skacze!

wlasnie rozmawialam z moim nowym szefem: czeka mnie skok na gleboka wode. bardzo gleboka. 

skacze z radosci i juz sie boje.

adrenalina krazy, lek juz lapie mnie za zoladek a ja czuje sie szczesliwa.

nowy szef, Paul, powiedzial mi, ze pokonalam 5 konkurentow entuzjazmem i energia – wszyscy mieli ambitne CV, pozostali kandydaci mieli dluzsze doswiadczenie ode mnie. teoretycznie, na podstawie CV i doswiadczenia, inny kandydat byl juz wybrany. ale Paul twierdzi, ze potrzebuje osoby konkretnej, silnej, eneregicznej i pelnej werwy. i takie wlasnie wrazenie zrobilam.

mam nadzieje, ze nikt sie na mnie nie zawiedzie i ze rzeczywiscie dam Paulowi i osobom, z ktorymi bede pracowac to, czego ta rozwijajaca sie grupa potrzebuje.

tak wiec od wrzesnia bedziecie czytac moje narzakania na Paula:DDD

az nie moge uwierzyc!!! jupppiiii!!!!!!!!:DDD

7 miesiecy

7 miesiecy pracy, mniesze porcje, ale tez mniej ruchu, +3kg….

oczywiscie, wszystko poszlo w brzuch i boczki. teoretycznie jestem typ ”jablko”, ale ja gdy patrze w lustro widze typ ”pajak”: szczuple konczyny, mala glowka i duzy odwlok. i biust wielki:/ no chodziaz tylek plaski. ale czemu ten brzuch tak mnie kocha??? bez wzajemnosci.

czas sie za siebie wziac! tylko jak? glodowac nienawidze, slodycze kocham, wiec chyba tylko wiecej ruchu mi trza.

jak ludzie wykonujacy siedzaca prace pozostaja szczupli???

 

bezrobocie

jestem po raz pierwszy w zyciu na bezrobotnym. pierwszy dzien: nadrabiam zaleglosci: pozaplacalam rachunki, ktorych mi sie nie chcialo wczesniej placic, wypralam posciel, zadzwonilam do chrzestnej, poczytalam ksiazke, w koncu zamowilam zdjecia szkolne, bo w tym roku fotograf lepiej sie postaral niz w zeszlym, zrobilam inwentaryzacje zamrazarki, znow poczytalam ksiazke i tak mi dobrze:)

 

odkurze, zrobie mielone, pobiegne po chlopcow (hurra!!! – w koncu sama obiore moje dzieci ze szkoly:)), poczytam mlodszemu ksiazke, a znajac starszego, tez sie przyklei z drugiego boku…

a jutro fryzjer, body sculpting, przeglad zabawek w pokojach dzieci, prasowanie (oj, luby sie ucieszy, bo od pewnego czasu sam musi zelazkiem machac;)), targ, do chlopakow przyjda koledzy i kolejny dzien zleci jak z bicza trzasnal.

zeskanowalam tez literature potrzebna mi na 25 czerwca. teraz trzeba przysiasc i teorie z zupelnie nowego swiata przeczytac, zrozumiec, przetrawic, przemyslec, przyswoic i przemaglowac tak, by 25-go zablysnac…

ja sie nudzic nie potrafie:)

emeryci

”Czym sie rozni emeryt amerykanski i francuski od polskiego? Amerykanin bierze butleke whisky i jedzie do kasyna lub nad Wielki Kanion, Francuz bierze butelke szampana i rusza na dziewczynki, Polak zas bierze butelke moczu i niesie do stacji analiz.” – ”Swiat szeroko zamkniety”, Izabela Sowa.

wiem, ze to ogolnikowe i moze nie zawsze prawda, ale… sporo w tym rzeczywistosci… 

skad to wynika? czy polscy emeryci sa bardziej chorowici, czy maja za malo pieniedzy na rozrywki, wiec sie skupiaja na czyms innym, tanszym (?), czasochlonnym?

ciesze sie, ze moja mama na emeryturze oprocz butelki z moczem i laboratorium, interesuje sie innymi sprawami, ze jezdzi (wlasnie byczy sie nad Baltykiem z uniwerytetem trzeciego wieku:)), zwiedza, czyta, ze nie musze z nia tylko o cukrze i cisnieniu rozmawiac.

 

a z tata niedawno o cukrze rozmawialam, bo tato kolejny kandydat do bycia cukrzykiem w naszej rodzinie. pani doktor kazala mu ograniczyc cukier, zalecila lekka diete i kazala za kilka tygodni przyjsc na ponowne badanie cukru w krwi. tato mowi, ze przestal slodzic herbate i kawe (wiec mu sie nie chce pic;)), ale.. ”nie da sie tak zupelnie tego cuktru ograniczyc.. no nie da… bo jak tu zjesc truskawki bez cukru jak one takie kwasnie”, mowi moj 67-letni tato… rece mi opadly…

tydzien zabojca

ten tydzien mnie wykonczyl. ostatni tydzien mojego kontraktu. pracowalam po 10-12 godzin, bo nagle okazalo sie, ze projekt musi byc skonczony, zanim odejde i nagle reguly GMP mozna ominacbadz nagiac, o czym do tej pory nie bylo mowy;) do tej pory reguly GMP nas ciagle ograniczaly. 

oprocz 10-12 godzinnego czasu pracy, mialam rozmowe kwalifikacyjna o nowa prace. przeszlam do drugiej rundy. i tyle mam na razie do powiedzenia. stres byl ogromny i podwojny: bo dostac te prace to jeden stres, ale jesli ja dostane, to… stres bedzie jeszcze wiekszy – bedzie to skok na bardzo gleboka wode. 

tak wiec, od poniedzialku teoretycznie wakacje, praktycznie przygotowywanie sie do rundy nr.2: czytanie, analizowanie, rozmyslanie, jak by tu zablysnac.

w miedzyczasie szefowa oznajmila, ze szykuja dla mnie dluzszy kontrakt… och, to by bylo latwe rozwiazenie, tylko… czemu mi tej adrenaliny brak??? na razie z nikim sie w pracy nie zegnalam, bo mozliwe, ze jednak wroce:)

 

wczoraj pieklam muffiny do szkoly Bizona, a teraz powinnam skocznyc tort na jutrzejsza impreze dla dzieci. i tak strasznie nie mam sily, nie chce mi sie.

i jeszcze, jak nigdy, cos mi sie z zoladkiem porobilo, i ciagle mnie cos skreca, wierci i brzeczy. i opryszcza wyskoczyla. i kregoslup boli, bo w srode nie zdazylam na aerobik i nie pocwiczylam ramion, a jak ramion nie pocwicze, to szyja mi nieruchomieje. z nieruchoma i bolaca szyja trudno spac, wiec jestem padnieta. jutro pognam na bootcamp, moze jak miesnie rozgrzeje i rozruszam, to wyzdrowieje;)

a teraz truchcik do kuchni, koncze tort i lulu….

 

 p.s. zaszyta w kuchni ubijam smietane z mascarpone i nawet nie musze ogladac meczu: cala okolica dudni, bo Holandia drugiego gola Hiszpanii wbila:DDD a Bizon, ktory teoretycznie juz spi, wola z lozka: czy mi sie przysnilo, czy mamy gola? bo lozko mi sie trzesie!

prezenty

kiedy przychodzi do wybierania prezentow, roznica miedzy mna a lubym jest ogromna. ja lubie prezenty praktyczne, a luby uznaje je za nudne i przyziemne. lubywoli ”cos specjalnego”, ”oryginalnego”, co dla mnie na ogol oznacza marnowanie pieniedzy.

ja na mikolaja, czy urodziny prosze o torbe, karnet do kosmetyczki, zegarek, czy kalendarz. a luby… ma problem i najpraktyczniejszym prezentem, o jaki do tej pory poprosil byla encyklopedia win. kiedy zylismy z jednej pensji i z kazdym groszem trzeba sie bylo liczyc, gdy nadchodzily urodziny lubego i rodzina pytala sie co by chcial dostac, to luby wymyslal np. x-boxa, ktorego wiadomo bylo, ze uzyje 2 razy, a pozniej ja bede z niego kurz scierac (i tak wlasnie jest;)) – po cichu sie irytowalam, bo wiedzialam, ze lubemu np. potrzeba nowych spodni czy koszuli i, ze  szwagierka, ktora uwielbia kupowac ubrania, moglaby mu zasponsorowac… ale dla lubego taki prezent jest nudny… trudno, prezenty lubego jego sprawa, cicho przelykalam jego wybory i nie dyktowalam mu, o co ma poprosic. 

ale jesli chodzi o prezenty dla dzieci, to rosnie we mnie bomba anty-lego-wa. szwagierka i luby kochaja lego. ja do pewnego momentu tez je kochalam, ale tak gdzies od roku mam dosc. dzieci z okazji kazdych urodzin i mikolajow, dostaja od holenderskiej i polskiej strony lego. i nie jakies symboliczne pudeleczka, ale pudla. moim rodzicom juz wytlumaczylam, zeby dali sobie spokoj, bo chlopcy maja conajmniej 30 zestawow, z ktorych klocki sa wymieszane, bo wg instrukcji buduja raz, a pozniej juz z glowy, co w sumie mnie cieszy, bo instrukcje sledzic swietnie potrafia, a jednoczesnie cwicza wyobraznie, budujac wlasne twory. wiec czemu sie czepiam??? uwazam, ze wiecej zestawow dzieciom do szczescia juz nie potrzeba. szkoda kasy i klockow (nie wspomnie o czasie, zeby to wszystko posprzatac..), jesli dziecko raz zbuduje wg instrukcji, a pozniej, jak sie model juz wali, klocki ida do wspolnej skrzyni i dziecko wiecej juz do oryginalnej instrukcji nie wraca, bo niemozliwoscia jest znalezienie danego klocka w calym lego-chaosie, jaki u nas panuje. 

luby staral sie wprowadzic porzadek, posegregowal klocki w pudelkach na srubki, z przegrodkami, ale i tak, tyle tego jest, ze jak kiedys chcialam pomoc Szkrabowi w szukaniu klockow do zbudowania biura policyjnego, zeszlo nam kilka godzin i nadal nie mielismy wszystkiego.

dlatego nowym zestawom lego mowie nie. zasugerowalam to juz przed mikolajem… nie poskutkowalo. na urodziny Szkraba prawie, bo dostalal dosc male pudelko. i oczywiscie raz zbudowal, a pozniej nigdy do tego modelu juz nie wrocil.

w sobote zaliczylismy przed czasem urodziny Bizona, bo tesciowie beda na wakcjach w dniu urodzin Bizona. i co dostal Bizon? Olbrzymie pudlo lego technik od 12 lat! co prawda Bizon konczy 8 lat.. ale skoro marzyl, to szwagierka spelnila jego marzenie. i co? marzenie spelnione, a lego lezy juz drugi dzien na dywanie, Bizon woli sie gapic z balkonu na trampoline sasiada, a samochod z lego-technik zaczela budowac szwagierka ze Szkrabem. Szkrab jednak wymiekl – po godzinie zwyczajnie sie znudzil. Bizon stwierdzil, ze mu sie teraz nie chce budowac i… kupa kasy lezy i sie kurzy.

mam nadzieje, ze szwagierka dostala lekcje.

co ja wybralam dla Bizona? zegar scienny, edukacyjny. bo Bizon czesto przychodzi do naszego pokoju, zeby sprawdzic godzine. wieczorem, przed snem pozwalamy mu poczytac i mowimy: Bizonku masz 30 min na czytanie. Ale skad Bizon ma wiedziec, kiedy te 30 min minelo, jesli nie ma zegara? dlatego postanowilam, ze przyda mu sie taki zegar. Znalazlam w moim mniemaniu super fajny, boz nazwami tygodni, miedziecy, z godzinami 1-12 i od 13-24, z duzymi wyraznymi cygrami. a luby… fajny ten zegar, ale nudny…a ja wiem, ze Bizon z zegara nie tylko sie ucieszy, ale tez codziennie bedzie go uzywal. 

cena tego zegara to prawie cena tych lego, ktore Bizon dostal, nie byl tani. ale nie zal mi kasy na cos, co bedzie wykorzytywane. a lego? jak juz w koncu luby dokonczy budowe dzwigu, stanie sobie na puleczce i bedzie kolejny gadzet do scierania kurzu. a za pol roku wyladuje wsrod calej puli klockow.

na szczescie co do tortow smak mamy wspolny:) nie tylko luby i ja, ale i reszta holenderskiej rodziny uwielbia torty od Dorotus. tym razem skorzystalam z tego przepisu:

http://www.mojewypieki.com/przepis/tort-truskawkowy-heaven

a do dekoracji uzylam wzoru z tego blogu: http://gotowaniecieszy.blox.pl/2014/05/Tort-dla-dzieci.html#ListaKomentarzy

i wyszlo mi tak:

mysli nieuczesane…

ja i szefowa mam wspolny faktor: nie lubimy techniki, a technika nie lubi nas;) 

od dwoch dni jestem wlascicielka smartfona. oswajam to-to i nie powiem, zebym sie nim zachwycila. ale byla okazja, a wlaciwie troche mus, wiec nabylam. dzis dzwoni luby, a ja akurat z szefowa w jednym pokoju dzis pracowalam. najpierw szukam w torbie, ktora jest szeroka i gleboka… luby wie, ze szukam, wiec zawsze dzwoni dwa razy. zanim zadzwonil drugi raz, smartfon byl juz w rece. ale jak odebrac polaczenie????? eeee…. nie zdazylam znalezc odpowiedniego guziczka/pola na ekraniku:/ 

szefowa smieje sie do rozpuku – przeszla przez to samo.

chwile pozniej szefowa zaczyna gadac do siebie – cos ja zirytowalo. nie wie, jak zaakceptowac zmiany zaznaczone na czerwono, ktore naprowadzil nasz drugi szef. tzn. wie, ale krok po kroku, zmiane po zmianie, co trwa wieki. jak zaakcpetowac wszystkie zmiany na raz??? eeee…. kiedys wiedzialam, ale w nowej wersji worda nie bardzo wiem jak to zrobic i gdzie ta opcje znalezc. e-mailuje do lubego. luby jasno napisal mi ”sciezke”, jaka nalezy przejsc, zeby znalezc ikonke ”zaakceptuj wszystkie zmiany”. pokazuje e-maila szefowej:

– loves for kochany – cieszy miche szefowa (bo w naglowku przeczytala ”hi kochany”):-)

a kochany dzwonil, zeby mnie poinformowac, ze wzial sobie do pracy moje sniadanie. jakie sniadanie??? dziwie sie, bo moim sniadaniem jest kawa. 

luby twierdzi, ze moje kanapki z serem ma. ja dalej nie lapie. no, kanapki w folie aluminiowa zapakowane, z lodowki! kurcze pieczone, to nie moje sniadanie, tylko tosty, ktore przygotowalam, zeby Magda chlopakom po szkole do tostera wrzucila!!! zostawilam jej liscik, ze w lodowce czekaja ”surowe” tosty, a tostow niet! dobrze, ze luby raczyl mnie poinformowac, to jeszcze zdazylam do Magdy zadzwonic:)

dzis tez uswiadomilam sobie, ze tydzien temu stuknelo nam nie 8 lat malzenstwa, jak to wszem i wobec glosilam, tylko 9!!!!

co by tu…

skonczyl sie dlugi weekend. 

wyspa Terschelling zaliczona – zaluje, ze wybralismy sie tam tylko na 1 dzien, bo pogoda sprzyjala atrakcjom na lonie natury. jeszcze tam wrocimy:) ale bez szwagierki, ktora chyba znow jakis kryzys staropanienski przechodzi i niby grzeczna, ale z fochem. wystarczy, ze ja czasami focha musze strzelic;)

dzis basen – poscigalam sie z Bizonem i chyle przed nim czola: musialam sie niezle postarac, zeby nie dac mu wygrac;) wygralam tylko dzieki temu, ze mam dluzszy nos;) a na glowke w zyciu nie naucze sie skakac, czego moje dziecie nie pojmuje, bo to trzeba o tak mamo:pupa do gory, ugiac kolanka, raczki w strzalke w dol i chlup, dac nura, ot tak, do samego dna! a matka na deske:DDD tak.. czego sie jas nie nauczy…

tlucze mna pms. a tabletek na pms-juz brac nie chce, bo mi piersi po nich rosna:/ co z tego, ze pol roku po kuracjijest spokoj, jak pozniej dziadostwo znow wraca??? a piersi wiekszych juz nie chce:/ czasem marzy mi sie juz menopauza…

dzis, jako, ze wszystko mnie wnerwia, rozczarowalam sie troche moja niania. bo dziwnie sie dziewczyna zachowuje. od kilku miesiecy slysze wzdychania na temat pisania pracy magisterskiej. pisze i pisze i napisac nie moze (31 lat na karku…), bo a to pani w dziekanacie nie ma, a to promotorki jej sprawe utrudniaja… no i praca u nas ja troche czasowo ogranicza… na poczatku, jak to uslyszalam, to az sie winna poczulam i latwa reka wolne dalam na kwiecien, kiedy to Magda miala przysiasc i prace dokonczyc. ale nie dokonczyla. za to na wielkanoc do Polski pojechala, pozniej na wesele kolezanki w Anglii, teraz na dlugi weekend do Francji, a to sushi, a to atrakcje polskiej szkoly… i w sumie nic by mnie to nie obchodzilo, gdyby to nie rzutowalo na moje samopoczucie, bo ja sie ciagle glupio winna czulam, ze moze za malo place, a moze za malo godzin, a moze jednak za duzo godzin i Magda pisac nie ma czasu. a jest to raptem 9-10 godzin tygodniowo rozbite na 3 popoludnia. Magda blisko nas mieszka, wiec na rowerze w 10 minut dojezdza… 

kiedy powiedzialam jej, ze od 15 czerwca jestem w domu, ucieszyla sie, bo moze w koncu bedzie mogla skupic sie na pisaniu tej pracy. w natloku mysli, olalam te odpowiedz, ale dzis, jako ze pms i wolny dzien, wkurzylam sie. 

bo to jej rozmemlanie, brak samodyscypliny i sprzezenia sie powoduje, ze pracy jeszcze nie napisala, a nie te kilka godzin nianczenia. z reszta, nie jest nasza niewolnica- nie chce pracowac, to nie, ale niech to uczciwie powie, a nie jakies platania.

ja swoja prace magisterska w 6 tygodni napisalam (oceniona na 5) – wstawalam o 6 rano i pisalam, pisalam, pisalalam. do poznej nocy. pisalam, wysylalam promotorce do korekty, w tym czasie opisywalam kolejny rozdzial, obrabialam zdjecia, robilam schematy i ze scieskiem zoladka, ale dalam rade. i mialam w tym czasie zaproszenie na wyjazd w gory, i na wesele, i wiele innych okazji na rozrywki, ale w tym momecie moim priorytetem bylo skonczenie pisania. podobnie bylo z doktoratem: w 6 miesiecy, z niemowlakiem i karmieniem piersia na rzadanie (czyli co 2 godziny;). jak sie chce, to sie da. tylko trzeba miec samozaparcie.

kazdy jest inny, kazdy ma inne priorytety, tempo i styl pracy. i to jest ok. ale nie lubie, gdy ludzie wyszukuja powody, zeby usprawiedliwic swoje lenistwo, czy niepozbieranie. 

Magda mi dzieci nie krzywdzila, byla dla nich mila, mimo ze chlopaki nie zawsze byly mile;) starala sie wywiazywac ze swoich obowiazkow jak najlepiej, ale i tak ciesze sie, ze ten etap juz prawie za nami. moje chlopaki potrzebuja baby z jajami, werwa i zyciem, silnym glosem i decyzja w tymze glosie… mam nadzieje, ze, gdy nadejdzie moj ”nowy czas zawodowy” uda mi sie taka znalezc:) 

prawo chroniace pracownika

w naszym szpitalu jest prawo przyjazne pracownikowi. prawo, ktore ma chronic pracownika przed niekorzystnym traktowaniem. a polega to na tym, ze 4 kontrakt oznacza zatrudnienie na stale. teoretycznie, swietny pomysl. 

w praktyce, prawo chroniace pracownika obraca sie przeciwko niemu: co raz wiecej osob po 3 kontrakcie wysylane jest na 3 miesiace bezrobocia, bo wtedy kontrakty sie anuluje, zaczyna sie je liczyc od poczatku i pracodawca nie musi zatrudniac na stale. 

15 czerwca mialam podpisac 3 kontrakt. ale go nie podpisze. gdyby to byl kontrakt na 2-3 lata, to bym podpisala, bo nie martwie sie co bedzie za ten czas. ale ze szefowa znow proponowala mi kontrakt 3-miesieczny (za 3 miesiace konczy sie zlecenie, do ktorego zostalam zatrudniona), podziekowalam. poniewaz oznaczaloby to, ze cale lato dzieci bylyby skazane na swietlice lub Magde (ktora najwyrazniej z listosci dzieci mi pilnowala – ucieszyla sie jak jej powiedzialam, ze od 15 czerwca jest wolna…), a pozniej, od 15 wrzesnia, kiedy chlopaki by szly do szkoly, ja bym siedziala na bezrobociu… to ja wole teraz, w lecie pobyc na bezrobociu, zajac sie chlopakami, a od wrzesnia rozpoczac prace, jesli takowa bedzie.

a bedzie:)

sa juz dwa nowe projekty/zlecenia, tyle, ze nie wiadomo konkretnie, kiedy sie oficjalnie zaczna (jesienia). dodatkowo, wiem cos, czego moja szefowa nie wie: Hans odchodzi.

odchodzi do grupy mojego meza….

Hans mial juz dosc pracy w klimatach Good Manufacturing Practice, ktore sa rodem z Monthy Pytona badz Kafki (absurd goni absurd, a przepisy zamiast prace ulatwiac, utrudniaja ja i spowalniaja). kiedys mimochdem wspomnialam mu, ze luby ma pieniadze na technicznego, ale ze ja u lubego nie chce pracowac. Hans sie tak rozochocil, ze poprosil mnie o umowienie go z lubym. jak Hans uslyszal, jaki to projekt i jaki rodzaj pracy laboratoryjnej wchodzilby w gre,  tak sie napalil, ze zrezygnowal z mozliwosci dostania 4 kontraktu (i stalej pozycji!), ktory prawdopodobnie dostalby jesienia w naszej grupie. 

a ja mam troche pietra, bo Hans jest prawa reka szefowej i wiem, ze szefowa bedzie podlamana/wsciekla, gdy sie dowie. ale to zonacza, ze o ile sie na mnie nie wscieknie (za podsuniecie Hansa lubemu), to zatrudni mnie na miejsce Hansa. mam tez pietra, zeby luby albo Hans za jakis czas tej decyzji nie zalowali, bo bedzie to ”moja wina”;).

m.in. to uslyszalam wczoraj na ewaluacji: ze jak tylko bedzie wolna pozycja, to ja jestem kandydatka nr.1. 

ja otwarcie szefowej powiedzialam, ze wole teraz posiedziec 3 miesiace w domu i ”wyzerowac” dotychczasowe kontrakty, tym bardziej, ze ciagle aplikuje o inne pozycje (niestety, moje 6 lat przerwy nie pomaga mi…, ale nie trace nadziei:)). szefowa to rozumie, szanuje i nadal twierdzi, ze od wrzesnia najprawdopodobniej bede mogla wskoczyc na ktorys z nowych projektow.

co bedzie, to bedzie:)

na razie ciesze sie 13-stka, ktora w tym miesiacu wplynela na moje konto i z tejze okazji zarzadzilam wyjazd na Texel, jedna z wysp fryzyjskich:)

_____________

poszlam do lekarki z tym moim rzekomym atopowym zapeleniem skory, a ona uwaza, ze to tradzik rozowaty… przepisala mi antybiotyk w masci. mimo ze zdjecia pt. tradzik rozowaty, jakie sobie na internecie poogladalam nijak sie maja do tego, co mam na twarzy, masc stosuje, bo mam nadzieje, ze skoro to antybiotyk, to zaraze, ktora mnie meczy wytlucze. a jak nie wytlucze, to bede miala powod, zeby poprosic o skierowanie do dermatologa.

dostalam tez silniejsze sterydy na moja egzeme na rece. troche sie podlamalam, bo egzeme zaleczam, ale nigdy nie udaje mi sie jej do konca wyleczyc:/ i niestety widze, ze im bardziej stresujace okresy, tym egzema silniej atakuje – po tygodniu marszu szkolnego, ktorego organizacja troche nerwow mnie kosztowala, egzema pojawila sie na stopie… buuuu…. nic, tylko sie na bezludna wyspe przeprowadzic, zeby stresow unikac. albo zaakceptowac egzeme:(

moja mama mnie ostatnio wyjatkowo trafnie podsumowala: ze ja wydaje sie taka bardzo pogodna osoba, ale tak na prawde jestem strasznie nerwowa, tylko dobrze to maskuje. 

to prawda. nie lubie nerwowych osob, wiec swiadomie te moje nerwy chowam. a chowam je do zoladka, ktory jest wiecznie scisniety. na szczescie, z natury jestem pogodna optymistka i ekshibicjonistka emocjonalna – chyba dzieki temu nie musze lezec na kozetce u psychologa – co mnie bardzo cieszy.

moje zlote mysli

kiedy dzieci lub luby czegos szukaja, to zbyt dlugo nie szukaja, tylko szybciutko biegna do mnie z zapytaniem, czy wiem gdzie ”to” jest. kiedys rzucalam wszystko i szukalam. choc na ogol szukac nie musialam, bo wiedzalam, gdzie co lezy. a skad wiedzialam? bo to ja glownie sprzatalam i odkladalam wszystko na swoje miejsce. od pewnego czasu na pytanie ”gdzie to jest?” odpowiadam: ”posprzataj, to bedziesz wiedzial”. mysl ta bardzo spodobala sie pewnej mamie kolegi Bizona i powiedziala, ze takze wprowadzila ja w zycie – szczegolnie w stosunku do meza;)

 

druga moja zlota mysl przyszla mi do glowy w pracy. bo wszyscy na pytanie ”jak idzie” zatroskanym i bardzo powaznym tonem odpowiadaja, jak to jest ”druk”, czyli ze sa strasznie zajeci. a jak wcale nie zauwazam, ze jestesmy az tak potwornie zajeci. ja widze, ze u nasw pracy brak dobrego planu, szybkiego podejmowania decyzji, przez co tempo akcji jest flegmatyczne. mielismy okres , ze rzeczywiscie tempo pracy bylo intensywne (akurat gdy luby byl w Kanadzie, a ja dopiero co zaczelam prace) – wtedy bylismy tak zajeci, ze nie mielismy czasu nawet slowkiem pisnac, ze jestesmy zajeci;) i tak doszlam do drugiej zlotej mysli, ze jak czlowiek jest tak strasznie zajety, to zwyczajnie nie ma czasu narzekac, ze jest zajety:D

 

i jeszcze o priorytetach i czasie. wczoraj na kazaniu ksiadz powiedzial, ze ludzie ogladaja srednio 17 godzin tygodniowo telewizje, ale skarza sie, ze nie maja czasu na modlitwe. a gdyby tak 50/50? 8.5 godziny tygodniowo modlitwy i 8.5 godziny tygodniowo na TV??? da sie, da, tylko trzeba chciec. pomyslalam, ze tak jest ze wszystkim: z czasem na sport, przeczytaniem ksiazki, ugotowaniem obiadu, upieczeniem placka, posprzataniem domu, czy pogaduszkami ze znajomymi. kazdy ma swoje priorytety. na wszystko czasu nie da wygospodarowac, ale mozna go dopasowac do potrzeb. denerwuje mnie narzekanie ze nie ma sie czasu na to, czy na siamto (owszem, bywaja takie okresy, ale przemijaja, a wokol sa ludzie, ktorzy ZAWSZE narzekaja na brak czasu). kiedys myslalam, ze skoro nie pracuje, to tak mi sie wszystko latwe wydaje. a teraz pracuje i… znajduje czas i na ksiazke, i na sport, i na 2 daniowe obiadki  (i ”nie gotowce”, bo takowymi gardze;)), i na posprzatanie, i na ukwiecenie balkonu, i na poczytanie dzieciom ksiazki, i na spacer, a nawet na spieczenie sobie ramion (wlasnie mi skora schodzi po zeszloweekendowym lenistwie…) i…. na wszystko na czym mi zalezy. czasu nie mam na to, na czym mi nie zalezy:) i owszem, w piatki padam na twarz, ale ide wczesniej spac i juz w sobote mam sile na to, co dla mnie wazne: fitness, zakupy, wypucowanie mieszkania, pobycie z rodzina i uczczenie zycia z lubym czerwonym winkiem. czesto odbywa sie to z jezorem na brodzie, czesto z metlikiem mysli w glowie, czesto kosztem snu, ale… chociaz spac lubie, to nie jest na szczycie moich priorytetow.