nocne rozmowy
Lezymy w lozku, obgadujemy, rechoczemy, az dziw, ze Bizon spi.
Luby stwierdza, ze nasz przyjaciel go zirytowal podczas lunchu, bo wszystkim ciagle opowiada o swoich oswiadczynach. Luby i ja to dziwadla straszne, nikt sie nikomu nie oswiadczal, podjelismy decyzje, ze czas najwyzszy sie pobrac. W pracy powiedzialam kolezance z biura, majac nadzieje, ze zrobi mi ta przysluge i wszystkich poinformuje, bo ja nie umiem „takich” nowin oglaszac. Nie zawiodlam sie; po lunchu juz wszyscy wiedzieli.
Nasz przyjaciel jednak jest normalny, cieszy sie ozenkiem i chce to oznajmic calemu swiatu. A lubego to drazni…
Smieje sie: ty to taki ideal jestes; szczesciara ze mnie, nikogo nie irytujesz, taki kochany z ciebie czlowiek.
On na to: no pewnie, ze nie jestem irytujacy, robie, co do mnie nalezy i nie truje nikomu o oswiadczynach.
Po chwili sie zreflektowal: no czasem moze i jestem upierdliwy, np. jak czegos zapomne.
Luby zapomina wszystko w ciagu 5 minut i ciagle jeszcze nie odgadlam klucza do jego sukcesow zawodowych; nie wiem, jak z tak niezorganizowanym podejsciem do zycia pnie sie w gore; nie wnikam, grunt, ze sie pnie.
Zadalam mu wiec klasyczne pytanie: luby, a ile ty masz lat?
Cisza… luby liczy.
28????
Nie wytrzymujemy i parskamy smiechem. Smiejemy sie przez kolejne kilka minut, bo luby nigdy, nigdy nie pamieta ile ma lat. Za to pamieta nr telefonu do biura, laboratorium, do szefa swojego, mojego, mojego bylego biura, mojej komorki, tescia, tesciowej, przyjaciela, ktorego tak obgadal, szwagierki…
Tak, masz 28 lat; dobranoc.
Zabezpieczony: obiecanki cacanki
trzesipupek
Cisza, Bizonek spi. W pewnym momencie slysze dramatyczny krzyk z sypialni. Lece zestrachana, a maly stoi z wypieta do tylu pupa, trzyma sie lozeczka i zanosi sie od placzu.
Wstac umial, ale juz usiasc, jak nozki sie zmeczyly, nie potrafil, bidaczyna.
I tak stal przy tej barierce i trzasl pupa, bo juz utrzymac sie nie mogl, a lzy krokodyle sie laly…

Zabezpieczony: ucze sie
zeby
Dwa zeby na raz rosna Bizonowi. Dlaczego glownie w nocy?????
Wczorajsza noc: pobudka co pol godziny, co godzine; i to cichutkie skomlenie przez sen, nie umiem nie slyszec, az mnie w srodku boli od tego zalosnego dzwieku. Przytulam ja, przytula luby, dajemy w koncu paracetamol, nie pomaga. Byle do rana. Rano wszyscy troje niewyspani, z sincami pod oczami, ale mimo wszystko szczesliwi.
dobry wnusio
Dzisiaj Bizonek postanowil podzielic sie z babcia smoczkiem. Od rana wciska babci smoczka do ust. Babcia sie broni, ale Bizon sie nie poddaje. Masz babciu smoczka, no masz, pociumaj sobie, smieja mu sie oczka

A oprocz tego rwie sie brzdac do stania, czepia sie wszystkiego, co wyzsze: stolu, krzesel, nog, balustrady lozeczka, kojca, kombinuje jak moze.
szalenstwo z farbami
zaczelo sie wczoraj; pomylilam dni mi myslalam, ze to wczoraj przyjezdza „ekologiczny” samochod, ktory zbiera stare farby i inne chemikalia.
Miedzy swietami a nowym rokiem luby sprzatal piwnice; sprzatanie polegalo na tym, ze powrzucal stare farby do dwoch workow i „udekorowal” nimi balkon. Zamierzalam wrzucic te wory na rower i wywiezc do „ekologicznego” samochodu. Jednak worki byly tak napchane, tak ciezkie, ze nie dosyc, ze podniesc ich nie moglam, to jeszcze sie porwaly, puszki przerwocily, a farba wylala sie na balkon.
Klelam jak szewc, obecnosc mamy mnie nie powstrzymala, kopnelam z wscieklosci w drzwi balkonowe, oczywiscie musialam trafic w drzwiczki „kotowe”, ktore pekly, wiec pouzalam sie nad soba, jak to wszystko na moich barkach, a luby sie do pracy zabierze i z glowy. Przepakowalam worki, zawiozlam pierwsza rate na plac, gdzie mial byc samochod ekologiczny, ale samochodu niet. Plac pusty. Grad leci, wiatr wieje, worki mi spadaja z roweru, wrrrrrrrr. Chyba zimno ostudzilo ma wscieklosc, juz mi wszystko jedno bylo. Wrocilam do domu, zadzwonilam do punktu „ekologicznego” i dowiedzialam sie, ze pomylilam dni, ze to 20-tego zbiorka farb. A….. Mialam pogonic lubego, zeby wieczorem porzadnie popakowal te puszki, zniosl przed dom, zebym chociaz po schodac tego zelastwa nie musiala targac, ale.. luby wrocil z pracy o 21.00.
Odpuscilam mu. Podalam obiad jak dobra zona, dzis rano jeszcze raz porzadnie przepakowalam farby, dorzucilam pedzle, kleje i resztki rozpuszczalnikow, zrobilam trzy rundki i balkon pusty. Tylko plama po farbie zostala. Niech luby cos z nia zrobi.
materializm
„Rozumiesz, mowila, napisalam wiersz, a on pyta, ile z niego dostane! Przeciez ja wiersz pisze, zeby zbawic swiat!” A. Kowalska, „Pestka”
ja= on
luby = ona
ja: lubie miec pieniadze, pracuje glownie dla pieniedzy
luby: wydaje pieniadze, pracuje glownie dla przyjemnosci