pokolenie, przewrazliwienie, czy kie licho…

od prawie dwoch tygodni jest u nas moja mama. rzadko sie widzimy, bo ja cale dnie siedze w pracy, a wieczorami mama ma swoje ksiazki, modlitwy, a ja gotowanie, prasowanie, itp. ale czasami sie spotykamy – czasami jest fajnie, czasami… rece mi opadaja i nie wiem, czy to ja jestem nadwrazliwa, czy ja mam syndrom matki, ktora patrzy na swoje dzieci przez rozowe okulary i nie pozwala ich krytykowac, czy to moja mama, pedagog, jest dziwna.

dzis Szkrab cwiczy czytanie. ma szesc lat, chodzi do 3 klasy, w ktorej dzieci ucza sie czytac. Szkrab nie czyta plynnie, ale skladajac literki powolutku sobie sklada wyrazy i czyta. i dla mnie to sie liczy, ze Szkrab czyta. i ze chce czytac. ze rwie sie do tego. a moja mama slucha i mowi:

– rzeczywiscie musi cwiczyc to czytanie, bo kiepsko mu to idzie. 

mam nadzieje, ze Szkrab tego nie slyszal. zrobilo mi sie cholernie przykro ”za Szkraba”. bo on czyta odpowiednio do swojego wieku. to, ze Bizon w tym wieku smigal, to ze ja w tym wieku plynnie czytalam, nie znaczy, ze Szkrabowi idzie kiepsko, bo sklada literki. powiedzialam mamie, ze ja uwazam, ze Szkrabowi czytanie idzie bardzo dobrze, bo czytac uczy sie od 6 tygodni.

przy stole, podczas jedzenia mama zauwaza:

– Ty Szkrabie jestes bardzo zgrabny! 

Bizon patrzy, czeka, czy i on cos milego uslyszy, ale ze sie nie doczekal, pyta:

– a ja?

– a Ty Bizonku musisz duzo jesc, zebys urosl.

noz mi sie w kieszeni otworzyl:/ tak wlasnie mnie mama wpedzala w dziecinstwie w kompleksy i to samo robi z moimi dziecmi. ale wytlumaczyc sie jej tego nie da, bo ”nic krytycznego o tych twoich dzieciach nie mozna powiedziec’. mozna, ale niech to bedzie krytyka konstruktywna, a nie pieprzenie glupot.

w zeszlym tygodniu wybralam sie do szkoly, tez ponarzekac;) bo Szkrab kilka razy wrocil z jedzeniem do domu, bo pani mu tego nie pozwolila zjesc, np. muffinke (wytrawna). a jablka mam Szkrabowi nie obierac, bo tak pani powiedziala. 

a ja sie nie zgadzam na to, zeby szkola dyktowala mi, co moje dziecko moze jesc. i to poszlam oznajmic nauczycielce. grzecznie, ale konkretnie wytlumaczylam, ze my jestesmy rodzicami swiadomymi tego co jest zdrowe i ze Szkrab dostaje tylko zdrowe lunche do szkoly. a to, ze muffinka kojarzy sie z czyms niezdrowym, to juz jego problem. pani wyslala mnie do dyrektora. to poszlam;) ten pewnie myslal, ze znowu o toaletach bedzie. na szczescie moje dzieci w tym roku sa juz w klasach”na pietrze”, gdzie toalety sa czyste (no, prawie;)). opwiedzialam dyrektorowi swoja histore, a on mi swoja, ze coraz wiecej dzieci jest otylych, wiec oni chca propagowac zdrowy styl odzywiania sie… cel szczytny, tylko, ze propagande nalezaloby zaczac od rodzicow, a nie karac dzieci za bezmyslnosc rodzicow i zabraniac im jedzenia tego, co ponoc nie zdrowe. z reszta, i tak ci rodzice, ktorzych dzieci sie niezdrowo odzywiaja, maja gleboko w nosie propagande zdrowej zywnosci. sami sa otyli i im sie zwyczajnie nie chce wstac o 6.30, zeby dzieciom przygotowac kanapki do szkoly. ciacho w lape i won, bo matka ma inne sprawy na glowie, np. plotki z sasiadka. 

tak wiec powiedzialam, ze rozumiem szczytne cele szkoly, ale ja chce, zebym to jednak ja mogla decydowac, co je MOJE dziecko. 

dwa ekrany

nigdy bym nie przypuszczala, ze bede siedziec przed dwoma ekranami;) ale mam szefa, komputerowego fascynata, ktory sam pracuje na 3 ekranach, a mi sprawil dwa. I tak schodza mi dni tygodnie, a wlasciwie to juz ponad miesiac przed tymi dwoma ekranami i choc siedziec nie lubie, to wspolpraca z moimi studetami, poprawianie ich wypocin, koordynowanie ich pracy i wspieranie badan naukowych szefa, sprawiaja mi wielka radosc.

studentow mam bardzo ambitnych, choc… coz… gender gendrem, ale dziewczyny sa pracowitsze. a panowie chcieliby mnie wykorzystac. i tak np. w sobote o 17.00 dostalam e-maila z prosba o poprawienie artykulu ”przed niedziela”, zeby student mogl przed poniedzialkiem (kiedy to mial spotkanie z szefem) jeszcze go przerobic. hm…. mialam inne plany na sobotni wieczor, wiec studenta olalam. korekte dostal dzis o 8.00. ale chyba nie byl do konca zachwycony, bo artykul byl czerwony od… rad;) w koncu mam ich nauczyc pisac arrykuly, a nie za nich pisac;)

przyjechala moja mama. i sie przewrocila:/ caly nadgarstek i dlon spuchnieta, na zdjecie oczywiscie sie wybrac nie chce, chodzi pelna winy, bo miala mi pomoc, a wydaje jej sie, ze jest dla mnie ciezarem. a nie jest. bo ja robie to co zawsze, ale mam spokojna glowe, ze jednak dzieci pod okiem czujnej babci sa, na swiezym powietrzu, a nie slecza w swietlicy do 18.00.

wczoraj pojechalismy nad morze, ale niestety, wiatr byl tak silny, ze wytrzymalismy 2 godzinki i wrocilsmy do domu. mama zadowolona, luby tez, a ja i chlopaki na niedosyt cierpimy…

i tyle. do pisania bloga mnie nie ciagnie, bo raz, ze tyle godzin, ile slecze w pracy przed komputerem mnie skutecznie od ekranu zniecheca, a dwa, ze cala kreatywnosc przelewam na mych studentow i szefa:)

 

 

po 20 latach…

z czeczenskim kolega pogadujemy sobie tak luzno, na ogol on opowiada o swojej wnuczce, zonie, emigracji, ja odpowiadam polslowkami, ale uprzejmie, bo czuje wielka sympatie ze strony tego czlowieka. a to z kolei wzbudza moja sympatie 🙂

dzis znow gadka-szmatka. doktor sie zbiera, pociesza mnie, ze juz nie bedzie mi przeszkadzal i nagle staje kolo mnie powazny i mowi:

– wiesz, ja mam ciagle koszmary po tej wojnie. 20 lat temu… i ciagle mi sie to sni. ciagle mnie przesladuje.

nigdy nie wiemy, co w czlowieku siedzi, co go dreczy. ten doktor, taki pewny siebie, taki chojrak z koneksjami, pogodny, wydawaloby sie zadowolony z zycia. spac spokojnie nie moze.

zdjecie z usmieszkiem

jako nowy czlonek departamentu chirurgii, musialam zaliczyc tzw. kurs wprowadzajacy. oprocz mnie stazysci z medycyny i jedna pielgniarka, ktora bedzie wykonywac pomiary do naszych badan. na zakonczenie kursu robi sie zdjecie pt. nowi pracownicy chirurgii, ktore pozniej publikowane jest na naszej szpitalnej stronie internetowej. 

kiedy ustawilismy sie do zdjecia zobaczylam moja studentke, wiec odruchowo usmiechnelam sie do niej i w ostatniej chwili powstrzymalam sie przed pomachaniem jej. 

w tym momencie pani prowadzaca kurs zrobila pstryk… i moj bardzo zadowolony usmiech zostal uwieczniony. przed chwila zadzwonil luby, z wiesciami, ze jest zdjecie! a ja wygladam na najbardziej zadowolona uczestniczke kursu:DDD 

coz, szef powinien byc dumny:)

a szef w Chinach, na konferencji – dzieki czemu nie mielismy dzis spotkan ze studentami i moglam wyjsc z pracy, bo okazalo sie, ze Bizon sie rozchorowal:/ gardlo, goraczka… jak dobrze, ze juz piatek. mam nadzieje, ze wydobrzeje do poniedzialku i ze Szkraba nic nie rozlozy.

a ja mecze artykul… wplyw BMI na diagnoze i efektywnosc leczenia wyrostka robaczkowego. temat ciekawy, ale analizy statystyczne mnie dobijaja. bo w zaleznosci od tego, jakie dodatkowe czynniki wezmie sie pod uwage, raz wychodzi, ze BMI ma wplyw, a innym razem, ze nie ma… czemu nie moze byc jednoznacznie? bo za latwo by mi sie pisalo;) ech….

 

__________

luby znow dzwoni (a oficjalnie nazywa sie, ze pracuje…): przyszedl kolega z pytaniem, czy jego zona zawsze taka zadowolona:D 

na blysk:)

na dzien dzisiejszy jestem zadowolona z posprzatanego przez pana M. mieszkania. 

zupelnie w pracy zapomnialam, ze mieszkanie mialo byc sprzatane, ale jak weszlam do domu po pracy, od razu poczulam, ze jest inaczej, tak jakby mieszkanie na gosci czekalo: wypucowane:D

wczoraj oczywiscie byla mala akcja ogarniania zabawek, prania, srubek, ktore jeszcze sie ponieiweraly tu i owdzie po skrecaniu nowych polek i szafy, ale doszlam do wniosku, ze jednak tygodniowy kurz zostawie panu M. a on swietnie sobie z nim poradzil:) – zadzwonilam i powiedzialam mu, ze jestem bardzo zadowolona. a on na to, zez czasem bedzie jeszcze lepiej, bo za pierwszym razem zawsze mu schodzi dluzej, bo musi obczaic uklad mieszkanie, gdzie co jest i co trzeba zrobic.

oby tak pozostalo!

a w pracy musialam sie ewakuowac do biblioteki, bo moj czeczenski kolega obchodzil 12.5-lecie pracy w naszym szpitalu i ciagle mial gosci. raz na 12.5 roku przezyje;)

przylapalam

chyba kazde dziecko przechodzi przez ten okres: czytania cichaczem, jak juz ma spac. przed chwila przylapalam Bizona:DDD latareczka, ksiazeczka, az podskoczyl na lozku jak kuknelam;)

a kilka dni temu Szkraba przylapalismy na podgladaniu TV, gdy wieczorem film jakis na DVD ogladalismy z lubym:) dobrze, ze cos mnie tknelo i na czas popatrzylam, bo akurat ”Silent witness” ogladalismy, gdzie obrazki zdecydowanie nie dla dzieci.

 

jutro zaczynam trzeci tydzien pracy… niesamowite, jak ten czas szybko leci.

komfort pacjenta

wspominalam juz o tym, ze w holenderskim systemie zdrowia podoba mi sie dbalosc o komfort pacjenta – docenilam to m.in. gdy Szkrab obil sobie ramie i pierwsze co zrobiono, to podano mu paracetamol, zeby usmiezyc bol, a dopiero pozniej zaczeto szegolowe pytania, ogladanie, zdjecie i zakladanie opatrunku usztywniajacego. 

ale jak to zawsze bywa, sa i sytuacje absurdalne. dzis usmialismy sie w biurze, bo czeczenski doktor (strasznie ciety na niedouczonych studentow niderlandzkich;)) opowiada o pewnym stazyscie: przywieziono czlowieka po wypadku motorowym, jak to doktor okreslil”skorzany worek z polamanymi koscmi”, szczeke tez mial przetracona (ale mowic mogl!). stazysta pyta sie go: 

– czy lezy sie panu komfortowo?

motocyklista na szczescie mial poczucie humoru i odpowiedzial:

– bardzo, nie narzekam

Inny stazysta tlumaczy pacjetnowi, co beda robic i pyta, czy pacjent zrozumial. pacjent mowi, ze nie. Ale dlaczego pan nie zrozumial? – dziwi sie stazysta.

posmialismy sie, ale rzeczywiscie, na takie pytania i ja sie natknelam – moja pani doktor ”rodzinna” pyta zawsze:

– czego pani oczekuje? – albo:

–  i co pani o tym sadzi?

kiedys nie wytrzymalam i odpowiedzialam, ze oczekuje pomocy medycznej, a ze to pani doktor skonczyla medycyne, to moze ona mi powie. ostatnim razem, gdy poszlam z moimi krostami, znow zadala mi pytanie, czego oczekuje. wiec zgodnie z prawda odrzeklam, ze oczekuje skierowania do dermatologa:DDD i dostalam;)

wczoraj bylo o kolegach, dzis o studentach: osobiscie poznalam dwoje: sa to studenci medycyny, ktorzy w ”wolnym czasie”, zajmuja sie robieniem doktoratu:

Dziewczyna, Maxime, moj „typ”: konkretna, zdyscyplinowana, kobieca (ale nie typ ”kotki”;)) i ciezko pracujaca; moj szef powiedzial” to jest moj diesel”. tak, to jest dziewczyna diesel, niezawodna. Poprawilam jej artykul, w ciagu jednego dnia naniosla wszystkie poprawki (a sporo ich bylo;)). 

Chlopak, Hielke, tez moj typ: super blyskotliwy imprezowicz;) imprezowiczow nie lubie, ale jesli nadrabiaja ten minus intelektem, to mam do nich slabosc, szczegolnie gdy sa to blondyni z bujna czupryna i poczuciem humoru;) Widze, ze moj szef tez go darzy sympatia, zawsze sie smieje, gdy o nim mowi, bo rzeczywiscie, fajny chlopak. Taki typ rozpoznaje z daleka i wczoraj dostalam od szefa pierwsza pochwale: widze, ze ty sobie z nim swietnie poradzisz. no coz, mam podobyn ”typ” w domu, niby domator, ale za to z glowa w chmurach:-)

nowi koledzy i szef

zaczne od kolegow, bo latwiej:) wielu ich jeszcze jeszcze nie poznalam i nie poznam, bo choc departament mamy olbrzymi, to kazdy sobie rzepke skrobie. w biurze siedzi ze mna niejaki Jan, od dokumentacji, nadzoru studentow, koordynacji dzialu nauki. oprocz niego, tuz obok mnie ma biurko pewnie chirurg z… Czeczeni. 

Jan, jak to Holender, mily, poprawny, pomocny, ale jak widzi, ze mozg mi paruje, to nie przeszkadza. 

A pan doktor… w czwartek z rozmachem otworzyly sie drzwi, stanal w nich pan na oko 60+, z brzuszkiem, niskiego wzrostu (juz mialam przeczucie;)) i wycelowal we mnie palcem: a ty kto jestes? – zawolal niby po niderlandzku, ale cos mi ”zaspiewalo” w tej jego niderlandczyznie. a jestem post-doc doktora Paula, odpowiedzialam z usmiechem. ”a skad ty jestes” – pan doktor tez uslyszal spiewny akcent:D z Polski – odpowiedzialam, ciekawa, skad on. a on… ”jeszcze Polska nie zgineeelaaaa poki my zyjeeeemy” – wyspiewal mi na cale gardlo, bardzo z siebie dumny. prawie sie wzruszylam:) ale ciekawosc mnie zzerala, skad on – ”Rusek”, czy jaki? 

– a ja z Czeczeni – powiedzial glosno i dobitnie. i przez godzine mnie ”maltretowal” swoimi opowiesciami, o przyjacielu generale, ktory z Putinem przy jednym stole jada, o innym przyjacielu co jego ojciec w KGB byl, wiec ten przyjaciel mojemu koledze-doktorkowi takie i siakie historie opowiadal, dowiedzialam sie, co jego rosyjcy koledzy powiedzieli mu o katastrofie malezyjskiego samolotu (informacje z pierwszej reki, na 100% pewne…), o wnusi, o tym, ze moge jego czajnik uzywac, zeby sobie herbate parzyc. ledwo zdazylam pomyslec: jeszcze mi upadnie i sie stlucze (bo czajnik na prad, ale z porcelany, z reszta, bardzo ladny), a on juz mowi, ze jak sie zepsuje, to nie szkodzi, to on nowy kupi. i baju-baj, baju-baj, a czas leci…

w koncu zaczelam probowac kontynuowac swa prace, choc nie chcialam byc nieuprzejma.

doktorek zrozzumial, ale wcale sie tym nie przejal: ja tu nie jestem czesto, wiec nie bede ci tak zawsze przeszkadzal i dalej zaczal pokazywac mi zdjecia z innymi doktorami-szychami, i o wnusi opowiadac, a od czasu do czasu krecil glowa: ”mam kolezanke Polke!”. 

dzis przyniosl mi herbate, czekolade i kazal pic i jesc! no!

matko kochana, z ulga przyjelam do wiadomosci, ze w grudniu doktorek idzie na emeryture, bo jak on mi tak codziennie bedzie godzine z cennego czasu zabieral, to przestane go lubic;)

 

a moj szef… trudno go wyczaic. konkretny, i to bardzo. szybki. ma niesamowita pamiec, przez co wpadam w kompleks, bo ja pamieci nigdy dobrej nie mialam, zwlaszcza do slow, terminow i imion w obcym jezyku… sympatyczny, ale od razu czuje sie przed nim respekt. zupelnie inaczej czuje sie w jego obecnosci niz przy bylej szefowie: od razu wiem o co chodzi i jasno wiem, ze to co mam zrobic ma byc zrobione wczoraj;) czego szef nie umie i nie lubi (tak twierdzi przynajmniej) to pisac. to jest moje glowne zadanie:) co mnie cieszy, bo poprawilam juz 3 manuskrypty naszych studentow, dzieki czemu czynnie wdrazam sie w temat. nie siedziac i biernie czytajac artykuly medyczne (to robilam na wakacjach;)), tylko od razu korygujac wypociny innych. szef ”pachnie” mi cholerykiem… niecierpliwcem, ktory jak swiat za nim nie nadaza, ekspoludje. no, to jest nas dwoje;) tyle, ze ja do szefa nie wyeksploduje, predzej w domu dam czadu:/ dlatego musze na fitnessie ewentualne zlosci i stresy wyskakac.

znow czeka mnie egzamin w j. niderlandzkim, co juz mnie troche stresuje, tym bardziej, ze temat, ktory w ogole mnie nie kreci, bo prawne aspekty badan klinicznych, czyli… dokumentacja, papierkologia, same upierdlowosci, ktorych nikt nie lubi, ale odhaczac trzeba. 

dobrze przygotowana;)

na czwartek zaplanowalam wypad do IKEI po szafe dla Bizona (bo ze starej juz wyrosl! – spodnie na wieszakach majtaly po dnie szafy…) i po polki na ksiazki dla Szkraba. jako, ze po IKEI wedrowac nie znosze i szkoda mi czasu na lazenie w te i we wte, w domu zapisalam na karteczce dokladnie jaki zestaw chce, wypisalam wymiary, ceny i numery produktow. 

jako ze luby ma do systemu zakupow w IKEI jeszcze gorsze nastawienie niz ja, postanowilam, ze ja pojade prosto z pracy, znajde co trzeba, zapisze, gdzie, ktory element lezy w magazynie, a luby zje z chlopakami obiad i dojedzie, jak bede gotowa. 

popedalowalam wiec do IKEI pewna, ze tym razem 2 szafy uda mi sie kupic pol godziny. coz za optymizm! 

okazalo sie, ze wesja Billego, ktora przyuwazylam na internecie to wersja stara, teraz w IKEI jest juz dostepna tylko nowa. tzn. stara mozna sobie jeszcze poogladac w niektorych kacikach, ale w samym kaciku ”Billy” juz jej nie ma, przez co nie moglam znalezc numerkow, gdzie ten moj Billy stoi w magazynie. poszlam do pomocnikow IKEO-wskich i wtedy dowiedzialam sie, ze moge kupic tylko nowa wersje, czyli nizsza – a ja chcialam miec polki wysokie, zeby wykorzystac sciane w dosc waskim, ale dlugim pokoju Szkraba. jak chce wysokie, to musze dokupic nadbudowke. a jak nadbudowka wyglada? – jeszcze jej nie zlozono, wiec nie moge jej zobaczyc ”na zywo”, ale pani z IKEI obiecala, ze wygladac to bedzie identycznie jak tak stara wersja Billego, tyle, ze widac bedzie po bokach  granice polaczen. ok. zgodzilam sie. co prawda, drozej mnie to wynioslo, a luby mial ekstra elementy do skladania, ale dobra, zgodzilam sie.

na szczescie z szafa Bizona poszlo juz gladziej. 

zakup szafy i zestawu Billego trwal 2 godziny… mimo mojego wydawalo mi sie swietnego przygotowania.

wczoraj luby wszystko poskrecal, poustawiam i wyglada to-to dobrze. mi latwiej okielznac przerazajaca ilosc ubran, ksiazek i klockow lego, a pokoj Szkraba ladnie pojasnial od bielusienkiego rzadku Billego i nawet optycznie nabral przestrzeni. 

tak, ja do IKEI nie mam cierpliwosci (jest to dla mnie chaos, a choas mnie denerwuje i stresuje), ale jak juz sie w nia uzbroje, to mozna za w miare rozsadne pieniadze okielznac choas panujacy w domu;) 

__________________

dermatolog stwierdzil, ze mam tradzik mlodzienczy:DDD czyzby druga mlodosc;)))? przepisal mi piorunski zel, ktory podejrzewam, ze dobrze by zadzialal przy cerze tlustej, ale ja mam sucha, przez co cala twarz mnie szczypie po nalozeniu tego specyfiku, a dzis tez po nienalozeniu zelu. i skora mi sie luszczy:/ krosty niby znikly, ale jesli jest to zwiazane z hormonami (tak mi powiedziala pani dermatolog…), to mam wrazenie, ze piorunstwo moze wrocic – bo hormonow zelem wmasowanym w twarz chyba nie wylecze. no nic, za 6 tygodni ide do kontroli. moze kiedys bede miala ladna cere….

 

 

pierwszy dzien

pierwszy dzien szkoly i mojej pracy

dzieci do szkoly poszly, a ja pracowalam w domu. tzn. probowalam. widze, ze tego tez sie musze nauczyc. bo ciezko mi poprawiac artykul, gdy widze sterte naczyn po sniadaniu. a ze moim ulubionym miejscem do pisania, czytania i rozmyslan jest jadalnia, z ktorej widze kuchnie (a drzwi niet), to nie ma szans: najpierw musialam pozmywac;) 

a potem zadzwonil szef, a potem luby, zeby spytac jak mi idzie, a pozniej optyk, a pozniej mi sie kawy zachcialo, pralka skonczyla prac (po kiego licha ja nastawialam???), w koncu mi sie zimno zrobilo, wiec wlaczylam piec, ale dalej mi bylo zimno, wiec sprawdzilam sobie temperature. jako ze termometr wskazywal 34,4C, zaczelam szukac drugiego, rteciowego, czyli najbardziej zaufanego, i jakos tak zrobila sie 13.30…

poprawilam 1/3 artykulu… nie tak zle, choc moja niecierpliwa natura bardzo cierpi, bo ja bym chciala wszystko w jeden dzien skonczyc.

zaczela sie walka: jechac po dzieci, czy pozwolic im isc w pierwszy dzien szkoly do swietlicy. w podjeciu decyzji pomogla mi ulewa i burza, ktore sie rozpetaly tuz przed 14.00: wskoczylam na rower i pojechalam po dzieci, ktore rano poszly do szkoly w tenisowkach, w wiatrowkach bez kapturow, zupelnie nie przygotowane na taka pogode. i nawet ucieszylam sie, ze mialam pretekst, zeby chlopcow odebrac. 

Szkrab bardzo sie ucieszyl na moj widok, Bizon mniej, bo liczyl na to, ze pogra w noge na swietlicy. jednak, gdy zobaczyl ulewe i uslyszal grzmoty, bez dyskusji wskoczyl na rower i pognalismy do domu.

i fajnie, ze po nich pojechalam: wysuszylam, dalam cieple, suche ubranka, zrobilam kakao, sobie kawe i na spokojnie pogadalismy. a dzieci byly wyjatkowo chetne do opowiadania jak to bylo w szkole, w nowej klasie.

Szkrab z wielkim przejeciem opowiadal o nowym chlopcu, ktory strasznie przeklinal: pani go postawila go kata ”NA 3 MINUTY!!! – to BARDZO DLUGO! zegar szedl taaaaaak woooolno”! 

Chwile chlopakom poczytalam i wrocilam ”do pracy”. nawet udalo mi sie popracowac, ale widze, ze jednak praca z dwojgiem dzieci pod nosem nie jest tak wydajna, jak jest sie samemu. ale dotrzemy sie. Bizon juz znika z ksiazka w pokoju i nie wiem, ze mam dziecko (dopoki Szkrab za nim nie zateskni i nie zacznie sie do niego skradac;)), a Szkrab… ten jeszcze wymaga uwagi, ale powolutku go przyzwyczaje, ze teraz mama popoludniami musi pracowac a nie dzieci rozpieszczac. bo dzis bylo np. tak:

– mamoooo, strasznie smierdze pod pachami! – powachaj – chyba musze isc do kapieli…

tak, Szkrabowi marzyla sie kapiel o godz. 15.00… niestety, paszki obwachalam, pachnialy przeswiezo i z kapieli nici;)

Jutro juz wysle chlopcow do swietlicy, wiec dluzej popracuje. Choc… mam wizyte u dermatologa – swietnie sie sklada, bo wlasnie mnie wypryszczylo, wiec niech doktor pooglada i powie mi, skad mi sie to swinstwo bierze…