polskie jablka

Generalnie nie jestem wybredna, wszystko mi smakuje, lubie poznawac nowe smaki, kosztowac, jesc. Dlatego nie naleze do tej czesci Polonii, ktora bedac na emigracji, co tydzien biega do polskiego sklepu po polskie pieczywo i wedliny, bo mi niderlandzkie ”gorzej” nie smakuje. jak luby kupi swieza bagietke, jak sobie porzadnie posmaruje maslem, to w ogole nie wiem, ze bagietka niepolska. niebo w gebie.

do polskiego sklepu chodze kupic twarog na sernik i zakwas na zur wielkanocny. i czasami po polskie jablka. bo wlasnie polskie jablka sa wyjatkowe. pachna. jablka w supermarkecie nie pachna. leza i wygladaja, ale nie pachna.

gdy bylismy dwa tygodnie temu w Polsce, tato dal mi pelna torbe jablek od nich z ogrodu; trzy odmiany. rozlozylam jablka w miskach po calym domu, wzielam do pracy i cieszylam sie ich zapachem (i smakiem).

dzis siedze w pracy, stuk, puk, ktos puka drzwi. drzwi sie uchylaja, a tam… pan Marian. z pelna reklamowka polskich jablek! zupelnie zapomnialam, ze mialam dzis robic za tlumacza… na szczescie pan Marian mnie znalazl. no i te jablka przyniosl. dawno sie tak z prezentu nie ucieszylam. nie dla mnie bombonierki, ozdobne ciasteczka i inne slodkosci. jak ktos mnie chce ucieszyc, to poprosze o polskie jablka – z ogrodu, nie z supermarketu. znow rozlozylam jablka, znow pachnie…. az szkoda jesc;)

13.59

Zaliczylam dzis stresa. przes ostatnie cztery dni nie robilam nic innego niz pisanie grantu, dyskutownaie, co ma sens, a co nie, ilu pacjentow mamy do projektu, ile co bedzie kosztowac, kogo mamy do projektu dodac a kogo nie, i jaka ilustracje rysujemy (tzn. ja rysuje) do schematycznego wytlumaczenia naszej hipotezy i planow.

wczoraj o 0.30 wrocilam do domu. wypilam lampke wina, zeby okielznac mysli i poszlam spac.

rano jeszcze przedzwonilam do finansow, czy sprawdzili kosztoryst. tak, ale maja pytania. i tak sobie ping-pongowalismy pytanami i odpowiedziami, i brainstormami jakby tu jednak kosztorys inaczej przedstawic do… 13.45.

15 minut przed deadlinem dostalam excela z kosztorysem podpisanym przed waznego pana.

w miedzyczasie odkrylam, ze rubryki, w ktorych moglam wstawic tekst, mieszcza max. 1000/2000 czcionek bez spacji, a ja zalozylam optymistycznie, ze 1000/2000 czcionek ze spacjami. tak wiec wiec w ostatniej chwili redagowalam tekst, skracalam zdania, wyrzucalam ozdobniki, typu ”importantly” czy ”hence”…

o 13.50 system on line zaczal sie zacinac. w tym samym czasie telefon zaczal szalec, wiadomosci od lubego, szefowej, kolaboratorow, pana od finansow zaczely przyplywac z pytaniami czy juz wyslalam – a ja walczylam z on-line submission systemem, ktory chyba byl zwyczajnie przeciazony przez ludzi takich jak ja: wysylajacych projekt na ostatnia chwile. bo coz, tak juz jest, ze 99% naukowcow wysyla projekty a ostatniej chwili.

o 13.59 wcisnelam guzik ”submit’. i nic. ”submit”. nic. i tak kilka razy. wybila 14.00…

zadzwonilam do ict. ulga. project zostal przelkniety przez system.

pffffff. adrenalina zaczela opadac. poczulam, ile energii i napiecia poswiecilam na to, zeby dopiac projekt do konca. i jak zawsze, obiecuje sobie, ze nastepnym razem lepiej to wszystko zaplanuje;)

psi wirus

jeszcze w sobote rano psisko zjadlo sniadanie, zaliczylismy kurs, a wieczorem juz psia kolacja ostala sie w misce. w niedziele sniadanie zostalo nietkniete, kolacja tez. wody w misce nie ubylo. sygnal jasny: psu cos dolega.

w poniedzialek wzielam go jeszcze rano na spacer… ”spaceeeeerek” – dre sie perliscie na caly dom… a psa nie ma. ”spaceeeerek, spaceeeerek!!!!” – czlap, czlap, czlapie psisko. chore psisko. jako ze wierze w pozytywne impulsy, wzielam to biedne psisko na spacerek, piesio poslusznie poczlapal. ucieszyl mnie, bo napil sie wody ze stawu. po chwili siadl. kurcze, czemu on siedzi, mysle – nie ma sily isc? beda go musiala niesc, te moje 20 kg (nie)szczescia? pies posiedzial, pokiwal sie i… zwymiotowal. ok, jasniej byc nie moze. pies jest chory.

wrocilismy do domu, zadzownilam do naszego polskiego weta. mamy przyjechac jak najszybciej. pojechalismy. pies malo nie pogryzl weterynarza, za to, ze mu termometr do odbytu chcial wsadzic:DDD temperatura lekko podwyzszona, termometr po wyjeciu z odbytu zielony, czyli jakas infekcja w jelitach. antybiotyk, lekarstwo przeciw wymiotom, na koncie ponad stowka mniej i… po 24h pies jak nowonarodzony.

wracamy od weterynarza, ja pilnuje psa, luby prowadzi, a mnie glupi smiech ogarnia. mowie do lubego: ten nasz pies to pewnie mysli, ze ten weterynarz to jakis zbok: ciagle mu cos do odbytu wpycha, a to palce (na odetkanie gryczolow, ktore juz dwa razy sie psiksu zatkaly) a to termometr…

najwazniejsze, ze pies odzyl, jesc zaczal i juz molestuje o pieszczoty.

dwa wariaty

wracam dzis z psem z treningu, przechodzimy pod wiaduktem, pies oczywiscie prowadzi… wiec jako pierwszy wyszedl spod tego wiaduktu. Za wiaduktem, po prawej stronie znajduje sie skarpa, dosc stroma, pokryta trawa. W momencie, gdy pies wystawil glowe spod wiaduktu, wiedzialam, ze bedzie draka, bo na ulamek sekundy pies zamarl, co oznacza, ze zauwazyl innego psa (ktorego ja jeszcze nie widzialam, bo szlam jakies 50 cm za psem). Ulamek sekundy to wystarczajaco, zeby zauwazyc, co sie kroi, ale za krotko, zeby zareagowac, tzn. przyciagnac psa do nogi i odciagnac jego uwage od innego czworonoga.

Pech chcial, ze na skarpie stal pies z tym samym temperamentem, czy raczej awersja do innych czworonogow, jak nasze psiko. Dlatego, gdy juz wyszlam z moim psem spod wiaduktu ujrzalam taki widok: wlasciciel psa lezy na trawie, glowa w dol i z calej sily trzyma smycz, na ktorej ujada psisko dwukrotnie wieksze od naszego lobuza. Pies tak gwaltownie skoczyl do naszego kundla, ze przewrocil wlasciciela. Widok przekomiczny. Nawet wlasciciel tego psa smial sie, mimo ze lezal i dzielnie walczyl, zeby pies mu sie nie wyrwal.

Nie mialam jak mu pomoc sie pozbierac, bo nasze psy by sie zagryzyly na smierc, jakbym sie zblizyla do tego pana. Podreptalam wiec szybko dalej i dopiero jak szczekanie z obydwu frontow ustalo, objerzalam sie. Pan juz stal i ciagnal swojego wielkiego psa dalej.

takie zarty

Kolega przychodzi po prosbie, a przy okazji pyta:

-czipsie, slyszalem, ze odchodzisz – gdzie idzisz?

– na geriatrie, pamiec juz nie ta – mowie

– wszyscy tam skonczymy, wiec jeszcze sie spotkamy – zartuje kolega

– spotkac sie spotkamy, ale ciekawe czy sie poznamy, he, he (w domysle: z powodu demencji)

i taki glupi smiech nas ogarnia.

smieje sie, ale zaczyna mi byc smutno. teraz, kiedy juz prawie odchodze, widze jak bardzo zzylam sie z chirurgia, jaka wiez mam z chirurgami. ponoc chirurdzy to trudni ludzie, a ja sie z nimi bardzo dobrze dogaduje… jak to bedzie z innymi lekarzami… moze bede zbyt bezposrednia, zbyt agresywna (slownie)? strach mnie ogarnia, bo na chirurgii juz z zamknietymi oczami moge improwizowac i tak wiem wiecej o badaniach naukowych, przepisach i statystyce niz koledzy. a na geriatrii… zaczynam od zera. juz nie zaimprowizuje… lekcja pokory mnie czeka.

We wtorek mialam ostatnie wyjscie z grupa. jeden ze studentow zorgnizowac kregle i restauracje. student nie wiedzial, ze moje pierwsze wyjscie z nasza grupa mialo miejsce dokladnie w tej samej kregielni i restauracji. i ze sentyment mnie sieknie. szefa tez.

Powiedzialam szefowi, ze wolalabym pominac pozegnalne przemowy, bo sie rozkleje. Szef to uszanowal. W czaise obiadu smiech mieszal sie ze smutkiem. szef siedzial jak struty. widzac to, i ja nie potrafilam sie bawic. Zzylismy sie…. 8 lat.

Dzis nasza sekretarka mowi: czips, jak to bedzie, przeciez wy to jak malzenstwo… kazdy wie, ze jestescie nierozlaczni, ze gdzie czips, tam Paul, i gdzie Paul tam czips… Nie wiem jak to bedzie. Wiem, ze bedziemy za soba tesknic. Mimo ze nie raz na szefa narzekalam, nie raz mnie irytowal, to im blizej naszego rozstania, tym bardziej mnie boli to nasze rozstanie. jego tez. probujemy sie usmiechac, udawac, ze wszystko ok, ale nie jest. jest zal.

najchetniej bym sie sklonowala i jednego czipsa zostawila na chirurgii, a drugiego pchnela ku ”karierze” w nowym swiecie.

Malta

dlugo czekalam na te wakacje. i sie doczekalam. i nie zawiodlam. i za rok, jak Pan Bog da, znow polecimy (albo polece;)) na Malte. moj klimat: cieplo, ale nie za goraco, plaze bez wiatru, cieple, czyste morze, zlocisty piasek, piekne klify i blekitne niebo. cudowna, kameralna stolica, ktora przeszlismy na piechote w jeden dzien. i choc nie lubie przepychu, to katedra sw. Jana zachwycila mnie.

jeszcze gdybym tak pojechala tam z Asia, moja dobra kolezanka z czasow studiow, zamiast meskiego ogona, wiecznie zmeczonego, znuzonego, jeczacego, to juz by bylo idealnie. i tego sie doczekam. niech tylko chlopaki wyfruna z gniazda. pozwole lubemu pracowac od switu do nocy, a sama sobie bede latac po swiecie i cieszyc oczy i natura i zabytkami.

pies zostal na wakacjach u rodzicow. wiec i o Polske zahaczylismy. dobrze tak wpasc na weekend do rodzicow. na weekend, nie na dluzej.

no i jest.

nie wiem, czy moj wscik i grozba, ze sobie zafunduje kilkumiesieczne wakacje na koszt chirurgii, czy taki zbieg okolicznosci, ale dzis rano przyszla szefowa powiedziala: no Czips, mozemy otwierac szampana, nasze oddzialy sie dogadaly. od stycznia zaczynam nowa prace. a w grudniu bycze sie w domu (tzn. wczytuje w nowy temat badan naukowych).

____________________

taka juz jest, ze kapiemy psa przed wyjazdem do rodzicow (3 razy w roku). dzis sobie po 22.00 przypomnialam, ze pies nie jest wykapany. wiec hop, Szkrab wsadzil psisko do wanny; pies juz mine nieszczesliwa zrobil (ale juz nie ucieka, a na poczatku to nawet do lazienki nie chcial wchodzic) i stoi jak nieszczescie. wypucowalam go, wytarlam, pies sie pootrzepywal, wskoczyl w nasze lozko, zeby sie potarzac a potem poszedl spac na dol. co dla nas czyste, dla psa niekoniecznie. lezy w swoim lozku i sie lize, lize, lize… chyba mu sie nie podoba ta swiezosc;)

minimalizm

co do wakacji.. w sobote jedziemy do Polski zawiesc psa do rodzicow, a w niedziele lecimy w cieple kraje. jako ze dawno nie latalam, przeoczylam, ze bagaz podreczny bardzo sie ”skurczyl” i nie bardzo skumalam, ze bagaz podreczny o wymiarach 40x25x20 to maly plecaczek. I kupilam cztery bilety z bagazem podrecznym… jako ze to tanie linie, nie ma mozliwosci dokupienia miejsca na wieksza walize.

Przed chwila wiec spakowalam sie w maly plecaczek na 6 dni: 1x sukienka, 2 spodnice, 5 T-shirtow, 6x majtki, 2 biustonosze, bikini, 1x rajtki, dwa cienkie swetry i sandalki (gruby sweter i kurtke przeciwdeszczowa) bede miala na sobie i trzy ksiazki. I laptop. Maskara do oczu, szminka, krem, szczoteczka do zebow. Wsjo. 6.5 kg.

Teraz kolej na chlopakow:)

w glowie sie nie miesci

gdy na poczatku sierpnia zostalam przyjeta do nowej pracy, zakladalam, ze w pazdzierniku bede sie cieszyc miesiecznymi wakacjami, a w listopadzie rozpoczne nowa prace. jak bardzo sie mylilam. chirurgia nie chce mnie nigdzie oddac. czuje sie jak jalowka, o ktora targuja sie dwa oddzialy. nie wazne, ze podjelam decyzje. chirurgia nie chce isc na pewne ustepstwa. moj nowy oddzial bez tych ustepstw nie moze mnie przyjac (dziwne przepisy naszego szpitala). co gorsze, nawet gdybym sie zwolnila, czyli zrezygnowala ze stalego zatrudnienia, moj nowy oddzial, nie moze mnie ot tak, przyjac. tylko dlatego, ze dwa lata temu chirurgia dala mi stale zatrudnienie.

no coz… jak chirurgia nie chce wspolpracowac z interna… ja rozwiaze ten problem.

jutro ide poinformowac managera naszego oddzialu, ze od poniedzialku biore cztery miesiace zaleglego urlopu (bo tyle mi sie uzbieralo w ciagu ostatnich czterech lat). i ze skladam wypowiedzenie. zloze wypowiedzenie, bo moja nowa szefowa wymyslila, ze moze mnie zatrudnic… w innym szpitalu i tym samym wypiac sie na chirurgie. mysle, ze jak nasz manager to uslyszy, zmadrzeje i w koncu pozwoli mi odejsc na inny oddzial bez sponsorowania moich ostatnich czterech miesiecy na chirurgii.

az trudno uwierzyc, ze to sie dzieje.

komunikacja z mama

Za tydzien jedziemy do Polski na 1.5 dnia, bo zawozimy psa na kilka dni do ”dziadkow” a sami lecimy na Malte (nie wiem, jak ja przezyje to rozstanie, choc wiem, ze rodzice zajma sie psem lepiej niz ja;)).

Pisze wiec do mamy: macie jakies zyczenia? (= co Wam przywiesc z Holandii?)

Mama odpowiada: tata spi po obiedzie (= pozniej Ci powiem)

Bizon, ktory czyta odpowiedz babci, dziwi sie na glos: o co jej chodzi? ty pytasz o zyczenia, a babcia mowi, ze dziadek spi…. :DDD