jestem jakas psychiczna. psychicznie nie nadaje sie do chorowania. i nie chodzi o bol. latwiej znosze bol (szczegolnie jak sie ”nacpam”), ale nie potrafie zniesc niemoznosci fizycznej. bol mnie fizycznie zablokowal, ibuprofen znieczula na tyle, ze siedziec sie da (chlopaki odczuwaja to chyba jako cos pozytywnego, bo jeszcze nigdy tylu godzin z nimi nie przesiedzialam przy stoliku nad puzzlami, grami edukacyjnymi, czy wycinankami – jeszcze nie wyczaili, ze ja tylko fizycznie jestem, bo tak naprawde to moja swiadomosc jest wlaczona tak na 30%…). poza siedzieniem moge jeszcze w klawiature stukac. nic poza tym. antybiotyk zaburzyl ma rownowage (czegos takie jeszcze nie przezylam, zeby antybiotyk tak oglupil!!!), wiec tylko do toalety czlapie niczym zolw z chorym blednikiem.
i straszny, ale straszny nerw mnie bierze. bo ja nie moge tak siedziec!!!!!! to jest wbrew mojej naturze. jakie to nudne, monotonne, jak sie czas dluzy, gdy czlowiek tak siedzi. tak, w koncu naprawde SIEDZE W DOMU. i sie obijam. i nie macie pojecia, jak to obijanie sie meczy;)
no niby jestem otumaniona, ale moja przywodcza natura gora! dyrektywy wydaje, ludzi ustawiam, logistyka oczywiscie w moich rekach, bo luby prawie o niczym pojecia nie ma. jedna osoba wylaczona z obiegu (ja), a caly sztab ludzi zatrudniony: tesciowa, luby, kolezanki. a to dlatego, ze mamy AZ dwoje dzieci, do tego w AZ dwoch roznych placowkach. wyglada na to, ze tylko ja 100% matka-holenderka jestem;) bo nikt nie smie wsiasc na moj rower z dwojgiem dzieci na raz. no luby smie, ale ten musi pracowac… i tak sie z pracy urywa, bo np. dzis z Bizonem do okulisty musial isc, ale musialam tez kolezanke prosic, zeby popilotowala tesciowa do Szkrabowego przedszkola, bo tesciowa drogi nie znala. a druga kolezanke poprosilam, zeby jutro ze Szkrabem po przedszkolu poczekala, bo tesciowa najpierw musi Bizona ze szkoly odebrac, przywiezc go do domu i dopiero wtedy pojedzie po Szkraba. ja od razu ze szkoly, z Bizonem, do przedszkola jezdze, ale tesciowa boi sie z dwojgiem na raz i juz.
i tak sobie siedzie, obmyslam logistyke dnia biezacego i jutrzejszego i tylko to zajecie jeszcze mnie ratuje od zwariowania z powodu nierobstwa (co ciekawe, moge czytac z ekranu komputera, ale z ksiazki nie, nie moge skupic wzroku na malych literkach… co mnie dodatkowo wkurza!)
doszlam do wniosku, ze wozek inwalidzki czy paraliz bylby najgorsza kara w moim zyciu. immobilizacja dla mnie potworna choroba.
pouzalam sie nad sobie i od razu mi lepiej;)