ciesze sie, ze chlopcy maja polska opiekunke – z kilku powodow, ale najbardziej z powodu jezyka i mentalnosci (np. ze w domu nie chodzi sie w butach albo jak ugotuje krupnik badz ogorkowa, to nie patrzy ze zgroza ”o matko, co jest..”;)).
Magda bardzo mi przypadla do gustu, bo jest spokojna (a my wscikusy, wiec tacy ludzie nas lagodza:D), bo mowi poprawna polszczyzna (polonistka braniaca magisterki juz w lutym), nie potrzebuje wspomagaczy na ”k”, a jak przyszla, to od razu zaczela z chlopcami rozmawiac, kontakt nawiazywac i nie myli ich, co wielu znajomym sie zdarza (choc chlopcy tak bardzo sie roznia!). Nie pali, mam do nie zaufanie, ogolnie, bardzo fajna dziewczyna.
Jest tez czasowo fleksybilna, nie robi problemow, gdy wroce pol godziny wczesniej/pozniej, rozumie, ze taka mam juz prace, ze nie da sie co do minuty wykalkulowac, kiedy skoncze.
Jest jednak (oczywiscie;)) cos, co mnie na poczatku troche irytowalo, a po dzisiejszym telefonie wkurzylo: ogolnikowe narzekanie, takie ”niby nie narzekam, ale…”. Jesli pytam, jak sie chlopcy zachowywali, to oczekuje konkretow, odpowiedzi albo ”dobrze” (z checia uslysze, co fajnego robili) albo ”zle” (uzasadnic, co przeskrobali), ”srednio” (powiedziec, co zawinili, zebym mogla rozmowe przeprowadzic”). A ja dostaje odpowiedz ”nooooo – tu wahanie – nooo, tak sobie” albo ”a Szkrab troche tam, ale nic takiego…”. i cisza. Na poczatku myslalam, ok, skoro nie mowi mi dokladnie, ze cos nabroili, to znaczy, ze jednak zle nie bylo, wiec tematu nie drazylam. Ale pozniej okazalo sie, ze np. chlopaki sie przezywali i klocili. I teraz tak: ja sytuacje obserwuje, jesli sa to glupie przepychanku, bez obrazliwych slow, nie zmierzaja ku agresji i trwaja 5 minut, to olewam, bo wiem, ze rodzenstwa ”tak maja”. jestem do tego przyzwyczajona i pewnie, ze czasami mnie nerw wezmie, ale wtedy rozganiam towarzystwo do osobnych pokojow, a po 10 minutach slysze dzieci razem cwierkajace i grzecznie sie bawiace. Jesli sytuacja sie zaostrza, jest rozmowa, pomagam chlopcom rozwiazac konflikt.
A Magde takie sytuacje przerastaja: nie wie, kiedy i jak zareagowac, kiedy odpuscic, kiedy stanac z boku i tylko poobserwowac albo jakby tu odwrocic uwage, jak ich wyciszyc i chyba ja to meczy, denerwuje, stresuje. A to z kolei stresuje mnie, bo nie cche, zeby przychodzila do nas z niechecia i tylko dlatego, ze jej place…
Ja swoje dzieci dobrze znam i na ogol wiem, dlaczego zaczynaja jeczec, na jaka melodie, do czego zmierzaja i jak temu zaradzic. Kiedy sa zmeczeni, bo jest juz np. piatek, o klotnie nie trudno – wtedy siadam z nimi, czytam im ksiazke, albo Bizon idzie do swojego pokoju i czyta ksiazke badz slucha muzyke, a ja wtedy leze ze Szkrabem i np. drapie go plecach, opowiadam bajke, czy wysluchuje jego fantazji. Godzinka i irytacja chlopakow znika, ja moge sie wycofac, a oni sa juz w stanie spokojnie sie bawic.
Inaczej jecza, gdy sa glodni – inna melodia, bardziej jeczaco-mekolaca. I wiem, ze zeby temu zapobiec kolo 16.00 chlopcy musza zjesc jakias zupe, cos konkretniejszego niz owoc, czy czekoladka. Wtedy do 18.00, do obiadu spokojnie wytrzymuja. I tu dochodze do dzisiejszej rozmowy z Magda. Magda nie wywiazywala sie ”z zupy okolo 16.00”, bo ”chlopcy nie byli glodni”. Tylko, ze jak ja wkraczalam do domu o 17.00, to byli juz tak bardzo glodni, ze slyszalam juz tylko mekolenie i wscik – coz za wspaniale powitanie:/ Nie wiedzialam co robic, dawac zupe, a pozniej obiad nie bedzie zjedzony, czy przetrzymac ich glodnych do 18.00-18.30, kiedy obiad bedzie podgrzany czy dokonczony, kiedy luby juz wroci z pracy? Zadna opcja nie jest dobra dla dzieci.
Bo fajnie byloby, gdyby oni jednak te zupe o 16.00 dostali, ja wchodze do domu i moge z chlopakami pol godziny usiasc, pogadac, poprzytulac sie i dopiero wtedy biec do kuchni, zeby dokanczac obiad. A tak, bez tejze zupy, jest wariatkowo: dzieci jecza, ja szaleje po kuchni, niania chce zdac sprawozdanie, ale dzieci przerywaja, bo glodne, podirytowane i tez maja mi duzo do powiedzenia i ja sie w koncu denerwuje, bo sie nie rozerwe. A po co? Skoro wszystko bylo przygotowane. I jeszcze pozniej zupe, ktora o 22.00 dnia poprzedniego konczylam gotowac, wylewam:/
Wiec dzis poprosilam Magde, zeby nie pytala chopcow, czy chca zupe, bo oni zawsze odpowiedza, ze nie, bo beda mieli nadzieje, ze dostana np. czekoladke. Zeby po prostu podgrzala, nalala, postawila na stole i zawolala chlopcow, ze zupa gotowa. Ja tak robilam i nadal tak robie w weekendy i nie ma walki, jeczenia i glodu o 17.00. Mamy stale pory jedzenia i taki system sie u nas sprawdza.
A Magda jeczacym glosem odpowiada: ”i znowu bede musiala z nimi walczyc!”.
Zatkalo mnie, bo ja nie slyszalam od niej wczesniej o zadnych walkach. Okazuje sie, ze Magda walczy przy sciaganiu butow, kurtek, myciu rak… Ale jak to walczysz? – pytam – nie chca sie robierac, czy jak? No nie, ale szaleja.
To czemu ja o tym nic nie wiem? Wypytywalam, prosilam o konkrety, ale nic takiego nigdy nie uslyszalam.
A poza tym, Magda skonczyla studium nauczycielskie (teraz konczy polonistyke), miala praktyki w szkole, wiec teoretycznie powinna lepiej ode mnie wiedziec, jak okielznac dwoje dzieci! Praktyki miala w klasach 30-sto osobowych.
I tak to wlasnie jest, teoria teoria (przygotowanie pedagogiczne…), a zycie jednak jest najlepszym nauczycielem praktyki.
Dalam Magdzie kilka wskazowek, m.in. taka, ze niektorych rzeczy warto nie widziec i nie slyszec, bo jesli nauczyciel bedzie sie ciagle zajmowal korygowaniem dzieci, to lekcji nie przeprowadzi. Moja mama nigdy nie miala problemow z klasami i mowila, ze poczucie humoru, jasne komunikaty i zajecie dzieci konkretnym zadaniem to gwarancja ciszy w klasie:-)
Co prawda, widze, ze moja mama z moimi dziecmi tez czasami nie wie, co robic, ale… w koncu dla nich jest babcia;) i do tego emerytka:)
A rozmowa z Magda i ta jej ”znowu walka” we mnie siedzi… Bo nie wydaje mi sie, zeby chlopaki byly takimi potworami – nauczycielki w szkole nie maja z nimi klopotow, nawet Szkrab zostal juz spacyfikowany i grzecznie siedzi w koleczku (bo w koncu rozmwiaja o interesujacych rzeczach, np. kosmosie:D), tesciowa, ktora kilka razy zostala z chlopcami tez zawsze mowi, ze sa grzeczni, sa regularnie zapraszani przez kolegow – gdyby tak bardzo rozrabiali, to by ich nie zapraszano (ja przyznajmniej dwoch kolegow wykluczylam, po tym, jak malo mi domu nie rozniesli). To chyba jednak kwestia podejscia do dzieci…
Pogadam jeszcze dzis z chlopakami, krupnik gotowy na jutro stoi i mam nadzieje, ze Magda jednak nie bedzie musiala walczyc…