Komputerowy wstret

Rozwinęłam wstręt do komputerów. Cały dzień spędzam przed ekranem, potem jeszcze ekran telefonu i długo nie mogłam się przemóc, żeby cokolwiek napisać. A tyle się dzieje, że nawet nie wiem, gdzie zacząć.

Zacznę od tego, że doszłam do wniosku, że albo są w życiu człowieka dwa okresy dojrzewania, albo ja przechodzę swój dopiero w wieku prawie 50 lat. Za tydzień kończę 49… i uważam, że to najlepszy okres mojego życia. W końcu nie przejmuję się tym, co inni powiedzą, w końcu mam w nosie wypukły brzuch i rozmiar 40, w końcu mówię to, co myślę. I choć zawsze wiedziałam, czego chcę, teraz wiem i oznajmiam to swiatu to jeszcze dobitniej 😉

Po dziewięciu sesjach u fizjoterapeuty od bolu w biodrach podziękowałam mu. Powiedziałam wprost, że nie dość, iż nie jest lepiej, to wręcz jest gorzej. Poszłam do GP i poprosiłam o skierowanie do tzw. lekarza sportowego. Przy okazji GP dała mi też skierowanie do reumatologa. Chciała mnie jeszcze wysłać do neurologa, ale podziękowałam bo neurolodzy działają mi na nerwy. Długo nie wiedziałam dlaczego, aż kolega chirurg opowiedział mi kawał, ktory wyjasnil moja awersje: „Dwóch turystów w balonie zgubiło drogę. Obniżyli lot i pytają przechodnia: Gdzie jesteśmy? Przechodzień odpowiada: W balonie! Turysta komentuje: Pan z pewnością jest neurologiem! Tak, skąd pan to wie? — dziwi się przechodzień. Bo pana odpowiedź jest bardzo precyzyjna, ale zupełnie bezużyteczna.” Takie są moje doświadczenia z neurologami 😉

Poszłam do lekarza sportowego. Po pięciu minutach postawiła diagnozę: blokada stawów krzyżowo-biodrowych, po obu stronach. Diagnoza trafna, łącznie z „nocnym” symptomem: ból nasila się przy przewracaniu z boku na bok. Właśnie wtedy budzę się z bólu. Mówiłam o tym pierwszemu fizjo, mówiłam GP… ale nikt nie zaskoczył, w czym problem. I nie mam im tego za złe, w końcu po coś są specjaliści. Tylko dlaczego, zanim mogę dostać skierowanie do specjalisty, muszę „zaliczyć” fizjo? Może powinno być odwrotnie: najpierw specjalista, potem fizjoterapia?

Lekarka sportowa wysłała mnie ze swoją diagnozą do swojego fizjoterapeuty. Jak ten człowiek wziął mnie w obroty, to w końcu poczułam, że tam, gdzie mnie boli, zostało „dorwane”. Trząsł mną i ugniatał mnie niczym ciasto drożdżowe – byłam w 100% pewna, że diagnoza jest trafna. Szkoda tylko, że zmarnowałam ponad pół roku życia u pierwszego fizjo…

Pies.
Co roku dostawaliśmy zaproszenie na szczepienie. W tym roku nic. Przed świętami, dzień przed wyjazdem do Polski, zaglądam do psiego paszportu, a tam jedno szczepienie nieaktualne! Na szczęście nikt nas na granicy nie sprawdzał. Po powrocie do Holandii dzwonię do naszego weta, pytam, co sie stalo, dlaczego nas nie zaprosili na szczepienie. okazalo się, że była centralizacja & reorganizacja i dane naszego psiska nie zostały przeniesione do nowego systemu. O reorganizacji nikt nas nie poinformował… trudno. Ja i tak ufam tylko naszemu polskiemu weterynarzowi, więc zapisałam psa do niego na szczepienie. W dniu wizyty poinformowano mnie, że nasz wet ma nagła konsutacje i nie może nas przyjąć. Zgodziłam się na innego lekarza, no bo co może pójść nie tak przy szczepieniu? No więc… wszystko.

Pani weterynarz była za wolna (dla psa i dla jego właścicielki; wiaodmo, jaki właściciel, taki pies), zbyt długo przyglądała się psu (czego nie lubi ani pies, ani właścicielka), zadawała za dużo pytań (czego nie lubi ani pies, ani właścicielka). Gdy w końcu miało dojść do szczepienia, i pies, i jego właścicielka byli tak zestresowani, że pies o mało nie pogryzł pani weterynarz. Wiec kazała założyć kaganiec, którego nasz pies nie zna. Założyłam, ale pies dał radę go zdjąć. W tym momencie był już tak rozjuszony, że bałam się własnego psa. Poprosiłam lubego, który siedział w samochodzie i czytał książkę, żeby przyszedł z odsieczą. Luby zdołał założyć specjalną uprząż i w końcu pani weterynarz dała radę psa zaszczepić. Jeszcze nigdy nie widziałam naszego psa w takiej histerii. Jeszcze nigdy nie spędziliśmy u weta 45 minut tylko z powodu szczepienia.

U naszego polskiego weterynarza wygląda to zupełnie inaczej. Gdy wchodzimy, on jakby w ogóle nie zwraca uwagi na psa. Rozmawia ze mną jak z najlepszą kumpelą, ot tak, przy okazji daje psu smaczka i mimochodem mówi: „Możesz go przytrzymać?” Zanim pies się zorientuje, jest po wszystkim. Po tej wizycie wiem, że z naszym psem mogę chodzić tylko do naszego polskiego weterynarza.

Nasz domek w Polsce rośnie. Stan surowy zamknięty to była pestka — poszło szybko i sprawnie. Ale teraz zaczynają się instalacje… Ja wiem, czego chcę, więc tu problemu nie ma. Problemem są wykonawcy, którzy ciągle mają jakieś wymówki, dlaczego jeszcze nie zaczęli pracy.

Pan od ogrzewania miał zacząć kopać w październiku. Najpierw zepsuła mu się koparka, potem spawarka, a potem przyszły mrozy — a jak ziemia zamarznie, to przecież nie powinno się kopać. W związku z tym miał zacząć kłaść rury w domu. Rozrysowałam mu dokładnie, co i gdzie będzie. Miał zacząć w styczniu, połowa stycznia mija, a tu cisza… A ja tak bardzo chciałabym mieć ten dom już na następne Święta Bożego Narodzenia – być u siebie, a nie u rodziców. Wypoczywać, a nie być gościem.

Praca — idzie lepiej, niż bym przypuszczała. Trzy lata po rozpoczęciu mojej nowej grupy naukowej mam już czworo doktorantów na kilkuletnich projektach. Duma powinna mnie rozpierać. Nie rozpiera.

Owszem, cieszę się — lubię pracować z młodym pokoleniem — ale coraz częściej łapię się na tym, że moja pasja się wypaliła. Zaczynam traktować pracę jak pracę, a nie jak moje hobby i częśc mojego życia. I strasznie mi tego szkoda… Może ta pasja jeszcze wróci.

Luby dostał profesurę. Zasłużył na nią. Jestem z niego bardzo dumna, tym bardziej że, cytując Churchilla, „za sukcesem każdego mężczyzny stoi kobieta”. Dokładnie tak to czuję, widzę i, co miłe, luby to potwierdza 😉 Ja natomiast zaczynam hamować. Kariera akademicka coraz mniej mnie nęci, bo im dalej w las, tym mniej nauki, a więcej polityki. A polityka to nie ja. Wystarczy mi bycie „profesorową” 🙂

Czytam „Diabelski toast” C.S. Lewisa. Pokochałam go za „Opowieści z Narnii” — ja, która za baśniami raczej nie przepadam i byłam przekonana, że serce oddałam wyłącznie Hansowi Christianowi Andersenowi. Okazało się jednak, że C.S. Lewis jest dla niego poważnym konkurentem.

Najpierw odpłynęłam w Opowieściach z Narnii, a teraz w jego twórczości dla dorosłych. Fascynuje mnie, i jednocześnie przeraża, to, że to, co Lewis obserwował i opisywał w 1963 roku, ja obserwuje w XXI wieku. Czyli, nic sie nie zmienilo. Demokracja okazuje się fałszem, pustym słowem wypełnionym ”wszytkim i nic”, brakiem konkretow, brakiem granic, definicji. Z takim ”fake” spotykam się na co dzień i nieraz zastanawiam się, czy to ja mam autyzm, czy po prostu ludzie są „fake”. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że to jednak to drugie. Bycie „fake” gwarantuje bezpieczeństwo – łatwiej płynąć z prądem, łatwiej zmieniać poglądy w zależności od sytuacji. To nie ja. Jestem wierna swoim konserwatywnym przekonaniom. Nie plyne z pradem. U mnie tak znaczy tak, a nie znaczy nie, w 100%.

Tyle na dzis…


Posladki

myslalam, ze bola mnie biodra. ale okazalo sie, ze problem tkwi w posladkach, od ktorych to bol promieniuje do bioder. boli od dawna, ale jako, ze cmi, to olewalam. jednak pare miesiecy temu zapisalam sie na fitness, na ktorym sa wspaniale lekcje ”tanca”. cos pomiedzy zumba, stepem, bollywoodem a funky. lekcje sa kapitalne – chodza na nie kobiety w moim wieku lub starsze, wiec czuje sie przekomfortowo. moje posladki czuja sie jednak mniej komfortowo. pala. pulsuja. nie daja spac. voltaren przynosi lekka ulga, ale na chwile.

poszlam wiec do fizjoterapeuty. myslalam, ze rozmasuje, ze zlagodzi bol i ze w ten sposob, po kilku miesiacach tancowania posladki sie wzmocnia i przestana dawac czadu. ale fizjoterapeuta najwyrzaniej nie ma ochoty masowac posladkow kobiety w srednim wieku… wzial mnie na sala gimnastyczna i kazal cwiczyc – okazuje sie, ze moja lewa noga jest slabsza niz prawa, przez co obciazam biodra i posladki w nierownomierny sposob… swietnie, ze znalazl przyczyne, ale ta wiedza, nie uwalnia mnie od bolu… mam wiec ochote zrezygnowac i poszukac jakiegos innego fizjo, ktory jednak mi te posladki rozmasuje, jakkolwiek to brzmi..

Morale

Chodza za mna moralne dylematy po smierci Sojki. Mial wielu fanow z powodu talnetu muzycznego. Akurat ja do tych fanow nie naleze, choc pare melodii milych uchu w glowie brzeczy, gdy ktos wymienia to nazwisko. te melodie sa jednak drugorzedowe. moja pierwsza mysl, gdy widze zdjecie Sojki, dotyczy tego, ze zostawil swoja zone dla innej kobiety, gdy zona byla w ciazy. I tyle mi wystarczy by nie umiec ekscytowac sie talentem muzycznym czlowieka. Nie oceniam. Kazdy z nas zranil kiedys druga osobe, zrobil komus swinstwo. I wiem, ze moim luksusem jest to, ze nie jestem osoba publiczna, wiec nikt moich swinstw nie wyciaga na lamach prasy. Wiec, nie, nie oceniam czlowieka, bo kazdy ma prawo do bledow, do swinstw. W sumie, to nie wiem, czy takie prawo mamy, ale wiem, ze nikt nie jest nieskazitelny. Wiec bez oceniania, przyznaje sie bez bicia: patrze na ludzi przez pryzmat ich moralnosci i etyki a nie ich talentow. Uzmyslowilam to sobie teraz, gdy media czule wspominaja Sojke. No coz, ja go czule nie wspominam. Bo ktos, ktos czule spiewa o milosci a potem zostawia ciezarna zone albo nie wie czym ta milosc jest, albo jest hipokryta. Nie se bedzie czym chce… Podobny stosunek mam do Michaela Jacksona – gdy slysze jego glos w radiu, zmieniam stacje, bo zamiast czerpac jakakolwiek przyjemnosc, empatia mnie boli, gdy mysle o dzieciach, wykorzystywanych przez psycholi.

Czytam w mediach ”nie oceniajmy innych”. No dobrze, nie oceniajmy. Ale czy nazywanie po imieniu zla, ktore wyrzadzili jest ocenianiem, czy po prostu nazwaniem faktow? Dlaczego mamy ludzi idealizowac? Dlaczego stawiac na pierwszym miejscu ich talent a przemilaczac morale? Co jest dla nas wazniejsze: sztuka czy zycie?

Wakacje, wakacje

managerka mnie sciga, bo za duzo niewykorzystanych wakacji mi sie w zeszlym roku zebralo. rzeczywiscie, troche dziwne, bo w zeszlym roku skorzystalam tylko z 20 dni wakacji… a przysluguje mi duzo wiecej, bo ciagle mam robie nadgodziny. managerka kaze mi wykorzystac wszystkie zalegle dni wakacyjne (okolo 2.5 miesiaca;)). Tlumacze jej, ze nie moge sobie na to pozwolic, bo ja mam grupe mlodych naukowcow, ktorych prowadze – nie moge ich zostawic samych na tak dlugi czas. Juz po tygodniu nieobecnosci (np. choroby) widze, ze sa jeszcze zbyt mlodzi i niedoswiadczeni – nie tylko eksperymentalnie, ale i w polityce i zarzadzaniu. Dlatego staramy sie nasze wakacje synchronizowac, tak, ze cala grupa jest na 3 tygodnie w zawieszeniu.

Managerka tego nie rozumie. Tlumacze jej, ze to kwestia odpowiedzialnosci. Jesli przyjmuje doktorantke na 3.5 roku, to jest to i jej i moja odpowiedzialnosc, zeby w ciagu tych 3.5 roku wykonanala na tyle sensowne badania i zdobyla tyle publikacji naukowych, zeby ten doktorat obronic. A managerka dalej mi tlumaczy, ze musze wykorzystac wakacje. nie dogadamy sie;)

Zaszalec

moje cialo jest chronicznie zmeczone. spie po 9-10 godzin na dobe. niby wstaje wyspana, pelna energii, ale po poludniu padam. Za to moja psychika domaga sie aktywnosci. Cialo i mozg sie nie moga dogadac, probuje osiagnac kompromis: tak planuje szalenstwa, zeby moc je pozniej zrekompensowac odpoczynkiem.

w sobote ide z kolezankami na dyskoteke 40+. kiecke, jak w wiekszosc ubran, kupilam ”z wystawy” – jechalam z pracy na rowerze do domu, i jakos tak nagle sie do mnie usmiechnela, taka cekinowa dyskotekowa;) jutro jeszcze body korygujce musze kupic;) niby korygowac sie az tak strasznie nie musze, ale jednak majty i BH, nawet te ”niewidoczne” gdzis tam sie zawsze wpijaja i oponki zostawiaja. body przyda sie nie tylko na disco, ale i na inne sukienkowe okazje.

wczoraj poszlam tez na Body Balans – w koncu znalazlam klub sportowy, gdzie kobiety takie jak ja, czyli ”dyndu-dundu” maja lekcje grupowe, w trenerem na scenie, a nie circuity, bo te ostatnie totalnie do mnie nie przemawiaja.

domek w Polsce rosnie. wody nadal na naszej ulicy nie mamy. razem z przyszlym sasiadem napisalismy petycje do gminy o podlaczenie wodociagu – po miesiacu dostalismy list, ze petycja bedzie rozwazana przez trzy miesiace… w miedzyczasie podjelam kroki w celu wiercenia studni. Moze sie wypne na wodociagi.

wirusy i inne

wczoraj wieczorem cos mnie rozlozylo. padlam. bol glowy, 35C (tak, juz od dawna wiem, ze u mnie choroba to <36C, a nie >38C) i niemoc. zostalam dzis w domu, w koncu mam czas odpowiedziec na e-maile.

tylko pies nic z tego nie rozumie i nie bardzo mu sie to podoba. pies najwyrazniej preferuje spacery ze mna. wczoraj wieczorem luby o 21.00 zapraszal psa na spacer… pies popatrzyl na mnie – goraco go zachecalam, zeby poszedl z panem na spacerek. pies najpierw przyszedl do mnie na kanape, a potem, gdy zrozumial, ze sie nie zamierzam ruszyc z kanapy, poczlapal na swoja psia kanape i tylko ziewnal. nawet na lubego nie spojrzal. ja wiem o co chodzi;) gdy ja ide z psem, pozwalam mu powachac i podsikac kazdy krzaczek w parku, postac nad kazdym krecim kopcem, mysim domkiem (czasami nawet uda sie psu zlowic myszke, ktora pozniej dumnie niesie w pysku) a luby… idzie, bo przeciez to spacer a nie wachanie. a pies musi sobie powachac;)

lubie wirusy. zmuszaja czlowieka do zatrzymania sie. bo czlowiek nie ma dla siebie litosci.

mam nadzieje, ze wirus nie odpusci i ze jutro jeszcze jeden dzien bede musiala zostac w domu;)

babskie klimaty

o 12.06 zadzwonil telefon:

  • Czips, Ty wiesz, ze dzis prezentujesz podczas journal club?
  • Taaak? Nic mi o tym nie wiadomo… (nigdy nie uczeszczam na journal club, bo jest on przeznaczony dla mlodych lekarzy, praktykantow i ich opiekunow)
  • No, tak wlasciwie, to o 12.00 mialas zaczac – kontynuuje kolezanka z geriatrii
  • No niestety, nie zaprezentuje, bo o niczym nie widzialam. A kto mnie wsadzil na liste? I czemu nikt mnie o niczym nie poinformowal?
  • W sumie, to nie wiem, kto te liste przygotowuje – mowi kolezanka.
  • No to trudno, przekaz czekajacym, ze niestety, ale nie wiedzialam, ze mam prezentowac.

Pozegnalysmy sie, a ja spokojnie planowalam kontynuowac prace. telefon nie zrobil na mnie wrazenia, w sumie, to mnie rozbawil. taka wlasnie nasza geriatria jest – chaotyczna, zero komunikacji, nikt nic nie wie…

Zamiast kontynuowac prace, zaczelam odbierac po kolei telefony od lekarek z geriatrii, ktore zaczely do mnie dzownic, zeby mnie pocieszyc, zeby sie nie martwila, ze to nieporozumienie, ze to nie moja wina, ze ktos (nie wiedza kto!!!) chyba nie wiedzial, ze ja na te zebrania nigdy nie chodze…. sek w tym, ze ja sie w ogole tym nie przejelam! ale nie smialam tego wprost powiedziec, zeby nie bylo zem olewaczka;) zdziwily mnie te telefony… takie wrazliwe te kobiety, ze az zaczelam sie zastanawiac, czy ja moze czasami nie jestem zbyt gruboskorna;)

Szkrabowe decyzje

Szkrab w tym roku konczy szkole srednia. Co dalej? Zapisal sie do szkoly… wojskowej. Z jednej strony sie ciesze, bo tam bedzie struktura, dyscyplina, konkret i duzo wyzwan fizycznych – wszytko, czego mojemu prawie 17-latkowi potrzeba. Z drugiej strony, martwie sie, bo w powietrzu wisi wojna… o tym drugim staram sie myslec.

Kolejny etap zycia zamkniety

tydzien temu zmarla Maaike, ktora uczyla Bizona grac na skrzypcach. Bizon mial 5 lat, gdy zaczal lekcje, skonczyl w czerwcu, gdy skonczyl 18 lat. Przez ponad 10 lat wozilam go co tydzien na lekcje. wolno mi bylo (biernie) uczestniczyc w lekcjach – na poczatku z powodu wieku Bizona (zebym byla w stanie mu pomoc w domu podczas cwieczen), a potem juz z przyzwyczajenia, bo po prostu lubilam siedziec i sluchac jak Bizon gra, obserwowac, jakie robi postepy. Smialysmy sie, ze egzaminy z teorii bym zdala, bo duzo sie przez te lata regularnego uczesntictwa w lekcjach nauczylam. Jednak to Bizon nauczyl sie grac. Nie tylko grac ot tak, dla siebie, ale i w grupie, w duecie z nauczycielka, na koncertach przez nia organizowanych i olimpiadach (z jednej nawet przywiozl nagrode). W ostatnich latach mniej jezdzilam, z powodu Covida i leku Maaike, zeby sie nie zarazic. Bo Maaike byla pacjentka onkologiczna. Zaleczony rak piersi dal przerzuty na kosci. Az trudno uwierzyc, ale przezyla z przerzutami 9 lat i prawie do konca dawala lekcje. Bo taka ona wlasnie byla: pelna energii, zawzieta, uparta, silna. bardzo nietypowa Holenderka – mowila, co mysli, jak sie smiala, to calym cialem, zero poprawnosci politycznej. chyba dlatego tak dobrze nam sie rozmawialo. Nie raz przegadalysmy pierwsze 10 minut lekcji Bizona, a potem jeszcze przy drzwiach nie moglysmy sie rozstac.

Maaike byla zakochana w swoim mezu a on w niej. To bylo tak widoczne… on swiata poza nia ne widzial, wodzil za nia oczami jak nastolatek. Ona swoje zakochanie bardziej kontrolowala, ale widac bylo, ze i ona meza uwielbia. Na pogrzebie maz powiedzial, ze obecali sobie, ze sie razem zestarzeja i ze to jedyna obietnica, ktorej Maaike nie dotrzymala. Przezyli razem 40 lat.

Na pogrzebie trzymalam sie do momentu, w ktorym zobaczylam jej futeral po skrzypcach – jak zawsze pusty (bo przeciez skrzypce zawsze trzymala w rekach), jak zawsze przyozdobiony zdjeciami, ktore regularnie wymieniala, kartkami, notatkami. Gdy ten futeral postawiony przed trumna zobaczylam, cos we mnie peklo. Pewnie dlatego, ze doznalam tej radosci, ktora zawsze mi towarzyszyla, gdy szlam do niej z Bizonem. i jednoczesnie zderzylam sie z rzeczywistoscia, ze Maaike juz nie ma, ze lekcji juz nie bedzie. ze juz nigdy nie pojde z Bioznem na gore do jej studia, ze juz nie siade na ich blawatkowej kanapie, nie poogladam obrazow, a szczegolnie mojego ulubionego, z krwistoczerwona arena. Co ciekawe, na trumnie stalo zdjecie Maaike wlasnie na tle tego obrazu, ktory tak lubilam studiowac podczas lekcji Bizona.

Mam przed oczami jej twarz, jej serdeczny usmiech, jej blyszczace, radosne oczy. Slysze jej glos wymawijacy imie Bizona. I boli, ze to juz koniec. Kolejny rozdzial z zycia zamkniety.

szacunek i gruba skora

w zeszlym roku mialam na magisterce studenta, z ktorego bylam bardzo zadowolona i zaproponowalam mu, zeby w tym semestrze pojechal na Erazmusa do mojego znajomego w Irlandii. jako ze ja swojego Erazmusa w Holandii wspominam jako cudowny czas (mimo wielu przykrych momentow, lacznie z tym, ze moj owczesny chlopak, robiacy Erazmusa w Niemczech, mnie rzucil). tylko dlatego, ze moj Erazmus byl swietny, zostalam w Holandii na doktoracie. student wyjechal do Irlandii w grudniu. nic od niego nie slyszlaam, wiec zakladalam, ze ”brak wiesci, to dobre wiesci”. wczoraj student napisal emaila, czy moglibysmy porozmawiac, bo nie jest dobrze. od razu odpisalam, ze jesli chce, to mozemy nawet dzis (w niedziele) pogadac przez Teams. on jednak napisal, ze woli dzis, po rozmowie z tamtejszym prowadzacym, czyli moim znajomym Irlandczykiem.

dzis rozmawiam ze studentem, a jemu glos sie lamie, oczy lzami zachodza. dorosly, 23-letni facet. jako ze pracowal w mojej grupie pol roku, a wczesniej pisal u mnie licencjat, znam go troche i wiem, ze to silny, zrownowazony czlowiek. pytam co sie dzieje, a student mowi, ze moj znajomy tak parszywie traktuje ludzi, ze wszyscy w labie sie go boja, ze wszyscy chodza z podkulonym ogonem, boja sie popelnic blad, bo gosciu stosuje werbalna agresje. ja wiedzialam, ze ten znajomy potrafi byc wybuchowy, sama sie z nim kilka razy starlam jak pisalismy granta (tak, to ten od granta…), ale i ja potrafie, jak trzeba, tupnac noga. jednak wiem do kogo i w jakich okolicznosciach moge sobie na to pozwolic. z pewnoscia nie do studentow.

Student powiedzial, ze moj znajomy traktuje ich jak wyrobnikow, zero szacunku, zero pozytywow, tylko przewracanie oczami, retoryczne pytania w stylu ”jak mozesz tego nie widziec, przeciez to kazdy wie”, itd. Student porozmawial o tym z ludzmi z labu, kazdy ma takie same odczucia, ale nikt nie smie tego glosno wypowiedziec. moj student poszedl i zawalczyl o siebie. powiedzial, jak sie czuje traktowany, ze ma to zly wplyw na jego psychike, prace, ze ze stresu popelnia glupie bledy… ponoc panowie sobie dlugo porozmawiali. i ponoc do Irlandczyka to nie trafilo. i dlatego moj student postanowil, ze po 3 miesiacach wraca do Holandii.

pogadalam z lubym i z doktorantka z Grecji, ktora pracowala z tymze studentem nad jednym projektem. wszyscy stwierdzilismy, ze nie akceptujemy zachowania Irlandczyka, ze agresji, nawet jesli jest ona ”tylko” werbalna mowimy nie. a jednoczesnie… wszyscy troje stwierdzilismy, ze bysmy sie nie poddali. ze kazde z nas przeszlo przez etapy zycia, w ktorych bylo ciezko, w ktorych ktos nas sponiewieral, ktos nam ublizyl i… w domu sie poplakalo, a na drugi dzien glowa do gory i nawet nam do glowy nie przyszlo myslec o rezygnacji. jest projekt i trzeba go wykonac. popatrzylam wstecz na moja magisterke na PAN-ie, na Erazmusa – byly momenty, ze ze stresu plakalam, ze moja promotorka w Polsce mnie przy innych osobach ponizyla… na doktoracie bylo podobnie – moja oficjalna opiekunka ciagle albo byla w ciazy, albo je tracila, albo wlasnie rodzila – byla non stop emocjonalnie niestabilna. pamietam wiele momentow, kiedy padly slowa, ktore nie powinny byly pasc. ale ja zaciskalam zeby, ignorowalam to, szlam do przodu, bo bylam skupiona na moim celu. to samo powiedziala mi moja doktorantka z Grecji – w Grecji to na porzadku dziennym, nigdy nie wiesz w jakim humorze zastaniesz swojego opiekuna, jednego dnia jest ok, innego dnia sie wydrze. luby z kolei podzielil sie doswiadczeniem z Niemiec, gdzie byl przez rok na post-docu. Stwierdzil: wszyscy sie bali Haralda, oprocz mnie. jak on zrozumial, ze jego histerie i krzyki mnie nie interesuja, zaczal mnie traktowac na rowni z soba. a innych poddanczo.

doszlismy do wniosku, ze jak zawsze, sa dwie strony medalu. na agresje i brak szacunku nie ma miejsca. ale niestety, to bylo, jest i bedzie. ludzie sie nie zmienia. i dlatego tak wazne jest miec gruba skore. tak wazne jest umiec skupic sie na celach i olac idiotow wokol nas, pomyslec: czlowieku, to ty masz problem z glowa, nie ja. i isc do przodu. a jednoczesnie wiedziec, gdzie sa granice, ktorych nikt nie moze przekroczyc niezaleznie od tego jak gruba mamy skore.