miszmasz

luby wchodzi do kuchni i pyta:

– will you come to my office? – na mysli mial pokoj wypoczynkowy…. no tak, fizycznie u mego boku, myslami w pracy. ale i tak, posmialismy sie;)

 

mialam nie robic zadnego zurku, zadnych bialych kielbas i sniadan wielkanocnych. postanowilam nie zmuszac rodziny do polskich tradycji wielkanocnych. cos mnie tam w srodku z zalu sciaskalo, ale twardo obstawalam przy wersji leniwej. oczywiscie, jak to u mnie, wszystko sie zmienilo – bedzie sniadanie, z zurkiem, biala kielbasa, z szynka ze swieconki, pisankami, babka i sernikiem, z salatka klasyczna – wielowarzywna i moze jakas nieklasyczna zdaze dorobic?:-) bo sobie polskich gosci zaprosilam:D 

obiecuje sobie, ze moich Holendrow-domownikow do niczego zmuszac nie bede – bo do tej pory luby zur ”z milosci do mnie” jadal, a dzieci po ”troszku”, bo sprobowac trzeba. niech nie jedza. inni zjedza:) mam taka nadzieje;)

 

udalo mi sie dostac tydzien wolnego w maju (dzieci maja 2 tygodnie wakacji majowych – baaardzo ich potrzebujemy!) – kierunek Polska:) juz liste ksiazek do zakupienia robie:)

byly juz u nas tak sloneczne i cieple dni, ze zdazylam sie lekko opalic. wrocil chlod, zimowa kurtka, czapa, szal, wiec sobie na pocieche o wiosnie od Grechuty slucham:-)

ramie Szkraba ladnie sie wygoilo – dzis zapasy z Bizonem uprawial, znaczy sie, nic nie boli.

a z Bizonem zaliczyam ortodonte. no i jest wada zgryzu, mimo ze ani smoczka nie bylo, ani ssania kciuka – gorna szczeka za mocno wysunieta do przodu. ortodonta powiedzial, ze poczekamy az wszystkie stale zeby wyjda i wtedy aparat trzeba bedzie zalozyc… kontrola za rok. nie bardzo jestem przekonana do zakladania stalego aparatu… ale coz, ja ortodonta nie jestem. usmialam sie, bo ortodonta zaczal rozmowe od pytania, czy mowie po angielsku. tak, mowie. wiec zaczelismy konwersowac po angielsku, a Bizonowi tlumaczylam, co ortodonta mi powiedzial. nagle pan pyta, skad pochodze (no jak to skad – moj akcent mnie zdradza od razu!!!):

– Polski, a pan skad?

– Z Drente, takiej prowincji niedaleko stad.

– Eeeeee…. – na moment mnie zatkalo – to pan mowi po niderlandzku! – rzeklam juz moja spiewna niderlandczyzna

– tak – odpowiedzial zaskoczony ortodonta

– ja tez – odrzeklam uchachana:D

czemu on wyjechal z tym angielskim, to ja nie rozumiem:DDD reszta wizyty odbyla sie juz  j. niderlandzkim. miny dzieci – bezcenne:)

posiniaczone ramie

posiniaczone ramie.  takie tlumaczenie z niderlandzkiego ”gekneusde arm” udalo mi sie znalezc. i taka diagnoze uslyszal wczoraj Szkrab. brzmi dosc lekko – pare siniakow i tyle. tylko, ze siniakow nie widac, a Szkrab pol nocy wyl z bolu i dopiero kombinacja paracetamolu z ibuprofenem pozwolila mu zasnac. 

wczoraj moje dzieci poszly po raz drugi do swietlicy po szkole (bo niania zmaga sie z praca magisterska i w kwietniu nie moge na nia liczyc:/). Szkrab mial ochote na gimnastyke, wiec pojechal z grupka dzieci, busikiem, do sali gimnastycznej. i tak niefortunnie upadl, ze ”cos” sobie w lokiec i nadgarstek zrobil.

pierwszy lekarz, ktory kazal nam jechac na przeswietlenie, nastraszyl mnie, bo obawial sie zlamania i w lokciu i w nadgarstku. miejsca  o tyle wredne, ze nawet jak juz widzialam zdjecia, to trudno mi bylo wsrod tych ”luznych” kosteczek zorientowac sie, czy cos jest zlamane, czy nie. lekarzei, ktorzy sie Szkrabem zajmowali tez dlugo nie mogli podjac dezycji, czy zlamanie jest, czy nie. 

w koncu usyszelismy, ze ramie jest ”gekneusd”… cokolwiek to znaczy.

Szkrab pol nocy nie spal, my tez, wiec dzis zostalam ze Szkrabem w domu. nie placze, ale postekuje przy kazdym poruszeniu:/

i tak to wlasnie ze swietlicami jest – niby fajnie, a niefajnie.

snieg spadl!

tak sobie dzis rano krzyknelam, z racji, ze dzis 1 kwietnia:)

dzieci wyskoczyly z lozek, szybko do okien pobiegly, a sie usmialam: prima aprilis!!!

w klimacie prima aprilis minal nam ranek:

– mamo, a tu robak chodzi

– mamo, masz dziure w pizamie

– mamo, boli mnie brzuch

– mamo, masz gila

az w koncu na pozegnanie, dajac zalodze buziaki przed wyjsciem do pracy, strzelilam:

– a tak w ogole, to mi sie pomylilo i dzis nie jest 1 kwietnia!

Nawet luby dal sie nabarac:DDD

biale klamstwa

nie znosze klamstwa, ale… biale klamstwa zdarzaja mi sie – na ogol ich unikam, ale wczoraj nie pozalowalam, ze sklamalam;)

mialam wizyte u dentysty. odkad pracuje od-do, w ciagu dnia szans na dentyste nie mam, wiec wykorzystalam ”czwartkowe wieczory”, jakie oferuje nasza dentystka. umowilam sie na 17.45. ale umowilam sie… ponad miesiac temu. date zapamietalam, a godzina… bylam pewna, ze u dentysty mam sie stawic na 18.15!

ten tydzien byl w pracy szalony, nadgodziny polecialy, do tego zatoki, ktore nie chca odpuscic, Szkrab, ktory w nocy chrapie mi prosto do ucha, bo nos zagilony, tak, ze wczoraj ledwo co wyczlapalam z lozka o 6.00, a z pracy ledwo co wyczolgalam sie o 17.30. wczoraj caly dzien pracowalismy w sterylnym laboratorium, wiec tylko na siku wyskoczylam RAZ i ukradkiem podnioslam cukier gorzka czekolada, bo z glodu juz mnie mdlilo… ale bialka, kolumna i wirus jak zajac – nie poczekaja. (dzis to samo…). jak juz w koncu wyczolagalam sie z labu, dojechalam do domu i zaczelam obierac ziemniaki i rozgrzewac oliwe na mielone, cos mnie tknelo, i zajrzalam do kalendrza. i na zegar.

i w kalendarzu, i na zegarze widniala 17.45…

zadzwonilam do dentysty, ale odpowiedziala mi automatyczna sekretarka, ze praktyka jest o tej pore nieczynna. trudno. wylaczylam gaz pod ziemniakami i mielonymi, wskoczylam w buty, a tu telefon: asystentka dentysty… tlumacze wiec, ze ja juz jade, juz, juz jestem w drodze, wiem, ze jestem spozniona, ale w pracy mi sie przedluzylo, za 15 minut bede.

i bylam. 

dentyska, z ktora bardzo sie lubimy przywitala mnie z szerokiem usmiechem, ja z przeprosinami i moim nieszczesnym bialym klamstwem… bo glupio mi bylo. zwyczajnie glupio sie czulam, ze pomylilam godziny, a on na mnie czekala do tak pozna. i jeszcze sie winna czulam, ze klamie, choc w sumie… z pracy wyszlam pozniej niz zwykle;)

dentystka na to moje kajanie: nie szkodzi, sama wiem jak to jest, ale ty jestes solidna firma, nigdy sie nie spozniasz i zawsze na wizyty przychodzisz, wiec wiedzialam, ze to ty dzwonilas i dlatego poprosilam asystentke, zeby do ciebie oddzwonila:) 

jak uslyszalam o tej ”solidnej firmie”, to pomyslalam, ze jednak dobrze, ze posluzylam sie tym bialym klamstwem – bo wole wizerunek ”solidnej” utrzymac;) 

szczesliwe dziecko

w czwartek luby odebral chlopcow ze szkoly. ja wczesniej sprawdzilam prognoze pogody, przewidywano 20C i slonce, wiec poprosilam lubego, zeby wzial sobie ksiazke, Bizonowi pilke, Szkrabowi ”czarna torbe” (staly zestaw piaskownicowy) i zeby posiedzial w sloncu, na dziedzincu szkolnym, coby dzieci (i luby;)) sie dotlenily. i tak tez luby zrobil.

przyuwazyla to nauczycielka Bizona i mowi do niego ”jakie szczescie miec TAKIEGO tate!”, na co Bizon odparl ”i mame tez!”:-) – pani nauczycielka poinformowala mnie o tym w piatek, gdy zawiozlam dzieci do szkoly. ach, jaki mily poczatek dnia:)

a ja… nie wiem, czy dobrze, nie wiem, czy zle, czekam na natchnienie ”co z tym zyciem zrobic”, pocieszam sie, ze do 15 czerwca jeszcze troche czasu jest, ze ”w razie czego” na bezrobotne juz sobie zapracowalam i w sumie pasowaloby mi zaczac nowa prace od wrzesnia, jak juz dzieci pojda po wakacjach letnich do szkoly;) jednoczesnie szukam, mysle, rozwazam i zameczam lubego swoimi watpliwosciami. 

w zyciu bym nie przypuszczala, ze moje ambicje zaczna jednak szalec… chyba uspilam je macierzynstwem, mysla ze to ”czasowe”. teraz ambicje sie obudzily.

dzis rzucilam okiem na okladke starego TS, w ktorym byl wywiad ze Stenka: ”spokoj mnie usypia, potrzebuje zmian”. wypisz, wymaluj ja. 

wiedziec, czego sie chce…

po 4 miesiacach pracy zawodowej wiem na 100%, ze w domu juz sie ”wysiedzialam” i ten etap ma nalezec do przeszlosci.

wiem, ze tez, ze te 6 lat, w ktorych bylam mama na pelen etat, to byla najlepsza decyzja, jaka kiedykolwiek podjelam (choc nie do konca swiadomie;)).

i to wszystko co wiem. 

nie wiem, co z soba zrobic.

w obecnym deparatamencie mam kontrakt do 15 czerwca i czuje, ze tyle wystarczy. zaczyna byc nudno i momentami nieprzyjemnie, bo szefowej grunt sie pod nogami pali. widze, ze te kilka miesiecy to byl okres, ktorego potrzebowalam na odswiezenie wiedzy, na wskoczenie w tryb pracy zawodowej, na wyprobowanie logistyki i przyzwyczajenie sie do nowegostylu zycia.

a teraz czas na cos nowego. pytanie, na co???

o swoim marzeniu i celu, do ktorego zmierzam juz pisalam: chemik kliniczny. zeby sie dostac, musze wzmocnic swoja pozycje. i tu zaczyna sie moja zgryzota. bo zeby wzmocnic swoja pozycje, potrzebuje tzw. post-doca, czyli kilkuletniej pracy naukowej, ktora na ogol idzie na pelny etat. a ja pelnego etatu nie chce. nie chodzi o mnie, bo nadal, po 4 miesiacach laczenia pelnego etatu zawodowego i domowego twierdze, ze nic nie pobije etatu jako matka dwoch maluchow systemie ”dzien i noc bez babci i niani”.

chodzi wlasnie o dzieci. nasze kontakty sa tak sporadyczne, tak malo ze soba bywamy, ze jak juz sie spotkamy przy tym stole, to rozmowa sie nie klei – nie wiemy, o czym rozmawiac. widze, ze i ja, i dzieci tesknimy za ”wiecej czasu razem”. idzie lato, dlugie dni – jak sobie pomysle, ze ja mam kwitnac do 17.30-18.00 (bo tak to na post-docu jest…) w pracy, a moje dzieci byc sadzane przez nianie przed tv, to ja tego post-doca i pelnego etatu nie chce.

ale techniczna, laboratorantka tez nie chce byc przez cale zycie, bo po 4 miesiacach zaczynam sie dusic, zaczynam tesknic za czym nowym, za kreatywnoscia, za czyms, co bedzie wyzwaniem.

w obrebie jednego departamentu znalazlam dwie wakatury: na techniczna i na post-doca. i strasznie ze soba walcze: na co skladac podanie… a termin skladania podan mija juz jutro…

 

na tapczanie siedzi len…

mam lenia.

takiego, ze dzis na obiad pizza nie-domowej-roboty:DDD (na szczescie ogorkowa domowej roboty jeszcze jest, to wyrzut sumienia mniejszy;)).

tak juz mam, ze w tygodniu na chwile siasc nie moge, a w sobote, jak juz poranny bootcamp, pranie i zakupy odhacze, to juz tylko siedziec mi sie chce.

a, posiedze sobie:)

 

____________

mama bezpiecznie do Polski zajechala. Szkrab mial jej dosc (bo babcia wymagala noszenie kapci;))), ja nie. tym razem bylo tak milo, ze miesiac za szybko zlecial. 

od pn Magda… az drze… bo Szkrab latwy jest tylko dla mnie;) to sie nazywa harmonia: mam ja z lubym i Szkrabem. za to luby z Bizonem. a Bizon z moja mama. 

osluchana

tak sie juz osluchalam nieco odmiennej polszczyzny moich dzieci, ze juz przestaje te odmiennosc slyszec. wczoraj wieczorem pytam dzieci czy chca kakao. Bizon tak, a Szkrab… ”pol kubka, bo jak ostatnim razem popilem…” tu sie zacina, a moja mama parska smiechem. nie wiem, z czego mama sie tak smieje. Szkrab dokancza, ze ”ostatnim razem jak POPIL, to go brzuch rozbolal”, a analizuje, co zostalo wlasnie powiedziane. no tak, jak sie zastanowie, to wiem, ze to o to ”popicie” chodzi. i tez sie smieje. dzieci nie wiedza o co chodzi, bo nie w Polsce wychowane, a ja uswiadamiam sobie, ze polszczyzna moich dzieci nigdy nie bedzie tak biegla i naturalna, jak to sobie planowalam, a co gorsza, i moja polszczyzna sie uwstecznia, skoro nie zauwazam takich przejezyczen.

jutro mama jedzie do Polski. bylo lepiej niz myslalam. dzieci wieksze, mniej placza, mniej grymasza i od razu atmosfera w domu spokojniejsza. zauwazylam, ze mama bardzo sie postarzala… boli mnie to. ciagle widze te moja rzutka mame sprzed prawie 8 lat, kiedy przyjechala, zeby ”bawic” Bizonka, gdy sie urodzil. to byla mama sprzed zawalu i jednak te 8 lat mlodsza. ja tez bylam mlodsza, co widze na szczescie tylko na zdjeciach:)

dzieci maja wakacje wiosenne. wczoraj wizelam wolne i pojechalismy do ”swiata instektow”, dzis z lubym hulaja na lyzwach, jutro basen, a w piatek ja biore chlopakow do muzeum komiksow. wieczorem zegnamy babcie. a od poniedzialku znow szkola, zajecia pozaszkolne, niania-Magda i szalenstwo…

z pracy:)

lunchuje przed komputerem, zaloge grypa rozlozyla (tylko ja i szefowa jestesmy), wiec chyba moge szybko bloga odwiedziec, co?;)

wczoraj sie mama o malo nie obrazila, bo Szkrab poszedl spac bez obiadu:DDD a ja w koncu poszlam po rozum do glowy i stwierdzilam, ze jesli Szkrab obiadu o 18.00 jesc nie chce, to nie, ja sie z nim szamotac nie mam juz sily ani ochoty – jak chce jesc, to je, jak nie to nie, ale pozniej juz nic innego mu nie daje: kuchnia po 18.30 jest nieczynna;)

Szkrab najwyrazniej wczoraj apetytu nie mial, pozwolilam mu wstac od stolu, ale zapowiedzialam, ze obiadu odgrzewac nie bede. mama myslala, ze tak sobie gadam. a ja ”tak sobie” nie gadam;) o 20.00 wykapalm dzieci, polozylam do lozek, wlaczylam audiobooki i lu-lu. a mama z wyrzutem i przerazeniem w glosie: ”to ten Szkrab pojdzie spac bez obiadu i kolacji???”. silac sie na luz, odpowiedzialam, ze tak, dzieki temu jutro sniadanie zmloci bez marudzenia… mamie sie to w glowie nie miesci! tak zaniedbywac dziecko! a ja mam dosc. niech chudna, niech gloduja, niech mizernieja, ale ja juz za nimi z jedzeniem latac nie bede. prawie 6-letnie dziecko z glodu nie umrze.

rano Szkrab wstal, tosty mu nie smakowaly… to znaczy, ze jeszcze nie zglodnial;) tosta zjadlam ja.

dzis szalony dzien – wyjatkowo skrzypce o 17.15, o 18.00 wywiadowka jednego dziecka, o 18.20 drugiego. lubego wyslalam z Bizonem na skrzypce, bo na 19.00 luby na taekwondo biegnie.

a ja pewnie znowu kolejny wieczor z mama przegadam;) wczorajszy byl nieco cichy (z powodu obiadu;)), wiec w ramach relaksu upieklam babke marmurkowa dla chlopakow, a dla siebie i mamy salatke z brokula i fety:-)

i tak leca nam dni, wieczory – a najszybciej chyba noce;)

od pn chlopcy zaczynaja tygodniowe ferie – sprobuje wziac 2 dni wolnego, zeby gdzies z dziecmi pojechac i przy okazji mame rozerwac.

 

co z ta satysfakcja?

kiedy nie pracowalam, kilka osob ciagle wspominalo, ze jednak pracowac powinnam, tak dla wlasnej satysfakcji. nie bardzo wiedzialam, co maja na mysli, bo ja zrodel satysfakcji w swoim zyciu mialam sporo, a na dodatek nie jestem osoba spragniona satysfakcji. ale dopuszczalam mysl, ze moze maja racje.

teraz pracuje i znow wraca temat satysfakcji. wczoraj e-mail od znajomej, ktora pisze cos w stylu ”i jak, poczulas te satysfakcje, jaka daje praca zawodowa?”.

zadalam sobie to pytanie i pierwsze co mi przyszlo do glowy: ?????????jaka satysfakcja?????

dla mnie ta praca to czesc zycia, dodatkowe dochody, ktore oczywiscie ciesza, tak sama jak cieszy sam fakt, ze moge codzienne popedalowac do ”mojego” labu, do ”mojej” grupy, z ktora juz sie zzylam, ktora mnie bardzo milo przyjela, cieszy mnie zyczliwosc wspolpracowanikow, tak samo ciesza mnie wyniki, jakie uzyskujemy, ale ja tego nie odczuwam w kategoriach satysfakcji. 

zadalam wiec sobie pytanie, co mi sprawia satysfakcje. i znow… pustka. bo mnie wiele rzeczy, sytuacji, osiagniec cieszy – radosci mam wiele i moze dlatego satysfakcja mi umyka?

gdyby ktos spytal, czy jestem ”nieusatysfakcjonowana”, to nie odpowiem twierdzaco. czuje sie usatysfakcjonowana swoim zyciem jaka caloscia, a nie praca, mieszkaniem, czy dyplomami. 

choc przytrafiaja mi sie takie krotkotwale satysfakcje jak np. w zeszlym tygodniu, gdy przeziebiona zmusilam sie do pojscia na fitness (bo chcialam zaraze wypocic;))i jako jedyna w grupie potrafilam zrobic mostek:DDD ale to sa bzdety:)

az tu dzis w koncu dopadla mnie satysfakcja (i pomyslalam, ze musze te swoje chwilowe satysfakcje notowac, zebym byla ich bardziej swiadoma). a odczulam ja na Bizonowej lekcji skrzypiec.

bo nauczycielka zadala Bizonowi m.in. dwie piosenki, ktore Bizon ma grac z nut razem z podkladem muzycznym. super sprawa, bo dzieki temu akompaniamentowi, melodie grane przez Bizona nabieraja rumiencow, a przy okazji Bizon cwiczy synchronizacje z innymi instrumentami, ktore graja czesto w innym tempie, na inna melodie. do zeszlego tygodnia byla to bulka z maslem, co podziwialam, bo mi ten podklad by bardzo mieszal szyki:) ale ostatnia zadana piosenka okazala sie killerem – i dla mnie, i dla Bizona. on wycwiczyl nuty, gral je plynnie, ale bez czucia. ja tez za chiny nie moglam wyczuc tego rytmu (a byly to szanty, wiec spodziewalam sie, ze pojdzie latwo…), nie moglam wyczaic, w ktorym momence Bizon ma wkroczyc do akcji, jego pauzy nie pokrywaly sie ani troche z pauzami podkladu muzycznego i jeszcze do tego przeskoki z fisow na F, z gisow na G, tu cieszej, tam glosniej, tu palce razem, za tam osobno i jeszcze w dosc szybkim tempie, – jedno wielkie szalenstwo.

umordowalismy sie. byly nawet lzy:/ – niby to Bizon ma grac, ale ja jestem trenerka…, wiec i ja musze zrozumiec, jak ten moj synek ma grac. zrozumialam ja, zrozumial Bizon, wycwiczyl piosenke prawie perfekcyjnie, jak na jego umiejetnosci perfekcyjnie.

dzis lekcja. mowie nauczycielce, ze te szanty to byla bolaczka. pani zagrala z Bizonem w duecie i wychwalila i jego i mnie, ze ja laiczka, niegrajaca na zadnym instrumencie potrafilam Bizona tak do lekcji przygotowac, bo…pani cos sie pokrecilo i po pierwsze ta piosenka to dopiero po wakacjach miala byc, a po drugie dzieci dostaja 2 tygodnie na jej przygotowanie, a nie tydzien.

i wtedy poczulam ogromna satysfakcje. bo owszem, to Bizon zagral, wiec duma z sukcesu dziecka jest, ale satysfakcja byla tez moja, osobista. bo to ja stalam z nutami przy odtwarzaczu CD i wsluchiwalam sie w kazda nutke, takt, rytm, to ja analizowalam kazdy krzyzyk, dlugosc pauzy i rozne inne symbole, o ktorych istatniu jeszcze rok temu pojecia nie mialam. i to byla satysfakcja, ze je prawidlowo rozszyfrowalam i dopasowalam.

a praca? to praca. wazna, ale nie az tak, zeby czerpac z niej satysfakcje. co zauwazylam, to fakt, ze odkad pracuje, mniej mam tematow do pisania. nie czasu, ale tematow. bo pisac o produkcji wirusa, o kolegach z pracy, czy o pisaniu protokolow, o komisji jaka mielismy tydzien temu mi sie nie chce. o tym rozmawiam z lubym, z mama i nie pasuje to do mojego bloga. czytam wpisy sprzed 2 lat i widze, ze wtedy o wiele wiecej sie dzialo niz teraz… 

a od jutra pilujemy z Bizonkiem Bacha:) – tempo emeryckie:)