mowe mi odjelo

jestem na zebraniu, siedze jako jedyna kobieta z czterema panami, omawiamy pewien problem, zabieram glos i w odpowiedzi, od czlowieka, ktorego widze pierwszy raz zyciu na oczu, ktorego zirytowalam, bo pokazalam mu, ze popelnil blad, slysze: lieve schaatje, bla, bla, bla, bla… co jest pod bla, bla, bla nie slysze, bo dwa pierwsze slowa dudnia mi w glowie. lieve schaatje??? moja kochana, moj kochany skarbie??? gdybym mogla zareagowac teraz, po czasie, zaczelabym moja odpowiedz albo od ‚nie jestem twoim skarbem’ albo dokladnie w ten sam sposob ”moj drogi, kochany, slodziutki”, ale jest juz po fakcie. nie odpowiedzialam tak, bo po prostu mnie zamurowalo. skupilam sie na faktach, ktore tez czlowiek probowal obrocic, omamic, tak, zeby inni nie zauwazyli, co takiego znalazlam. z jednej strony, mysle, ze dobrze, ze zachowalam kamienna twarz, ze nie dalam sie sprowokowac, z drugiej strony…. zaluje, ze go nie upokorzylam w obecnosci trzech innych panow.

po zebraniu powiedzialam do kolegi, ktory tego pana regularnie widuje, ze jak jeszcze kiedys nazwie mnie w tn sposob, dostanie po gebie. mam nadzieje, ze mu to przekaze.

madry moher

jako ze cos mi ”babskiego” dolega, nie wiem, czy poczatki menopauzy, czy endometrioza, czy kie licho, poszlam do lekarza. opisuje co mi dolega i tak jak z lubym przewidywalismy, diagnoza przyczyny jest ”trudna”, ale leczenie przewidywalne: pigulka antykoncepcyjna usunie wszelkie problemy: nieregularne cykle, upierdliwe pms-y, bole brzucha… no nie wiadomo jak glowa zareaguje, u niektorych bol glowy przechodzi, u innych przeradza sie migrene, trzeba wyprobowac. podczas pogawedki z lekarka wyszlo na jaw, ze ja w zyciu 3 miesiace bralam pigulke i odstawilam, bo mi nie pasowala. lekarka z niedowierzaniem pyta: to wy jako forme antykoncepcji naturalne metody stosujecie??? kiedy przytaknelam, lekarka z niby podziwem, ale z pewnym podtekstem stwierdzila: ”wow!!!, cwani jestescie”. ten jej ton, wyraz twarzy, zirytowal mnie i wypalilam: i ty, lekarka to mowisz??? ta, ktora powinna fizjologie kobiety miec w jednym palcu? tu nie ma nic z cwaniakowania; jesli kobieta przez prawie 30 lat miesiaczkuje i nie wie, kiedy ma plodne dni, to cos z nia jest nie tak. no chyba, ze przez te 30 lat ciagle szpikuje sie chemia… wtedy rzeczywiscie nie wie, co jej cialo robi. lekarka sie zmieszala, zaczela o nieregularnych cyklach, stresach, itd, ze mam szczescie, ze mam regularny cykl – no wlasnie nie mam! i dla mnie to zadna tragedia, bo dni nie licze. znam swoje cialo na tyle, ze dni nie musze liczyc, ja po prostu wiem, kiedy mam owulacje. i tak jeszcze chwile pogadalysmy. m.in. ze my jestesmy otwarci na trzecie dziecko. teraz, w tym wieku? po raz kolejny lekarka strzelila gafe. w tym wieku? jakim wieku, przekornie spytalam – w wieku, w ktorym wiele kobiet na ostatni dzwonek decyduje sie na bycie matka? przeciez wasze poczekalnie do in vitro wlasnie kobietami w ‚takim’ wieku sa zapelnione… one maja prawo rodzic, a ja jestem za stara? nie, nie przyznalam sie, ze owszem, czuje sie za stara, a wlasciwie, za leniwa, na nieprzespane noce, na bieganie za maluchem, na zabkowanie, jeczenie i zgaduj-zgadule, czemu dziecko jeczy. nie przyznalam, bo moje lenistwo, to moja sprawa. a lekarka nie jest od komentowania, ale od leczenia.

i znow przekonalam sie na czym polega nasza harmonia z lubym, nasze malzestwo: na wspolnym mianowniku. bo kiedy powtorzylam mu rozmowe, luby sie wkurzyl: tak, najleptwiej kazdemu wcisnac hormony, uspic symptomy, a pozniej dziwic sie, czemu pacjentki tak dlugo chodza z brzuchem pelnym endometriozy… bo taka wlasnie ostatnia dyskusje slyszelismy: dwoch chirurgow zalamywalo rece, bo operowali kobiete, gdzie endometrioza zaatakowala jelita, pecherz, cala jame brzuszna – ”ze ona nic nie czula!!!’- dziwili sie. no nie czula, jak leciala przez ostatnie 10-20 lat na hormonach, to nie czula…

umowilam sie z lekarka, ze przemysle sprawe co do pigulek. najpierw bylam prawie sklonna sie zgodzic, bo bol mnie ogranicza, bo wokol bolu kreci sie ostatnio moje zycie, mniej biegam, mniej cwicze, mniej jem, mniej sie smieje, gorzej spie, bo 3/4 cyklu mnie boli – cale podbrzusze. a 1/4 cyklu umieram na bol glowy. wszyscy maja mnie dosc, sama siebie mam dosc, wiec co mi zostalo: wziac hormony i bedzie lepiej. ale po rozmowie z lubym doszlam do wniosku, ze najpierw chce wiedziec, co mi jest. jesli to tylko szalenstwo hormonalne, wezme pigulke. ale moze to cos wiecej? czemu mialam bym tego nie szukac? najpierw chce znac przyczyne, potem sie leczyc.

powolanie

znow widze, ze minelam sie z powolaniem, ze za pozno je odnalazlam. ja powinnam byla byc weterynarzem! kocham zwierzeta i najwyrazniej…. one u mnie czegos szukaja.

Bizon wrocil z lekcji skrzypiec – mamo! popatrz! patrze, a przed wejsciem do naszego domu lezy wrobelek. macha skrzydlami, ale nie leci, upada na dziob… chyba zlamal nozke. no i co zrobic z takim delikwentem? wzielam to-to na rece, male, przerazone, Szkrab przyniosl pudelko po butach, wsadzilismy do niego sianko, na nie ptaszka, dalam mu okruszki chleba, ziarno od Blondi, wode do spodka. ptak przerazony, a ja wiem, ze na wolnosci zdechnie z glodu albo go zakatrupi pierwszy lepszy kot, ktorych u nas wiele sie kreci…

co mialam zrobic? znow zadzwonilam na pogotowie zwierzece. az glupio, bo co oni moga zrobic – gipsu wroblowi nie zaloza na zlamana (chyba) konczyne… ale niech go chociaz uspia ”po ludzku”, zeby zwierze nie cierpialo. dzwonie i tluamcze sie, ze nie wiem, czy z takimi glupotami moge do nich dzwonic, ale taka jest sprawa i nie wiem, co robic. uslyszalam, ze dobrze, ze dzwonie, ze od tego sa i ze przyjada. czekam wiec na ambulans…

w miedzyczasie poinformowalam lubego o sprawie, a on myslal, ze sobie z niego zartuje. bo to juz chyba 5, a moze i 6 raz, ze trafiam na zwierze w potrzebie i dzwonie na pogotowie zwierzece. niedlugo beda mnie tam juz znac;)

hipo, czy jak?

siedze w domu, bo cos mi jest. tylko nie wiem co, bo wszystko mnie boli, bom slaba, bo wczoraj jedna opryszcza wyskoczyla, dzis druga i zadne zoviraxy nie pomagaja. luby sugeruje, ze stres, a ja, jak o chorobie przez stres slysze, to mam ochote strzelbe wyjac, bo takich chorob nie uznaje; przynajmniej nie u siebie. tym bardziej, ze ja wyzwania lubie, i stres w sumie tez. za nudno przeciez byc nie moze.

a jednak…. moj spadek formy, ktory neka mnie juz od jakiegos czasu, zaczyna mnie martwic. bo zewsze bylam hyper, a teraz juz jestem hyper fazami; teraz blizej mi do hipochondryczki… bo, jako ze w czwartek glosilam prezentacje o endometriozie, a wlasciwie o tym, jak sie pacjentki maja po operacyjnym (za)leczeniu tejze choroby, to doszlam do wniosku, ze wlasnie to cos mnie wykancza… bo prawda jest taka, ze moje pms juz od kilku miesiecy nie sa juz tylko 2-3 dniowym bolem glowy czy sciskiem w brzuchu, czy rozdygotanymi emocjami. moje pms-y trawaja juz minimum tydzien, albo i dwa, powoduja u mnie fazowe migreny, mdlosci, oslabienie, bol brzucha i wlasciwie… bol wszystkiego; mam wrazenie, ze nogi mnie bola, plecy mnie bola, szyja mnie boli, mozg mnie boli.

i jak sobie too wszysko jeszcze raz przeczytam, to dochodze do wniosku, zem hipochondryczka. i ze dopadl mnie problem studentow medycyny, ktorzy, o ktorej chorobie by sie nie uczyli, to jej symptomy u siebie widza.

tylko… czy moj bol jest urojony?….. bo opryszczki raczej nie.

perspektywa

sa w zyciu takie tragedie, przy ktorych nudne urodziny u szwagierki, niesnaski z kolega w pracy, irytujacy nastolatek, wystajacy brzuch i pms sa pierdolami, nic nieznaczacymi problemikami. a to, ze swiat kreci sie dalej, jak gdyby nigdy nic, jest okrucienstwem.

sa w zyciu takie tragedie, po ktorych zostaja blizny, ktorych czas nie leczy, z ktorymi zyje sie do konca. i ten zal… ze swiat, mimo ze jego malutka czastka wspolczuje, funkcjonuje tak, jakby nic sie nie stalo.

ze strachem czekam, kiedy mnie to dotknie. kiedy mnie zycie zrani tak, ze tylko mi blizny pozostana. naiwnie mam nadzieje, ze moze mnie to ominie. moze mi to bedzie oszczedzone….

dziwni ludzie

pojechalismy na jezioro, piekna pogoda, piekne widoki, piekne zaglowki, slonce i molo, nad ktorym mozna siasc by pomoczyc nogi. Bizon i ja moczylismy nogi, luby siedzial za nami, a Szkrab nie bylby soba, gdyby do wody nie wskoczyl. Szkrab sie pluska, probuje ochlapac mnie i Bizona, my z kolei chlapiemy ile sie da nogami, zeby Szkraba ochlapac, jest blogo, fajnie, chwilo, trwaj! no wlasnie, chwilo… bo po jakiejs chwili slysze cos, co na poczatku wziela za przeslyszenie: chodz, papa cie tu potrzyma i mozesz sikac. slucham, patrze i wierzyc mi sie nie chce: jakis metr od nas stoi w wodzie papa, bierze z brzegu, pod paszki, nagiego chlopczyka, tak na oko 2-letniego i zacheca go, zeby sikal do wody!!! popatrzylam na tego ojca tak, zeby go zabic wzrokiem i mowie: toalety sa do sikania, nie jezioro. nie wiem, czy facet to uslyszal, nic nie powiedzial, ale na szczescie dziecko zaprotestowalo – nie potrafilo sikac wiszac w wodzie.

ja nie wiem, skad sie tacy ludzie biora….

co za ulga

jutro mam zebranie z orydanatorem chirurgii, od stycznie moim drugim szefem. jakos za nim nie przepadam – niby jest w stosunku do mnie bardzo uprzejmy, mily, ale… nie moj typ. podejrzewam, ze i ja nie jestem w jego typie;) tak to juz na ogol jest. ale coz, przyjaznic sie nie musimy, grunt, zeby wspolpraca sie ukladala. przed wakacjami dostalam pewno zadanie, ktore mamy jutro omwic na zebraniu. ciagle mi sie wydawalo, ze zebranie jest dopiero w przyszlym tygodniu, a tu nagle w piatek zorientowalam sie, ze to juz jutro. stres mnie scisnal, bo… szczerze mowiac, nie wiedzialam, jak powierzone mi zadanie ugrzyc – wiazalo sie ono z finansami, a ja w tej dziedzinie duzego doswiadczenia nie mam. gryzlam sie wiec caly weekend, jak sie przygotowac na jutrzejsze zebranie. nie wiedzialam. zeby sie uspokoic, zaczelam pisac grant. i nagle… eureka! podczas pisania grantu znalazlam odpowiedz na to, co jutro mam omowic na zebraniu. no i ciach, prach, w poltorej godziny przygotowalam to, z czym gryzlam sie caly piatek, sobote i niedziele. a pisanie grantu bede kontynuowac jutro, po zebraniu z szefem. teraz moge sie zrelaksowac;)

sobotnie klimaty

wybralam sie z chlopakami na zakupy – dla Szkraba mialy byc spodnie dresowe, dla Bizona czarne rurki, bielizna, skarpetki, zeszyty na nowy rok szkolny. no i sie zaczelo… 😉 po dwoch godzinach szukania, nic: a to kolor nie ten, a to rozmiar nie ten, a to u gory dobre, ale nogawiki a) za waskie – Szkrab, b) za szerokie Bizon… zostalo nam jeszcze h&m i choc ani chlopaki, ani ja za tym sklepem nie przepadamy, w desperacji weszlismy. nic. kicha. byle co. poddalismy sie. poszlismy do biblioteki, zaczelismy wedrowke na nasz ”Rybny targ” (po mieso:DDD, nie ryby) i nagle Bizon mowi: ”swiat dzinsow”! rzeczywiscie, sklep o takiej nazwie wylonil sie zza zakretu. weszlismy i w ciagu 10 minut Bizon znalazl super dzinsy, do tego bluze, ”o jakiej od dawna juz marzyl”, a ja, mimo ze nie planowalam zakupow dla siebie, bluzke z krotkim rekawem, w moich czerwono-granatowych barwach, w ulubiony serek. Szkrab w swiecie dzinsow znalazl dresy! zakupy okazaly na na tyle duze, ze dostalismy gratisowo plecak, ktory… wyglada bardzo przyzwoicie:) zakupy wiec udaly sie.

nie udal sie torcik. dawno nic nie pieklam i cos za mna chodzilo… na ”moich wypiekach” kusil mnie juz od jakiegos czasu torcik z czarnej porzeczki – maly, ladny, oryginalny. zrobilam i… wyszedl, wyszedl, nawet bardzo ladnie. ale smakowo… porazka. krem maslany nas po dwoch kesach tak zemdlil, ze nawet ja, co ”diabla by zjadla”, nie dalam rady skonczyc porcji. torcik powedrowal do kosza:/ zdziwilam sie, bo przeciez w dziecinstwie tylko takie torty, na masie maslanej (albo margarynowej) sie jadlo… a tu kicha. porazka. nigdy w zyciu. cale szczescie, ze torcik pieczony ot tak, bez okazji, a nie z okazji gosci;)

piatkowy spontan

Bizon zostal zaproszony przez kolege na obiad i nocleg, ja kolo 17.00 zorientowalam sie, ze luby maluje sciany, co oznaczalo, ze na obiad nie ma co liczyc. zaprosilam wiec lubego ze Szkrabem do wloskiej knajpki. nie jestem fanka wloskiej kuchni, pizze lubie, ale moj zoladek pozniej cierpi, zas makarony…. jakos mnie nie neca. na ogol zamawiam wiec lazagne; dzis wegetarianska. z wloskich smakow uwielbiam tiramisu i limoncello, ale dzis sobie darowalam te przysmaki.

sasiadka zaprosila mnie na swoje…. 80-te urodziny. zostalam wiec nieoficjalnie przyjeta do babskiego klubu seniorek z naszej ulicy:DDD prezent juz mam: zbior wierszy Wislawy Szymborskiej ”, moj ulubiony, ”Poczatek i koniec”; wydany, ma sie rozumiec, w j. niderlandzkim. bylam ciekawa tlumaczenia, bo sama probowalam oddac lubemu klimat z ”Nic dwa razy sie nie zdarza” i kiepsko mi szlo;) podziwiam wiec prace tlumaczy, ktorzy podjeli sie tego wyzwania. ale i tak, to nie to, co oryginal. tak w ogole, mialam watpliwosci, czy wlasnie ten zbior powinna dac sasiadce, ktora pol roku temu owdowiala i bolesnie przyzyla smiec meza. ale doszlam do wniosku, ze wlasnie z powodu tej milosci, ktora nadal odczuwa do zmarlego meza, powinnam jej podarowac te emocjonalne wiersze o milosci, tesknocie, bycie-niebycie, o utracie milosci… kto inny to zrozumie, jak nie ten, kto teskni…

Blondi chyba znowu rodzi kamien:( czeka nas wyprawa do weterynarza… dawno nas tam nie bylo.