien, miesiac, w ktorym moje zimowe, na ogol 2 dodatkowe kg, zawsze ”same” ginely, a tu, w tym roku, jakos jeszcze nie zeszly…. wszystkie ubrania jakies takie przyciasne, niewygodne… (a policzki dalej niezaokroglone:/) no i stalo sie. zakatuje sie, ale te 4 kg zrzuce. wszyscy na kopenhaska narzekaja, ze zabojcza, w instrukacjach napisane, ze trzeba sie jej bardzo kategorycznie trzymac, bo inaczej katowka na nic. wszyscy tez strasza, ze jo-jo murowane. a ja po raz czwarty wracam do tejze diety i wiem, ze to moja ostatnia deska ratunku i ze ja przezyje, bo: po pierwsze, ja sobie ja lekko modyfikuje: kawa tylko z mlekiem, zadnej innej nie przelkne (za to bez cukru – slodkiej kawy w zyciu nie wypije, ani mrozonej, ani goracej, zadnej!), a po drugie, jak juz bardzo zle jest, to sobie jem kolejne jajeczko, i to ze szczypiorkiem, albo jablko (ale jedno, nie piec:D) i… chudne. dzieki temu zas, ze do zaglodzenia sie nie dopuszczam, jo-jo nie ma. jest za to cos innego: odchodzi mi ochota na slodycze. juz po trzech dniach kopenhaskiej, w ogole nie mam smaku na zadne slodycze. ani na pieczywo. w sumie… w ogole nie chce mi sie jesc, tylko to, ze mozgiem pracuje, przypomina mi, ze glukoza jakas by sie przydala. po poprzednich razach nie mialam efktu jo-jo, bo dieta kopenhaska to dla mnie tylko przedsionek do diety – po niej jest dieta ”jedz normalnie”, czyli wszystko (oprocz slodyczy), ale malo i sport do tego. czemu odchudzam sie w tym ”trudnym” czasie? bo dla mnie on jest latwy: w koncu mam czas, zeby regularnie jesc, zeby ugotowac sobie jajko i jeszcze nie zapomniec go zjesc. bo gdy latam do pracy, to bywa tak, ze wieczorem sobie jajko ugotuje, rano o nim zapominam, po tygodniu sobie o nim przypominam, a wtedy to juz po ptokach. teraz moge sie w miare wyspac, teraz nie mam stresu, upierdliwych rozmowcow, urodzin, gdzie nalezy zjesc ciasto, wyjsc do restauracji, gdzie daja tak mega porcje, ze nie jestem w stanie ich przejesc i wychodze przezarta… dla mnie to idealny czas na diete.

u mnie z jedzeniem w ogole jakos tak jest wbrew logice – pisalam juz chyba kiedys, ze u mnie wzrost apetytu sygnalizuje chorobe. jak wieczorem o 22.00 zmloce dwie pajdy chleba z gruba powloka masla, tlustego sera zoltego, salami i ketchupem, to wiem, ze z czyms walcze. i na ogol na drugi dzien padam. a ponoc jak czlowiek chory, to apetytu nie ma;) ja tam zawsze mam.

no, ale wracajac do diety – trzymajcie kciuki:-)

rozmowy ze Szkrabem

Rozmawiam ze Szkrabem o Imperium mrowek, o juz przeczytal, ja zamierzam przeczytac w ten weekend. Szkrab mowi, ze trzeba miec niezla fantazje, zeby taka ksiazke napisac; ja na to:

– ty moglbys Szkrabie pisac swietne ksiazki, bo masz bardzo bogata fantaze!

-wiem, ale strasznie mi sie nie chce – szczerze wyznaje Szkrab:DDD

Szkrab czasami pisze i choc pisze jak kura pazurem, to tak pisze, ze czlowiek nie moze sie oderwac. pisze z humorem, z polotem. krotkie opowiadania, ale takie, ze siedzimy z lubym i boki zrywamy.

Kiedy on to pisze, nie wiem, ale znajdujemy z lubym w jego pokoju takie luzne zapiski, na karteczkach, w zeszycie. kiedys znalazlam opowiadanie, w ktorym Szkrab opisal swoje narodziny i pierwsze dni po nich widziane ze swojej perspektywy; przemienil to, co ja mu nie raz opowiadam, na swoj punkt widzenia. najlepszy byl fragment o karmieniu piersia – ”piersi tak generalnie sa obrzydliwe, ale jak leci z nich mleko, to inna sprawa. bylem dzieckiem wiecznie glodnym, wiec wisialem godzinami u piersi mamy – szacun dla niej, wielki szacun”. czytalismy z lubym i sie smialismy sie do rozpuku.

dzis za to luby przyszedl z kartka, na ktorej Szkrab napisal plan pracy na najblizsze trzy dni:

Dzien 1. prysznic, sniadanie, zadanie domowe, godzina gry na playstation, piaskownica, ksiazka, piaskownica, ksiazka, piaskownica ksiazka. w przerwie dokuczanie bratu.

Dzien 2. to samo.

Dzien 3. to samo.

aktywisci

sa ludzie, ktorzy ciagle musza byc aktywni towarzysko, udzielac sie w akcjach charytatywnych, w klubach, uprawiac wolontariat. sa tez i tacy, ktorzy szczescie znajduja w inny sposob. ja tam lubie sie udzielac, ale nie musze. jak jest potrzeba, to sie zglosze na ochotnika, ale sama sie nie wyrywam. luby sie ani nie wyrywa, ani wolami go sie nie wypchnie.. moje chlopaki tez raczej nie lubuja sie w grupowych eventach.

u Szkraba w klasie jest dziewczynka, ktora pochodzi z rodziny, ktora ciagle jakies biegi i inne dobroczynne akcje organizuje; on jest chirurgiem, ona nauczycielka, wiec juz dwa razy wyjechali na kilka miesiecy do Afryki, by tam za darmo operowac i uczyc dzieci angielskiego – chyle czola i troche zazdroszcze, tez bym tak chciala, ale parcia nie mam. nie mam tez z kim takich pomyslow realizowac, bo przyjaciol aktywistow nie mam, lubego w zyciu bym do tego nie przekonala, a nawet, jak by sie zgodzil ze mna pojechac, to ja bym wszystko sama musiala zorganizowac. nic dziwnego, ze kolezanka Szkraba ma podobne zapedy. i tak to kilka dni temu dostalam filmik, w ktorym kolezanka Matheo informuje, ze przykro jej, ze z powodu wirusa i kwarantanny w ogole sie nie widza, wiec wpadla na pomysl, ze kazdy w parach, z innym kolega/kolezanka zrobi jakos wystep: kabaret, filmik, przedstawienie, cos, co ilustruje jego charakter. filmiki nalezy wyslac do kolezanki. pokazalam film lubemu, Szkrabowi i …eeeeeeeeeee, konsternacja, to nie nasze klimaty. nawet moje nie. nas takie akcje w ogole nie neca. do tego zniechecila nas forma przekazu, w ktorej kolezanka uzywa formy ”musicie”: ”musicie wymyslec….”, ”musicie wybrac kolege do pary”, ”musicie mi ten filmik przeslac”, itd.

nie wiedzielismy jak zareagowac i nie zareagowalismy. dzis kolejna wiadomosc: Szkrabie, zostal ci do pary Tom, wiec albo musisz z nim cos nagrac, albo zrob to sam”.

Odpisalismy: ”Czesc A, fajny pomysl, ale ja mam codziennie kontakty z moimi przyjacielolmi przez skypa. Dlatego mnie omin w tym projekcie.”

Moze bedzie jej przykro, ze ja Szkrab olal… wahalismy sie z lubym jak to ugryzc. Ale w koncu zdecydowalismy sie na odmowe z dwoch powodow: zeby pokazac Szkrabowi czym jest asertywnosc i ze nie musi ulegac presi otoczenia, ale tez zeby pokazac dziewczynce (i tez jej rodzicom), ze nie kazdy musi sie zachwycic jej pomyslem. jak chca byc aktywni i kreatywni, to z ludzmi, ktorzy tez to lubia, ale niech nie przymuszaja do tego wszystkich, niezaleznie od ich upodoban.

takie pozytywy..

w koncu mam czas, zeby wychowywac dzieci i uczyc je tego, ze oprocz praw, maja tez obowiazki. kiedy chodzimy do pracy, kiedy w kazdy dzien, oprocz niedzieli, jest u nas wyscig z czasem, szybciej jest wykonac pewne zdania samemu niz najpierw pol godziny przekonywac dziecko, zeby cos zrobilo, potem przekonywac je, ze potrafi, potem instruowac, az w koncu, czesto poprawic. i tak dla przykladu, gdy wroce z pracy, szybko  obieram ziemniaki, bo mi obranie i nastawienie ziemniakow zabiera 5 minut, a ten caly proces z dziecmi, ktory opisalam, trwa z godzine, po ktorej juz mi sie wszystkiego odechciewa, kiszki marsza graja, nerw bierze i latwo o awanture;) a przeciez obranie ziemniakow to tylko czastka obowiazkow;)

a teraz, jako ze jestem w domu i wszystko mam pod kontrola… po miesiacu kwarantanny dzieci w koncu bez przypominania sciela lozka, otwieraja okna i przynosza ubrania do prania. przed kwarantanna musialam o tym z 10 razy przypominac. teraz, jako ze mam czas siasc z dzieckiem i spokojnie pokazac jak cienko obierac ziemniaki, wyjasnic, ze trzeba je tez umyc, skrecic gaz gdy sie woda zagotuje, uchylic pokrywke, itd. w koncu moge spokojnie ze strychu wyslac wiadomosc do Bizona: czy moglbys nastawic 6 ziemniakow? a do Szkraba: czy moglbys zrobic mizerie? w koncu tez nie ma huku o rozladowywanie zmywarki. byly dyskusje, kto teraz, ale na to mam sposob: wywiesilam kartke, na ktorej ten, kto rozladowal zmywarke ostatni, zapisuje swoje imie, date i godzine. bo dzieciom wydawalo sie, ze zmywarke rozladowuje sie raz na dwa dni;) wiec jak dzis rano rozladowali, to wieczorem juz nie trzeba…

czemu nie nauczylam moich nastolatkow takich drobnych spraw wczesniej? a jak ich nauczyc, gdy nas nigdy w domu nie ma? czy fajnie jest miec matke, ktora wpada do domu i pierwsze co to polecenia wydaje? czy niedziela to dzien na nagle zrywy i wychowywanie dzieci? mi szkoda niedzieli na egzekwowanie obowiazkow. bo niestety, zanim sie chlopaki do obowiazkow przyzwyczaja, to musze je ciezko egzekwowac. czesto szantazem: chcesz miec prawa (gra na komputerze;)), to musisz miec tez obowiazki. im wiecej praw, tym wiecej obowiazkow;) na tym polega doroslosc, tlumacze moim nastolatkom.

widze, ze pomaga, gdy rownoczesnie deleguje zadania: Bizon, ty wynies szklo, a ty Szkrabie, smieci. Bizon ty rozladujesz zmywarke, a ty Szkrabie odkurz podloge… wtedy jest sprawiedliwie;) jak jeszcze dodam: ”a ja w tym czasie rozwiesze pranie”, to juz wszystko gra;)

dziwaczka…

chyba wszyscy chyba narzekaja na kwarantanne, ja nie

zawsze uwazalam sie za osobe towarzyska ale chyba tempo zycia i moich naglych nadambicji zawodowych i rodzicielskich zupelnie wylaczyl moje potrzeby towarzyskie. okazuje sie, ze izolacja bardzo mi sluzy. owszem, pracowac trzeba, dom prowadzic trzeba, dziecmi zajac sie trzeba ale nie trzeba byc nigdzie na czas, nie trzeba myslec o odpowiednim stroju, makijazu i polamanych paznokciach. chodze trzy dni w tej samej spodnicy, nie maluje sie, nie spiesze. rano wypijam kawe w ogrodzie; o 8.00 jest jeszcze chlodno, ale siadam w cieplym, zimowym szlafroku, rozczochrana, taka prosto z lozka i pije kawe, patrze na slonce, na lawende, na roze wypuszczajace nowe listki, na tulipany, ktore w tym roku oszalaly i zakwitly tak pieknie, jak nigdy do tej pory. patrze na wroble, ktore dra sie jak przekupy na targu, miedzy nimi sikorki a nawet jakis inny ptaszek o rudym kolorycie; biore Blondi na kolana, przykrywam ja jedna pola szlafroka, zeby nie zmarzla, pije kawe i ciesze sie cisza, spokojem. trwa to moze 20 minut, a tak duzo mi daje. dopiero potem sniadanie dla dzieci, prysznic i zaszywam sie na strychu na kilka godzin, zeby spokojnie popracowac. a potem lunch w ogrodzie, bez szumu, jaki panuje w kantynie szpitalnej, bez szefa, bez niderlandczyzny, ktora w zmeczeniu drazni moje uszy… jem z lubym, z dziecmi, w naszej domowej atmosferze, z trzema jezykami, ale naszymi.

pewnie, ze nastolatki sie buntuja, krzycza gorzej niz wroble, pewnie, ze bywa nerwowo jak Szkrab palcem nie chce ruszyc, zeby cos do szkoly przygotowac, a Bizon udaje, ze czyta ksiazke, podczas, gdy tak naprawde, to trzyma telefon pod ksiazka i seriale cichaczem oglada;) ale takie jest nasze codziennie zycie, jestem do tego przyzywczajona.

czy mam wiecej czasu niz zwykle? na ksiazki, na film, na sporty? nie. nie mam. ale mam to co jest duzo cenniejsze od filmow, ksiazek i sportow: spokoj. brak pospiechu. brak zebran o dupiemarynie. brak polityki szpitalnej.

wiem, ze wielu ludzi ucierpi z powodu tej pandemii, straci prace, zubozeje. wiem i kryzysu ekonomicznego sie od czasu do czasu boje. ale patrzac z perspektywy carpe diem – tak spokojnego etapu w moim zyciu chyba jeszcze w zyciu nie mialam. jest mi tak dobrze….