tak cicho…

luby dzis imprezuje wroci pozno. jak zwykle, gdy lubego nie ma, i gdy licze tylko na siebie, juz o 20.00 mialam posprzatany dol, dzieci w lozkach i tylko jeszcze zupe na jutro szybko machnelam… i siedze. pije herbate. czytam wiadomosci. czytam e-maile z pracy. jest tak cicho…. lubie miec od czasu do czasu taki samotny wieczor.

za tydzien za to cale piec wieczorow bede miala ciche… luby caly tydzien spedzi w Utrechcie, kursy bedzie prowadzil. dobrze miec troche wolnego od siebie. ale tylko wtedy, gdy wiemy, ze ta druga osoba niedlugo wroci. ze ta nieobecnosc to tylko tymczasowa.

po 14 latach malzenstwa

tak sie porozumiewamy z lubym:

ja: which windows do we have at home?

luby: what do you mean? they are double at least…

ja: 7 or 10? PC, I mean.

luby: I don’t know what that means…

ja: which Windows version on our computer at home we have????

luby: ah… I thought you were talking about real windows:DDD

swinka terrorystka

nasza swinka, przez to, ze zostala sama, zaczela sie z nami komunikowac. i tak od pewnego czasu, gdy tylko rano wejde do kuchni, swinka zaczyna piszczec w nieboglosy (wyciaga wysokie dzwieki!), zeby dac jej trawe. sek w tym, ze trawa sie konczy. a poza tym, komu sie rano chce wychodzic do ciemnego ogrodu, na zimno, na mokra trawe? mi nie! wiec probuje udawac, ze nie rozumiem, o co ten krzyk.

Siadam, zaczynam pic kawe, a swinia malo wsciku nie dostanie! chodzi po klatce i gulgocze, mamrocze cos pod swinskim noskiem, po kilku nerwowych okrazeniach podchodzi do krawedzi klatki, wystawia nosek, wlepia we mnie oczy i znow kwiczy na calego. jakby zawodzila. kawy sie nie da juz nawet spokojnie wypic w tym domu, mamrocze… zakladam szal, gumowce i ide z nozyczkami do ogrodu…. trawa jest mokra, wiec wycieram ja w sciereczke, zeby Blondi brzuch nie rozbolal. a swinka staje na tylnych lapkach, przednie opiera o klatke i kwiczy juz na calego, bo czuje zapach.

daje jej ta trawe, piski cichna, slychac chrupanie a ja mysle sobie, co zrobie za kilka tygodni, gdy trawy juz nie bedzie…

kinki

czyli moj fryzjer, a wlasciwie Michelle, moja fryzeerka z Kinki, ktora nigdy mnie nie zawodla. mimo ze siedze u niej dwa razy dluzej niz u innych fryzjerow, mimo ze obowiazkowa myja glowe, czego generalnie nie lubie, mimo ze ceny tez prawie podwojne… strzyga tak, ze… jak Michelle byla na wakacjach i poszlam do innej fryzjerki, znajome od razu poznaly: bylas u innej fryzjerki!?!!?! a co, az tak zle? – pytalam. nie tak zle, ale jako ze ty masz zawsze super sciete wlosy, to rzuca sie w oczy, ze tym razem jest inaczej – odpowiadaly uprzejmie;) nie wiem, co takiego jest w kinki, ale rzeczywiscie, tna najlepiej na swiecie. zwykla, krotka fryzurka, na ”Pixi”… w rekach Michelle staje sie niezwykla.

no.

a tu w sobote niespodzianka. wlasciwie, w sobote jeszcze bylo dobrze. moja ”pixi z szalonym lokiem” wygladala super. lok tworzyla grzywka zwiasajaca z prawej strony. grzywka, ktora teoretyczne powinna byc w stanie zalozyc za ucho. ale nie bylam, bo grzywka, w sumie jej polowa, czyli lok, byl ciut za krotki. i od niedzieli zaczal mi wchodzic w oko, do nosa, na policzek, wszedzie tam, gdzie nie powinien, za kazdym razem, gdy schyliam glowe: podczas mycia zebow, odkurzania, gotowania, zakladania butow, czytania… strasznie mnie to irytowalo. wytrzymalam do wtorku. we wtorek bylam juz tak podirytowana przez loka, ze zadzwonilam do Michelle: Michelle, musze pozbyc sie loka, bo zwariuje. jako, ze we wtorek i w srode do pozna siedzialam w pracy, do Michelle dotarlam dzis wieczorem. OK, w czym problem – spytala Michelle. No patrz! – i zademonstrowalam co sie dzieje, gdy schylilam lekko glowe. OK, rozumiem. Michelle wziela nozyce, ciachnela loka, wystrzepila, co po loku zostalo i odzylam.

uf.

ile place? – spytalam. nic – odrzekla Michelle.

Mloda dziewczyna, z 20 lat ode mne mlodsza! ona z piercingiem w roznych czesciach twarzy, (dzis) z rozowymi wlosami, nastroszonymi na punka, tak rozna ode mnie i tak podobna. mamy te same schizy, a zwlaszcza nadwrazliwosc dzwiekowa. czasem milczymy, czasem smiejemy do rozpuku bawimy cale strzygace sie wokol towarzystwo;) ja, z moim polskim akcentem, ona ze swoim zwariowanym wygladem. wlasnie sobie uswiadomilam, ze… moglaby byc moja corka;)

dobrze miec zaufanego fryzjera.

przyjaznie, przyjaciele

gdy ktos pyta mnie, kto jest moim najlepszym przyjacielem, mowie, ze luby. bo na przyjaznie trzeba miec czas… jest wiecej osob, o ktorych mysle w kategoriach przyjazni, ale co to za przyjazn, gdy sie kogos widzi raz na rok? dla mnie, to namiastka.

czemu naszlo mnie na pisanie o przyjazni? bo wczoraj nasz Szkrab zaliczyl ostatniego Swietego Marcina. a towarzyszyl mu jego najlepszy przyjaciel, Milan. ich przyjazn, to dla mnie (prawie) dowod na to, ze sa przyjaznie na ”cale zycie”. w przypadku 11-letniego Szkraba trudno mowic ”calym zyciu”, ale… Szkrab i Milan poznali sie w pierwszej klasie podstawowki, kiedy to mieli po 4 lata. chodzili razem do jednej klasy przez 5.5 roku. wtedy to sie przeprowadzilismy na drugi koniec miasta. a pol roku pozniej, Milan wyprowadzil sie z miasta na wies. bylo to ponad dwa lata temu. myslalam, ze chlopcy o sobie zapomna, bo co z oczu, to i z serca. ale nie. chlopcy regularnie prosili, zeby ich do siebie przywiezc. i tak srednio, raz na miesiac, odwiedzaja sie. w zeszla srode nauczyciele w Holandii strajkowali (tak, tak;)) i rodzice Milana zaprosili Szkraba na caly dzien na wies. wczoraj mama Milana przywiozla go do nas na ”Swietego Marcina”. Chlopcy przeszli z lamponami przez sasiednie ulice wspolnie spiewajac i zbierajac slodycze. nikt wiecej im do szczescia nie byl potrzebny. we wrzesniu 2020 chlopcy zaczna nauke w szkole sredniej. i co? okazuje sie, ze wybieraja sie do tego samego liceum:) Milan bedzie dojezdzal na rowerze…. 14 km (Szkrab… 4 km). ciekawe, czy trafia do jednej klasy…

swoj do swojego ciagnie?

w piatek, po szalonym tygodniu zawodowych wyzwan, moja glowa byla jakby zablakana… poszlam wydrukowac artykul do naszego pokoju z drukarkami, staje przed sciana a tam drzwi nie ma.. stoje, gapie sie i mowie do siebie: o co chodzi, gdzie te drzwi? przechodzi sekretarka i patrzy sie na mnie podejrzliwie. zeby nie wyjsc na glupka, mowe do niej: co oni tu zrobili? dopoki nie skonczylam pytania, bylam przekonana, ze zamurowano drzwi i ze drukarki zostaly przeniesone do innego pomieszczena. ale w momencie, gdy skoczylam pytanie, zorientowalam sie, ze skrecilam za wczesnie! drukarki sa w nastepnym korytarzu:/ sekretarka sie ze mnie posmiala, pokrecila glowa, a ja bylam troche zszokowana swoim zagubieniem w korytarzach, ktore znam o piecu lat!

dzis luby wraca z pracy i mowi: ale stres przezylem! zapomnialem, ze mialem byc opozycji doktorantki! do 14.00 omawialem wyniki ze swoja doktorantka, pozniej mialem zamiar isc kupic kawe, zjesc lunch, a kolo 14.30 zamierzalem wyjechac na obrone. o 14.05 dzwoni prof.X: ”gdzie jestes?”, pyta lubego. ”w pokoju” – niepewnie odpowiedzial luby i w tym momencie wlosy deba mu stanely, bo wlasnie sobie uzmyslowil, ze to m.in. on ma dzis zadawac pytania podczas obrony, ktora zaczynala sie o 14.45. pobiegl do szefa pozyczyc toge, po drodze zahaczyl o sklep kupic biala koszule, ktora obowiazkowo nalezy miec pod toga i na minute przed rozpoczeciem obrony wkroczyl do sali, w ktorej odbywaja sie obrony. rektorka powiedziala, ze bedzie zadawal pytanie jako ostatni, zeby, zanim przyjdzie na niego kolej, zdazyl jakies pytanie przygotowac! no i przygotowal;)

na opak…gdzie te jaja?

ponoc dawniej to mezczyzni podejmowali decyzje, a kobiety ich poslusznie sluchaly. czasami chcialaby miec szanse byc taka posluszna kobieta… o ile mniej mialabym na glowe. niechby tak maz zarzadzil, podjac meska decyzje… ale nie, u nas tak nie ma, jak ja nie podejme decyzji, jak ja nie zarzadze, to nic nie bedzie zalatwione, postanowione.

po zgrzycie z trenerka, Szkrab nie chcial isc dzis na mecz. luby w czwartek i piatek byl w Berlinie, a ja chodzilam i rozmyslalam, czy pozwolic Szkrabowi olac mecz czy nie. luby o tym oczywiscie nawet nie pomyslal, choc Szkrab juz w srode oznajmil, ze nie bedzie gral. w koncu wczoraj wieczorem, pisze do lubego: co robimy ze Szkrabem, bo jesli nie bedzie gral, trzeba to na czas (o 20.30…. i tak pozno) zglosic. luby nie wie. podsuwam mu dwa rozwiazania: albo piszemy, ze Szkrab nie moze grac, bo ma zepsute korki (bo ma… tylko, ze ma jeszcze jedne, rezerwowe) albo (my) decydujemy, ze Szkrab bedzie gral. eventualnie, podpowiadam, tylko do coacha piszemy, ze po niefajnej sytuacji z trenerka, Szkrab jest tak zdemotywowany, ze nie chce grac i dlatego go w sobote na meczu nie bedzie. luby nie wie… czekam, zeby podjal decyzje.

o 22.00 pisze do lubego: teraz juz jest za pozno, zeby olac mecz. Szkrab bedzie jutro gral. informuje. ok… odpisuje luby.

i tak to moj maz podjal decyzje. pisze o lubym, ale wokol mnie pelno takich panow, ktorzy gdzies zgubili swa meskosc.

wychowywac i wspierac

macierzynstwo jest dziwna sprawa. z jednej strony rodzic musi sie natrudzic, zeby malego czlowieczka wychowac, nauczyc kultury, adekwatnego zachowania, co czasami wymaga bycia twardym, konsekwentym, moze nawet i czasami walki z dzieckiem. z drugiej strony, niech tylko ktos raczy skrzywdzic nasze dziecko… ja staram sie pokazac moim dzieciom, ze maja we mnie 100% wsparcie.

dzis starlam sie przez telefon z trenerka Szkraba. dostalam od niej wiadomosc, w skrocie taka: Szkrab nie moze w czwartek przyjsc na trening, bo z poprzedniego wyszedl przed czasem i mimo ze go wolalam, zeby wrocil, poszedl sobie. ja wiem, czemu poszedl, mimo ze mnie tam nie bylo. a ona nie? poszedl, bo treningi sa ponad jego mozliwosci. Szkrab, w przeciwienstwie do straszego brata, nie jest fanatykiem sportowym. chodzi na noge, bo lubi grac, bo lubi byc z dziecmi, ale jego marzeniem nie jest zostac Lewandowskim. wczoraj poplakal sie wieczorem, bo przezywal trening. okazalo sie, ze trenerka kazala im robic ”planking” i wytrzymac najpierw 30 sekund, potem minute, a Szkrab nie byl w stanie wykonac tego cwiczenia. ja wiem, jak ciezkie jest to cwieczenie, bo robilismy je na lekcjach bootcamp, ale i tam, gdy ktos nie mogl wytrzymac, przechodzil do kleku. a na treningu Szkraba nie wolno! no Szkrab, po kiku takich sytuacjach nie wytrzymal tej presji, poszedl sobie. i ja go rozumiem. tez wyszlam z zajec stepa, gdy wszystkie baby wykrecaly piruety jak w transie, a ja nie wiedzialam, o co w tym wszystkim chodzi.

Trenerce (16-letniej dziewczynie!) odpisalam, ze nie podoba mi sie jej arogancki ton i uwazam wysylanie takiej wiadomosci za niegrzeczne. Ze jesli ma jakies problemy ze Szkrabem, to chetnie sie z nia umowie przedyskutowac to, a na trening Szkrab pojdzie, bo za to placimy.

No i poszlo. Szkrab oczywiscie na trening juz nie chce isc ( bo za nim tez wczoraj krzyczala, ze ma nie przychodzic, przy wszystkich dzieciach…). Dalam mu tydzien na podjecie decyzji, czy chce zostac w tej druzynie, czy chce sie przeniesc do innej, a moze do innego klubu.

Wiem, ze Szkrab aniolkiem nie jest, wiem, ze potrafi byc upierdliwy, ale stoje za nim murem – tak dlugi jak ja place, tak dlugo jak Szkrab nie pyskuje, nie dokucza, nikt nie bedzie mu zabranial przychodzic na trening. Napisalam dziewczynie, ze to nie national team, skladajaca sie z nadambitnych, top-sporters, tylko dzieci, zwyczajne 11-letnie dzieci, ktore przychodza na trening sie rozerwac, pobiegac, a nie wyciskac siodme poty. i ze jej zadaniem jest motywowanie dzieci i dostosowanie wymagan do ich mozliwosci, a nie dolowanie plankingiem i zabraniem przychodzenia na trening.

Strasznie jestem zla.

Blondi tez wrocila

po raz pierwszy, odkad mamy swinki, mialam problem ze znalezieniem zaufanej opieki na tydzien naszych wakacji. moglabym ja oddac do azylu, ale nie mam serca, bo wiem, ze zapach innych zwierzat by ja stresowal, bo nikt by jej tam nie poglaskal… na ogol Blondi idzie ”na wakacje” do naszej niani albo do kolegi Bizona, niejakiego Thysa. a w tym roku, jak na zlosc, ani niania ani Thys nie mogli zaopiekowac sie nasza swinka. choc… w koncu i tak swinka trafila na dwa dni do Thysa a potem, razem z ich kotem, pojechala do dziadkow Thysa:D Dzis babcia Thysa odwiozla zwierzyne. I niby glupia swinka, ale cieszyla sie, gdy mnie wyniuchala, podekscytowana obwachiwala mnie, chodzila w kolko, jakby sobie miejsca nie mogla znalezc, wylizala mi palce i ciagle spogladala w moja strone:D no coz, ja tez sie za nia stesknilam;)

w Portugalii za to zobaczylam karlowate swinie. wiem, jestem nienormalna, ale… skradly moje serce. tak wesole, tak zabawne, krecily ogonkami niczym pieski. mowie do lubego, ze to bedzie nasze nastepne zwierze, a luby… ”lepsze to niz pies”. no tu sie z nim nie zgodze, ale szansa na swinke jest;) a czemu? luby, ktory generalnie za zwierzetami nie przepada, lubi wszystko, co odbiega od normy. i kiedy kazalam mu sobie wyobrazic, jak jedziemy samochodem, a tam swinia przez okno patrzy, lubemu pomysl wydal sie tak absurdalnie smieszny, ze malo sie nie zgodzil:D no i jeszcze te spacery po okolicy – ze swinia na smyczy! to by byl widok! tak… pies, kot… to zwierzeta zbyt nudne dla lubego, ale karlowata swinia…. kto wie;)

nasze powroty niezapomniane

wczoraj pobudka o 4.00 rano, odstawilismy samochod do wypozyczalni, objerzelismy wschod slonca z okien samolotu, spokojniutko dolecielismy do Monachium, bez problemow ‚zlapalismy’ samolot do Bremy, bez czekania, bez opoznien, bez jakis wiekszych turbulencji, bez zaginionego bagazu, juz prawie zaczelam czuc sie komfortowo w samolotach:DDD

w Bremie luby informuje mnie, ze nie ma pojecia, gdzie sa kluczyki od samochodu, ktory przez tydzien grzecznie czekal na nas na parkingu lotniska. otworzylam walize, przeszukalam wszystkie kieszenie, wszystkich spodni, kurtek, wszystkie zakamarki walizki, naszych bagazy podroznych… nie ma. wsiakly. troche mnie nerw wzial, bo podejrzewam, ze kluczyki zostaly gdzies w naszym domku, w Portugalii, gdzies za kanapa, pod stolem, moze zaTV, gdzie luby trzymal wszystkie swoje ”gadzety”. ale nic nie powiedzialam. normalnie dalabym czadu, a tym razem… postanowilam byc dobra zona, wspierajaca meza. bo nauczke dostalam rok temu – mam na mysli nasz”wyjazd” do Izreala, ktory o miesiac za wczesnie zarezerwowalam. wtedy luby zachowal sie jak kochajacy wspierajacy maz i nauczyl mnie, jakiej rekacji oczekuje wspolmaloznek w takiej sytuacji;)

no wiec, decyzja: wracamy pociagiem do domu, luby bierze drugie kluczyki, wraca pociagiem do Bremy i wraca naszym samochodem do domu. idziemy w kierunku taksowek, zeby dojechac na dworzec. a ja patrze i widze… wypozyczalnie samochodow! luby, mowie, chodz, sprawdzimy, ile kosztuje wypozyczenie samochodu na jeden dzien. okazalo sie, ze mniej niz taskowka na dworzec + 4 bilety na pociag w jedna strone + taksowka do domu + bilet powrotny dla lubego do Bremy. ciach, wskoczylismy w nasza ulubiona niemiecka marke i w niecale trzy godziny dojechalismy do domu.

zjedlismy zupe (sloiki, zassane sloiki z zupa – czesto mnie ratuja, gdy glodni wracamy do domu, a w lodowce tylko swiatlo), wypilismy kawe, dzieciom przykazalismy, zeby nikomu nie otwieraly drzwi i… pojechalismy z powrotem do Bremy:) a tam, stal, nasz ukochany samochodzik i czekal;)

taakkk, u nas nigdy nie jest nudno;)