samo sie nie zrobi;)
kiedy bylam ostatni razem u ”Gosi od paznokci”, Gosia miala dola wagowo-figurowego. Upiekszajac mi paznokcie zalila sie, ze cwiczy, cwiczy, a a efektow nie ma, ze ciagle za duzo wazy, ze ona nie umie calkowicie rezygnowac ze slodyczy… Czipsie, jak ty to robisz, ze taka chuda jestes – pyta, zrozpaczonym glosem. No coz, w moim odczuciu, ja wcale ”taka chuda” nie jestem. wrecz przeciwnie, jako ze od roku nie uprawiam tak intensywnie i regularnie fitnessu jak bylo to zanim sie przeprowadzilismy, cielsko mi sie rozlalo i coz, mimo ze wagowo to samo, a nawet jakby ciut mniej, to nozki, brzuszel, ramiona – ”zelizelizelizeli” – jak to mowila moja byla instruktorka. trzesie sie niczym galaretka (w moim mniemaniu;)). z kolei Gosia, owszem, nie jest chucherkiem, ale jest pieknie umiesniona, bicepsy i inne miesnie, ktorych nazw nawet nie znam, ma pieknie wyrzezbione. mowie jej wiec zartobliwie: Gosiu kochana, przestan tak intensywnie cwiczyc, to waga spadnie, ale watpie, ze bedziesz zadowolona z ”jakosci” swojego ciala. no nie, Gosia glupia nie jest, wie, ze stracic miesnie, zeby waga spadla, to robota glupiego. ale dalej ciagnie: no czips, ale powiedz, ty masz taka przemiane materii, zes taka chuda, slodyczy nie jesz, glodzisz sie? nic z tych rzeczy: ani przemiana materii, ani slodyczy sobie nie umie calkowicie odmowic, ani glodna nie umiem chodzic, bo w pracy musze myslec, a na glodnego nie potrafie, a w domu… tez musze myslec. a jak zem glodna, tom zla.
no to jak ty to robisz??!?!!
nic sie samo nie zrobi. mowie. slodycze jem, ale jak juz wtrzachne pol tabliczki czekolady, to obiadu nie jem. Gosia sie dziwi: ale to nie zdrowo! a czemu – pytam? jakbym tak jadla codziennie, to owszem, byloby niezdrowo, ale jak taki numer robie 1-2 w miesiacu, to co mi sie stanie? odwapnie sie? anemie bede miec? co za cos – byla czekolada, nie ma obiadu. a jak wiem, ze wieczorem impreza i sobie pewnie pofolguje, to rano kilka km przebiegam, zeby na zas spalic. i nie, nie gloduje, ale bardzo licze, co jem. niestety, tych co to maja ”taki” metabolizm jest garstka. nie ma co o metabolizmie gadac, tylko po prostu wziac sie do roboty. bo ladna figura to na ogol jednak walka, silna wola i ciezka praca.
a ja… cos musze zrobic ze swoimi sflaczalymi miesniami. ale jak tu cwiczyc w taki upal? w domu mamy 27C;) poczekam az sie ochlodzi;)
nasza milosc docinkowa;)
wczoraj umylam podloge, ledwo wyschla, a tu luby z chlopakami na hulajnogach wparowuja prosto z ogrodu! huknelam wiec, ze mi podloge brudza. luby pokazuje, ze ani jednej plamy nie ma; plamy nie, ale smugi – mowie. patrz, tu! – pokazuje palcem. luby spojrzal na mnie i mowi zatroskanym glosem, niczym psychopata: ”moja kochana, zaczynasz widziec rzeczy niewidzialne…. czas na wizyte u lekarza” – i smieje mi sie prosto w twarz! moj kochany, odpowiadam, czas wybrac sie okulisty!
i tak to sie wlasnie kochamy:-)
wyknaczajace wakacje;)
wczoraj przywiezlismy dzieci od tesciow. upaly i bieganie na swiezym powietrzu wykonczyly chlopcow. Bizon kilka zmeczonych lez uronil juz wczoraj, w samochodzie, szybko sie jednak opamietal, jak to Bizon. Szkrab zas odczekal do dzis i jak wlaczyl swoje jeki, to zaczelam (nerwowo) podworko zamiatac;) wczesniej luby obiecal, ze wezmie chlopakow do kina. jak juz Szkrab jeki odhaczyl, jak juz sie wyciszyl, pojechali do kina. Szkrab wrocil z bolem glowy. obiadu zjesc nie chcial, pposzedl na gore, polozyl sie w naszym lozku i…. godzine temu zasnal. co on bedzie w nocy robil… ? pewnie nas budzil….
po 2 godzinach zbudzilam Szkraba. zjadl obiad i poszedl z nami na spacer. a w czasie spaceru buzia mu sie nie zamykala, caly czas nadawal. udalo mi sie jednak wtracic i wspomniec o pomysle, ktory mnie od niedawna ”meczy”; niedaleko nas jest dom starcow. przechodze obok niego dosc czesto i widze tych ludzi siedzacych i gapiacych sie przez okna. cale dnie. i przyszlo mi do glowy, ze trzeba by sie podjac wolontariatu, pojsc, pogadac, wziac na spacer. dziele sie moimi myslami ze Szkrabem i lubym, a Szkrab bardzo stanowczo zaprotestowal: ”bo starsi ludzi ciagle tylko gadaja, gadaja i gadaja; pake i beppe go wymeczyli tym ciaglym gadaniem w zeszlym tygodniu”. a ja mysle, ze jednak trzeba dzieci od malego wdrazac w pomoc innym. jako ze babci i dziadka na miejscu nie ma, a poza tym jeszcze sa sprawni, to trzeba sie gdzie indziej udzielac.
nastolatek
nasz Bizon jest na ogol bardzo zrownowazonym emocjonalnie dzieckiem. wszelkie problemy wyplakal i wykrzyczal przed 3-cim rokiem zycia. tak, trudnym byl maluchem, ale pozniej nagle jakby reka odjal, stal sie latwym dzieckiem. a teraz hormony robia swoje i od czasu do czasu emocje wymykaja sie mu spod kontroli. dla mie jest to niezwykle interesujacy okres i poniewaz Biozon nadal jest dosc latwym dzieckiem, jego emocjonalne wyskoki na ogol smiesza mnie (i ciesza). I tak w sobote prosilam, zeby chlopaki spakowali walizki na wyjazd do tesciow. zanim zabrali sie do pakowania musieli najpierw sterte prania posegregowac, zeby swoje ubrania powyciagac. gdy konczyli sortownie przyszli koledzy… a pozniej inne obowiazki zajely chlopakom popoludnie, wiec stwierdzilam, ze sama im te walizki szybko spakuje, zeby pozno wieczorem nie szalec. spakowalam.
w niedziele rano, siedze i sacze kawe, luby i Szkrab jedza sniadanie, Bizon bierze prysznic. spokoj, sielanka, blogostan. Nagle Bizon wpada w majtkach i krzyczy: gdzie sa moje krotkie spodenki?!?!!!? podnioslam zaspane oczy znad kawy, wzruszylam ramionami i olewajacym tonem odpowiedzialam: w walizce (bo wszystkie krotkie spodenki mu spakowalam).
Bizon nie wiedzial co powiedziec, wiec postraszyl, ze bedzie chodzic w majtkach. OK – rzeklam. Bizon zasiadl przy stole, zaczal jesc sniadanie i zaczal sie smiac. my tez:D i nagle zrobilo sie wesolo:)
juz sie poznali
luby od pn przejmuje rzady w pewnym oddziale. byly szef organizuje dzis obiad pozegnalny. rano dzwoni do lubego: pamietasz o wieczornym obiedzie? pamietam, pamietam – odpowiada luby. i od razu spieszy mnie poinformowac, ze przeprasza, ale na smierc zapomnial, ze dzis wieczorem ma wyjscie;)
taaaak…. luby ma wiele zalet, ale kalendarz to jego slaba strona. nigdy nie wie, kiedy, gdzie, o ktorej godzinie…. zyje sobie w blogiej nieswiadomosci…i ratuje go tylko to, ze ma wokol ludzi, ktorzy jakos toleruja jego nieogarnicie czasowo-przestrzenne i pomagaja mu przetrwac w swiecie spotkan, terminow, deadlinow.
kolejna diagnoza
dzis odbylismy rozmowe z pediatra, ktory wraz z radiologiem i neurologiem omowili asymetrie w mozgu Bizona. asymetria jest. lewa przestrzen, tzw. przestrzen Virchow-Robina jest jakies 3x razy wieksza niz prawa.
Co to oznacza? Wg lekarzy nic – nie jest to choroba, taka uroda, anatomiczy wybryk. przejrzelismy szybko z lubym literature medyczna – tak wlasciwie, to nie wiadomo, co oznacza taka asymetria. kojarzona jest z chorobami neurologicznymi w wieku starszym, m.in.z Parkinsonem. u Bizona zadnych odstepstw neurologicznych nie widac, jest zdrowym, madrym, sprawnym chlopcem, ze swietna koordyncja, wiec nie bede sie martwic na przyszlosc.
Wyszlismy z lubym z gabinetu jakies 100 kg lzejsi, bo jednak ciazyla nam ta sprawa.
Bizona z nami nie bylo – mial pozegnanie klas osmych…
to pobiegam;)
juz sie szykowalam do wieczornego biegu;) ale najpierw poszlam oporzadzic ogrod. na bosaka. bo to tak fajnie na bosaka po ogrodzie chodzic. sekatorek do reki i ciach, ciach, maliny poprzycinalam. i jeszcze jakis krzew, co wlasnie przekwitl. i krzew, co ma kiedys zakwitnac, ale jakos nie moze. i juz prawie konczylam, gdy nagle sekator wysliznal mi sie z reki i co zrobil? ciach, spadl mi na stope – lewa, ma sie rozumiec, zeby dobic. ale co tam, to tylko drasniecie. zaczelam zbierac pooblinane krzewy, patrze, a tu krew sie leje na calego:/ a co tam krew, przykleilam plaster i robote skonczylam. po godzinie stopa spuchla. prawdopodobnie od uderzenia sekatora.
i znow zamiast biegac, najadlam sie czekolady z orzechami://////
przychodzi baba do lekarza
przychodzi baba do lekarza, pierwszy raz w zyciu widzi go na oczy, a on z wielkim usmiechem wola: o, widze, ze kolega do mnie przychodzi! eeeee…. no tak, pracuje w szpitalu, ale nie jestem lekarzem… o! a co, gdzie, z kim, jak dlugo… najpierw pogadalismy o pracy, a pozniej o moim kolanie. diagnoza brzmi fantastycznie: postraumatyczne patelloformaal:DDD juz wiem, co mi dolega;) i nie musze sie martwic, bede zyc, wolno mi biegac, skakac, nawet na nartach jezdzic, tylko musze mniec udo jak z kamienia… bo udko na obolalym kolankiem jest lekko sflaczale;) tak to jest, jak sie unika bolu i ciezar ciala przenosi na drugie udko.
i znow fizjoterapeuta… a ja taki len jestem… nie lubie chodzic do fizjoterapeutow, a jeszcze bardziej nie lubie wykoywac ich cwiczen, ktore sa nudne, zmudne i powolne.
granice pilnowania
pamietam, gdy Bizon skonczyl jakies dwa latka i zaczal dosiegac klamki. pamietam moment, kiedy otworzyl sobie drzwi wyjsciowe. od tej pory zamykalam je na klucz, zeby mi Bizon nigdy bez kontroli nie wyszedl z domu. pamietam tez jak u Szwagierki, zagadalismy sie przy kawie i chlopaki poszly w sobie na miasto… ale i tak, nie oddalili sie daleko, w ciagu jakis trzech minut ich znalezlismy. to byla dla nas nauczka: dzieci trzeba miec na oku.
w niedziele znajomy, ojciec 3-letniego Huberta opowiada jak to Hubert im ucieka do sasiadow i musza go szukac. na ogol ucieka do holenderskich sasiadow mieszkajacych po bokach, ale bywa i tak, ze zapuszcza sie na sasiednia ulice, gdzie mieszka znajoma Polka. znajomy to tak beztrosko opowiadal, jeszcze nawet z duma, ze syn taki smialy, ze oni w domu po polsku mowia, a syn do holenderskich dzieci ucieka i slowa od nich podlapuje… a ja sie spytalam: a nie boicie sie, ze sie kiedys zgubi w obcym terenie, ze skoro jezyka niderlandzkiego nie zna, to nawet nie bedzie umial sie dogadac, jak ktos go znajdzie? nie boicie sie, ze jakis psychol go dorwie? nieeee- mowi, znajomy, przeciez u nas jest spokojnie…. no jest. ale czy to jest gwarancja na bezpieczenstwo? w miescie ludzie sa anonimowi, ja po roku dalej nie konca czaje, ktore dziecko z naszej ulicy gdzie mieszka, kto jest jego rodzicem, jak ma na imie…. nadalboje sie, zeby jakis zbok nie przyczail sie, jak chlopaki same wracaja na lunch do domu, zeby nikt im sie do domu nie zaprosil… a moje dzieci maja juz duzo wiecej niz 3 latka!
nie wiem, moze ja mam zbyt bujna wyobraznie… ale dla mnie pozwalanie 3-latkowi na takie wloczenie sie po okolicy to zbyt duzy luz. co prawda mama mu oficjalnie nie pozwala, ale jak np. usypia mlodsze dziecko, to Hubert ucieka… no ale kurcze… 3-latek przechytrza rodzica? to troche dziwne…