plaster miodu

dostalam od szwagierki sliczna wloczke na szal – jej jakos zapal do dziergania minal, a ja wlasnie skonczylam dziergac przepaski na czolo, co by swe zatoki chronic przed wiatrami i tak sie rozochocilam, ze mialam zamiar ciepla welna dokupic. 

mam welne i wyjatkowo wiem, czego chce – szal we wzorze plastra miodu. mam schemat w ksiazce, znalazlam schematy na internecie i nie wychodzi mi. bom mankut. i za chiny sobie tego wzoru nie potrafie odwrocic. 

jutro jeszcze jedno podejscie. jak sie nie uda, ryzem, czyli moja klasyka, pojade.

 

 

 

jutro dzieci ida do szkoly, a ja… nie wiem czy ide do pracy, czy nie;) kontrakt zaczyna sie jutro, z szefem, ktory dzis wraca z wakacji, umowilam sie na srode, bo nie przypuszczalismy, ze panie personalne sie tak szybko z kontraktem uwina. e-mail do szefa wyslany, czekam na znak.

adopcja

od dawna marzylam o adopcji dziecka. z roznych powodow mi sie to nie udalo. jednym z tych powodow byl i jest lek, jak adopcja dziecka wplynelaby na relacje w naszej rodzienie: jak dziecko zaadoptowane znalazloby sie wsrod moich biologicznych dzieci, jak moje rodzone dzieci przyjelyby dziecko adoptowane, ja w tym wszystkim odnalazlby sie luby, ktory za dziecmi generalnie nie przepada i tylko swoje kocha bezgranicznie. nie odwazylam sie.

ale zaadoptowalam inaczej. za posrednictwem Compation, organizacji chrzescijanskiej, zaadoptowalam wybrana przez siebie dziewczynke, ktorej przez najblizsze lata bede oplacac m.in. edukacje. wsparcie finansowe dostanie rowniez jej liczna rodzina, liczaca 5 dziewczynek i 4 chlopcow. moja przybrana corka ma na imie Deborah, ma 7 lat i mieszka w Ugandzie. 

na stronie Compation obejrzalam swiadectwo czworga doroslych ludzi, ktorzy dzieki takiej adopcji zorganizwanej przez Compation wyszli z biedy. opowiadaja jak siadali do pustego stolu, jak grzebali po smietnikach, zeby znalezc cokolwiek do jedzenia i jak przelomowym dniem byl dzien, w ktorym zostali wybrani z listy dzieci zapisanych do Compation

ciesze sie, ze istnieja takie mozliwosci niesienia pomocy dzieciom dla osob jakich ja, ze niby chcialyby, a boja sie…

mikolajowe prezenty

nie lubie szukac prezentow na ostatnia chwile i wiekszosc z nich zbieram przez caly rok: gdy cos odpowiedniego dla konkretnej osoby wpadnie mi w oko, kupuje od razu, bo pozniej zapomne, gdzie, co i dla kogo widzialam.

w Miedzygorzu, gdzie spedzilismy tydzien wakacji, wpadla mi w oko lyzka dla tesciow, ktorzy wiecznie sie odchudzaja. o taka:

 

dzis poszlam z chlopcami do sklepu z produktami fairtrade. chcialam kupic tylko kartke dla bliskiej mi kolezanki, ktorej niedawno urodzil sie synek. znalazlam oryginalna, ladna kartke, pasujaca do stylu mojej kolezanki i do jej sytuacji. Bizon zas zachwycil sie skarbonka i prosil, zebym mu ja kupila. ja odpowiedzialam, ze skarbonka jest za droga, ale moze napisac list do sw. Mikolaja, to moze mu Mikolaj kupi. podpowiedzialam Bizonowi, zeby poszedl poogladac ze Szkrabem inne produkty. on poszedl, a ja skarbonke pod pache, do kasy, cichaczem poprosilam pania, zeby ukradkiem prezent skasowala i zapakowala, tak, zeby dzieci nie zauwazyly – pani sie bardzo misja przejela, wiec nawet jak chlopcy podbiegli do mnie, bo znow cos ekscytujacego znalezli, pani skarbonke szybko pod lade schowala:)

oto skarbonka, ktora Bizon dostanie w tym roku od sw. Mikolaja (mam nadzieje, ze jeszcze bedzie w niego wierzyl…):

dotrzec

dotarlismy do Polski i z powrotem do Holandii, a teraz musze dotrzec do moich dzieci. mam z nimi kryzys. z docieraniem do ich swiadomosci. musze znalezc sposob na porozumienie z moimi dziecmi, bo oni nie slysza, co ja mowie. jak juz uslysza, to sluchaja (na ogol…), ale problem w tym, ze oni zwyczajnie mnie nie slysza. ja mowie jakby do siebie: widze ich bledny badz rozbiegany wzrok, to, ze sa myslami przy 150 czynnosciach, ale nie przy tej, o ktorej mowie.

za kazdym razem, gdy chce miec pewnosc, ze dotarlo, o co prosze, musze synkow zlapac, sklonic, zeby mi w oczy popatrzyli = oprzytomnieli, zatrzymali swoje mysli, zalapali, o czym mowie. to dziala. tylko, ze mnie to wykancza. ile mozna, lapac, gapic sie w oczy, mowic jak do malpy i jeszcze prosic, zeby powtorzyli o co prosze. 

cyrk zaczal sie rozwijac, odkad poszlam do pracy… nie wiem, czy to zbieg okolicznosci, czy za duzo nianiek, babc, swietlic i innych opiekunow, systemow wychowawczych? czy to ten pospiech, ktorego czasami nie ogarniamy, czy co, ale ja bym chciala dotrzec do swiadomosci moich dzieci bez pokrzykiwania, bez lapania, tak zwyczajnie, w normalnej rozmowie.

jak?

za tydzien dzieci ida do szkoly, za 1.5 tygodnia zaczynam nowa prace. jak wyciszyc siebie, dzieci, nasza rodzine, skoro szans = czasu na to nie ma?

do tego jeszcze neka mnie sprawa utrwalenia pewnych schematow dnia. jesli poprosze, zeby czy Bizon, czy Szkrab podniosl pizame z podlogi i schowal pod poduszke, to tak zrobia, ale jak nie poprosze, to pizama bedzie lezec na podlodze, a wieczorem wyciagna z szuflady nowa, bo nie wiedza, gdzie jest ta z wczoraj. prosze prawie codziennie i psa bym juz pewnie nauczyla, a swoich dzieci nie moge. zastanawiam sie czy nie zrobic chlopakom listy ze stalymi, codziennymi obowiazkami… bo lubemu juz zrobilam i wkrotce sie przekonam, jak to bedzie dzialac;)

_____________

podsumowanie wakacji nastapi, ale nie wiem kiedy…

marsz do lozka!

w Holandii wiekszosc rodzicow dosc rygorystycznie przestrzega czasu, kiedy ich dzieci klada sie spac. jest to godzina 19.00. z tego co do tej pory slyszalam od rodzicow kolegow moich dzieci, nie wazne, czy dziecko ma 4 lata, czy 7, o 19.00 ma byc w lozku. 

na ulicach, na podworkach, placach zabaw gwar cichnie kolo 19.00.

a my sie nie dopasowalismy do standanrdow holenderskich i o 19.00 to u nas jeszcze ksiazeczki, przytulance i zabawy. czas pojscia do lozek na ogol zalezy od stopnia zemczenia dzieci – jesli dzien byl bardzo intensywny i meczacy, to widac jak na dloni, ze chlopaki musza isc wczesniej (ale i tak nie o 19;)) spac. jednak na ogol chlopaki klada sie kolo 20.00-21.00, zasypiaja roznie, czasami po 22.00 Bizon jeszcze cichaczem myka do toalety, wstaja przed 8.00 i nigdy jeszcze nigdzie nie zaspalismy – odkad mamy dzieci, budzika nie potrzebujemy.

niedawno trener reprezentacji holenderskiej zostal zapytany przez dziennikarza z wiadomosci dla dzieci, czy ma jakies przeslanie dla rodzicow holenderskich dzieci w sprawie ogladania przez dzieci meczu, w ktorej gra reprezentacja holenderska, jako ze wielu rodzicow kladzie dzieci spac o 19.00 i przez to dzieci nie moga obejrzec tak waznego meczu.

pytanie mnie az tak nie zdziwilo, bo o cos pytac trzeba;) ale zdziwila mnie dyskusja, jaka sie pozniej wsrod Holendrow rozwinela i jak wielu rodzicow uwaza, ze np. 8 latek nie powinien siedziec do prawie 1 w nocy…

my kazalismy sie chlopakom polozyc o 20.00 i obiecalismy, ze zbudzimy ich o 22.00, gdy bedzie sie zaczynal mecz. i tak sie stalo: 1-1.5h drzemki, a pozniej kibicowanie na calego. tym bardziej, ze wakacje sa i nie trzeba na drugi dzien w szkole przytomnego umyslu miec.

na drugi dzien chlopaki wstaly o tych samej porze co zwykle, tak samo tryskaly energia i tylko troche wczesniej niz zwykle padly:)

pozegnanie

poszlam dzis do bylej pracy, zeby sie ”oficjalnie” pozegnac i podziekowac za tak serdeczna wspolprace. bo oprocz Corin, o ktorej pisalam, reszta zalogi byla mi naprawde przyjazdna, zawsze sluzaca pomoca i rada. 

poszlam z ciastem cukiniowym i marchewkowym:) jak to Hans podsumowal: czips zawsze na zdrowo. no pewnie:D bo ja do pracy nosilam ”swoje” salatki z rukola, feta, szpinakiem, selerem i co nowa salatke przynioslam, koledzy dopytywali ,”co w niej siedzi”. 

bedzie mi tej grupy brakowac. dowiedzialam sie, ze i koledzy juz za mna tesknia, co nie powiem, mile jest: ”cicho tu bez ciebie” – stwierdzil Izaak, ”i komu teraz bede dokuczal?” – pytal Lubbert, ktory bardzo lubil komentowac moj niderlandzki, ubiory i pasje fitnessowa (zyczliwie sie nabijal ze mnie, a ja z niego),  a Hans… juz w e-mailach wspominal, ze teskno mu za wspolna praca, a dzis troche sie rozkleil… ja oczywiscie tez. kiedy powiedzialam, ze nowa prace pomogl mi zdobyc moj temperament, kolezanka pokiwala glowa: bo jak ty wejdziesz, to jakby blyskawica wskoczyla… mam nadzieje, ze to byl komplement;)

szefowa tez mnie cieplo przyjela i pozegnala. byla troche nieobecna myslami, bo ma problem… Hans jej dzis powiedzial, ze odchodzi. i niby szefowa i jego, i mnie rozumie, ale jej zrozumienie jej nie pomoze: nie ma ludzi do pracy. a terminy ja gonia. niby bezrobocie, niby trudno znalezc prace, ale tez trudno znalezc dobrego pracownika. 

Hans wytlumaczyl jej, ze brakuje mu takiej normalnej pracy laboratoryjnej: eksperyment, wynik, analiza, planowanie nowego eksperymentu. bo w naszym departamencie za duzo bylo papierkologii, a za malo akcji. no i…Corin. Hans powiedzial szefowej, ze gdyby mial pracowac ze mna, to by rozwazyl pozostanie, ale z Corin on pracowac nie moze. wczoraj mieli wspolnie cos robic – Hans czekal na nia w laboratorium 45 minut… bo ona w tym czasie foldery uzupelniala. umowili sie inaczej, ale coz… Corin zapomniala, czy moze miala inne priorytety – ona do pracy w labie sie nie kwapi. i znow, szefowa to rozumie, ale dalej ma problem.

kiedy odchodzilam, poprosila, ze gdybym znala jakiegos technicznego, zebym jej podeslala… prosbe przekazalam lubemu, moze kogos zna. 

czuje sie troche winna, bo nie dosc, ze ja odchodze, to jeszcze Hansowi prace u lubego znalazlam. siebie usprawiedliwiam tym, ze praca te jednak byla ponizej mojego wyksztalcenia, a przede wszystkim bez jakiejkolwiek stabilizacji: kontrakty na 3-4 miesiace to jednak zadne poczucie bezpieczenstwa. 

przyznam, ze mile jest uczucie, gdy jest sie tak serdecznie zegnanym. teraz moim marzeniem jest zadowolenie moich nowych wspolpracownikow – to bedzie trudniejsze zadanie…

a po pracy poszlam do lekarza. bo moja grypa ciagnie sie juz prawie tydzien i zaczelam sie martwic, czy to rzeczywiscie grypa, czy cos z cisnieniem. cisnienie… 100/58. po 2 kawach. nic dziwnego, ze mi sie w glowie kreci. asystentka wcisnela mnie bez kolejki do lekarki, a ta jednak potwierdzila grype. ponoc ma wiecej pacjentow z podobnymi do moich dolegliwosciami. a cisnienie kazala obserwowac;) 

caly czas towarzyszyly mi chlopaki. i az ich pochwalilam – tacy byli grzeczni:) w pracy pojedli ciasta, siedli na podlodze i zaczeli czytac ksiazki. Szkrab jeszcze plynnie czytac nie potrafi, ale znalezlismy sposob: komiksy – on je pochlania. moi koledzy byli dosc zdziwieni, jak chlopaki tak cichutko sobie siedli, jakby dzieci nie bylo:) a pozniej znalezli sobie srubki, druciki i inne metalowe badziewia, ktore jacys robotnicy pozostawili w jednym z pomieszczen. bawili sie nimi przez godzine w poczekalni u lekarza – az jeden doktor przystanal i sie przygladal z usmiechem:) takie dni to ja lubie, nawet jak choruje.

_________________

w poczekalni chlopcy ogladali czasopismo z kobietami z calego swiata. na jednym ze zdjec byly kobiety karmiace piersia: zdjecia z bliska ukazujace twarz dziecka z piersia w ustach. chlopaki patrza z ciekawoscia:

– ty tak ciumales – mowi Bizon

– ty tez! – odpowiada Szkrab

– nie, ja ciumalem tak – pokazuje Bizon palcem na dziecko, ktore bardzo subtelnie ”ciumie”

– a ja tak – Szkrab wskazuje zdjecie, gdzie dziecko malo sutka nie odgryzie, tak ciagnie

nie skomentowalam na glos, ale rzeczywiscie, tak bylo:-) i tak jest: Bizon subtelny, Szkrab… deliktanie mowiac niesubtelny;)

nic za darmo;)

jako bezrobotnej przysluguje mi 70% mojego ostatniego wynagrodzenia  – super:) ale… zeby zasluzyc na wyplate, jestem zobowiazana aplikowac o prace: 4x w miesiacu. swietny pomysl, dzieki takiemu zaobowiazaniu ludzie bez pracy musza dzialac i pracy szukac. ale… ja prace juz znalazlam! czekam na kontrakt, ktory prawdopodobnie podpisze tuz po powrocie z Polski, czyli za 4 tygodnie! czy nadal mam wysylac aplikacje o nowa prace? TAK. takie jest prawo.

hmm…. 

dzwonie i mowie, ze aplikowalam, ze prace znalazlam, ze teraz czekam tylko az dzial personalny wykona swoja robote, czyli przygotuje moj kontrakt i ze nie chce nigdzie aplikowac bo jest to nielojalne wobec mojego pracodawcy (a wszyscy wiemy, ze mi sie nie chce, bo po co???).

ale takie jest prawo.

chcesz kase? – aplikuj. nic za darmo.

zwalilo mnie z nog

zlapalam gdzies wirusa, ktory mnie doslownie zwalil z nog: wczoraj o 20.00 padlam w lozku, bez mycia zebow, bez zmycia calodziennego kurzu.

najpierw myslalam, ze to zmecznie poimprezowe, bo pomagalam w szkolnym zakonczeniu roku. ten huk, jaki generuja dzieci, szum maszyn nadmuchujacych wodna zjezdzalnie i namioty do skakania, bieganie miedzy kuchnia szkolna a dziedzincem przez 5 godzin mnie wymeczyl, wiec wczoraj wieczorem myslalam, ze musze chwilke polezec, zeby sie zregenerowac.

obudzilam sie dopiero rano… dalej z bolem i zwrotami glowy, z fioletowymi workami pod oczami, ogolnie slaba i nieszczesliwa.

a dzis mialam spotkanie z szefem.

zwloklam sie i poszlam. do 12 maglowalismy rozne tematy, a pozniej przejelam od lubego dzieci i zawiozlam je plac zabaw, gdzie jest pompa, woda, rynny i piasek – tam moglam (prawie) spokojnie przesiedzic do 17.30. probowalam czytac artykuly i podrecznik dotyczacy pomiarow,  jakimi bede miala doczynienia, ale nie dalam rady. resztka sil probowalam nie zasnac.

nie wiem, co za dziadostwo mnie dopadlo. tylko mnie. luby i dzieci tryskaja energia, mnie znow bierze odlot… cos czuje, dzis znow pojde spac zaraz po dzieciach. choc wypadaloby dom troche wymuskac, bo jutro pan do sprzatania wpadnie zorientowac sie, co ma sprzatac i ile czasu mu bedzie na to potrzebne. luby mam mecz… wiec kto musi dom ogarnac? nie wiem.

_____________

wczoraj powiedzialam chlopcom, ze nie mam sily gotowac obiadu. Szkrab od razu zaoferowal pomoc, a ja wyjatkowo ochoczo sie zgodzilam (wyjatkowo, bo na ogol wole sama krolowac w kuchni, pomocnicy mi tylko przeszkadzaja), bo mialam 10 schabowych do utluczenia. Szkrab tak ochoczo walil tluczkiem, ze kotleciki cieniutkie jak nigdy wyszyly:) moczyl je w mace, a ja dokanczalam panierke i smazylam. jeszcze tylko ziemniakow nie potrafi obrac, ale jeszcze troche i bede miala pomagiera. dzieki temu, ze Szkrab mnie zmobilizowal i wsparl, mialam obiad na dwa dni i nie musialam wyrzucic miesa, ktore z zamrazarki wczesniej wyjelam.

pije i mysle;)

luby kupil czerwone wino i skusilam sie, mimo ze niedawno pisalam, ze mnie odrzucilo;) kobieta zmienna jest. a szczegolnie kobieta z pms-em;)

pije troche na na pocieche, bo pierwszy raz w zyciu sernik mi nie wyszedl (zrobilam glupi blad). da sie zjesc, ale plasciutki taki, o polowe nizszy niz zwykle. pocieszam sie, ze w smaku taki sam, wiec mam nadzieje, ze sie Holenderzy nie zorientuja, ze cos nie tak z tym sernikiem;) kleska, bo sernik upieklam na jutrzejszy koncert Bizona, ktory zamyka muzyczny rok szkolny. 

Jutro Bizon zagra solo dwie melodia: bluesowa i swingujaca przy akompaniamencie fortepianiu, a na zakonczenie calipso z wszystkimi uczniami pani Maaike (skrzypce i wiolonczele) – uderzamy w klimat wakacyjny. w pt Bizon zaliczyl probe z fortepianem, oczarowal mnie, nauczycielke i pania od fortepianu. dobry repertuar wybralismy:) – wakacyjny, na luzie, ale technicznie ambitny.

nie pochwalilam sie, ze w zeszly piatek Bizon zaliczyl pierwszy egzamin na skrzypce: zdal na 6, 5 i 4 (holenderskie 10, 9 i 8). 6 za dynamike gry, 5 za technike, znajomosc znakow muzycznych (dostal dwie nieznane mu etiudy, ktore mial tak na zywca zagrac) i 4 za czystosc dzwieku. duma mnie rozpiera, bo jak sama nauczycielka stwierdzila, widac, ze my (czyli ja;)) z Bizonem cwiczymy, bo male dzieci pozostawione same sobie nie cwicza systematycznie i nie tak wydajnie jak z rodzicem. a mi zal dupsko sciska, ze teorie znam, a najprostszej melodii nie potrafie zagrac… niestety, kiedy mialam czas na cwiczenie, nie mialam funduszy na lekcje, teraz, kiedy finansowo lepiej stoimy, nie mam czasu na cwiczenie.  

co do czasu… chyba przyszedl czas na poszukanie pani do sprzatania:/ nie skacze z radosci, bo nikt mi nie wysprzata tak idealnie jak ja sama:DDD ale zdaje sobie sprawy, ze moj skok na gleboka wode zajmie mi nie 100% etatu, ale przynajmniej 150%. bedzie praca po nocach i wczesnymi rankami (o 6 rano pisze mi sie najlepiej, zwlaszcza gdy na dworze jest ciemno) i bedzie brak czasu dla najblizszych. wiecz chyba czas najwyzszy sie poddac i zamieniec soboty ze ”sprzatajacych” na ”rodzinne”, co bedzie mozliwe tylko, gdy zatrudnie pania walczaca z kurzem. ale nie bardzo wiem, jak to zorganizowac… i jak sie oswoic z mysla, ze obca osoba bedzie mi kurz spod lozka wymiatac:/ i w ogole watpie w sens takiego sprzatania raz na tydzien, bo ja sprzatam codziennie…

mysle tez, ze sprobuje ”skazac”’dzieci na swietlice i dac sobie spokoj z nianiami. chcialam wynegocjowac 80% etat. niestety Paul chce mnie w 100%. powiedzialam, ze jesli obieca mi fleksybilny czas pracy, to bede na 150% – zgodzil sie:) dlatego mam nadzieje, ze 2 razy w tyg. ja bede obdbierac dzieci ze szkoly, raz luby (rownouprawnienie….) i na dwa dni chlopcy pojda do swietlicy. Jakos to przezyja;) 

wlasciwie, to brakuje mi babci. babci, ktora by dzieci odebrala ze szkoly, zadbala, ze dzieci umyja raczki, zaloza wygodne dresy, dala zupke, wziela na spacer, poczytala ksiazke… 

dzis Bizon spedzil prawie caly dzien na urodzinach kolegi z klasy: pojechali na wycieczke do lasu. i znow zauwazylam, jaka to roznica miec w domu jedno dziecko. to tak, jakby dziecka nie bylo… Szkrab zaszyl sie w pokoju Bizona, gdzie skladujemy lego, zrobil sobie ”legolandie” i przepadl. od czasu do czasu przyszedl sie pochwalic, co nowego zrobil i wracal do ”legolandu”, zeby dalej konstruowac. 

to takie moje wynurzenia po 3 lampkach wina;) hmm… chyba mnie troche sieklo, ale od czasu do czasu mozna troche przeholowac, prawda?;)

klasowa zaloba

czekam dzis na Bizona na dziedzincu szkolnym, czekam, wszystkie klasy juz wyszly, a klasy Bizona nie ma… a ze mialam sprawe do wychowawczyni Bizona, weszlam do szkoly, na pierwsze pietro, a tam placze, lzy, jedno dziecko wpadlo w lekka histerie. domysiilam sie powodu, choc nie spodziewalam sie az tylu lez.

klasa bedzie rozdzielona. w naszej szkole klasy 5 i 6 oraz 7 i 8 sa laczone, a Bizon po wakacjach ma isc do klasy 5. okazalo sie, ze obecna klasa 5 jest tak liczna, ze polaczenie 5 i 6 daloby zbyt duza grupe i dyrektor zdecydowal podzielic obecna klase 4 na pol, tak, ze starsze dzieci beda w klasie laczone 5+6, a mlodsze dzieci beda klasie laczonej 4+5. 

Dzieci to przeroslo. 4 lata razem, zzyly sie, zwlaszcza chlopaki, miali juz swoje paczki a tu rozdzielaja ich. Na szczescie Bizon zostaje w grupie z najblizszymi kolegami, ale jeden, ten od pilki noznej, idzie do innej grupy. I oto Bizon plakal. o co inni, nie wiem, ale mam wrazenie, ze jak jeden zaczal, to reszta dolaczyla. Co ciekawe, plakaly chlopaki, a dziewczynki przejete biegaly i informowaly rodzicow: prosze pani, a pani syn placze!

w tej calej dramaturgii, chcialo mi sie troche smiac i troche sie zdziwilam, bo nie przypuszczalam, ze dzieci az tak emocjonalnie podejda do sprawy.

z jednej strony ciesze sie, ze Bizon zostaje u tej samej nauczycielki, z najlepszymi kolegami, z drugiej strony, zaluje, ze nie pojdzie do klasy 5+6, bo mysle, ze moglby sie sporo nauczyc od dzieci z klasy 6, a tak bedzie ”tylko” na poziomie klasy 5, bo klase 4 zaliczyl z maksymalna iloscia punktow. Choc moze i dobrze, ze ci mlodsi (do ktorych czerwcowy Bizon sie zalicza) beda z mlodszymi, a starsi (np. dzieci z listopada-grudnia poprzedniego roku) ze starszymi.

dzieci sie przyzwyczaja i pewnie zapomna o dzisiejszej rozpaczy, ale dzis wszystkim bylo szkoda tych placzacych 8-latkow.