wieczorem po ciemku zrzucam ubrania – rzucam je o tak, na podloge. pizamka i nur pod koldre. rano… szukam biustonosza… po chwili znajduje go w ‚stosiku ubran’ lubego. gderam zartujac: co robi moj biustonosz wsrod twoich ubran??? a, wacham go sobie czasem, odpowiada luby;) tylu mu zostalo… 😉
rekord
w zeszlym tygodniu przepracowalam umyslowo 68 godzin u, z czego 12 w sobote. wszystko przez moje chore… co? ambicje? chyba nie. nie ambicje. egoizm? moze? bo znow chce pracowac na pelny etat jako naukowiec. bycie ”koordynatorem na 50%” i naukowcem na 50% to nie dla mnie. gdy slysze ”koordynator”, to slysze mojego tate, mowiacego ”narobilo sie tych darmozjadow”… patrze wokol na innch koordynatorow i… nie pasuje do nich. oni denerwuja mnie, a ja ich. oni wypelniaja rubryczki, tabelki, dokumenciki, pija kawki, chichocza, obgaduja szefow i poslusznie i slepo robia to, co sobie zarzad szpitalny wymysli, a ja… tak nie potrafie. kawke lubie pic z szefem, podyskutowac tez z nim wole, bo przynajmniej iskry leca, po przynajmniej ja czegos sie dowiem od niego, a on ode mnie. lubie rozmawiac z moimi studentami, bo dzieki nim jestem na biezaco z wszelkimi nowinkami technologicznymi. gadanie z koordynatorami o ich dzieciach, mezach, ogrodkach i o tym, kto jest molem…. jakos mnie nuzy. praca jako koordynator jeszcze bardziej. i dlatego przez ostatni tydzien i weekend pisalam grant. szanse na dostanie grantu sa bardzo male. ale kto nie sprobuje, ten nie ma zadnej szansy… dzis na 20 minut przez deadlinen wyslalam grant. wyslalam i taka sie poczulam lekka. a jednoczesnie, taka spelniona. uwielbiam deadliny, napiecie, walke z czasem, uwielbiam takie wyzwania. i sama nie wiem, dlaczego… przeciez ja marze o spokoju;)
Buurvrouw Ineke
zmarla. niespodziewanie. mimo ze latem zeszlego roku skonczyla 80 lat, dla nas jej smierc byla niespodziewana. jeszcze miesiac temu byla na moich urodzinach. pelna energii, wigoru i sympatii. z silnym glosem, zywiolowym smiechem, specyficznym poczuciem humoru. mogla byc moja przyjaciolka, gdybysmy mialy wiecej czasu. zawsze witala mnie z radoscia, zawsze cieszyla sie widzac nasze dzieci, zawsze byla ciekawa, co u nas, w taki cieply sposob – nie ogolnikowo „co slychac”, ale i nie wscibsko.
w poniedzialek wieczorem uslyszalam stukot za sciana. nietypowy – u sasiadki zawsze bylo cicho, tylko czasami slychac bylo muzyke powazna, ale tez cicho. a tu stuk, stuk…stuk, stuk… mowie do lubego, co to za odglosy, on tez sie zdziwil. kilka minut pozniej luby wyszedl do samochodu, ale szybko wrocil: sasiadka zmarla. zaniemowilam. ktora??? ta – luby wskazal w kierunku, gdzie mieszkala nasza ulubiona sasiadka Ineke. to byl ten odlgos… znoszono jej cialo pietra. zmarla w sypialni. w weekend. nagle. ponoc nie czula sie dobrze, ale byla umowiona na rano z kolezanka. jednak nie otworzyla jej drzwi. bo juz nie zyla.
jeszcze w piatek widzialam ja rano, gdy siedziala jak zwykle przy stole i czytala gazete. zawsze tak siedziala. ile razy jechalam do pracy, spogladalam w jej kierunku. a teraz jest pusty stol, puste krzeslo. pusty, ciemny dom. zostala mi po niej broszka, ktora dostalam na urodziny i ksiazka, ktora… ona dostala ode mnie na urodziny i ktora tak jej sie spodobala, ze przyniosla mi ja, zebym przeczytala. w ksiazce, olowkiem adnotacja: ”van Monika, 2019”… ksiazka u mnie zostanie.
bedzie mi sasiadki brakowac. jej sympatii, akceptacji, energii. wiele razy mowilam, ze chce sie zestarzec tak jak ona. nawet jej to powiedzialam na moich ostatnich urodzinach, ze jest moim wzorcem – taka starsza pania chce byc.
i gdyby byla wierzaca, powiedzialabym, ze dolaczyla do Martina… meza, ktory zmarl rok temu. a ze nie byla… gdzie jestes, buurvrouw Ineke?
jej corki zdecydowaly, ze kremacja odbedzie sie tylko w gronie rodziny. szkoda. bo chcialam sasiadke pozegnac. poprosilam sasiadke ”z drugiej strony”, te, ktora ja znalazla, ze jakby miala zdjecie, to chociaz taka pamiatke chcialabym miec. obiecala, ze postara sie cos zalatwic.
Zegnaj, Ineke [*]
byc piekna…
przez wiele lat obgryzalam paznokcie; i skorki… obrzydliwosc, jak pomysle, ale… nalog to nalog. obgryzanie jakos mi przeszlo (no, czasem, jak mnie nerw szarpnie, to pojde jeszcze na calosc, ale juz nie do krwi, tak subtelnie sobie obgryze;)), za to obdrapywanie suchych skorek pozostalo. jak tylko poczuje, ze jakas skorka sterczy, od razu musze sie nia zajac – nieswiadomie! po prostu, mysle, pisze, skupiam sie, czytam i…. skubie. do krwi, do bolu. pomaga mi regularny manicure u mojej Gosi, ktora wie, co mi dolega i bardzo skupia sie nad moimi skorkami – tak wygladza, tak wyszlifowuje, ze przez 2-3 tygodnie wszystko jest piekne. I gdybym miala czas do niej reguluarnie, co 3 tygodnie chodzic albo gdybym ja miala cierpliwosc usiasc i sama sobie ladnie wygladzic skorki, to moje palce by nie cierpialy. niestety, kazdy z czasem jest na bakier. zaleta Gosi bylo, ze pracowala po dwa razy w tygodniu wieczorami i wtedy moglam na 20.30 do niej wpasc. ale ostatnio jakos ciezko nam sie umowic. ona nie chce startowac za pozno, a ja ciagle mam jakies kursy, wyklady, zebrania, ktore wypadaja w te wieczory, kiedy Gosia pracuje wieczorem. do Gosi lubie jezdzic, bo zawsze sobie po babsku pogadamy, mam do niej zaufanie, bo…. te moje skorki… noz, powiedzmy sobie szczerze, niezbyt dobrze o moim zdrowiu psychicznym swiadcza… luby juz zdiagnozowal u mnie compulsive behaviour i niestety, ma racje. zadnej krostce nie przepuszcze, kazdego siwego wlosa wyrwe, kazdy pylek mnie wnerwia i kazda sucha skorke od razu musze rozdrapac.
jako ze z Gosia nam czasowo nie podrodze, a moje skorki sa zmasakrowane, potrzebowalam na gwalt ratunku. salonow wokol nas pelno i… trudno sie umowic. w jednym salonie pani w soboty nie pracuje, wieczorami tez nie, a srodowe popoludnia ma na nastepny miesiac zapelnione. inna pani tylko pazkoncie robi, ale skorki to tylko tak obcina… – nie, to nie dla mnie. do dwoch innych salonow nie moglam sie dodzwonic…. i pol pol godziny w plecy. tyle salonow i tak trudno sie umowic. w koncu… patrze, salon „Magdalena” – imie mi sie spodobalo, wiec dalam sobie ostatnia szanse. Jutro na 16.00! Pani proponuje mi hybryde, ja mowie, ze chce sie odejsc od hybrydy, bo bardzo mi sie po niej lamia paznkocie a nie mam czasu, zeby ragularnie, co 2-3 dni tygodnie przychodzic, zeby odrosty uzupelniac. mowie jej, w czym tkwi moj problem: skorki. A pani na to, ze moze by sprobowala kapieli parafinowej, zeby zmiekczyc skorki i w ogole rozpiescic dlonie. Ja na to, jak na lato! Tak wiec jutro ide poeksperymentowac! Nowy salon, parafina i zwykly, prosty manikure, bez zadnych hybryd, zeli i innej chemii. Jak mi sie spodoba (i co najwazniejsze, jesli poskutkuje), to nastepnym razem strzele sobie kapiel parafinowa stop:)
Ale tak przy okazji, po tym dzwonieniu, szukaniu, umawianiu sie, ktore mi skradlo ponad 30 min zycia, doszlam do wniosku, ze zeby byc piekna, trzeba miec czas. Bo paznokcie i skorki to tylko mala czastka mnie. a gdzie reszta….?
madra samoakceptacja
z jednej strony z kazdej strony docieraja alarmy, ze dzieci sa coraz grubsze i trzeba cos z tym zrobic, a z drugiej strony co rusz napotykam sie na nawolywania, glownie dla kobiet, glownie tych mlodych, zeby akceptowaly swoje kraglosci, ze waga sie nie liczy, tylko wnetrze, zeby nie przejmowac sie swoim wygladem….
to pierwsze rozumiem i w 100% popieram, tylko, ze same alarmy to za malo, pogadanki z dziecmi, ze frytki i czipsy sa niezdrowe i robienie z cukru monstrum, tez nie zmniejszy otylosci wsrod dzieci. trzeba by wprowadzic wiecej ruchu. a ruchu dzieci maja zoraz mniej… zastanawiam sie, dlaczego szkoly nie wprowadza po godzienie na dzien pozadnego sportu. bo pewnie za drogo… latwiej zrobic pogadanke, ze cukier to nasz najwiekszy wrog i odnotowac ze szkola wdaraza plan walki z otyloscia. a dziecko przyjdzie do domu, gdzie matki nie ma, ojca nie ma, bo pracuje, obiadu tez nie ma, bo rodzicow nie ma, wiec co sobie na szybcika wrzuca? a czipsy. albo bule z dzemem. u nas nie;) bo czispow nie ma, za to niania jest, ktora krupnik badz pomidorowke po szkole serwuje i zadba, ze chlopaki na trening dotra, zeby spalic troche kalorii… ale jak mowie znajomym, ze mam nianie dla nastolatkow, to sie dziwia. moje dzieci tez juz by sie z checia niani pozbyly, a ja… sie jej tak szybko nie pozbede. wlasnie dla tych zup, ktore chlopakom przed treningami serwuje, bede ja trzymac, ile sie da;)
co do mlodych kobiet i samoakceptacji… dobrze jest miec samoakceptacje, ale i samokrytyke. jak patrze na mlodych ludzi wokol mnie, to… niestety, przeraza mnie ich samoakceptacja czy moze brak samkrytyki. wokol nas jest nie tylko co raz wiecej otylych dzieci, ale i otylych mlodych ludzi, i kobiet, i mezczyzn. i pewnie, brzuch u kobiet, okraglejszy niz u mezczyzn, to norma. ale okragly brzuch i nadawaga to dwie rozne sprawy. a ja na ulicy widze mlodych ludzi z nadwaga. jesli ci ludzie juz teraz, w wieku 20, 30 lat za duzi, jacy beda, gdy beda miec 50 lat? schorowani. tak w ogole, to mam wrazenie, ze gadki o samoakceptacji trafiaja do tych, do ktorych nie powinny trafiac – ludzi z nadwaga, za to ci, ktorzy sa szczupli, dalej nie beda akceptowac faktu, ze tu i owdzie im przybylo i nadal beda walczyc z ewentualna nadawaga, czyli… prewencje. i w sumie, nie widze w tym nic zlego, jesli nie ociera sie to o obsesje czy anoreksje. sama taka prewencje stosuje od lat. nie raz slysze, ze malo jem albo ”no jedz, taka jestes szczupla” – ”i taka chce pozostac”, odpowiadam, bo to, ze nie mam nadwagi, to wylacznie moja ciezka praca. i tak, akceptuje moj okragly brzuch, z faldkami, z porozciagana skora tak dlugo, jak mieszcze sie w rozmiar, ktory nosze od 20 lat. dodatkowych kilogramow nie bede akceptowac. i mlodych dziewczyn czy kobiet z nadwaga tez bym do tego nie zachecala.
nasza Polonia
rozne historie slyszy sie o Polakach za granica, dobre i zle… przyznam, ze i ja mam rozne doswiadczenia, ale generalnie jest dobrze. tak, zeby nie zapomniec, jaky ludzie potrafia byc usluzni, napisze o naszym polskim weterynarzu. wiele razy pomogl mi poza godzinami pracy, nawet w wielkanoc do niego raz dzwonilam, bo… Blondi cyste urodzila:/ a teraz szopka z kroplami do oczu, posikiwaniem, dziwna kupa, popiskowaniem… bylam dwa razy z Blondi z wizyta, bo chcialam, zeby weterynarz ja osobiscie zobaczyl. zobaczyl, zdiagnozowal, przepisal lekarstwa i… nie kazal znow przyjezdzac, tylko dowiaduje sie o stan pacjentki przez whatsappa. gratis. zeszlym tygodniu dwie porady, kazal dac znac w pn, jak sie maja sprawy. napisalam dzis, ze Blondi wraca do zycia, tylko cholernie boi sie kropli na jaskre… wiadomosc wyslalam wieczorem, po pracy. po kilku minutach odpowiedz: odstaw na razie te krople, za tydzien… przyslij zdjecie oczu, zastanowimy sie co dalej.
nasz weterynarz jest tak wspanialy i oddany, ze… pacjenci (polskich wlascicieli) nawet z poludnia Holandii do niego przyjezdzaja;) kiedys dzowni pani i mowi, ze sie spozni, bo stoi w korku. a gdzie pani jest, pyta weterynarz: pod Utrechtem… prawie 200 km od nas;)
mamy tez wspanialego ortodonte i manicurzystke:-) i ginekolog, ktora juz dawno temu Turczynki mi zachwalaly, a ktora dopiero niedawno osobiscie poznalam. a jako ze moja doktorantka robi u niej specjalizacje, to potwierdzila – polska ginekolozka jest wspaniala kobieta.
bylo, minelo…
w piatek mielismy isc z okazji moich urodzin do restauracji. jako ze Bizon nadal walczyl z wirusem, przelozylam rezerwacje na przyszly tydzien, a sama wykorzystalam spokoj panujacy w naszym szpitalu tylko w piatkowe wieczory i skonczylam pisac artkul. zupelnie zapomnialam o prezencie, jaki sobie zamowilam kilka dni wczesniej przez internet. wrocilam do domu padnieta, poszlam do sypialni wskoczyc w weekendowe, miekkie szaty, ktore nie uciskaja mego nabrzmialego pod koniec dnia brzucha i… strzelilam karpia: w sypialni stala zlozona juz, bielusienka toaletka:) tak… taka toaletka juz od dawna mi sie marzyla. kiczowata podrobka baroku:DDD z zakrzywionymi nozkami, ze skrzydlowym lustrem, ze stoleczkiem obitym srebrno-bezowa tkaniana:) kicz na kicze, ale strasznie mi sie podoba.
zeszlam na dol, podziekowalam lubemu, ze mebel poskrecal (w glebi duszy bylam pod wrazeniem, ze luby wszystkie papiery, worki i srubokrety uprzatnal, bo na ogol to ja to musze robic….), a tam… ksiazki od Kasi:) Wskoczylam do wanny i zaczelam czytac. A ze dzien wczesniej kupilam sobie plyn do kapieli o zapachu zielonego jabluszka….. ech… dobrze mi sie czytalo. W sobote, jak juz goscie urodzinowi sobie poszli, pierwsza ksiazke skonczylam. a dzis druga polknelam. strasznie mi tego trzeba bylo… takiego zresetowania mozgu.
na urodziny, oprocz tesciow i szwagierki, zaprosilam sasiadke, 80-letnia pania, z ktora, smie twierdzic, przyjaznimy sie. w miare mozliwosci czasowych. bo jak pani mowi, nas nigdy nie ma… no nie ma, nie ma… ale i ona hula. bo pani sasiadka, mimo podeszlego wieku, jest osoba bardzo aktywna, samodzielna i dosc towarzyska. niesamowite, ale mimo ze rzadko sie widujemy, bardzo sie lubimy. rok temu zmarl jej maz – bardzo to przezyla, choc spodziewala sie tego. my tez, bo… nie spodziewalismy sie. wiedzielismy, ze chorowal, ze mial problemy z chodzeniem, ale ktory starszy czlowiek nie choruje? a tu ktoregos dnia dostalismy kartke, ze odszedl, ze pozegnanie odbylo sie… w ciszy. sasiadka sama go pozegnala. bez dzieci, bez sasiadow, bez przyjaciol, bylych studentow…. na szczecie, sasiadka juz odzyla i swietne bawila towarzystwo na moich urodzinach. jej sympatie czulam co chwile, gdy chwalila, ze jestem cudowana sasiadka, gdy chwalila, ze mimo zabiegania, zawsze mamy czas zadzwonic do drzwi i spytac, co u niej (tu przesadzila…. bo rzadko to robimy… nie chcemy sie narzucac, ale moze trzeba czesciej?), ze u nas zawsze tak schludnie (nie zawsze, ale sasiadka, czy raczej ja, mam szczescie, ze przychodzi wtedy, gdy dom jest ogarniety)… z sasiadami z drugiej strony nie mamy tak cieplych relacji… w sumie, to chyba sobie nawet troche na nerwy dzialamy. bez zadnego konkretego powodu. ot tak, inni jestesmy.
jutro zaczynam kolejny tydzien-maraton. przyzyje. oby do weekendu. na ktory…. nie zaplanowalam NIC. i tego sie bede trzymac;)
wali sie i pali
sa takie dni, tygodnie, ze wszystko na raz… wali sie i pali. Szrab odreagowuje w domu stresy szkolne, bo nauczyciel ich cisnie. i dobrze, mowie Szkrabowi: jestes madry, dlatego nauczyciel cisnie; glupiemy by odpuscil – probuje motywowac Szkraba. ale Szkrab i tak, daje czadu. wczoraj ukradziono mu kurtke – kupiona miesiac temu. a ze Szkrab juz rozmiar 174 nosi….to i cena kurtki byla odpowiednio duza:/ sprobujemy odzyskac pieniadze z ubezpieczalni, moze sie da.
w pracy taki nawal roboty, i takie tempo, ze w zeszlym piatek wrocilam do domu z helikopterem w glowie, jakbym sie upila. w tym tygodniu helikopter zaliczylam juz wczoraj, po 14 godzinach pracy umyslowej. wyspac sie nie wyspalam, bo caly czas analizy mi sie snily. musze do jutra wieczorem oddac pierwsza wersje artykulu – obiecalam. czemu ja to obiecalam…. trzeba bylo cicho siedziec:/
Bizon chory. cale szczescie, ze juz na tyle duzy, ze moge go samego w domu zostawic.
Swinka chora i nikt nie wie, co jej jest. wiadomo, ze ma niezdrowa kupe. ale dlaczego… apetyt ma, wagi nie traci, wiec czekamy i obserwujemy. moze reakcja na antybiotyk, ktory dostalawala na zapalenie pecherza. rece opadaja…
ja z kolei jutro ide na usg watroby, trzustki i woreczka zolciowego – podejrzenie: kamienie.
w sobote mam gosci na urodziny – mam nadzieje, ze nie zasne przy stole. o weekendonwym wyspaniu sie moge pomarzyc – Bizon ma raniutenko probe skrzypiec. a muzyka to moja domena…, to ja go tam zawioze. jak wyzdrowieje.
tylko luby jeszcze jakos funkcjonuje, choc tez widze, jakis taki wymiety….
strajk Bizona
jestem w pracy, dzwoni Bizon. wystraszylam sie, ze cos sie stalo, bo Bizon nigdy nie dzowni bez powodu. Mamo…, mozesz odwolac mi lekce skrzypiec, bo mam tak duzo nauki…. Nie, nie moge.
Nie moge, bo: lekcja trwa 30 min i odbywa sie po drugiej stronie ulicy, wiec w sumie Bizon ”stracilby” max 40 min, bo w weekend, gdy bizon baki zbijal, pytalam go czy nie ma nauki (juz wszystko umial). bo gdy chcial isc z lubym do kina, i mowilam, ze przeciez ma ”sesje” (w liceum maja takie tygodnie, ze sa glownie sprawdziany) i ma sie uczyc, to Bizon twierdzil, ze wszystko pod kontrola, ze prawie wszystko juz umie. wiedzialam, ze miga sie od lekcji skrzypiec, bo tylko w sobote pol godzinki pocwiczyl, czyli… nie byl przygotowany.
Bizon zadzwonil do lubego. Ta sama odp: NIE, idziesz na lekcje, nie ma dyskusji.
A Bizon na lekcje nie poszedl…
Nie krzyczalam, nie gderalam. Bizon przez okres sesji nie gra na playstation, zwraca mi pieniadze za lekcje, za ktora ja zaplacilam, a on nie poszedl (trzy kieszonkowe mu przepadaja), porzadnie przygotowuje sie na nastepna lekcje skrzypiec i ma przeprosic nauczycielke.
Okres dojrzewania…
swieci i bierzmowanie
moje chlopaki ida w tym roku razem do bierzmowania. a z bierzmowaniem wiaze sie wybor drugiego imienia. chlopaki sobie zaczely robic zarty, gdy spytalam, czy maja juz jakies na oku. a ja pomyslalam, ze oni zartuja, bo w sumie… zadnego ulubionego swietego nie maja.
mnie zawsze wzruszala postawa Weroniki, z drogi krzyzowej, wiec takie imie sobie wybralam a moje dzieci…. nigdy nie czytalam z nimi zywotow swietych i w sumie, nie trafilam jeszcze na ksiazke, ktora w interesujacy sposob zywoty opisala i boje sie, ze chlopaki by takiej lektury nie przelkneli. wpadlam wiec na sposob, zeby obejrzec z filmy przedstawiajace zywoty swietych. zaczelismy od sw. Filipa Neri. Film bardzo nam sie spodobal. nawet luby podgladal jednym okiem;) Dzis obejrzelismy czesc pierwsza, a jutro moze uda nam sie zobaczyc druga…
w miedzy czasie, musze poszukac jakis innych ”fajnych” meskich swietych. sw. Augustyna, w mlodosci, troche sie boje;)