mozgowiec

siadlo mi cos na mozg.

ide w marszu 4-wieczornym, Szkrab grzecznie mnie za reke trzyma, Bizon z przodu, z kolega, a ja… intensywnie wypatruje Szkraba – gdzie ten Szkrab??? scisk w zoladku, ze mi sie dziecko w tlumie zgubilo, jeszcze intensywniej wyptruje zielonego t-shirta i nagle widze! kontem oka widze zielen: idzie ze mna za reke…. – tak, przygotowywanie szkolnego marszu kosztuje troche zachodu, ale najwiekszy stres to sam marsz, zeby dzieci nie pogubic!

 

w przymierzalni luby oddale mi koszule, ubiera sie, a ja mam odwiesic koszule na wieszak. podnosze koszule i widze inna, ladna, ktora moze bedzie pasowala lubemu. nadal probuje powiesic koszule, ale mi sie nie udaje (dalej patrze na tamta koszule), a luby podchodzi, bierze koszule na wieszaku, odwraca haczyk od wieszka i z glupim usmieszkiem odwiesza koszule: tak sie wiesza, my lovely, o, tak!

 

w pracy ide po kawe. pytam Hansa, czy tez chce. tak, chce. wracam z dwoma kawami, siadam przy biurku, stawiam sobie dwie kawy i zaczynam pic. ale co tu robi ta druga kawa? a, dla Hansa. a Hans iedzi i sie cieszy pod nosem:)

 

dzwonie do kolezanki Saly: hallo, tu Wijnand H. (byly szef lubego). o, hi Wijnand, moge rozmawiac z Saly? z kim?!?!!?! z Saly. Wijnand pyta, czy wiem z kim rozmawiam. i wtedy dociera do mnie z kim rozmawiam… przepraszam, ze wybralam zly nr. i zaczynam sie martwic, czy mnie tenznany Niemiec nie dorwal….no, jak mu tam, Alzheimer;)

doceniac!

kazdy lubi byc doceniany, ale nie kazdy lubi doceniac.

dzis zostalam raz doceniona i 5 razy docenilam:

– meza – ze mimo tego, ze ”nic nie robi i wszystko na mojej glowie”, to jednak dzieci do szkoly wozi, dzieki czemu ja moge wczesniej prace zaczac, wczesniej skonczyc wczesniej byc w domu, i ze wynosi smieci, bo tego robic nienawidze. i dzieci kapie. i nawet czasami naczynia pozmywa:)

– docenilam Saly, kolezanke, z ktora organizowalam marsz dla naszej szkoly, bo znalazla super sponsorow i inne szkoly mijaly nasz suto zastawiony stolik z zazdroscia:)

– docenilam tez Hansa, ktory uczciwie powiedzial szefowej jak sie maja sprawy z Corin i jak ona odnosi sie do mnie. opowiedzil jej tez wiecej szczegolow, np. to, ze ja chcialam z Corin przesledzic protocol i wyjasnic jej pare spraw, ale ona twiedzila, ze wszystko jest jasne i nic jej nie musze tlumaczyc… (teraz szefowa ma problem, bo produktu, ktory wyprodukowala Corin nie mozemy dac zleceniodawcy i przez to mamy 2-3 tygodniowe opoznienie:/) – docenilam, bo choc ja potrafie prawde w oczy walnac, to nie potrafie na kogos donosic i skarzyc sie, ze mnie nieladnie traktuje. a Hans niedonoszac wspomnial szefowej sporo;)

– docenilam rodzicow kolegi Bizona, ktorzy bardzo chetnie i milo zaopiekowali sie nim 2 wieczory podczas marszu.

– docenilam asystenta, ktory choc nie jest lekarzem ginekologiem, potrafi zrobic cytologie tak, ze nic nie poczulam, a na dodatek pokazal mi moja szyjke macicy! musialam sie z nim zgodzic, ze ladna jest:D choc dziwne to bylo uczucie w obecnosci obcego faceta zagladac sobie miedzy nogi (za pomoca lusterka:)).

no.

a mnie docenila szefowa i jej szef – bo bardzo kombinuja, jakby mnie tu zatrzymac. bo sprawa sie komplikuje z moim kontraktem, a ja przed nia nie ukrywam, ze zlozylam podania do innych departamentow.

 

 

 

 

uklady kolezenskie

pisalam o koledze Hansie, z ktorym wspolpraca od pierwszego dnia uklada sie idealnie: mamy podobne podejscie do pracy – obowiazkowe: jak trzeba, przyjedziemy wczesniej albo zostaniemy dluzej, czasami w weekend, czasami zrobimy cos, co do naszych obowiazkow nie nalezy, nie raz opuscilismy przerwe na lunch, a przerwy na kawe, ktore w Holandii sa swietoscia (10.00 i 15.00 i ani minuty pozniej;)) na ogol spedzamy analizujac wyniki, piszac dokumenty albo planujac prace. jesli ja wykonuje swoje obowiazki i widze, ze przy okazji moge podgonic robote Hansowi, to to robie, a on mi sie tym samym rewanzuje. mamy podobne poczucie humoru, wiec nie raz usmiejemy sie do lez, ale tez, jak jest czas, potrafimy pogadac na powazne, osobiste tematy. i tak jak zawsze sceptycznie podchodzilam do przyjazni damsko-meskich, tak smialo moge powiedziec, ze Hans to moj najlepszy przyjaciel w pracy (nie utrzymujemy kontaktow poza praca). 

o Corin jeszcze nie pisalam, bo chcialam sie do niej przekonac. Chcialam ja zrozumiec, znalezc przyczyne jej dziwnego, gburowatego zachowania, chcialam sie do niej zblizyc, ale sie nie da. Nikt za nia nie przepada. A osoby takie jak Hans, czy moje szefowa, dosc uczuciowe, delikatne, wrecz sie jej boja. Ale ja bac sie nie lubie. Zwlaszcza jak mam z kims wspolpracowac. 

I dzis stawilam czola Corin. Jakis czas temu Corin asystowala Hansowi i zrobila blad. Karygodny, bo mimo ze w protokole bylo wytluszczone, ze pewnien odczynnik jest 20%, ona potraktowala go jak 100% i dodala go 5x za malo. Odkrylismy to w zeszly pn, a Corin do dzis nic o tym nie wiedziala. Za to caly czas krytykowala protokol, ktory napisal Hans, ktory zostal zatwierdzony przez 3 madrzejsze od Corin osoby, m.in, moja szefowa i jej szefa i wg ktorego to protokolu pracowalam ja i nigdy sie nie machnelam. A Corin sie machnela i to w kilku punktach i zamiast sie pokajac, zwala wine na innych. w koncu spytalam ja, czy ona ten protokol przeczytala zanim zaczela pracowac. oczywiscie! – podniosla glos Corin. a wtedy palcem pokazalam jej wytluszczone 20% odczynnika, w 3 miejscach protokolu. na etykicie butelki z odczynnikiem tez bylo podane stezenie… wiec albo Corin protokolu nie przeczytala, albo zrobila to nieuwaznie. Kiedy to powiedzialam zapadla cisza. Corin nie mogla podniesc szczeki z podlogi, szefowa zbladla, a Hans walczyl, zeby nie parsknac smiechem. 

ja podczulam satysfakcje i ulge, ze w koncu smialam sie tej dziewczynie postawic, wyrypac jej prawde prosto w oczy, bo np. szefowa nie smie! blad zostal odkryty w zeszly pn, a Corin sie dopiero dzis o nim dowiedziala, bo szefowa nie potrafila jej tego wprost powiedziec. dopiero jak Hans i ja odmoowilismy napisania ”dewiacji” w imieniu Corin (dokument, w ktorym opisuje sie wage pomylki, jej mozliwe konsekwencje i mozliwosci naprawienia i zapobiezenia takiej pomylki), szefowa niesmialo poprosila Corin, zeby to zrobila. 

zaraz po satysfakcji, gdy Corin zaczela nerwow ciamkac gryzac jablko i trzaskac dokumentami, rozbolala mnie glowa. 

ciekawa jestem, jak bedzie jutro…

o jak cieplo…

dzis pierwszy upalny dzien w Holandii w tym roku – bez wiatru, bez deszczu, bez chmur. 

tak to ja lubie: w sukience bez rekawow, bez rajtek, z dekoltem:DDD wyciagnelam sie na kocyku i 3 godziny ksiazkke czytalam…

a chlopaki…dol kopaly:D trenuja, zeby podczas wakacji letnich nowy dol dziadkowi w ogrodzie wykopac;) inne dzieci sie zbiegly i podziwilay, niektore probowaly pomoc, ale szybko im sie cierpliwosc konczyla. a moim chlopakom nie. kopali. a ja sie cieszylam swietym spokojem.

 

co prawda spokojnie sie dzien nie zaczal, bo najpierw zlew w lazience zaczal przeciekac (ale naprawilam!!!), pozniej okazalo sie, ze mi opona w rowerze poszla i tego juz nie potrafilam naprawic. a ze lubego nie ma, to kicha. na szczescie sasiadka mi swoj rower pozyczyla, wiec nie bylam uwieziona w domu. kolezanka, ktorej sie poskarzylam na zlapana gume, zaproponowala, ze jutro zaprowadzi moj rower do naprawy!!! bo ja nie mialabym kiedy: przez praca sklep z rowerami jest zamkniety… a ja rower na wieczor potrzebuje, bo musze dojechac na miejsce zbiorki, gdzie zaczyna sie nasz marsz.

oprocz tego zalatwilam drugiego (najnowszego…) laptopa… chcialam obejrzec film na youtubie i nie wiem, czy jakiegos wirusa zlapalam, czy co sie stalo – ekran jest czarny, choc strzalke od myszki widze. dobrze, ze stary laptop jeszcze dziala…

gotuje na jutro burgery z komosy ryzowej (http://gotowaniecieszy.blox.pl/2014/05/Burgery-z-komosy-ryzowej.html). przychodzi Szkrab, zaglada do garnka: 

– co to za kulki?

– komosa

– z kosmosa????

– nie, komosa, tak sie to ziarno nazywa. komosa.

– nie bede jadl, bo brzydko wyglada…

 

a ja obiecalam dzieciom jutro burgery… chcialam oszukac i cos zdrowszego zrobic. jest szansa, ze w burgerze Szkrab nie rozpozna ”tych kulek” z kosmosu;)

awersja telefoniczna

nie lubie telefonow – od zawsze.

luby nie do konca te wersje akceptuje, bo mama potrafie nawet i 1.5 godziny bablac. ale od kazdej reguly sa przeciez wyjatki.

dla mnie telefon to rzecz do zalatwienia sprawy: krotko, zwiezle i na temat. jesli dzwonie do kogos, zeby sie umowic na pogaduszki, to sie umawiam, a nie pogaduje przez telefon, bo po co sie umawiac na pogaduszki? dlatego dzwoniac, czesto zapominam o uprzejmym ”co slychac”, bo albo mnie to nie interesuje, albo wiem, ze uslysze co slychac na spotkaniu, na ktore sie umawiam. co niektorzy maja mi to za zle, inni to zaakceptowali, a jeszcze inni, mojego pokroju, nie zauwazaja.

telefonow komorkowych na poczatku wrecz nienawidzilam, bo ograniczaly ma wolnosc. zdarzalo sie, ze szlam polazic po sklepach czy na kawe z kolezanka, a zakochany luby wydzwanial, kiedy przyjde i mnie wnerwial, bo mi trudno bylo okreslic, kiedy przyjde – jak zatesknie, jak sie zmecze lazeniem po sklepach, jak zglodnieje… nie wiem. podobnie w domu: wiele razy telefon wyrywal mnie spod prysznica, budzil dzieci, ktore z wielkim trudnem ”w koncu” pozasypialy, czy przerywal nam romantyczne poczynania z lubym.

kiedy luby dzwoni z roznych czesci kraju, nie wiem, co mam mu powiedziec. gdybym nie wiedziala, jak rozmowe nalezy poprowadzic, to brzmialaby ona mniej wiecej tak:

– doleciales bezpiecznie? (tak) to dobrze. no, to uwazaj na siebie, kocham cie, pa.

no bo o czym gadac z mezem, ktorego widzialo sie 12 godzin wczesniej??? 

gdy dzieci byly male, czesto telefon wylaczalam, bo mi przeszkadzal. dwa poplakujace, krzyczace, smiejace sie, piszczace, pytajace, a nawet czasami spiewajace – ogolnie mowiac glosne maluchy dostarczaly mi wystarczajaco duzo bodzcow dzwiekowych.

a pozniej slyszalam o tesciowej, ze do nas nigdy nie mozna sie dodzwonic;) bo domowy wylacony, komorka wylaczona:DDD – zawsze odpowiadalam, ze z nami nalezy sie kontaktowac e-mailowo, bo te regularnie sprawdzamy.

no, to sie doczekalam ciszy.

bo dzis luby polecial do Chin. i nic. zadnego telefonu! (tfu, tfu, tesciowa lubi dzwonic po 22.00, wiec jeszcze nic pewnego:/) a do tej pory bywalo tak, ze i tesciowie i szwagierka wydzwanili najpierw ze 3 dni przed podroza, czy jestesmy spakowani i zawsze sie szokowali, ze jeszcze nie, a pozniej, w dniu wyjazdu/wylotu dzwonili, zeby pozyczyc udanej podrozy, a pozniej juz w trakcje wyjazdu wydzwaniali na komorke, czy jeszcze zyjemy i jak wrocilismy to tez wyzdzwaniano, czy wrocilismy. 

a my? nic. my nie wydzwaniamy. luby jeszcze na poczatku naszego malzenstwa tak, dzwonil z zyczeniami ”udanej podrozy” do siostry i rodzicow, ale z czasem przestawil sie na moja awersje (z kim sie zadajesz, takim sie stajesz…). najpierw przestala dzwonic siostra lubego. a teraz rodzice tez bardzo ograniczyli telefony. i tylko wczoraj tesciowie pozegnali telefonicznie lubego. szwagierka nie. i dzis do mnie nikt nie zadzwonil z zapytaniem, czy zyjemy. i cale szczescie.

przed chwila dostalam e-maila od lubego, ktory ma przesiadke w Paryzu – krotko, zwiezle i na temat. i wystarczy. wiem, ze jeden start i ladowanie ma juz bezpiecznie zaliczone. i tyle mi wystarczy wiedziec. 

majowe wspomnienia z Polski

tak sie byczylismy my: 

a tak sie bawily dzieci – istne Montessori w ogrodzie dziadkow:)

dol chlopcy wykopali sami, a ognisko rozpalil dziadek:

do takich atrakcji trzeba miec sily:) wcinalismy wiec imieninowe kalorie o smaku orzechowym, przygotowane przez sasiadke mamy:

 

 

powrot do normalnosci

dzieci w domu- i im, i nam, skonczyly sie wakacje. i dobrze jest. 

bo choc cieszylismy sie z lubym cisza, spokojem, ja mozliwoscia niegotowania obiadow i mniejsza iloscia prania, dluzszymi porankami (bo jakos to wyprawianie dzieci do szkoly sporo czasu mnie kosztuje…), to jednak kiedy zagladalam z przyzwyczajenia wieczorami do sypialni dzieci, tak pusto i smutno w nich bylo, mieszkanie za duze sie zrobilo. pierwszy poranek bez dzieci byl tak dziwny, ze az sie zdziwilam:D

w czasie tego wolnego od gotowania tygodnia, dwa razy wybralismy sie do restauracji. pierwsza, z kuchnia morza srodziemnomorskiego zadowolila nas, ale nie powalila. bylo smacznie, ale ja ”robala nie zaspokoilam”. i dlatego w piatek skoczlismy jeszcze do restauracji o ciekawej nazwie ”Lepsze zycie”. Tego menu otrzebowalam: salatka szpinakowa z sosem figowym i serem plesniowym. do tego pieczywo z maslem szczypiorkowym. i czerowne wino wloskie, ktore bylo wyjatkowa rewelacja:) na zakonczenie sernik z orzeszkami w sosie karmelowym, podany z galka lodow i bita smietana. niebo w gebie. pierwszy raz zachwycilam sie szpinakiem, bo choc nadal twierdze, ze sam szpinak smaku nie ma, to wtakiej kombinacji byl zachwycajacy. a juz najbardziej zachwycajacy byl szef kuchni. mlody chlopak, ale pewny siebie, choc nie arogancki: z iskra w oku, z werwa, szalonym spojrzeniem i jednoczesnie gracja (podawal dania na zmiane z kelnerka i zagadywal gosci od czasu do czasu). ile razy na niego spojrzalam, micha mi sie cieszyla, lubemu szef kuchni tez sie bardzo spodobal, a to rzadkosc, bo luby nieczesto darzy ludzi sympatia od pierwszego wejrzenia. 

wracajac do dzieci, to juz jestesmy w komplecie.

niestety, niedlugo. bo juz w piatek luby leci na tydzien do Chin. a ja znow wpadam w panike samolotowa. tak sie cholernie boje tych jego lotow, tym bardziej, ze tym razem bedzie z przesiadka, czyli 2×2 starty i ladowania…

na dodatek, w tym tygodniu, gdy lubego nie bedzie, odbedzie sie nasz coroczny marsz, Avond4daagse, a luby bardzo by mi sie przydal, zeby powedrowac dwa wieczory z chlopakami, kiedy ja bede stala ”przy stoliku”, z napojami i przekaskami dla maszerujacych dzieci. Na szczescie jedna matka juz zaoferowala, ze moje dzieci moga wedrowac z jej dziecmi i mezem, a kiedy ona bedzie stac przy stoliku, ja bede wedrowac z moimi i jej dziecmi. Jest jeszcze opcja nasza niania – moze by sie zgodzila powedrowac jeden wieczor. musze to przemyslec.

 

 

bezdomna

znow po wizycie w Polsce czuje, ze to juz nie moj kraj i z wizyta, na tydzien przyjechac jest cudownie, ale zyc tu juz nie potrafie. wracam do Holandii i tez nie czuje sie tu w 100% u siebie, choc tu glownie jezyk sie klania, jezyk, ktorym niby dosc biegle wladam, ale nadal go nie do konca czuje.

pobyt w Polsce bardzo sie udal. tydzien mieszkania u rodzicow to czas idealny, nie za krotko, nie za dlugo. zdazylam sie objesc, ale nie przytyc;) zdazylam obejrzec ”Ojca Mateusza”, ”Coreczke” Rozewicza, przeczytac dwie ksiazki, pobujac sie w ogrodzie, nawet lekko opalic, zaliczylismy ”randke” z lubym, dwa nabozenstwa majowe (moje ulubione, ktorych mi w Holandii brakuje), dzieci sie wyszalaly w ogrodzie, dziadek im wyznaczyl miejsce do kopania, wiec wykopali olbrzymi dol, w ktorym pozniej dziadek zorganizowal ognisko. 

zaliczylam kosmetyczke i dowiedzialam sie tego, czego nie chcialam sie dowiedziec: atopowe zapalenie skory… kosmetyczka ile zdolala, to podleczyla (3 sesje), ale co bedzie dalej? przyczyn atopii moze byc wiele: brak witaminy A, stres, klimatyzacja (w pracy), hormony, alergia… trudno wyeliminowac wiekszosc tych czynnikow.

ze Szkrabem pojechalismy do kliniki chirurgiczno-kosmetycznej, zeby usunac mu dwa pieprzyki na dekolcie. i tu pierwszy obuch w glowe: lekarze bardzo uprzejmi, ale od razu postawa zastraszajaca: szef kliniki uwazal, ze Szkrab jest za maly, ze bedzie sie bal, pani doktor zaproponowala tabletke na oglupienie. a ja zaprotestowalam, bo znam swoje dziecko i wiem, ze np. u dentysty daje sobie na zywca wiercic w zebach, spokojnie lezy i nic sie nie boi. Szkrab ma do nas zaufanie, bo jesli wiem, ze cos moze zabolec, to go o tym informuje, tlumacze, jak dlugo poboli, czy da sie cos z tym bolem zrobic i Szkrab sie nie boi zastrzykow, pobierania krwi, ale najwyrazniej lekarze sie go bali. zeby podkreslic groze sytuacji pani doktor powiedziala, ze jak Szkrab zobaczy TE NOZYCE to sie moze splochac… taka gadka przy moim dziecku. no ja sie nie dziwie, ze dzieci moga sie bac, jesli juz na dzien dobry sie stwarza klimat grozy.

pozniej lekarze zaczeli sie wahac, bo moga byc blizny, bo to na dekolcie, wiec moze sie zrobic ”kalafior”, bo bedzie drapal – ok, dobrze, ze nas uswiadamiaja, ale znow, mozna to zrobic w sposob informujacy, a nie zastraszajacy. luby sie splochal, ja sie tez troche tych blizn wystraszylam, tylko Szkrab pozostal w skowronkach.

doszlimy  lubym do wniosku, ze skoro pieprzyki rosna, to a 5 lat blizny beda jeszcze wieksze i szansa na ”kalafiora” (przerost, rozrost blizny) bedzie jeszcze wieksza.

wiec w koncu lekarka podjela sie zabiegu, ale pod warunkiem, ze Szkraba oglupimy. trudno, zgodzilismy sie. 

gdy czekalismy na zabieg, w supermaciupkiej poczekalni, szef ”kliniczki” ochrzanil recepcjonistke. przy wszystkich pacjentachwydarl sie na nia, ze sie ploteczkami zajmuje, a nie pacjentami. a dziewczyna zamienila 2 slowa z dwoma paniami, ktore wydawalo mi sie, ze byly klientkami tej kliniki. nawet jesli nie byly, to wydaje mi sie, ze dziewczyna nic zlego nie robila – kto w pracy czasem z kims nie zagada, nie zadwoni w prywatnej sprawie (o ktorej godzinie powstaje najwiecej wpisow np. na dziennikach Zuzi, a kiedys na dts? – w godzinach pracy;). 

zachowanie pana szefa zniesmaczylo mnie i lubego. nie jestesmy przyzywczajeni do takiego traktowania pracownika. jesli jest reprymenda, to po godzinach, na uboczu, ale nie wydzieranie geby przy klientach.

a w czwartek wyladowalismy ze Szkrabem na pogotowiu, bo wbil sobie w stope… widly:/ luby z moim tata kopali ogrod i luby pozwolil Szkrabowi uzyc widel… niezbyt madrze, ale pozwolil. Szkrab mial dosc solidne kalosze, ale przebily kalosza i lekko skaleczyly Szkrabowi duzego palucha. nic groznego, ale wystraszylam sie, ze Szkrab moze zlapac tezca. o ja glupia, zapomnialam, ze dzieci sa przeciwko tezcowi szczepione i jeszcze za chiny nie moglam sobie przypomniec jak sie tezec po holendersku/angielsku nazywa, zeby lubemu wytlumaczyc, o co sie martwie.

pojechalismy na pogotowie w miasteczku moich rodzicow, a tam przemila obsluga, ale surowicy na tezca niet. kazano nam jechac do sasiedniego miasta, do wiekszego szpitala. pytam o adres, ale slysze ”tam pani zapyta”. luby mowi, ze pewnie jakis kierunkowskaz bedzie, no pewnie, ze bedzie;) pojechalismy, rozne drogowskazy mijalismy, do gminy, do bazyliki, do aquaparku, do dworca pks, ale o szpitalu ani slowa. w koncu popytalam i trafilismy.

drzalam co to bedzie z rejestracja, bo Szkrab PESEL-u nie ma, ale na szczescie pani recepcjonistka spisala dane z paszportu i kazala nam siasc w poczekalni. byla 20.30. pol godziny pozniej, jedna z pan wzdycha: oj, jak ja nie lubie tak siedziec, 1.5 godziny minelo i nic, cisza. jak to??????? 1.5 godziny?????? pani powiedziala, ze w ciagu 1.5 godziny przyjeto jednego pijaka, pobrano mu krew i tyle. podeszlam do pani recepcjonistki, spytalam, ile to czekanie moze trwac – tak okolo 3 godzin – uslyszalam. ale dlaczego??? ja zawsze musze zadawac upierdliwe pytania, twierdzi luby;) no, ale dlaczego????? 3 godziny, jak w poczekalni 3 osoby siedza!!! bo tam ”w srodku” jest wiecej. ”w srodku”????? jakies opercje o tej porze sa przeprowadzanie???- tak sobie pytam, grzecznie, cicho, zeby pani nie zdenerwowac (wystarczy, ze ja sie juz zdenerwowalam). nie, ale sa nagle przypadki.

popatrzylam na lubego, luby na mnie i widzielismy, ze my do polnocy czekac ze Szkrabem po zastrzyk na tezca nie bedziemy.

w poczekalni mielismy jednak czas przedyskutowac z lubym sprawe tezca: wytlumaczylam mu na czym choroba polega i luby zaskoczyl, ze to ”tetanus”. jak ja slowo ”tetanus” uslyszalam, to mi sie szufladka w glowie otworzyla, ze przeciez na tetanusa bylo szczepienie. nie wiedzialam tylko, jak dlugo takie szczepienie jest ‚wazne”. wrocilismy do domu (recepcjonistce szczeka opadla, jak powiedzielismy, ze rezygnujemy z kolejki), poszperalam w internecie i okazalo sie, ze mozemy spac spokojnie: ostatnie szczepienie w wieku 4 lat, szczepionka wazna 10 lat.

po tych dwoch doswiadczeniach zdrowotnych mniej bede narzakac na holenderska sluzbe zdrowia. wlasciwie, chyba juz nie bede;) bo mimo roznorakich utrudnien i czasami zbyt poblazliwego taktowania doleglowisci, ludzie tu maja lepsze przygotowanie psychologiczne (a moze zwyczajnie podejscie?) do pacjenta i kiedy np. pojechalismy ze Szkrabem na pogotowie z obitym ramieniem, pierwsze co, to zatroszczono sie o komfort pacjetna: paracetamol, zeby usmiezyc bol i jednoczesnie oceniono stopien zagrozenia zycia. w Polsce nikt sie nie spytal, czy boli, co sie stalo, nikt nie ocenil, w jakim stanie jest dziecko, czy cos zagraza jego zyciu. siedziec i czekac. ewentualnie straszyc;)

no, to obsmarowalam polska sluzbe zdrowia;) nie chce brzmiec negatywnie, mozliwe, ze ludzie zyjcy w Polsce nacodzien nie widza takich sytuacji jako uciazliwych, mozliwe, ze ja sie przestawilam po tych prawie 13 latach zycia na emgracji na inny system, inne relacje miedzy ludzkie, inny sposob dialogu. jednak 13 lat to 1/3 mojego zycia.

czego Polakom w Polsce zazdroszcze to mozliwosci korzystania z prywatnych usluch zdrowotnych. bo gdybym poszla z tymi pieprzykami do mojej tutejszej lekarki, zlekcwazylaby nasze zyczenie, nie widzialaby koniecznosci usuwania i poczulabym sie znow, zem nagorliwa, nadopiekuncza czy, ze zwyczajnie mam ”kukunamuniu”:D

za kilka godzin jedziemy zawiezc dzieci do tesciow… jakos nie tryskam entuzjazmem… jednak jestem matka kwoka i lubie miec swe piskleta (ostatnio baaardzo upierdliwe, w stylu ”hihihiihih, hahaahaha” – glupawka nakreca glupawke) pod skrzydelkami;)

___________

jeszcze mi sie przypomnialo: wczoraj lekarka sciagala Szkrabowi szwy (ranka pieknie sie goi). Szkrab w podskokach poszedl za nia do zabiegowego, z usmieszkiem wrocil, a pani doktor posumowala, ze jeszcze nigdy nie miala tak promiennego pacjenta:) uslyszala to starsza pani siedzaca w poczekalni i mowi: ja jak tylko weszliscie, to sie zachwycilam, jakie to dziecko pogodne i radosne. prawda, Szkrab potrafi byc czarujaco zadowolonym z zycia. ale potrafi byc tez malkontetem, na szczescie na ogol tylko w domu:)

 

biesiada

jestem sprzecznoscia – ciagle sie o tym przekonuje. i znow, w niedziele, przekonalam sie, jak bardzo biesiadna osoba jestem, jak bardzo lubie towarzystwo, choc, czestosc bywania w towarzystwie innymi niz luby i dzieci na to wcale nie wskazuje. tak, nacodzien, wydaje sie byc domatorka: dom, praca, dom, praca, dzieci, maz, 2x w tygodniu aerobik – to moje zycie. nie mam potrzeby wybywania w weekend, czy w tygodniu na pogaduchy, potancowk a wyjscie z domu w weekendowy wieczor to dla mnie kara – bo to jest MOJ czas, w ktorym w koncu moge naciszyc sie SWOIM towarzystwem, czas na poukladanie swoich mysli, pomarzenie, pobujanie w oblokach, na pogapienie sie w granatowe niebo przez moje wielkie balkonowe drzwi i podumanie w ciszy. 

a jednak.

w niedziele po raz pierwszy w zyciu wyprawilam sniadanie wielkanocne – bylam w swoim zywiole. mimo ze tylko dwie dodatkowe osoby przy stole, czulam sie jak na biesiadzie. bo zaprosilam sobie super gosci:) ludzi, z ktorymi mozna pogadac na serio, ale i posmiac sie do lez, od ktorych mozna sie dowiedziec jak cwiczyc przepone, zeby nauczyc sie grac na trabce i co to jest ciasto biskupie (zaraz Wam powiem:)). 

mimo ze goscie byli sporo mlodsi ode mnie, bo o ok. 7 lat, jeszcze bez malzonkow, bez dzieci, niby wolne ptaki, ale swietnie sie rozumielismy – posmialismy sie, bo zaczely sie wspominki. i tak nam sie milo wspominalo, jak to sie w naszych domach wielkanoc obchodzilo, co kto lubil, co sie ciekawego wydarzylo i jakie to wszystko cudowne bylo i wszyscy troje doszlismy do wniosku, ze sie starzejemy:D bo wspominamy tak, jak nasi rodzice 20-30 lat temu. wtedy nie rozumielismy naszych rodzicow, tych ich wspominkow, rozczulania sie nad tym, jak to sie kiedys swietowalo, a teraz my tak wspominamy, niczym nasi rodzice. 

ciesze sie, ze tak spedzilam ten niedzielny poranek. pozniej poszlismy na msze, a po mszy pojechalismy do tesciow, gdzie sie wybyczylam.

inne klimaty. zawiozlam babke, ale niderlandzka rodzina wolala czipsy i ser, zawiozlam salatki, ktore mi zostaly, ale sama je zjadlam, bo niderlandzka rodzina woli frytki i kurczaka z musem jablkowym i jakos boi sie sprobowac polskich specjalow… to nic, ja sobie poswietowalam:-) dzis do 10.00 pospalam – bardzo tego snu potrzebowalam, bo ostatnio ”zaniedbalam sie’ pod tym wzgledem.

az trudno mi uwierzyc, ze za tydzien bedziemy w Polsce!

jeszcze z innej beczki – w piatek zepsula mi sie pralka. a w sobote przeszlam male zalamanie. nie wiem skad, ale mnie sieklo. musialam sie wyplakac, troche powsciekac – przyczynily sie do tego zbyt krotkie i zle przesypiane noce, ale tez dzieci, ktore ostatnio przechodza faze glupawy i klotni: albo sie glupkowato smieja, albo kloca, bija, a pozniej wyja niczym wilki i jeszcze do mnie ze skargami przybiegaja, co mnie psychicznie wykancza. wiec w koncu zamienilam sie w smoka, poryczalam, pozialam ogniem, lzy sie polaly, luby az zglupial, bo nic zalamki nie zapowiadalo, chcial pocieszac, to i jemu sie oberwalo, a pozniej mi przeszlo i znow bylo dobrze. no tak juz mam, ze raz na rok musze wylac swe bolaczki, a pozniej jestem czlowiekiem kochajacym zycie:)

a teraz o ciescie biskupim.

no wiec, goscie juz przed ciastem byli objedzeni. ale jeden gosc mowi: na ciasto zawsze mam miejsce. i opowiedzial jak to kiedys u znajomych mowiono o ciescie biskupim. i on nie mogl sie doczekac, co do za biskupie ciasto. a okazalo sie, ze biskupie bylo dlatego, ze nawet jak juz wszyscy narzekali, ze brzuchy juz pelne, to i tak na ciasto miesjce sie znalazlo – jak dla biskupa. bo jak kosciol juz jest calkiem pelny, to dla biskupa zawsze sie miesjce znajdzie:D

i rzeczywiscie, i na sernik, i na babke, i na mus czekoladowy przyniesiony przez jednego z gosci, miesjce sie u kazdego znalazlo. tylko muffinki pozostaly nietkniete, ale za to powedrowaly z goscmi do domu:)

a drugi gosc przyniosl grzybki w occie przygotowane przez jego mame  – niebo w gebie, wlasnie je dokanczam, solo:)

inaczej niz zwykle

sernik, ktory nigdy mnie nie zawiodl, opadl. oczywiscie, z mojej winy, bo otworzylam piekarnik, zanim sernik wystygl..

 

babka, ktora podziwial nawet moj tato (a wybredny jest potwornie) wyszla pierwszy raz z zakalcem…

 

ale to nic – sprobowalismy po kawalku – smak ten sam co zawsze:)