geriatria…

nasza swinka sie starzeje. rano i wieczorem krople na obnizenie cisnienia w galce ocznej, bo jaskra. w poniedzialek… podyndalam do weterynarza, bo niania, u ktorej swinka spedzila wakacje, zglosila, ze slabo jadla. poobserwowalam ja przez weekend i rzeczywiscie – niby sie ozywila, jak wrocila do domu, ale taka jakas obolala chodzila. dziwne, ale widac to po jej pyszczku. w pn Bizon zglosil, ze slyszal jak Blondie jeczala, wiec od razu pojechalam z nia do lekarza. weterynarz nacisnal jej podbrzusze, a z pecherza wytrysnal rozowiutki mocz. krew w moczu… wiadomo co: zapalenie pecherza. i juz antybiotyk w ruch, lek przeciwbolowy tez, strzykaweczki i zabawa na calego. bo Blondi, choc chora, sile do walki ma: ona lekarstw jesc nie bedzie! upoce sie, zanim jej wstrzykne, co trzeba do pyszczka…

wracajac do weterynarza – gdy orzekl zapalenie pecherza, to podzielil sie informacja, ze znajoma Gosia byla rano ze swoja swinka, tez z zapaleniem pecherza… ja, jak zwykle, glupkowato zazartowalam: ale nasze swinki nie bawily sie razem (bo na to samo choruja). na co weterynarz ze smutkiem odparl, ze tamta jest w stanie krytycznym. przez ten pecherz… wieczorem zadzwonilam do Gosi, no i niestety, swinka nie przezyla. za pozno z nia poszla… bo tez byli na swieta w Polsce i sasiedzi, ktorzy mieli swinke dokarmiac, nie zauwazyli, ze cos z nia nie tak. i tu znowu sprawdza sie moja niania: od razu mi zglosila, ze swinka nie ma apetytu od dokladnie dwoch dni. ona ja obserwuje i po prostu o nia dba, a nie tylko wsadza jedzenie do klatki.

tak czy siak… znowu kasa poszla;)

jak bylo?

wszyscy pytaja po swietach – jak bylo, czy wypoczelam… jak bylo? jak zawsze…. jak by to Holenderzy ujeli: druk, druk, druk. o spokojnych swietach mozna pomarzyc. nie da sie, gdy pod jednym dachem, na 120 m2 mieszka 7 osob, jak w dwoch pokojach jest TV, w kuchni radio, a matka non stop sledzi swoich nastolatkow i przegania sprzez tv, sprzed playstation, sprzed iphona, a zagania do czytania ksiazek. doszlam do wniosku, ze moi najwiekszym bledem, jako matki, bylo zakupienie dzieciom iphonow (choc w sumie Biozon… sam sobie uskladal na tel…), pozwolenie na sprezentowanie playstation i wziecie jej do Polski… ale i tak, kult TV w domu moich rodzicow, podtrzymywany glownie przez tate i brata, jest przerazajacy i… meczacy. kata, w ktorym by sie mozna za dnia zaszyc, zeby w ciszy poczytac ksiazke, czy posluchac swoich mysli, nie ma. wieczorem tez nie, bo jak juz wszyscy sie rozlokuja po sypialniach, to jedynym miejscem, gdzie mozna zapalalic swiatlo jest toaleta, kuchnia i przedpokoj. i w tejze kuchni przesiadywalismy z lubym, probujac czytac wieczorami…

nie odpoczelam. bo zeby odpoczac, musze sie odciac od bodzcow. od glosow, dzwiekow, ruszajacych sie obrazow, osob, pytan, odpowiedzi…

w drodze powrotnej do domu wpadlam na szalony pomysl. sprawdzilam szybko na internecie i okazalo sie, ze choc szalony, to dosc realny. stac mnie na kawalerke w miescie moich rodzicow:) podzielilam sie tym pomyslem z mama. a mama… o tym samym myslala:) co prawda, i luby, i mama stwierdzili, ze na te w sumie 3 tygodnie, ktore pedzamy w Polsce, to dosc spory wydatek, ale przekonalam ich, ze przeciez goscie rodzicow, tez by tam mogli nocowac. i tym sposobem, mama stwierdzila, ze sie z tata doloza i niech to nie bedzie kawalerka, tylko dwa pokoje. jak sie dolaza, to ok;) ale lozka bedziemy wybierac luby i ja: zadnych wersalek z gorami-dolinami, pikowaniami i guzikami, ktore wgniataja sie w tylek i nogi przez przescieradlo! normalne lozka!

no, to ciekawe, kiedy uda nam sie cos znalezc;)

urodzinowo-sportowo

z okazji zblizajacych sie urodzin, poprosilam lubego o bieznie. bieznia od wczoraj stoi na strychu i juz kazdy ja wyprobowal oprocz mnie. wczoraj nie mialam czasu, dzis wirus znow mnie zlamal. zaloze sie, ze za kilka dni panowie sie bieznia znudza i bedzie juz tylko dla mnie;)

wielkanoc

jakis czas temu kupilam kartki swiateczne, wrzucilam je do szuflady, wczora wyciagam koperte, ucieszylam sie, ze tyle ich jest, wypisalam jedna, druga, patrze… a tam pisanki. biore sie do wypisywania trzeciej i nagla… co????????????????????? pisanki????????

tel ze szkoly

w zeszlym tygodniu mielismy zebranie z wychowawczynia Bizona. na zebraniu sie nie stawilismy, bo system, w ktory nalezalo sprawdzic date, napierw sie zawieszal, a pozniej… my zapomnielismy, zeby znow sprawdzic. tak to jest, jak szkola, zamiast komunikowac sie przez e-maila, wymysla programy…. dzien po zebraniu udalo mi sie zalogowac do szkolnego systemu, zeby dowiedziec sie, ze juz po ptokach. luby napisal e-maila do wychowawczyni i poprosil o spotkanie.

dzis telefon ze szkoly – najpierw wystraszylam sie, ze Bizon cos nabroil, ze moze jakies nieobecnosci ma, ze moze w cos sie wplatal… roznie to z mlodzieza bywa. ale wychowawczyni powiedzila, ze dzwoni, bo przeczytala e-maila od lubego i wydaje jej sie, ze poniewaz Bizon sobie swietnie w szkole radzi, to nie ma powodu do spotykania sie. ze jedyne, co moze powiedziec, to gratulacje z powodu ocen Bizona (znow najwyzsza srednia wrod chlopcow i prawie najlepsza w klasie), ale takze gratuluje nam, ze go tak swietnie wychowalismy:D no serce mi uroslo:) wychowawczyni dodala, ze Bizon zasluguje na nagrode i ze tylko pozazdroscic takiego syna. no coz, obiecalam Bizonowi stypendium naukowe za srednia 8.00 i… stypendium dostanie:) 100 euro. Zasluzyl!

gorzej ze Szkrabem. w piatek bylismy u jego wychowawcy, ktory napisal do nas e-maila o zerowej motywacji do pracy naszego mlodszego syna. jest rozczarowany tym, ze chlopak, ktory z palcem w nosie zgarnia najwyzsze punkty za czytania ze zrozumieniem i z matematyki, palcem nie chce ruszyc, zeby np. robic cwiczenia z ortografii i wszelkie polecenia wykonuje na odwal sie. no i co my mamy z nim zrobic? wscieklam sie. przyszlam do domu i powiedzialam Szkrabowi, ze dopoki nie znajdzie motywacji do pracy, moze zapomniec o komputerze, telefonie, playstation. ojjj, byla histeria. byl wscik, zlosc, trzaskanie drzwiami, straszenie, ze sie wyprowadzi z domu… a wyprowadz sie, wyprowadz, juz teraz. i nie wracaj, dopoki nie znajdzisz rozumu, powiedziala wredna matka. matka, ktorej zal sciska serce, ze dziecko tak marnuje swoje zdolnosci. matka, ktora jeszcze kilka lat temu nie wierzyla w dzieci zdolne, ale leniwe… juz wierzy. tylko, ze ja mu to lenistwo wybije z glowy. tak go zdyscyplinuje, ze zapamieta, ze ja leniow nie toleruje. lenistwo Szkraba odbija sie na nim bo widzi, ze zaleglosci rosna i to go dodatkowo demotywuje.

na szczescie ma madrego nauczyciela, ktory na czas nas zaalarmowal, ktory opisal nam dziecko tak, jakby sam byl jego rodzicem. ktory widzi, ze Szkrab jest nieszczesliwy z powodu zaleglosci, ktorych sobie narobil, ze Szkrab, bo jest po porstu emocjonalnie do tylu. i tak jak 90% klasy potrafi prowadzic kalendarz, planowac w nim obowiazki i sukcesywnie je realizowac, Szkrab tego nie potrafi. on musi byc prowadzony za raczke… i tak bedziemy robic. umowilismy sie z nauczycielem, ze Szkrab codziennie przynosi kalendarz do domu i omawiamy jego prace. a jesli nie zdazy w szkole czegos wykonac, to moze wszystkie cwiczenia, ksiazki przyniesc do domu. trzeba jakos temu dziecku pomoc.

za to luby… gotuje gulasz. ja siedze i wydaje prykazy, on kroi, szuka, miesza, pyta… jak sie obiera czosnek, pyta, pokazujac cala glowke czosnku. wyjmij zabek, odkroj ten twardy czubek, obierz z lupinki i poczuj ten piekny aromat… luby sie zachnal – tak, i jutro w pracy bede smierdzial czosnkiem! nie bedziesz, jak pozniej umyjesz wc, mowie, ze zlosliwym usmieszkiem. luby lubi takie poczucie humoru, wiec sie nie obrazil;) razem sie posmialismy. czuje sie jak krolowa… luby gotuje gulasz…

i padlam

zaliczylam wszystkie deadliny, imprezy, w sobote jeszcze mecz Bizona, jaselka/wigilia Szkraba i… padlam. zmoglo mnie cos, co na grype wygladalo i taka jest oficjalna wersja, bo o chorobach z lubym i znajomymi rozwodzic sie nie lubie. mi jednak, z tylu glowy tlucze sie cos innego – przemeczenie powiazane z chyba jednak z moimi szalejacymi hormonami. na chodzenie po lekarzach nie mam jednak juz sily.

w piatek, po raz pierwszy poryczalam sie w pracy. przed szefem. pewna pani patolog, z ktora od roku probujemy wspolpracowac, wyrolowala mnie. nie zrobila tego celowo. po prostu… nie przeczytala dokumentu, ktory napisalam, pod ktorym ona sie podpisala, a teraz mnie informuje, ze… ech, w wielkim skrocie: materialy, ktore mialam od niej dostac nie istnieja! dopiero musimy je zaczac zbierac, co potrwa jakis rok… do tego, moi dwaj doktoranci sa a) jeden za malo pro-aktywny, b) drugi za bardzo aktywny… owszem sa. ale to nie jej problem. problem taki, ze jestem na nia skazana, bo ja tkanek ludzkich nie mam. wiec nawet jej w twarz nie moge powiedziec: kobieto, jestes glupia i nieodpowiedzialna, podpisalas projekt, ktorego nie mozemy realizowac, bo tkanek nie ma! a w projekcie jest napisane, ze tkanki juz sa zebrane przez patologa…. tak mi sie zal samej siebie zrobilo, a jednoczesnie tak sie wscieklam, ze gardlo mi sie scisnelo, ze oddychac nie moglam, ze lzy same polecialy. i szef zadzwonil: kawa? poszlam do niego i ryknelam na calego, z fontanna lez, zali, gilow, ech… zrobilam z siebie idiotke;) pewnie pomyslal, ze mam pms;) ech…

za duzo

za duzo imprez, na kotrych musze byc, a na ktorych nie chce byc.

za duzo konsumpcji, wina, soli

za duzo kg

dzis ledwo co wcisnelam sie w ulubiona sukienke…

nie bede czekac do nowego roku, od jutra rewolucja. od jutra, bo jeszcze dzis impreza naszej grupy, wyjscie do restauracji… zaglosowalam na tapas, bo wtedy moge pozostac przy przekaskach.

pierwszy krok ku powrotowi do dawnej sylwetki zrobilam juz w poniedzialek – poszlam na aquarobic! tego mi trzeba bylo. szkoda tylko, ze lekcja trwa tylko pol godziny… poszlam sie przywitac z trenerka, powiedziec, ze jestenm nowa i zielonego pojecia o aquarobicu nie mam. pani mnie zmierzyla, spytala, czy jakies inne sporty uprawiam… od prawe dwoch lat tylko jogging, przyznalam z zalem. o, ok, zdziwila sie trenerka, masz wysportowana sylwetke! nie wiem, czy chciala mi komplement strzelic, czy moze stwierdzila to na podstawie ”tla” – bo tlem byly dwie mlode kobiety ze spora nadwaga albo kilka seniorek, z dyche albo dwie ode mnie starsze. pani ostrzegla mnie, ze bedzie ostro… i tu sie rozczarowalam, bo jak dla mnie to bylo ok, ale nie ostro. usmialam sie, bo kiedy ”talerzami” pompowalysmy w dol (w wode) bez problemu wciskalam talerze w te wode, ale…. moje konczyny odrywaly sie ciagle od dna. Efekt byl komiczny, jakbym byla w stanie niewazkosci – bez mojej zgody, bez kontroli od pasa w dol zaczynalam dryftowac w wodzie. Z cale sily probowalam sie wciskac w posadzke, napinac miesnie, rozszerzac nogi, zeby wygrac z wyporem – bez powodzenia. trenerka mi nie poradzila, jak pokonac wypor wody, ale i tak, ramiona pocwiczylam.

wrocilam zrelaskowana do domu. moglabym tak cwiczyc codziennie – woda mnie uspokaja. w koncu zem wodnik;)

tak jakos spokojniej…

mimo ze to nasi chlopcy przyczyniaja sie do harmideru, to jakos tak juz jest, ze gdy lubego nie ma, jest w domu spokojniej. chyba jest tak, ze gdy jestem sama z dziecmi, wiem, ze musze w 100% polegac na siebie. do tego, poslugujemy sie… jednym jezykiem, zamiast trzema. i to wnosi sklad i lad. np. przy stole. a jednak… te trzy jezyki, ktore nam na codzien towarzysza sieja zamet.

dzis Bizon byl z klasa w chinskiej restauracji – wyjscie mikolajkowe w wychowawczyniami (w tym roku maja dwie). pytam, czy cos nabroili. a Bizon rechocze, ze Klaudio, z racji, ze byli w chinskiej restauracji, postanowil przejac chinskie zwyczaje i beknal sobie glosno i dosadnie. hamstwo, prawda? a ja siedze i rechocze. jakie te dzieci sa… cala ta sytucja jest po prostu smieszna;) inny kolega chcial powachac bita smietane – nachylil sie nad miseczka i… wiadomo co. pytam Bizona: i co, zly byl czy sie smial? smutny, bo go zabolalo, bo grzmotnal okularami o krewedz salaterki. i tak to isc z ”mlodzieza” do restauracji;)

moja biedna Blondi

pojechalam dzis z Blondi do weterynarza. tak mi sie cos w niej nie podobowalo. w sumie, to ”spioszki” zaczely jej sie w oczkach zbierac i czasami wydawala jakis dziwny jek. oczami sie nie przejmowalam, spioszki i czlowiekowi sie zbieraja, ale te jeki, niby bardzo rzadkie, raz na tydzien, na dwa, ale zastanawialy mnie. myslalam, ze moze z samotnosci, ze tak sama w klatce siedzi.

wchodze do weterynarza, mowie, ze w sumie, to nie wiem, czy bylo po co przyjezdzac, ale tak na wszelki wypadek… on patrzy na Blondi i pyta: ona zawsze ma takie wylupiaste oczy? a ja…. zazartowalam, ze ze strachu tak wytrzeszczyla. no bo prawda jest taka, ze zwierzeta sie boja weterynarza! a weterynarz tak patrzy na Blondi i mowi, ze wydaje mu sie, ze ona ma jaskre… i nagle mnie olsnilo. juz nie raz przeszlo mi przez glowe, czy Blondi nie stracila wzroku (albo sluchu…), bo czesto wzdryguje sie, gdy nagle wsadzam jej jedzenie do klatki, tuz obok niej, tak jakby nie zauwazyla. wspomnialam kilka razy do chlopakow, ze Blondi chyba troche oglucha, bo nie slyszy, ze sie zblizam z jedzeniem. a Blondi… moze i troche przyglucha, ale przede wszystkim prawie niewidoma. nie wiemy, w jakim stopniu nie widzi, ale zrenice bardzo slabo na swiatlo reagowaly:(

tak, Blondi ma wytrzeszczone oczka, ale mi sie wydawalo, ze taka uroda swinki morskiej… one maje takie koralikowe oczka. a tu sie okazuje, ze Blondi ma wytrzeszcza z powodu wysokiego cisnienia w galce ocznej:( dostala krople na obnizenie tego cisnienia, krople przeciwzapalne i zakraplam. i niestety, mam wrazenie, ze Blondi juz nic nie widzi, bo gdy zblizam zakraplacz, w ogole nie mruga oczkiem, nie ma odruchu zamknecia oka.

wydaje mi sie, ze dla takiego zwierzatka, sama slepota nie jest jakims wielkim problemem, ale martwie sie, zeby ja to oczko nie bolalo. zaluje, ze wczesniej tego nie wylapalismy, bo prawdopodobnie te jeki, ktore Blondi czasami wydawala, byly spowodowane bolem z galce ocznej. i znow wracam do tego, co czesto powtarzam chlopakom: zwierze nie poskrazy sie, ze cos je boli, nie pokaze, co je boli… ono jest skazane na nas. my musimy je obserwowac, zeby mu pomoc, zeby nie cierpialo.

co ciekawe, Blondi mnie w jakis sposob rozpoznaje – bo tak jak pisalam, kwiczy, gdy ja wchodze do pokoju. za to nigdy nie kwiczy, chlopaki lub luby wejda;) albo mnie rozpoznaje po sposobie chodzenia, moze po glosie, a moze po zapachu… wydaje mi sie, ze to ostatnie, bo gdy wchodze to pokoju, nosek idzie w ruch.

bywa wesolo

kilka dni temu przyszedl mlodzieniec z pytaniem. stanal w drzwiach i tak niesmialo spytal, czy moze mnie cos spytac. jednoczesne krecil gorny guzik od koszuli. i nagle pstryk: koszula sie otworzyla. chlopaczyna sie zmieszal, zaczerwienil i zaczal zapinac koszule:DDD a mi sie teraz smiac chce , ile razy go mijam na korytarzu;)

a dzis dostalam e-maila od pana, ktory ma na imie… Baran:DDD chcialam odpowiedziec na e-maila, ale ciagle mi sie chcialo smiac, jak sobie uswiadomilam, ze pisze do Barana:D