no i juz

i po wakacjach. ostatnia noc w naszym portugalskim domku. jako ze luby nie znosi tlumow, turystow, a zwalszcza swoich rodakow, hotele nadmorskie omijamy z daleka. tym razem wynajelismy domek w portugalskiej wiosce; wiosce zabitej dechami;) choc sa w niej dwa angielskie puby, wloska restauracja wypelniona angielskimi emerytami… czasami mialam wrazenie, ze jestesmy w Anglii, a nie w Portugalii, bo w kazdej knajpce, kawiarni, restauracji dominowal j. angielski.

dzis znow dzien plazowy. nie wiem jeszcze dlaczego nie zapalalam taka miloscia do Portugalii jak do Hiszpanii, bo i jedzenie smaczniejsze, i ludzie milsi, plaze piekniejsze i morze o przepieknym, lazurowym kolorze. jedynie pogode mielismy troche gorsza niz do tej pory w Hiszpanii. damy Portugalii jeszcze jedna szanse, tym bardziej, ze Bioznowi strasznie marzy sie Lizbona.

wracajac do dzisiejszego dnia: poskakalam przez fale, wygrzalam sie w sloncu i zal, zal wielki wracac do naszej wietrznej Holandii… juz jutro…

ja, ”miastowa”

juz dawno temu odkrylam i opisalam, zem ja ”miastowa”, ze na wsi, tej wsi spokojnej, wsi wesolej, to ja sie dusze. i nadal to podtrzymuje. ale wakacje… maja byc na lonie natury. i w sloncu. po kilu dniach ”takiej sobie” pogody w Portugalii, po kilku dniach zwiedzania pieknych miasteczek, zaczal mnie brac nerw. czemu? no bo ile mozna miasteczka ogladac, ile kaw mozna w cudownych ogrodeczkach wypic, ile zamkow mozna zdobyc? ech… plaza… to jest to. poogoda jakby sie nade mna ulitowala. dzis zrobilo sie cieplo! tak cieplo, ze…. 6 godzin spedzilismy w sloncu, na plazy. nawet nogi zamoczylam:D nawet bikini zalozylam. i nie zmarzlam! chlopaki… jakby ich nie bylo! zbudowaly XXL-zamek z piasku, do tego kurort uzdrowiskowy i wies, i cos tam jeszcze. Szkrab obszedl wszystkie budowle wokol i zliczyl, ze obowod piaskwego przedsiewziecia to 39 metrow.

a moj luby…. wszystko to cierpliwie znosi. moje dasy na ”znowu miasteczko”, na ”znowu jazda samochodem” i ”och, plaza, cudowna plaza”, ”och, ten szum morza”, ”ten zapach morza”! na miejscu lubego juz dawno bym fuknela: ”kazda plaza taka sama, kazde morze tak samo szumi, tak samo smierdzi, o co ci chodzi, kobieto”. nie wiem, o co mi chodzi. ale wiem, ze nad morzem sie relaksuje. nie w przytulnych miasteczkach.

kajakowanie po morzu

no i przybylismy do Portugalii. i przyznam, ze choc piekna, to blizsza mojemu sercu jest Hiszpania. moze dlatego, ze tam cieplej? moze tylko takiego pecha mamy, bo w dniu naszego przyjazdu padal deszcz, a ponoc od roku nie padalo…

dzis bylo slonecznie i dosc cieplo. rano, w pizamie siadlam w drzwiach do ogrodu, ktore wychodza na poludniowy wschod; kawa, ksiazka, czego chciec wiecej…

po poludniu zdecydowalismy sie na kajakowanie po morzu, tak, zeby od strony morza poogladac plaze i groty wzdluz wybrzeza przy Lagos. troche sie wystraszylam, ze kajakowac bedziemy po prawie otwartym morzu, ale kapoki i piekna pogoda moj lek ostudzily. warto bylo. nie tylko dla widokow, ktore byly cudowne (obejrzelismy plaze i groty w roznorodnych odcieniach zlota, zolci i czerwieni), ale dla tak bezposredniego poobcowania z morzem. jednak to co innego wejsc do morza od strony plazy, gdy czuje sie grunt pod nogami, a co innego poczuc zywiol, poczuc fale kolyszace kajak, poczuc sol morska w ustach, poczuc jak wiatr chce nas pokierowac w inna strone, niz my zamierzamy plynac. Choc boje sie morza, to wlasnie nad morzem wypoczywam najlepiej. szum fal, zapach slonej wody i blekit nieba – to jest to, czego potrzebuje, zeby sie zrelaksowac.

z kajakow wyszlismy calkiem mokrzy. jako ze w plecaku mialam dluga kurtke przeciwdeszczowa… zalozylam ja na prawie gole cialo, tylko majtki (tez mokre) sobie zostawilam;) panowie mieli mniej szczescia;) szczekajac zebami poszli do sklepu z chinszczyzna i kupili nowa bielizne, dresy i T-shirty. ja tez kupilam suche majty i dzinsy:DDD i tak wystrojeni, w chinskie ciuszki poszlismy na pizze. to byl fajny dzien.

bunt swinki

nasza Blondi ma swoje smakowe preferencje – lubi karme, w ktorej nie ma kolorowych granulek, tylko przewaza kolor brazowy, zolty i zielony. najwiecej ziarna, zdzbel trawy i kukurydzy, a najmniej chemicznych ”pralinek” znajduje sie w granoli i ta najczesciej kupuje dla naszej swinki. tak sie zlozylo, ze w pobliskim sklepie zoologicznym, w sobote granoli dla swinek nie bylo; byla za to granola dla krolikow i ta, po konsultacji ze sprzedawczynia, zakupilam. wsypalam do miski, Blondi wyszla, cos tam zaczela jesc, ale po chwili widze, ze Blondi w domu, miska wywrocona do gory dnem, a karma wysypana… szkoda mi sie swinki zrobilo i wsypalam jej nowa porcje do miski. za jakis czas widze, ze miska znow przewrocona, karma wysypana. trudno, bedziesz jesc z trocin, rzeklam do Blondi. i tak bylo przez ostatnie cztery dni. nie mialam czasu jechac do innego sklepu zoologicznego, wiec probowalam przekonac Blondi do granoli kroliczej. w koncu kroliki to tez gryzonie! ale nie, Blondi wywracala miske, wysypywala karme w trociny i wyszukiwala w niej cos, co by sie nadawalo dla swinki! dzis ulitowalam sie na dnia – pojechalam do innego sklepu, dalam jej swinska granole, a Blondi grzecznie je z miski!

chlopaki sie smialy, ze Blondi sie bala, ze jej uszy wyrosna od tej swinskiej granoli;)

kolejny bieg zaliczony

dzis zaliczylam z Bizonem trzeci juz nasz bieg na 4 mile. ponad 5km przebieglismy razem, tempem, takim, ze ja moglam je dosc lekko utrzymac przez cale 4 mile, a Bizon w ostatnim kilometrze mial sile wrzucic szosty bieg;) w taki sposob uzyskalismy wyniki, z ktorych jestesmy obydwoje zadowoleni: Bizon 00.35.64, ja 00.37.11. co ciekawe, bez zakwasow;)

zakwasy to ja mam, w ramionach i plecach – od dzwigania mieczykow. zadeklarowalam sie udekorowac kosciol z okazji dnia papieskiego i na targu upatrzylam piekne, strzeliste mieczyki: biale i czerwone. w glowie od razu powstala wizja, jak je uloze we flakonach, w bialo-czerwony wachlarz. ciach, kupilam 20 bialych,, 20 czerwonych, pan mi je zapakowal do torby, a torba… ciezka!!! no nic, lubego nie bylo jak zawolac, bo byl na meczu z Bizonem, mnie czas scigal, bo jeszcze wczoraj zebranie rady mialam, wiec wskoczylam no rower, jedna reka chwycilam kierownice, a druga zarzucilam torbe z mieczykami i pojechalam. a zeby dojechac bez uszczerbku napielam wszystkie gorne partie miesni i juz jadac, czulam powstajace zakwasy:DDD dzis ledwo co oddycham, bo przy kazdym wdechu bola mnie plecy i klatka piersiowa;)

Praca z chinskim doktoranten

poprawiam artykul mojego chinskiego dokoranta i smieje sie pod nosem. czemu sie smiejesz, pyta luby, ktory tuz obok stuka w klawiature i tez cos plodzi. tlumacze lubemu, ze natrafiam na slowo ”assure” i jako ze podczas czytania, slysze w glowie glos mojego chinskiego doktoranta, czytam ten artykul z chinska melodia w glowie, i czytajac slow ”assure”, slysze chinskie ”aszszuaaar”, zamiast polskiego ”aszszuur”. luby patrzy na mnie z niedowierzaniem: ty slyszysz glos swojego studenta, jak czytasz jego artykul? tak, slysze, potwierdzam. ja zawsze mam w glowie glos osoby, ktora napisala e-maila, list, artykul… czytam list od chrzestnej (jedyna osoba, od ktorej jeszcze dostaje listy na papierze!!!) i slysze jej cieply, spokojny glos, czytam e-maila od szefa i slysze jego ironiczny ton i czytam artykul chinskiego doktoranta, i slysze jego chinski akcent, wymowe. luby nie moze w to uwierzyc: ty jestes popyrtana! nie dosc, ze widzisz co czytasz, to jeszcze slyszysz. na szczescie nie jestem jedyna: kolega Jan, ma tak samo;)

jako ze moj chinski doktorant jest bardzo myslacym czlowiekiem, jego mysli dominuja jego analizy – znam to, bo i ja, im wiecej mysle, tym mniej rozumiem;) ale mam na to sposob: pisze, rysuje, organizuje swoje mysli w tabele, schematy – to mnie ratuje, a studenta ratuja nasze codzienne sesje. dzien w dzien moj doktorant przychodzi, zeby omowic swoje analizy, uporzadkowac je i dowiedziec sie, co ma robic dalej. i prawie codziennie przynosi mi kawe… (czasami zdaze go uprzedzic i wtedy ja stawiam, ale rzadko mi sie udaje;)). przynosi kawe i…. ja mu dziekuje, odstawiam kawe na bok i czekam az on wypije swoja, zebym ja mogla delektowac sie swoja, bo… bo ja jestem strasznie uczulona na dzwieki i zwyczajnie nie moge pic mojej kawy, gdy moj doktorant siorbie swoja tak straszliwie, ze mam go ochote zdzielic po glowie. ja nie rozumiem, jak mozna tak siorbac?!?!?!?!?!? lubego by to pewnie nie ruszylo, a ja cierpie. probuje sie koncentrowac na jego slowach, wykresach, analizach i z ulga oddycham, gdy on konczy swoja kawe. wtedy ja zaczynam pic swoja;)

sport to zdrowie

jako ze moje zdrowie ostatnio ciagle jakies kiepskie, ciagle mi cos dolega, stwierdzilam, ze kicham na dolegliwosci i biore sie w garsc. ignoruje bol i wracam do biegania. boli, ale biegne, bez muzyki. bo muzyka denerwuje, jak cos boli. bez muzyki, bo wtedy slysze swoj oddech, bo moge na spokojnie wytrzepac wszsytkie mysli nieuczesane, poplatane, tloczace sie po mozgonicy. po okolo 20 min biegu wydzielaja sie endorfiny, ktore usmierzaja bol. i wtedy jest dobrze. przebieglam bez zadyszki 6.5 km i poczulam sie zdrowa. i tak musze sie wzmacniac – nie dawac sie bolom, zmeczeniu, slabosciom, biec, niczym Forest Gamp i cieszyc sie zyciem.

najwazniejsze, ze juz wiem skad pochodzi moj bol; zlagodzic moge go tylko wzmacniajac miesnie.

w nocy przechodza przez mnie fale ciepla. chyba poczatki… menopazy. ciesze sie. z checia pozbede sie tej ”kobiecosci”, ktora lezy w podbrzuszu. bo to ona, ta kobiecosc jest przyczyna bolu. a cieplo… budzi mnie na chwile i usypia. lubie, jak mi cieplo:)

wczoraj wieczorem jakos tak ”wpadlam” na The Doors. ostatnio raz sluchalam ich jakies 25 lat temu;) slucham i odplywam. ta ich muzyka, te psychodeliczne, zalosne, a jednoczesnie mocne tony, jak one mnie dotykaja… niesamowite, co muzyka moze robic z emocjami.

jak Szkrab bedzie tata…

Szkrab mowi rano: jak kiedys bede mial dzieci, to mam nadzieje, ze beda lubily sie bawic lego. wtedy bede sie mogl bawic razem z nimi!

nasz Szkrab dyplomata nie jest – a po kim ma byc, ja i matka i ojciec na ogol bardzo jasno i dokladnie wyrazaja swe opinie…- jak ze zabronilam Szkrabowi pojsc do kolegow, dowiedzialam sie jestem ”turecka matka”. nie wyrodna. po prostu ”turecka”;)

a czemu zabronilam pojsc do kolegow? bo kiedy spytalam, gdzie sie beda bawic, uslyszalam, ze na parkingu podziemnym pewnego supermarketu! co???? najpierw myslalam, ze cos nie tak uslyszalam. ale nie, Szkrab poinformowal mnie, ze koledzy tam czesto sie bawia i dzis zaproponowali mu, zeby do nich dolaczyl. nie dziwie sie, ze Szkrab sie wsciekl, gdy mu zabronilam isc, ale zdziwilam sie bardzo, ze inni rodzice sie na to godza. wytlumaczylam Szkrabowi, ze to bardzo niebezpieczne miejsce, ze samochod moze ich przejechac, zabic, a Szkrab na to, ze przeciez nie jest niemowleciem… ech, juz wole byc turecka matka niz wdawac sie w dyskusje ze Szkrabem. nie poszedl i juz.

miksio

czytam sage Poldarkow – 13 tomikow. jestem uzalezniona. trafilam przypadkiem na chyba tom 8 podczas wakacji, tak pokochalam Demeleze i Rossa Poldarkow, ze zamowilam wszystkie brakujace 12 tomy i siedze, i czytam…. dom obrasta w kurz, luby pyta czy mam burnout, bo prawie mnie w kuchni nie ma, bo o 22.00 znikam w sypialni, a ja… czytam:DDD

ale nie da sie tylko czytac;) jako ze w weekend byla piekna pogoda, posadzilam w ogrodzie wrzosy i chryzanteme, wyplewilam ogrod, pohustalam sie na hustawce, wyglaskalam za wszystkie czasy Blondi, ktora to, niewdziecznica, od glaskania woli bieganie po trawie, wiec zmykala z mych ramion na trawe;) trawa wysoka, nieskoszona, taka, jaka lubie – dzika. w moim z lekka zapuszczonym ogrodzie, jeszcze zielonym, jeszcze slonecznym, zrelaksowalam sie. wroble i sikorki juz mnie chyba znaja, bo przylatuja, myszkuja po ogrodzie i w ogole sie mnie nie boja.

w sobote zaliczylam z Bizonem po raz kolejny optyka – tym razem, zeby reklamowac okulary. optyk zmierzyl kilka tygodni temu wzrok Bizonowi i wyszlo na to, ze wzrok mu sie niestety troche pogroszyl, nie duzo, bo tylko 0.15, ale szkla dali mu nowe. i co? Bizon skarzyl sie, ze ma oczy zmeczone, ze go bola. dalam mu stare okulary – oczy odpoczely, Bizon zadowolony. powiedzialam to optykowi, ponoc oczy sie mialy przyzwyczaic. jesli nie przyzwyczaily sie przez trzy tygodnie, to po co je przyzwyczajac. niech Bizon nosi takie szkla, przy jakich dobrze widzi i przy jakich mu sie oczy nie mecza. optyk sie ze mna zgodzil i za kilka dni Bizon dostanie nowe okulary z moca starych szkiel.

przy okazji Bizon zglosil marzenie posiadania nowej zimowej kurtki – czarnej… nie lubie czarnego koloru na dzieciach, ale musze zaakceptowac fakt, ze Bizon jest juz nastolatkiem i musze sie czasem ugiac. kupilismy wiec dla niego czarna kurtke zimowa, a dla mnie… bialy, kudlaty sweter, w ktorym czuje sie jak balwan. jednak w zestawieniu z granatowymi dzinsami i granatowa apaszka jest ok… niby bialy to nie moj kolor, ale w tym swetrze czuje sie wyjatkowo dobrze. mimo ze jak balwan;)

i tak nam minal weekend… i znow jutro praca… znow tempo. i tak nam zycie mija – od weekendu do weekendu, od wakacji do wakacji…

nasze wakacje juz za miesiac:DDD

dziwny dzien

Szkraba zaprosil kolega mieszkajacy w pobliskiej wiosce. chodzili razem do podstawowki – zostali przyjaciolmi ”od pierwszego wejrzenia” i mimo ze i my sie przeprowadzilismy, i oni, i dzieli nas dystans wiekszy niz do pokonania rowerem w ciagu 10 minut, tak, jak to bylo kilka lat temu, chlopcy nadal sie przyjaznia, tesknia za soba i prosza o odwiedziny. co ciekawe, i Szkrab i jego przyjaciel, sa dosc humorzastymi dziecmi, potrafia miec swoje kosie w nosie, potrafia sie na siebie dasac, raz Szkrab chcial przyjaciela wygonic, tak sie o cos na niego zdenerwowal:DDD ale mialam stresiora, co powiem mamie, jak przyjdzie kolege odebrac. ale zanim mama przyszla, juz sie pogodzili;) w kazdym razie, poniewaz mama przyjaciela pojechala z kolezankami na wakacje, tato kolegi zaproponowal, ze pojdzie z synami zjesc na miasto i zeby Szkrab jechal z nimi. odstawili Szkraba pod dom po 21.00….

Bizon zas poszedl do przyjaciela na urodziny: obiad, kino, a potem jeszcze… ”drinki” na miescie. wrocil o 22.00.

caly wieczor mielismy z lubym dla siebie. bylo tak dobrze i tak dziwnie… tak spokojnie, ze za spokojnie. zjedlismy obiad we dwoje, bez grymaszenia Szkraba, bez przepychanek slownych miedzy chlopakami, bez docinkow, bez przerywanych zdan. taki przedsmak tego, co nas czeka za kilka lat, jak chlopaki wyfruna z domu.