chciec i miec. polsko-holenderskie roznice

przygotowuje strone internetowa naszej grupy naukowej. pewien ”troche znajomy” programista polecil mi szablon i zaczelam budowac. oczywiscie trafiam na kilka technicznych problemow, czasem bardzo glupich, np. jak zmienic kolor, rozmiar czy typ czcionki. pytam tego programiste, ktoremu szef w koncu zdecydowal sie nawet zaplacic za techniczne wsparcie (bo tenze znajomy przygotowuje dla nas tez pewien program), jak zmieniac czcionke i slysze ”nie da sie! taki jest szablon i juz”. ja, nieprogramistka, upieram sie, ze z pewnoscia jest jakis sposob, przeciez jak sie tworzy taki szablon, tez sie na poczatku nadaje czcionce dane cechy. no tak, da sie, ale to trzeba zrobic inaczej, od podszewki – dobra, mowie: to zrob od podszewki! nie wazne jak, czy od podszewki, czy od kolnierza, to mnie nie interesi, po prostu: zrob! ok…. zrobi. i tak z prawie wszystkim… na szczescie ja juz wyrobilam pancerz, nauczylam sie bycia buldozerem i pcham, popycham, naciskam – tak dlugo wierce dziure, az wyegzekwuje to, czego chce. niektorzy nazywaja to byciem upierdliwym:D a ja mowie: wszystko sie da, tylko trzeba chciec. i pomyslec. bo co ciekawe, choc ja nigdy dotad zadnej strony internetowej nie projektowalam, nie robilam, a tylko odwiedzalam, wychodze z rozwiazaniami ”na okretke” – nie da sie klasycznie, to nic, zrobimy to droga okrezna, ale efekt bedzie taki, jaki chcemy miec.

ta sytuacja przypomniala mi remont naszego domu. w rogu kuchni szla rura, ktora okazala sie wentylacja. bardzo mi ona nie pasowala, bo akurat tam chcialam miec szafke narozna. pytam Holendra: da sie te rure zlikwidowac? nie da. pytam mojego Macka: da sie te rure zlikwidowac? wszystko sie da.

i ja jestem takim Mackiem – wszystko sie da. tylko trzeba chciec. trzeba sie zawziac, pomyslec i dokladnie wiedziec, czego sie chce. I jak to moj sze mowi: na sukces sklada sie 1% aspiracji i 99% transpiracji:D

i po wakacjach

wrocilismy wczoraj do domu. wakacje sie nam udaly. znow widze, ze dla Szkraba i dla mnie dwa tygodnie poza domem to takie optimum – w sam raz. luby i Bizon za to za domem nie tesknia i zalowali, ze te dwa tygodnie tak szybko zlecialy. luby ma jeszcze tydzien wolnego, bedzie z chlopakami w domu, a ja juz jutro galopuje do pracy. co mnie cieszy:D bo lubie to swoja prace.

swinki byly u Beatki – mialy hotel 5-cio gwiazdkowy, bo Beatka jest nadgorliwa we wszystkim co robi, wiec i o swinki nalezycie sie zatroszczyla; codziennie mi fotorelacje przysylala:D i kurcze, mimo tak wysmienitej opieki, nasz Snoepje, nie wiem, czy ze stresu, bo on strachajlo jest, czy z tesknoty, strasznie duzo siersci stracil. jak go wzielam na rece, to z garsc siersci na mnie zostalo:/ az sie wystraszylam… no nic, i wczoraj, i dzis glaskalam, cmokalam, przemawialam… podwojna dawke witamin zaaplikowalam i mam nadzieje, ze Snoepje szybko do siebie dojdzie.

Pieniny:-)

Pierwszy raz w zyciu wybralam sie w Pieniny. Piekne krajobrazy, mili ludzie, przepyszna kuchnia… ja, ktora nie znosze potraw macznych, za pierogami wyjatkowo tesknilam…
Jedyne co nam przeszkadza, to burze;) jedna zlapala nas na szlaku. przyznaje uczciwie, ze malo czego tak sie boje w terenie otwartym, jak burzy. Tak wiec trase, ktora teoretycznie zajmuje 2.5h zrobilismy w godzine – galopem. Az cud, ze nic nie polamalismy. Zakwasy sa, a jakze:DDD Grunt, ze kolano nie protestuje!

A dzis leje… wczesniej przeszly dwie burze. Na wyprawy gorskie ochoty nam odeszly. Mam nadzieje, ze jutro bedzie lepiej.

Za tydzien bedziemy sie zbierac w podroz powrotna, do Holandii… szybko mijaja te wakacje.

trampolinowo

pojechalam wczoraj z chlopakami do ”swiata insektow”, gdzie oprocz ogladania i jedzenie insektow, mozna tez poglaskac skunksa, jeza, zolwia, mozna potrzyma na rece tarantule i wziac na szyje weza. i poskakac na trampolinie. i nadenerwowac przez te trampoline, bo:
– wchodzi na oko 5-letnia dziewczyna, kladzie sie i fruwa w powietrze pod wlywem skakania innych dzieci. smieje sie do rozpuku. i wszystko fajnie, tylko, ze w rece trzyma bulke, ktora w miedzyczasie konsumuje. a mama i babcia ciesza sie, ze sie dziecko cieszy. a ja siedzialam i sciskalo mnie w zoladku: zakrztusi sie czy nie, zwrocic uwage matce, ze to niebezpieczne, czy nie. w koncu nic nie powiedzialam, dziecko sie nie udusilo, a ja z ulga odetchnelam, gdy dziewczynka skonczyla bulke.
– moje chlopaki, a mialam ich trzech byli najstarsi, a wiec i wagowo dominowali. wiec ich jeden delikatny podskok wyrzucal dosc wysoko dzieci w gore. i znow siedzialam spieta, bo z jednej strony nie ma zadnego ograniczenia wiekowego, 9-letni Szrab tez ma prawo sobie poskakac. a z kolei 11-letni Bizon wyglada z na mlodszego, bo i nizszy i lezjszy, wiec i jego nie przepedzalam. kolego Bizona… wysoki i wazy 45 kg… ale tez jeszcze dziecko. i zaczelo sie: najpierw dwie dziewczynki splochane zeszly… mowie do nich: chlopaki za 10 minut sobie pojda. i tak bylo po 10 minutach mowie ”chlopaki, tu sa tez mniejsze dzieci, wy juz sobie poskakaliscie, teraz ich kolej”. chlopaki bez protestu zeszli, bo uwazali, ze za 10 minut znow bede mogli poskakac – tak na zmiane. ale nie, bo wtedy przyszly nowe dzieci, 2-3 letnie maluchy! i zaczely babcie narzekac, ze chlopcy sie za dziko zachowuja, ze powinni zejsc. a ja sie wkurzylam i stanelam w ich obronie. ze jak moi chlopcy byli w wieku ich wnuczat, to nie pozwalalam im wchodzic na trampoline, bo sie balam o ich bezpieczenstwo, ze jak byli maluszkami, to sszli, o tu, obok, do piaskownicy. bo tak bylo! jak bylam z 5-letnim Bizonem i 3-letnim Szkrabem w tym swiecie insektow, to pol dnia bawili sie w piaskownicy, a na trampoline pozwolilam im isc tylko ,gdy nie bylo na niej innych dzieci, czyli moze jakies 5 minut.
a tu babcie rozsiadly sie i nagle ustalaja jakies reguly, ze ich pociechy, co ledwo chodza maja byc na trampolinie, a strsze dzieci maja zmykac. nie, nie, trampolina jest dla wszystich dzieci. moich tez. a jak sie martwicie o bezpieczenstwo wnuczat, spadac z nimi do piaskownicy, albo ustalic czas, kazdy moze, ale po 5-10 minut. panie nie chcialy ruszyc swoich wnuczat, a ja powiedzialam chlopakom, ze moga skakac, ile chca, tylko w miare mozliwosci delikatnie. na szczescie chlopakom sie trampolina wkrotce znudzila i moglam znow odetchnac…

biegu biegu

przygotowania do 4 mil trwaja. mi wolno od fizjoterapeuty podniesc poprzeczke: 15 minut:DDD gorzki to smiech, bo ja jestem niecierpliwa, ale lekcje juz dostalam – wiem co to znaczy bol kolana. co gorsza, Bizona tez od czasu do czasu kolano boli… wiec i jemu takie 15-minutowe truchty pomoga wmocnic miesnie, zeby nie obciazac kolan. do tego, kupilam mu dzis buty z amortyzacja, w sklepie z butami do biegania. w sklepie pan kazal mu zrobil kilka rundek. Bizon pobiegl, a pan patrzy na mnie: jest zapisany na lekkoatletyke? nie, a czemu?- pytam. bo tak lekko biega! powinien uprawiac lekkoatletyke! stwierdzil pan od butow. mowie, ze na razie pilka nozna jest jego pasja, a w ramach lekkoatletyki, zamierzamy przebiec 4 mile. pan sie smieje i ostrzega ”bieganie uzaleznia!”. wiem, wiem…

po jakies 20-parach butow udalo nam sie wybrac te idealne. podziekowalam panu za czas i ceirpliwosc, na co pan: do zobaczenia 8 pazdziernika, tez biegne:D

Ja dodatkowo pobieglam do lekarza. bo testy na alergia wyszly negatywne. jeden ”panel” lekko podwyzszony, ale tylko lekko. mowie do lekarki, ze nie ufam tym wynikom, bo na wlasnej skorze przekonalam sie, ze mam alergie, ze po mleku i jogurcie dostaje po kilku godzinach bol brzucha, po kilku dniach pryszcze, po fecie mam egzemy… no to lekarka wysle mnie do… dermatologa!!! dermatologa? myslalam, ze sie przeslyszalam. a nie alergologa? nie, bo alergologa to ida pacjenci, ktorzy dostaja szok anafilaktyczny. a tacy jak ja, z dolegliwosciami skornymi ida do dermatologa. mowie, ze u dermatologa juz bylam, ze na egzemy dostalam kortykosteoridy, na pryszcze antybiotyk, ale ja nie chce lezenia symptomatycznego, ja chce wyeliminowac przyczyne! no, ale przeciez pani juz wie na co jest uczulona, wiec wystarczy wyeliminowac nabial – ciagle pani lekarz. rece mi opadly… tlumacze wiec lekarce, ze przeciez rekacje alergiczne sie krzyzuja, ze mozliwe, ze na inne produkty tez mam alergie, ze np. po rybie czesto boli mnie glowa, a poza tym alergie postepuja, wiec jesli teraz jestem na cos lekko uczulona, za kilka lat moze to byc ostra alergia… tlumacze i cisnienie mi rosnie – czemu to ja tlumacze lekarce, czemu chce miec postawiona konkretna diagnoze??? no tak, racja, kiwa glowa lekarka, no to musi isc pani do dermatologa… eeeeee………………. ok, niech bedzie. tylko co mi ten dermatolog zrobi z alergia???

pojde sobie w Polsce zrobic badania, pojde do alergologa. tylko po co ja tutaj place gruba kase na ubezpieczenie? a tak, zapomnialam, zeby pokrylo mi fizjoterapie…

zwierzece wariatkowo

Maxi, papuzka nimfa, drze sie, prosi o uwage, nie chce nic jesc oprocz ziarna. Wali na podloge kwasne, ptasie kupy – w koncu ograniczylam jej wolnosc, bo nie chce miec plam na podlodze. jak dobrze, ze w czwartek Beatka ja odbierze.

Blondi antybiotyku nie chce – rano i wieczorem walka. zeby nie miala traumy, wyciagam ja i glaszcze czesciej niz zwykle, przez co mam mniej czasu dla Snoepje. Jako ze ladna pogoda, wypuszczalam je do ogrodu, ale chyba bedzie koniec tych wypraw, bo… nam sie kot przyplatal.

Piekny, czarny kocur, z bialymi lapkami i krawatem. Byl w niedziele, poglaskalam i wyprosilam za drzwi ogrodu. Dzis swinki lataja w najlepsze po ogrodzie, a ja slysze jak kot sie drze. wyppadlam z kuchni, wylapalam swinki i patrze, a kot idzie, prosto na mnie i drze sie niesamowicie. no i wymieklam… dalam mu mleka – wypil tak, jakby mial pragnienie. Wyglaskalam i myslalam, ze pojdzie sobie, tak jak w niedziele. Niestety, kot sobie upatrzyl nowa pania. mnie. dzieci zachwycone! jak damy mu na imie??? Menderez, mowie, bo tak mial na imie upierdliwy kolega Szkraba z bylej szkoly. Chlopaki sie usmialy do lez, ja niby tez, ale co z tym Menderezem zrobic???? siedzi w ogrodzie i zaglada nam w okna zalosnie. Cos mi sie wydaje, ze wlasciciele pojechali sobie na wakacje, a Menderez teskni.

Zadzwonila moja mama; mamy kota, mowie grobowym tonem. Aaaa, tego czarnego? – pyta mama. Taaaaak, a skad wiesz – nabralam nadziei, ze mama wie czyj to kot. No prawie. Mama wyjasnila mi, ze ulicy prostopadlej; gdy odbierala dzieci ze szkoly, widziala tego kota. mam nadzieje, ze to ten ”nasz” Menderez. Jutro pojde tam popytac, bo kota to juz nie potrzebuje.

wakacje rozpoczete

wakacje oglaszam za rozpoczete. ksiazki zamowione. zeby tradycji stalo sie zadosc, wakacje rozpoczynam przeziebieniem –
teraz juz mozesz – rzekl luby;) tak to wlasnie u mnie dziala: jak nie wolno, to nie wolno, ale jak sa wakacje, to w koncu mozna puscic hamulce i troche posmarkac. ale to nic. tydzien lenistwa w domu. cale 7 dni w domu! a pozniej kierunek Wroclaw. i Pieniny. dawno tak nie czekalam na wakacje!!!

przezylismy

weekend z rodzina przezylismy. bez zgrzytow, bez jakis wiekszych kwasow – bo obie strony bardzo sie staraly. ale czy o to chodzi? jak dla mnie, nie. mi, w czasie wolnym,, chodzi o to, by byc w 100% soba, by jak najmniej sie naginac pod innych i zeby inni nie musieli sie naginac dla nas. i dlatego wolalabym juz takich weekendow nie powtrzac…

luby tesciom powiedzial prosto z mostu, ze nie akcetujemy zadnego lapania za ucho, bicia po glowie, klapsow i zadnych fizycznych kar. i nie ma ”ale”, ze Szkrab potrafi wlezc za skore, ze potrafi byc upierdliwy – jesli tescowie sobie z nim nie radza, jeden telefon i przyjezdzamy go odebrac. ale bicie nie jest opcja. ponoc dotarlo… Szkrabowi powiedzialam, ze jesli ktos go uderzy badz zlapie za ucho, ma mi od razu przyslac wiadomosc z telefonu Bizona. Bizona uprzedzilam, ze gdyby Szkrab chcial uzyc jego telefon, ma mu go udostepnic.

a prawda jest taka, ze po srodowej akcji, po tym jak Szkrab powiedzial mi ”mamo, mnie to tak nie bolao, bo jak opa krzyczal, jak zlapal mnie za ucho, to ja udawalem, ze mnie tam nie ma, zaslonilem oczy dlonia, zeby go nie widziec i jak mnie udrzyl w glowe, to udawalem, ze to nie mnie, wiec prawie tego nie czulem”, to mnie to tak zabolalo, jakby mi ktos dziecko zgwalcil:/ i wtedy mialam po prostu ochote rzucic prace w pierdu i znow byc matka na 100%. to jest nienormalne, zeby rodzice podrzucali dzieci jak kukulki po placowkach, dziadkach, niankach… to jest chore.

scisk w zoladku

mam w zoladku kamien. bo czeka nas weekend z tesciami i szwagierka. na jednej z wysp fryzyjskich. mysle i mysle, czy to ja demonizuje, czy rzeczywiscie mam powody miec scisniety zoladek… no po srodowej akcji ze Szkrabem tak:/ i w ogole, nie wiem po co nam to, bo mamy tak rozne styel zycia, ze w sumie, nie rozumiem skad szwagierce przyszlo do glowy, zeby nam taki wspolny wyjazd zaproponowac, ze mi nie przyszlo do glowy, zeby odmowic, albo chociaz zgodzic sie na tylko jeden dzien, zamiast trzech.

juz sama pora wyjazdu byla punktem do dyskusji. bo tesciowie chca wyjechac jak najwczesniej. a my nie. nie mamy zamiaru zrywac sie w sobote o 5-6 rano, po to, by o 9.30 wjechac na prom i o 10.30 byc na wyspie. nacodzien musimy gnac, byc na czas, wstawac wczesniej niz bysmy chcieli i w weekend zamierzamy wstac o ludzkiej godzinie. powiedzmy o 8.00. i co sie stanie, jesli dojedziemy na wyspe o 12.00? wyspa nie zajac. mowie tesciowej, ze codziennie wstaje miedzy 6-7, klade sie spac miedzy 23.30 a 24.30 i po prostu chce nadrobic te kilka godzin snu. oni tez wstaja o 6.00! tak, tylko, ze oni zaliczaja drzemke w ciagu dnia, nie pracuja i ida spac z kurami. a poza tym, co mnie obchodzi, o ktorej oni wstaja – to mi i lubemu brakuje snu i dlatego nie zamierzamy sie w sobote zrywac raniutenko z lozka. ale oni moga:D i tak uzgodnilismy, spotkamy sie dopiero w osrodku wypoczynkowym, gdzie na szczescie mamy dwa osobne domki: my jeden i tesciowie ze szwagierka drugi. 

lo matko, i o co mi to bylo… 

pogadalal dzis w pracy z kolezanka, seniorka. wygadalam jej sie, co mnie trapi. a ona na to, ze miala dokladnie to samo z tesciami. i ze nigdy ale to nigdy nie sluchala ich rad odnosnie wychowywania dzieci, bo to rodzice znaja swoje dzieci najlepiej. i w naszym przypadku, jesli my nie mamy problemow ze Szkrabem, od nauczycieli nie ma skarg, rodzice przyjaciol Szkraba chetnie go zapraszaja, to znaczy, ze to nie Szkrab jest turdny, tylko tesciowie. a wlasciwie to tesc. i tego sie bede trzymac.

iglasty dzien

zaczelo sie od ”suchych igiel”, ktore fizjoterapeuta powbijal mi w ”guzki” siedace w miesniach, w ramionach, tak na dzien dobry, o 7.15. dziwne uczucie, nie byl to klasyczny bol, ukloc nawet nie poczulam, ale wyplywajacy z guzkow kwas powodowal bol: w ciagu kilku sekund dostalam zakwasy! wg terapeuty, jutro juz zakwasow czuc nie bede. przyszlam do pracy, zasiadam przed komputerem, ramiona ciezke, jakbym z godzine ciezary podnosila, przychodzi szef i z rozmachem zarzuca mi dlonie na barki ”no i dopielas swego!?” (mialam wczoraj dosc ciezka dyskusje z pewnym doktorkiem…1:0 dla mnie;)) AAAAAAAAAAAAAAAAA, nie dotykaj! skulilam sie z sykiem:DDD szef zbaranial! dopiero jak mu wytlumaczylam w czym rzecz, odprezyl sie na twarzy;)

 pozniej bylo przyjemniej, mloda lekarka, ktora u nas robi badania i ktor marzyla o specjalizacji na ginekologii zostala wczoraj na nia przyjeta. szef za zarekomendowal, a ja… jak to dziewczyna powiedziala bylam jej personal ”mental coach”, bo przygotowalam ja do rozmowy, nakladlam do glowy, ze jest najlepsza (bo jest, takiej doktorantki to jeszcze nie mialam!), ze nie tylko rozmowa jest wazne, ale tez nic porozumienia miedzy ludzmi, ze jak nici nie bedzie, to po co tam sie dostawac i meczyc z kims z kim sie trudno dogadac, itd. itd. wczoraj pytam ”no i jak”, a Aia ”kiepsko, cos mi sie wydaje, ze oni juz kandydata mieli z gory ustalonego”… zeby ja pocieszyc mowie, ze moze to ona jest tym kandydatem. a godzine pozniej e-mail strzelajacy hiphipami, radosciami. wiec dzis dostala pyszne pudelko czekoladek. przed chwila je skonczylam jesc…

 tak, zajadlam stresa, a wlasciwie kolejna igle, wbita w moje serce. dramatycznie to brzmi, ale boli… dzis tesc uderzyl Szkraba w glowe. bo nie chcial jesc zupy. ja wiem, ze Szkrab potrafi byc upierdliwy, wiem, ze potrafi dac czadu, ale to, ze dziecko nie ma apetytu, bo w szkole nauczyciel z okazji urodzin mial impreze i Szkrab sie obrzarl czipsow, nie jest powodem do bicia. Szkrab siedzial przy stole i plakal przez godzine, w tym czasie tesciowie siedzieli sobie w ogrodzie, zeby nie bylo im za glosno, a on mial zjesc zupe. bo jak nie, to nie wolno mu bylo wstac od stolu. to mi opowiedziala tesciowa. wspomniala tez, ze tesc zlapal Szkraba za ucho. to mi sie juz nie spodobalo – ale ze mnie zatkalo, a jednoczesnie cisnienie poszlo mi gore nie odezwalam sie. pozniej pytam Szkraba ‚opa cie zlapal za ucho?” a Szkrab mowi ”tak, i jeszcze mnie o tak – tu sie zmachnal – uderzyl mnie w glowe”. serce mi peklo. raz w zyciu dalam Bizonowi w policzek, bo wpadl w histerie. i bardzo to odchorowalam. ale ja mialam dwoje placzacych w nieboglosy dzieci, cale dnie, dzien w dzien, a tesc??? przyjechal na 4 godzinki i dziecko mi po glowie bije???

zamierzam o tym z tesciami porozmawiac i powiedziec, ze to jest nieakceptowalne. w sumie, to chce, zeby luby to zrobil – to jego rodzice. i mam zgryz… bo umowilam sie z tesciami, ze dzieci do nich na pierwszy i ostatni tydzien wakacji pojada. na ostatni juz z pewnoscia nie pojada, bo moja niania bedzie z powrotem, wiec mam kogos do opieki. nie mam natomiast nikogo na pierwszy tydzien… i nie wiem, co robic…