a dzis o podrecznikach, katechizmie i polszczyznie dzieci zyjacych na emigracji

Co maja podreczniki wspolnego ze starzeniem sie? A to, ze im jestem starsza, tym mniej mi sie one podobaja. Podreczniki, z ktorych ja sie uczylam, mialy strukture, szly wg zagadnienia. dla przykladu: na lekcji matematyki szlo sie dzialami: ulamki zwykle, ulamki dziesietne, procenty, geometria, jednostki mialy. na lekcji historii material byl zorganizowany chronologicznie, np. wg epok. i nie wiem, czy to ja sie nauczylam uczyc sie w ten sposob, czy taki juz mam mozg, ze potrzebuje struktury, a moze taki jelop jestem, ale przegladajac obecne podreczniki, gubie sie w nich i dzieciom swym nawet nie potrafie pomoc, bo mnie te podreczniki rozpraszaja, bo widze groch z kapusta. zamiast tytulu ”Procenty” jest tytul ”W sklepie”. I co my w tym sklepie mamy: jednostki miary, ceny (euro i centy) i dodawanie ulamkow. o, i jeszcze zadanie z tesktem i z niewiadoma, bo trzeba obliczyc, czy dziecku starczy na metr wstazki czy nie. Wszystko to na jednej stronie. bez osobnego przecwiczenia ulamkow, bez osobnego przeciwczenia jednostek – wszystko na raz, tak przy okazji. do tego chaos graficzny. patrze na dane strone i zamiast widziec jakis schemat, jakies punkty, jakies paragrafy, ktore wskazywalyby mi droge, jak przez ta strone przejsc i niczego nie przegapic, to ja widze: ze sa rozne ramki po lewej, po prawej, po srodku, na ukos, na marginesie, do tego te ramki sa w roznych kolorach, tekst napisany rozorodna czcionka… widze to i zaczynam analizowac: a dlaczego to jest na czerwono? moze to jest wlasnie najwazniejsze? ale nie, tuz obok jest ramka z tekstem pogrubionym – to pewnie to jest najwazniejsze! a co oznacza kursywa? i czy ten teskt na marginesie, to jakas informacja dodatkowa? po pol godzinie analizy dalej nie rozumiem znaczenia kolorow, zroznicowania typu czcionek, nie wiem, co jest najwazniejsze, co mniej wazne… a co najgorsze, stracilam czas i niczego sie nie nauczylam:/

kiedy wiec poprzegladalam katechizmy i podreczniki do religii rece mi opadly. ja tu z dziecmi mam powtorzyc przykazania boze, koscielne, sakramenty, a w podrecznikach wszystko takie rozmyte, niby jest rozdzial ”Sakramenty”, ale co z tego, jak po Chrzcie, Pokucie, Eucharystii nie ma sakramentu malzenstwa i sakramentu kaplanstwa, tylko jest sakrament… poslugi. nie ma takiego sakrementu, ktory by sie nazywal posluga! Owszem, i w malzenstwie i w kaplanstwie nalezy poslugiwac blizniemu, ale to sa dwa osobne sakramenty! A gdyby tak kazdy sakrament zilustrowac fragmentem z Pisma Sw., zeby ta mlodziez nie tylko rozumiala co to jest Sakrament pokuty, ale skad sie on w ogole wzial? Gornolotne slownictwo tez mnie rozczarowalo – nie jestem w stanie zacytowac z glowy jak zostal wytlumaczony sakrament pokuty, ale zabraklo mi jednego: sakrament pokuty to jest spowiedz. A jak juz mowimy o tymze sakramencie, to od razu pasowaloby przypomniec formule spowiedzi, warunki dobrej spowiedzi, podac przyklady rachunku sumienia, jak go zrobic, skad ”go wziac” (z ksiazeczki do nabozenstwa), itd… Ide dalej: do bierzmowania nalezy wybrac sobie jakies imie, najlepiej swietego. wypadaloby omowic krotko kilka zywotow swietych, chociazby sw. Franciszka, sw. Mikolaja, sw. Rity, Marii Magdaleny… Niechze te dzieci wybiora imie swietego, ktory jakos im lezy. Jako ze mnie zawsze wzruszala postawa Weroniki (z Drogi Krzyzowej), to wlasnie jej imie sobie swiadomie wybralam na bierzmowanie – nie tak w slepo, nie bo mi mama podpowiedziala. takiego pomyslu czy chociazby spisu imion najbardziej znanych swietych nie znalazlam w zadnym podreczniki do religii.

No i sprawa dzieci przygotowujacych sie do komunii czy bierzmowania w j. polskim, a zyjacych za granica. inaczej jest w rodzinach polsko-polskich, gdzie tata z mama rozmawia po polsku, a inaczej w domach, gdzie jeden z rodzicow mowi po polsku, drugi po np. niderlandzku, a jeszcze miedzy soba po angielsku czy niemiecku. w tym drugim domu dziecko z jednej strony oslucha sie szybciej z jezykiem kraju, w ktorym zyje, a z drugiej strony bedzie kulal j. polski. bo jesli mama z tata nie rozmawiaja po polsku, jesli ksiazki w domu sa i w j. polskim i w j. niderlandzkim, a na urodziny przychodzi rodzina, sasiedzi, koledzy mowiacy po niderlandzku, a nie po polsku, to w jakim jezyku dziecko bedzie wolalo mowic, w kotrym jezyku bedzie mialo szerszy zasob slow? w tym, ktory czesciej slyszy. i stad pomysl na katechizm dla dzieci takich jak moje: niby mowiace po polsku, czytajace w tym jezyku, ale dzieci, dla ktorych slowa ”rozgrzeszenie”, ”pokuta”, ”pojednanie”, ”czcij”, ”cudzoloz” sa slowami… obcymi. tym bardziej, ze nie maja religii raz czy dwa razy w tygodniu od 6-7 roku zycia, tylko maja religie albo raz na dwa tygodnie w dosc szerokich grupach wiekowych albo w ogole jej nie maja, tylko przechodza ”przygotowanie do” – do I komunii sw., do bierzmowania.

Stad moj pomysl, zeby napisac podrecznik: ”skupiony”, ze struktura, z esencja tego, co katolik idacy do I komunii sw czy bierzmowania powienien wiedziec, z nie gornolotnym, ale zwyklym, ”codziennym” slownictwem, latwym do rozumienia.

na koniec scena sprzed dwoch lat; Szkrab przygotowuje sie do spowiedzi: ”Boze, badz milosciw mnie GRZECZNEMU”….

przez zoladek do serca? – u nas na odwrot!

jakis czas temu luby zadeklarowal mi milosc. ja to wyznanie poddalam watpliwosci: „w to, ze mnie kochales 15 lat temu, nie watpie! ale teraz? – jakos tego nie widze” – drocze sie z lubym (wiadomo, kto sie czubi, ten sie lubi). luby zarzeka sie za wszystkie skraby swiata i pyta, co moglby zrobic, zeby mi to udowodnic. a tu Cie mam! ”ja bym chciala, zebys mi czasami wegetarianski obiad ugotowal!” luby sie zasmial, uznal to za kaprys matrony wchodzacej w stadium menopauzy. i na luzie odparl, ze spoko, ugotuje mi obiad wegetarianski. to bylo dawno temu, przed wakacjami. wracam w piatek do domu, (luby na ogol w piatki gotuje), a miechem jedzie po calym domu. ”widzisz, nie kochasz mnie”, mowie. luby strzelil karpia, bo juz zapomnial, co obiecal. przypomnialam mu, a jakze. i tak, co jakis czas, wracalam do temu – ”luby, a ty mnie kochasz, czy ty mnie nie kochasz???” i wiercilam dziure w brzuchu.

wracam dzis z pracy, niby nie piatek, ale luby w domu z dziecmi wakacjuje, wiec i obiad na niego zrzucilam. zagladam po garach – mieso… ”nie kochasz mnie”, wzdycham upierdliwie. luby zrozumial, ze nie odpuszcze.

przed chwila mowi: ”kochana? moglabys tu przyjsc?”. ”po co” – burcze pod nosem. ”no przyjdz….”. ide, patrze, a luby przeszukuje przepisy na internecie – wegetarianskie:DDD dalam zielone swiatlo na razowe penne z brokulami i duza iloscia czosnku. i z parmezanem.

kocha!

i po wakacjach

im jestem starsza, tym szybciej mi te wakacje mijaja. szkoda, bo dobrze bylo. w Lebie wybyczylam sie na maksa. poplazowalismy, pojedlismy, spotkalismy kochanych ludzi, z ktorymi ot tak, siada sie i gada, gada, gada, a czas leci, leci, leci, nie wiadomo kiedy, jak… Leba bardzo mi sie spodobala i wbrew temu, com sie glupio naczytala, na plazy od petow az tak strasznie sie nie roilo, ani pijakow zadnych nie zauwazylam, a nawet zadnego slowa na k… nie wiem, moze swoj do swojego ciagnie?;) nadrobilam troche zaleglosci czytelniczych. a z TS, z ktorego w sumie to juz wyroslam, ale tak jakos z sentymentu dwa razy do roku kupuje, dowiedzialam sie o filmie dokumnetalnym o Pavarottim i postanowilam, ze zabiore na niego mame, jak do rodzicow juz dojedziemy. i zabralam. mama byla przeszczesliwa, bo jest wielka miloscniczka tworczosci Pavarottiego. jedyne, czym bylysmy zawiedzone, to jego druga zona… taka szara myszka. co on w niej widzial? latwiej wybaczyc ”druga zone”, gdy ma cos w sobie, urok, charyzme, czy po prostu ”to cos” – to miala jego pierwsza zona, a ta druga… no cos chlopu na rozum siadlo;)

oprocz tego zaliczylysmy ksiegarnie przykatedralna, w ktorej szukalam materialow do przygotowywania mlodziezy rodzicow zyjacych na emigracji do biezmowania. i kicha. wszystko jakies takie gornolotne, nabombane, podreczniki o wszystkim i o niczym. bede musiala sama cos sklecic i… moze opublikowac. bo skoro mi takiego katechizmu-podrecznika dla dzieci na emigracji brakuje, to moze i innym? temat rozwine w osobnym wpisie, bo to temat rzeka. po wizycie w ksiegarni kawka, spacer, tramwaj, kino i… zakupy wystawowe. bo mama chciala jeszcze wskoczyc do ”Stefana” (sklep dla seniorek i seniorow – tak myslalam). idziemy wiec do Stefana, a tu na wystawie Stefana sukienka sie do mnie usmiecha. zupelnie nie moje kolory (niegranatowa!), zupelnie nie w moim stylu (pstrokata!) i to jeszcze w sklepie dla seniorow! zalozylam i… bez zastanowienia kupilam. i (jeszcze) nie zaluje;) mama kupila biala bluzke i wrocilysmy bardzo zadowolone do domu.

przeczytalam kika ksiazek, ale najbardziej nadelektowalam sie ”Pasja zycia” Irvinga – biografia van Gogha. Ksiazka, po ktorej zrozumialam, jak mozna tak oszalec, zeby odciac sobie ucho. i tak jak biografia Rembrandta bardzo zniechecila mnie do tego malarza, tak va Gogha pokochalam podwojnie – nie tylko za jego Sloneczniki, ale i za jego niesamowite emocje.

uspokoilam sie co do polszczyzny moich dzieci, bo przed wakacjami troche mnie rozpacz ogarniala, gdy uzmyslowilam sobie, ze chlopaki coraz wiecej mowia do mnie po niderlandzku, a ja, im bardziej zmeczona, tym czesciej albo tego nie zauwazam, albo juz z braku sily odpuszczam… przed wakacjami juz nawet zalowalam, ze meza nie-Polaka mam, bo jednak w rodzinach polsko-polskich, gdy w domu mowi sie po polsku, latwiej ten jezyk miec pod kontrola. a u nas sie to wymyka. ale to nic! wjechalismy do Polski i chlopaki automatycznie przestawily sie na j. polski! czasem przekreca jakies slowo, czasem polegna na deklinacji, ”poszlem” wygrywa z ”poszedlem”, ale generalnie jest dobrze! uf.

kupilam ”W Pustyni i w puszczy”, ”Anie z Zielonego Wzgorza”, ”Doktora Dolittle”, dostalismy tez ”Czekolade” od Akaszy i bede czytac Szkrabowi, i tak walczyc o polszczyzne.

a od pn do pracy. i dwa kg trzeba bedzie zgubic po tych polskich smakolykach.

w zgodzie z natura…

nie wiem, czy z powodu roznych stresow, czy z racji wieku, hormony mi zaszalaly i strachu napedzily. byl ”falszywy alarm”. dwa tygodnie spoznienia. popanikowalam, bo jak juz nie raz wspominalam, czuje sie za stara na male dziecko. choc ten problem, to bym jakos przezwyciezyla i w sumie… dziecko wnosi tyle radosci, ze moj wiek jakos bym przelknela. gorzej z praca. bo jak tu oddac 3-miesiczne dziecko na 40 godzin do zlobka? na mniejsza ilosc godzin liczyc nie moge, mam dwoch szefow, dwie prace ma pol etatu i z zadnej zrezygnowac nie chce. bo jedna lubie, ale jest niepewna, a drugiej nie lubie, ale daje mi stabilizacje finansowa. ale porozwazalam rozne scenariusze, juz powoli zaczynalam akceptowac fakt, ze rodzina sie powiekszy, ale jednak nie.

i dobrze. tak bedzie lepiej.

ale co dalej… nie umiem przekonac sie do spirali, tabletek, plastrow, szczepionek ”anty”. bo ja nie jestem ”anty”. nie uwazam plodnosci za chorobe, za cos co nalezy blokowac. to, ze jestem plodna, to ze mam owulacje, swiadczy o moim zdrowiu. przez 14 lat malzenstwa zylam zgodnie z natura i moje nieblokowane cykle byly dla mnie czyms tak normalnym jak zmiany por roku; nie mam ochoty dzialac anty czemus, co jest czescia mnie.

wazektomia… to samo. nie chce, zeby luby tracil cos, co jest zgodne z natura, czescia jego fizjologii.

zostaja gumki. gumki, ktore smierdza. ktore szeleszcza. ktore zabijaja cala namietnosc, radosc, spontana.

no…. to jest jeszcze celibat;) choc to tez wbrew naturze.

cztery dni wakacji za mna

i choc nic nie robie, tom padnieta… przez ten upal;) lubie cieplo, ale 30C w domu, to juz za duzo. dzis poszlam posiedziec w piwnicy, zeby sie ochlodzic. a chlopaki… to osobny temat. po pierwsze, wypowiedzialam wojne tabletom, telefonom, komputerom, a w zamian… po calym dniu postu, pozwalam wieczorem ogladac seriale telewizyjne. dwie godziny. w koncu sa wakacje;) zaczelo sie od Netfliksa – wszyscy maja, tylko nie my;) czeeeemu, meczyl Bizon. a temu: w Tv tez sa seriale a my ich nigdy nie ogladamy, bo po prostu na to czasu nie mamy. wiec nie bede bulic za netfiksy, jesli i tak wiem, ze a) ani luby ani ja z niego korzystac nie bedziemy, b) znowu bedzie walka z chlopakami o wiszenie na mediach: do komputera, playstation i telefonow, jeszcze mi dojdzie netfliks. akurat. nie i juz! w czasie wakacji i w weekendy wolno ogladac seriale telewizyjne.. chlopaki sa zachwycone. Bizon zaskoczony, ile fajnych seriali kryminalych leci w TV. a co robia w ciagu dnia?

dzis od ‚po sniadaniu” do podwieczorka siedzieli w pontonie: najpierw go napompowali, potem napelnili woda, ja im troche cieplej dolalam i sie pluskali. tyle godzin!!! Szkrab czytal komiksy, Bizon kryminal, troche psikali pistoletami wodnymi, sprawdzilismy czy Blondi umie plywac (i nadal nie wiemy, bo choc lapkami przebierala, to nie smialam jej puscic; widac bylo, ze byla zadowolona z ochlody). po poludniu spakowalismy walizy.

wczoraj to byl dopiero dzien: gazety, krzyzowki, gry planszowe, a nawet atlas poszedl w ruch: pokonalismy palcem po mapie droge wakacji letnich i jesiennych. do tego sprawdzilismy, gdzie lezy Ekwador, bo z Ekwadoru pochodzi student lubego, ktory to wprowadzi sie do nas, na czas naszej nieobcnosci. bylam pod wrazeniem moich dzieci – ani razu nie steknely, ze sie nudza.

przedwczoraj: najpierw wyprawa na sklepy, w celu zakupu… sandalow (!!!) i innych letnich czesci garderoby, a pozniej, po poludniu troche bylo trudno, bo kolega przyszedl z telefonem. zarekwirowalam. lego poszlo w ruch. kolega zjadl moja domowa pizze i sobie poszedl… nie mial co robic, bez telefonu…

a jutro wypad do biblioteki, pakowanie samochodu i wywoz Blodni do naszej niani;)

moje wakacje

oficjalnie dzis zaczynam wakacje. nieoficjalnie dzis je koncze: dzieci od tesciow przyjezdzaja. a jako ze wakacje to ponoc spokoj, to moj spokoj (=wakacje) ulotni sie po poludniu;)

tydzien bez dzieci, za to w pracy – odpoczelam? tak, moj system nerwowy odpoczal. znow wracam myslami do tematu nerwicy: huk, chaos, krzyki, klotnie dzieci stymuluja moja zaleczona nerwice, sciski w zoladku i bole serca, lopatki, glowy i w sumie wszystkiego. no ale coz, chcialam miec dzieci, chce miec dzieci, kocham te moje dzieci i trudno, nerwice trzeba uspic i cieszys sie, ze dzieci zdrowe mi sie trafily i tyle halasu moga w dom wniesc. a moja nerwica to nie ich wina…

w kazdym razie, od jutra trzy tygodnie wakacji od pracy. tydzien w domu, tydzien nad morzem, tydzien u rodzicow.

po edycji: pierwszy dzien oficjalnych wakacji rozpoczelam wspanialym biegiem, 3 mile, w zadowalajacym (mnie) tempie. dzien skonczylam z olbrzymia opryszczka… wrrr… opryszczka w srodku ”lata”….

przeklenstwa

wpadli mi w oko artykul o kapitanie samolotu, ktory porzucal miechem w strone mlodszego pilota. rekacje ludzi skrajne, jedni twierdza, ze przeklinanie to taki meski sposob zwrocenia uwagi: krotko, zwiezle i na temat, inni z kolei sa oburzeni. a ja… nie jestem oburzona, bo znam takie typy, i akurat dla mnie mescy to oni nie sa, ani konkretni, bo marnuja slowa i czas na emocjonalne przerywniki, zamiast na konkretne komendy. i w zyciu prywatnym i w zawodowym mam kontakt z ludzmi, ktorzy przeklinaja; nie po drodze mi z nimi i nie chodzi tylko o slownictwo; tak juz jakos jest, ze z ”takim” slownictwem wiaze sie specyficzny typ czlowieka, typ z ktorym nie czuje sie komfortowo. bo ja czuje sie komfortowo z szefem, szefowa, ktory jak poplenie blad, wskaza mi go i wytumacza jak poprawic, a nie zaszczuwaja przeklenstwami. a jeszcze bardziej cenie takie szefostwo, ktore tak mna pokieruje, ze uda mi sie bledu uniknac. tak probuje prowadzic swoich doktorantow, tak rozmawiam z nasza sekretarka, a nawet z szefem;) staram sie byc myslami dwa kroki przed nimi. nie zawsze sie da wszystko przewidziec, zwlaszcza studenci bywaja zaskakujaco kreatywi, ale nie klne. raczej obracam kwasy w zarty, ewentualnie, a jak do kogos nie dociera, strzelam cynizmem.

nie jestem swieta… odreagowuje w domu… ale i tak, nie leca k…, i inne szewskie odzywki. rykne, hukne drzwiami, walne pokrywka i ludzie wiedza, ze mi warto zejsc z drogi. co ciekawe…. z wiekiem madrzeje;) coraz mniej strzaskam, hukam, czuje, kiedy dochodze do sciany i wtedy albo uciekam tam, gdzie nie ma ludzi, albo zakladam buty i ide biegac. po trzech milach wracam do domu potulna jak baranek.

wracajac do przeklenstw. dla mnie to buractwo. i gdy juz strzele raz na rok cholera jasna, to jest mi glupio. przed lubym, przed dziecmi. u mnie w domu, choc rodzicow mialam temperamentnych i klotliwych, nie przeklinalo sie. moj brat poszedl w burackie towarzycho i przesiakl… i czasem strzeli jakas k… ale i rodzice i ja szybko reagujemy: nie mow tak w mojej obecnosci. tak samo reagujmy luby i ja, gdy koledzy naszych dzieci strzela holenderskim przeklenstwem: u nas w domu tak sie nie mowi. i koledzy, i nasze chlopaki juz to wiedza;)

nowe hobby

to, ze lubie pedalowac wiem, odkad przyjechalam do Holandii, czyli od jakis 16 lat. ale do tej pory byl to sposob na szybkie przemieszczanie sie: do pracy, do sklepu, do znajomych, do kosciola, zawiezc dzieci, odebrac dzieci, itd. od wczoraj jest to moj nowy sposob na relaks. bo wczoraj, tak troche przypadkiem, przejechalam z chlopkami bez zatrzymanki 40 km. w wielkim skrocie: pewnie znajomy z Polski przyjechal z kolazowka. a juz jakis czas temu obiecalam mu, ze go wezme nad morze. jako ze wakacje zaczynam dopiero za 1.5 tygodnia, kiedy on juz wyjedzie, zastanawialam sie, jak to morze z jego kolazowka polaczyc. i wygooglowalam trase! do Delfzijl. tam, gdzie lubimy jezdzic latem na plaze. lata u nas nie ma, na dodatek plaza w ”przebudowie” , ale morze jest. i dosc fajna trasa nad to morze. wg google map to tylko 1 godz. i 47 min;) wyszlam z pracy troche wczesniej, zjedlismy obiad i pojechalismy: znajomy, chlopaki i ja. luby mial zebranie i nie mogl sie urwac. ludzie, co za radosc! dla mnie;) bo dzieci tak z grzecznosci jechaly… frytki im obiecalam, to jechaly. po frytkach zrobilo sie pozno i rozpadalo sie, wiec wrocilismy pociagiem. a mi sie tak spodobalo, ze oznajmilam panom, ze niestety, ale skazani sa na moje nowe hobby. bo sama jezdzic nie bede.

smigu, migu… bum

zasuwamy rano z lubym na naszych rumakach do szpitala. niby e-bikow nie mamy i miec nie zamierzamy, ale szybko prujemy. gadu, gadu, patrze, ze na srodku dosc waskiej uliczki, naszej ”skrotowej”, stoi samochod, dosc niefortunnie zaparkowany. w momencie, kiedy to pomyslalam, poczulam, ze frune na przeciwlegla sciane, slupek, sciane, slupek, lece, mysle, w co hukne, w slupek, czy w sciane, lece i mysle, jak hukne w slupek, to poharatam sobie brzuch, polamie nogi, zeby, nadgarstki, jak hukne w sciane rozwale sobie glowe i ramie… lece z zawrtona predkoscia, mam czas na tysiac mysli, a nie mam czasu na reakcje, lece… mysle, juz po mnie. i nagle… w ostatniej chwili zatrzymuje sie krzakach, ktore rosna miedzy sciana a slupkiem. krzaki mnie uratowaly. krzaki weszly mi w przednie kolo, w buty, w pedaly, slupek polamal oslone od lancucha, zagial mi pedala, ale ja nie mam ani jednego siniaka. nic. nawet miesnia nadwyrezonego nie mam.

tylko moj lot smiga mi caly dzien przed oczami, obraz slupka i sciany powraca i lek sciska zoladek. moglam sie zabic. a nie mam ani siniaka. dzieki, moj Aniele Strozu.

a skad ten lot? ano stad, ze zahaczylam prawa strona kierownicy o inny rower, ktorego kierownica wystawala na ulice. przez to, ze zagapilam sie na samochod, nie zwrocilam uwagi na zle zaparkowany rower… uderzylam w niego niczym samochod w barierke. w sumie, lekko musnelam kierownice o kierownice. to wystarczylo, zeby poleciec na przeciwlegla, lewa strone.

wychowywanie, wplywanie…

w piatek dowiedzialam sie, ze nasz chinski doktorant ma tak irytujace zachowanie, ze dwie studentki ewakuowaly sie z biura, ktore z nim dzielily do innego pokoju. dotarlo to do mnie via-via. poszlam do jednej z nich pytam, co takiego ten nasz ”Ge” wyprawia. no wiec Ge:

  • ucina sobie drzemke po lunchu i strasznie chrapie, a jak go sie budzi i mowi, zeby przestal chrapac, to twierdzi, ze nie chrapie
  • uprawia sport w ciagu godzin pracy, po czym nie biere prysznica i mowiac wprost, smierdzi. kiedy dziewczyny zwrocily mu uwage, glupio sie posmial i olal ich uwage
  • pije herbate lisciasta i nie dosc, ze siorbie, to cedzi liscie miedzy zebami i spluwa/ wypluwa je z powrotem do szklanki.

No i co tu zrobic z takim fantem… pogadalam z szefem i doszlismy do wniosku, ze musimy naszego chinskiego doktoranta wychowac; uswiadomic, ze Europa to nie Azja i ze jego zachowanie jest w Europie niemile widziane…. trudna to bedzie rozmowa, bo jak tu doroslemu facetowi powiedziec, ze smierdzi..:/

co do wplywow… wczoraj rano Bizon pyta czy moze zaprosic Thysa. mozesz, oczywicie, odpowiadam. okazalo sie jednak, ze 13-letni Thys poszedl z innym kolega na miasto, na lunch… zdziwilo mnie to, lubego tez. i lubemu, i mi wysylanie 13-latkow na miasto, zeby sobie we dwoje zjedzli lunch w kafejce, wydalo sie przesada. oczywiscie, Bizonowi zal xxx scisnal…. a mi Bizona bylo zal, ale powiedzialam, co myslalam: 13-letnie dziecko niech lunchuje w weekend z rodzicami, a nie gdzies samopas na miescie. i choc nie umie zwerbalizowac i uzasadnic swoich odczuc, sa one negatywne. a dzis mama Thysa zaproponowala Bizonowi, zeby obejrzal u nich po poludniu mecz z Thysem. Bizon jednak nie mogl, bo na 17.00 szlismy do kosciola. mama Thysa spytala Bizona: a czemu ty co niedziele musisz chodzic do kosciola? przeciez Bog wie, ze go kochasz. zirytowalo mnie to. i w tym przypadku wiem dlaczego: bo takim pytaniem ”podjudza” mi dziecko. dziecko jak to dziecko, wiadomo, ze nie zmartwiloby sie, wrecz ucieszylo, gdybysmy go na msze nie wzieli. sama bylam dzieckiem i to rozumiem. ale dziecko tez nie ma ochoty isc kazdego dnia do szkoly, nie ma ochoty myc zebow, woli czipsy od obiadu. a jednak do szkoly chodzi, zeby myje, a na obiad je obiad, a nie czipsy. tak samo patrze na msze swiete: jestesmy chrzescijanami, zobowiazalismy sie do wychowawania dzieci w wierze katolickiej i coniedzielna msza nalezy do wychowania w tejze wierze. do mamy Thysa napisalam wiec uprzejma, ale jasna wiadomosc: Bizon dolaczy do was po mszy. A jak masz pytania badz watpliwosci dotyczace naszego coniedzielnego uczestnictwa we mszy swietej, zapytaj mnie, a nie mojego 13-letniego syna.

to tyle…