Rozwinęłam wstręt do komputerów. Cały dzień spędzam przed ekranem, potem jeszcze ekran telefonu i długo nie mogłam się przemóc, żeby cokolwiek napisać. A tyle się dzieje, że nawet nie wiem, gdzie zacząć.
Zacznę od tego, że doszłam do wniosku, że albo są w życiu człowieka dwa okresy dojrzewania, albo ja przechodzę swój dopiero w wieku prawie 50 lat. Za tydzień kończę 49… i uważam, że to najlepszy okres mojego życia. W końcu nie przejmuję się tym, co inni powiedzą, w końcu mam w nosie wypukły brzuch i rozmiar 40, w końcu mówię to, co myślę. I choć zawsze wiedziałam, czego chcę, teraz wiem i oznajmiam to swiatu to jeszcze dobitniej 😉
Po dziewięciu sesjach u fizjoterapeuty od bolu w biodrach podziękowałam mu. Powiedziałam wprost, że nie dość, iż nie jest lepiej, to wręcz jest gorzej. Poszłam do GP i poprosiłam o skierowanie do tzw. lekarza sportowego. Przy okazji GP dała mi też skierowanie do reumatologa. Chciała mnie jeszcze wysłać do neurologa, ale podziękowałam bo neurolodzy działają mi na nerwy. Długo nie wiedziałam dlaczego, aż kolega chirurg opowiedział mi kawał, ktory wyjasnil moja awersje: „Dwóch turystów w balonie zgubiło drogę. Obniżyli lot i pytają przechodnia: Gdzie jesteśmy? Przechodzień odpowiada: W balonie! Turysta komentuje: Pan z pewnością jest neurologiem! Tak, skąd pan to wie? — dziwi się przechodzień. Bo pana odpowiedź jest bardzo precyzyjna, ale zupełnie bezużyteczna.” Takie są moje doświadczenia z neurologami 😉
Poszłam do lekarza sportowego. Po pięciu minutach postawiła diagnozę: blokada stawów krzyżowo-biodrowych, po obu stronach. Diagnoza trafna, łącznie z „nocnym” symptomem: ból nasila się przy przewracaniu z boku na bok. Właśnie wtedy budzę się z bólu. Mówiłam o tym pierwszemu fizjo, mówiłam GP… ale nikt nie zaskoczył, w czym problem. I nie mam im tego za złe, w końcu po coś są specjaliści. Tylko dlaczego, zanim mogę dostać skierowanie do specjalisty, muszę „zaliczyć” fizjo? Może powinno być odwrotnie: najpierw specjalista, potem fizjoterapia?
Lekarka sportowa wysłała mnie ze swoją diagnozą do swojego fizjoterapeuty. Jak ten człowiek wziął mnie w obroty, to w końcu poczułam, że tam, gdzie mnie boli, zostało „dorwane”. Trząsł mną i ugniatał mnie niczym ciasto drożdżowe – byłam w 100% pewna, że diagnoza jest trafna. Szkoda tylko, że zmarnowałam ponad pół roku życia u pierwszego fizjo…
Pies.
Co roku dostawaliśmy zaproszenie na szczepienie. W tym roku nic. Przed świętami, dzień przed wyjazdem do Polski, zaglądam do psiego paszportu, a tam jedno szczepienie nieaktualne! Na szczęście nikt nas na granicy nie sprawdzał. Po powrocie do Holandii dzwonię do naszego weta, pytam, co sie stalo, dlaczego nas nie zaprosili na szczepienie. okazalo się, że była centralizacja & reorganizacja i dane naszego psiska nie zostały przeniesione do nowego systemu. O reorganizacji nikt nas nie poinformował… trudno. Ja i tak ufam tylko naszemu polskiemu weterynarzowi, więc zapisałam psa do niego na szczepienie. W dniu wizyty poinformowano mnie, że nasz wet ma nagła konsutacje i nie może nas przyjąć. Zgodziłam się na innego lekarza, no bo co może pójść nie tak przy szczepieniu? No więc… wszystko.
Pani weterynarz była za wolna (dla psa i dla jego właścicielki; wiaodmo, jaki właściciel, taki pies), zbyt długo przyglądała się psu (czego nie lubi ani pies, ani właścicielka), zadawała za dużo pytań (czego nie lubi ani pies, ani właścicielka). Gdy w końcu miało dojść do szczepienia, i pies, i jego właścicielka byli tak zestresowani, że pies o mało nie pogryzł pani weterynarz. Wiec kazała założyć kaganiec, którego nasz pies nie zna. Założyłam, ale pies dał radę go zdjąć. W tym momencie był już tak rozjuszony, że bałam się własnego psa. Poprosiłam lubego, który siedział w samochodzie i czytał książkę, żeby przyszedł z odsieczą. Luby zdołał założyć specjalną uprząż i w końcu pani weterynarz dała radę psa zaszczepić. Jeszcze nigdy nie widziałam naszego psa w takiej histerii. Jeszcze nigdy nie spędziliśmy u weta 45 minut tylko z powodu szczepienia.
U naszego polskiego weterynarza wygląda to zupełnie inaczej. Gdy wchodzimy, on jakby w ogóle nie zwraca uwagi na psa. Rozmawia ze mną jak z najlepszą kumpelą, ot tak, przy okazji daje psu smaczka i mimochodem mówi: „Możesz go przytrzymać?” Zanim pies się zorientuje, jest po wszystkim. Po tej wizycie wiem, że z naszym psem mogę chodzić tylko do naszego polskiego weterynarza.
Nasz domek w Polsce rośnie. Stan surowy zamknięty to była pestka — poszło szybko i sprawnie. Ale teraz zaczynają się instalacje… Ja wiem, czego chcę, więc tu problemu nie ma. Problemem są wykonawcy, którzy ciągle mają jakieś wymówki, dlaczego jeszcze nie zaczęli pracy.
Pan od ogrzewania miał zacząć kopać w październiku. Najpierw zepsuła mu się koparka, potem spawarka, a potem przyszły mrozy — a jak ziemia zamarznie, to przecież nie powinno się kopać. W związku z tym miał zacząć kłaść rury w domu. Rozrysowałam mu dokładnie, co i gdzie będzie. Miał zacząć w styczniu, połowa stycznia mija, a tu cisza… A ja tak bardzo chciałabym mieć ten dom już na następne Święta Bożego Narodzenia – być u siebie, a nie u rodziców. Wypoczywać, a nie być gościem.
Praca — idzie lepiej, niż bym przypuszczała. Trzy lata po rozpoczęciu mojej nowej grupy naukowej mam już czworo doktorantów na kilkuletnich projektach. Duma powinna mnie rozpierać. Nie rozpiera.
Owszem, cieszę się — lubię pracować z młodym pokoleniem — ale coraz częściej łapię się na tym, że moja pasja się wypaliła. Zaczynam traktować pracę jak pracę, a nie jak moje hobby i częśc mojego życia. I strasznie mi tego szkoda… Może ta pasja jeszcze wróci.
Luby dostał profesurę. Zasłużył na nią. Jestem z niego bardzo dumna, tym bardziej że, cytując Churchilla, „za sukcesem każdego mężczyzny stoi kobieta”. Dokładnie tak to czuję, widzę i, co miłe, luby to potwierdza 😉 Ja natomiast zaczynam hamować. Kariera akademicka coraz mniej mnie nęci, bo im dalej w las, tym mniej nauki, a więcej polityki. A polityka to nie ja. Wystarczy mi bycie „profesorową” 🙂
Czytam „Diabelski toast” C.S. Lewisa. Pokochałam go za „Opowieści z Narnii” — ja, która za baśniami raczej nie przepadam i byłam przekonana, że serce oddałam wyłącznie Hansowi Christianowi Andersenowi. Okazało się jednak, że C.S. Lewis jest dla niego poważnym konkurentem.
Najpierw odpłynęłam w Opowieściach z Narnii, a teraz w jego twórczości dla dorosłych. Fascynuje mnie, i jednocześnie przeraża, to, że to, co Lewis obserwował i opisywał w 1963 roku, ja obserwuje w XXI wieku. Czyli, nic sie nie zmienilo. Demokracja okazuje się fałszem, pustym słowem wypełnionym ”wszytkim i nic”, brakiem konkretow, brakiem granic, definicji. Z takim ”fake” spotykam się na co dzień i nieraz zastanawiam się, czy to ja mam autyzm, czy po prostu ludzie są „fake”. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że to jednak to drugie. Bycie „fake” gwarantuje bezpieczeństwo – łatwiej płynąć z prądem, łatwiej zmieniać poglądy w zależności od sytuacji. To nie ja. Jestem wierna swoim konserwatywnym przekonaniom. Nie plyne z pradem. U mnie tak znaczy tak, a nie znaczy nie, w 100%.
Tyle na dzis…