od dziecinstwa marze o psie, a na stare lata moja milosc do zwierzat sie powoli wymyka spod kontroli… i chodzi za mna pies. otwarcie sie do tego nie przyznaje, bo pies to dodatkowy obowiazek, wczesne wstawanie, klaki krazace po calym domu, od ktrych mozna dostac szalu, dodatkowy wydatek, klopot podczas wakacji…
dzis odbieram Bizona z urodzin od kolegi z nowej szkoly, wchodze a tam… bialy labrador. tak cudowny, tak piekny, ze zamiast przywitac z mama solenianta, ja zaczelam od witania sie z psem. pies adoptowany, przybyl z… Rumunii. ktos go tam porzucil i blakal sie po jakiej wsi. pies, do ktorego od razu poczulam sympatie – taki, ktory czlowieka ostudzi swoim zrownowazonym charakterem. drugi pies(ek) – popyrtany kurdupelek, takie male, wsciekle ADHD, ktore latalo wokol bez wymiany spojrzenia, bez nicic porozumienia. w ogole mnie nie porwal.
mama kolego Bizona mowi, ze nie wie, czy nie bede musieli sie labradora pozbyc, bo dwa razy capnal malego wscika. no ja mu sie nie dziwie – jak by ktos wokol mnie tak nerwowo szalal, jak ten maly pies, tez bym go kasnela. i nagle mowie do kobiety: sluchaj, jak bys chciala labradora oddac, daj mi znac. nie wiem, czy maz sie zgodzi, ale moze…
w domu zaczelam podchody… luby slabo protestuje. niby mowi ”zadnego psa”, ale malo przekonujacym tonem. dzieci tez o psie marza – mowie, ze jesli przyjdzie co do czego, to kazdy podpisze zobowiazanie, ze kazdego dnia wezmie psa na spacer i wpisze godzine, o ktorej sie spacer odbedzie. dzieci chetne zobowiazanie podpisac… ja chetna na wieczorne spacery. gorzej z porankami.
ech…. mam tego labradora przed oczami. jego spokojne oczy we mnie wpatrzone, takie ufne, cieple. kochane. i co tu robic…