od prawie dwoch tygodni jest u nas moja mama. rzadko sie widzimy, bo ja cale dnie siedze w pracy, a wieczorami mama ma swoje ksiazki, modlitwy, a ja gotowanie, prasowanie, itp. ale czasami sie spotykamy – czasami jest fajnie, czasami… rece mi opadaja i nie wiem, czy to ja jestem nadwrazliwa, czy ja mam syndrom matki, ktora patrzy na swoje dzieci przez rozowe okulary i nie pozwala ich krytykowac, czy to moja mama, pedagog, jest dziwna.
dzis Szkrab cwiczy czytanie. ma szesc lat, chodzi do 3 klasy, w ktorej dzieci ucza sie czytac. Szkrab nie czyta plynnie, ale skladajac literki powolutku sobie sklada wyrazy i czyta. i dla mnie to sie liczy, ze Szkrab czyta. i ze chce czytac. ze rwie sie do tego. a moja mama slucha i mowi:
– rzeczywiscie musi cwiczyc to czytanie, bo kiepsko mu to idzie.
mam nadzieje, ze Szkrab tego nie slyszal. zrobilo mi sie cholernie przykro ”za Szkraba”. bo on czyta odpowiednio do swojego wieku. to, ze Bizon w tym wieku smigal, to ze ja w tym wieku plynnie czytalam, nie znaczy, ze Szkrabowi idzie kiepsko, bo sklada literki. powiedzialam mamie, ze ja uwazam, ze Szkrabowi czytanie idzie bardzo dobrze, bo czytac uczy sie od 6 tygodni.
przy stole, podczas jedzenia mama zauwaza:
– Ty Szkrabie jestes bardzo zgrabny!
Bizon patrzy, czeka, czy i on cos milego uslyszy, ale ze sie nie doczekal, pyta:
– a ja?
– a Ty Bizonku musisz duzo jesc, zebys urosl.
noz mi sie w kieszeni otworzyl:/ tak wlasnie mnie mama wpedzala w dziecinstwie w kompleksy i to samo robi z moimi dziecmi. ale wytlumaczyc sie jej tego nie da, bo ”nic krytycznego o tych twoich dzieciach nie mozna powiedziec’. mozna, ale niech to bedzie krytyka konstruktywna, a nie pieprzenie glupot.
w zeszlym tygodniu wybralam sie do szkoly, tez ponarzekac;) bo Szkrab kilka razy wrocil z jedzeniem do domu, bo pani mu tego nie pozwolila zjesc, np. muffinke (wytrawna). a jablka mam Szkrabowi nie obierac, bo tak pani powiedziala.
a ja sie nie zgadzam na to, zeby szkola dyktowala mi, co moje dziecko moze jesc. i to poszlam oznajmic nauczycielce. grzecznie, ale konkretnie wytlumaczylam, ze my jestesmy rodzicami swiadomymi tego co jest zdrowe i ze Szkrab dostaje tylko zdrowe lunche do szkoly. a to, ze muffinka kojarzy sie z czyms niezdrowym, to juz jego problem. pani wyslala mnie do dyrektora. to poszlam;) ten pewnie myslal, ze znowu o toaletach bedzie. na szczescie moje dzieci w tym roku sa juz w klasach”na pietrze”, gdzie toalety sa czyste (no, prawie;)). opwiedzialam dyrektorowi swoja histore, a on mi swoja, ze coraz wiecej dzieci jest otylych, wiec oni chca propagowac zdrowy styl odzywiania sie… cel szczytny, tylko, ze propagande nalezaloby zaczac od rodzicow, a nie karac dzieci za bezmyslnosc rodzicow i zabraniac im jedzenia tego, co ponoc nie zdrowe. z reszta, i tak ci rodzice, ktorzych dzieci sie niezdrowo odzywiaja, maja gleboko w nosie propagande zdrowej zywnosci. sami sa otyli i im sie zwyczajnie nie chce wstac o 6.30, zeby dzieciom przygotowac kanapki do szkoly. ciacho w lape i won, bo matka ma inne sprawy na glowie, np. plotki z sasiadka.
tak wiec powiedzialam, ze rozumiem szczytne cele szkoly, ale ja chce, zebym to jednak ja mogla decydowac, co je MOJE dziecko.