dlaczego czasu brak?

bo jak jest mama, to po calym dniu na obczyznie, chce sobie ze mna pogadac…

wiec nie ma czasu na blogi, przepisy, czytanie… na sport jeszcze udaje mi sie uciec 2x w tygodniu;)

wczoraj troche huknelam na lubego… bo wszyscy moi domownicy chce ode mnie UWAGI. dzieci, luby, mama. kazdego musze wysluchac, poradzic, skomentowac, dzieciom poczytac ksiazeczke, mamie wytlumaczyc dlaczego dzieci placza, krzycza i sie kloca (i jednoczesnie zyc bez siebie nie potrafia;)), lubemu…. przeczytac artykul nad ktorym pracuje, grant, nad ktorym wspolpracuje i jeszcze e-maila od kolegi, ktory lubego wkurzyl.

wczoraj wracam z pracy, obiadu mama nie zrobila, bo… sie dziecmi zajmowala. luby dzwoni, ze wroci pozniej. zjadlam wiec z dziecmi i mama, zabralam sie do skrzypienia na skrzypcach z Bizonem, w miedzyczasie wrocil luby, wiec sluchajac tym razem niskim tonow plynacych spad smyczka Bizona (co za ulga dla uszow…),  odgrzewalam obiad lubemu, a tu luby jeszcze mi do kuchni z laptopem wkracza, zebym jakiegos tam e-maila przeczytala. wrrr! moj pierwszy odruch to huknac lubego tym laptopem:/ ale tylko glosem huknelam, zeby zabral mi laptopa z kuchni, bo 3 rzeczy na raz nie potrafie robic.

a luby zraniony… o jej.

pozniej wyjasnilam mu, ze jestem zmeczona tym, ze kazdy ciagle ode mnie czegos chce i zeby poczekal az zaloga posnie, wtedy bede miala czas dla niego. nie wiem, czy zrozumial…

ale nie bede narzekac, bo jest dobrze:-)

niby nie mam niemowlat…

wiec noce powinny byc przespane. teoretycznie tylko.

przedprzedwczoraj Bizon tak goraczkowal, ze co 2 godziny wstawalam, zeby mu dac pic, ochlodzic, a jednoczesnie przykryc. 

przedwczoraj Szkrab obudzil sie o 3.30 i juz do rana nie zasnal. jako ze luby czuwal przy Bizonie, ja probowalam spac przy krecacym sie Szkrabie, ktory a to siku, a to pic, a to brzuszek, az w koncu o 5.00 rano wymknal sie do kuchni zrobil sobie…. sniadanie:DDD 

dzis o 5.30 telefon od bylego sasiada (jednak rozeszli sie z sasiadka). a ze wczoraj do pozna w nocy odswiezalam wiedze teoretyczna jak to sie bufory robi, to budzik wyjatkowo nastawilam sobie na 7.00, ”zeby sie wyspac”… sasiad podniosl mi cisnienie, bo jak ktos o takiej porze dzwoni, to na ogol ze zlymi wiesciami.. luby tez sie zdenerwowowal, a sasiad… chcial ze mna rozmawiac. o swoich problemach pewnie… a g… mnie te problemy ineresuja.. ludzie sami je sobie tworza, a pozniej mi tylek zawracaja. nie wiem czemu, ale mam szczescie do takich meczycieli, meczennikow, ktorzy zatruwaja mnie swoimi ”problemami”. musze sie zaczal kategorycznie odcinac, bo mam dosc bycia darmowym psychologiem. i nie mam na to czasu.

 i tak dzis jade na kawie, a i tak glowa mi ciazy.

dobrze, ze juz piatek. ze Bizon juz zdrowszy, ze moje opryszczki przysychaja.

weekend bedzie intensywny, bo mama przyjezdza… i choc to moja wlasna mama, to nie umiem inaczej: dom musi sie blyszczec, a lodowka i zamrazarka pelna. 

niania musi w lutym pozdawac egzaminy w Polsce, obronic prace magisterska i wroci dopiero w marcu. dlatego na luty mama sie stawia. i przyznam szczerze, ze bardzo sie boje tej wizyty…

dostalam przedluzenie kontraktu o kolejne 2 miesiace. cieszy mnie to. i po raz kolejny przekonuje, ze nie ma sie co martwic o przyszlosc. dzialac trzeba, ale nie biadolic co to bedzie za rok, czy dwa. bo dobrze bedzie. nie zawsze tak jakbysmy chcieli, ale juz wiele razy dostalam lekcje, ze niekoniecznie to, co nam sie wydaje dla nas dobre, rzeczywiscie jest dla nas dobre. zycie pisze mi swietne scenariusze:-)

o wspolczuciu

Jakis czas temu zorientowalam sie, ze slowo ”wspolczuje” bywa niemile widziane, nielubiane, odbierane negatywnie. Zdziwilo mnie to, bo choc trudno powiedziec, ze lubie to slowo, to w trudnych momentach wlasnie ono pierwsze przychodzi od serca do glowy. kojarzy mi sie ze wsparciem, wspol-odczuwaniem z osoba, ktora cierpi, a wspolodczucie tak jakby chcialo zdjac ciezar z ramion osoby cierpiacej. gdy czytam o cudzym nieszczesciu, lapie mnie smutek, ktory odczuwam jako kamien w zoladku, bol glowy i samej jest mi smutno. moze nie caly dzien, moze nie tak bardzo, ze nie moge spac, ale jednak mysli o danej osobie wracaja, a wtedy znowu wspolodczucie lupie mnie w brzuch i glowe. wspolodczuwam, wspolczuje. i to chce wlasnie powiedziec: ”wspolczuje ci”, ale strach to powiedziec, zeby kogos nie urazic.

ludzie wola slowa ”przykro mi”, ”przytulam”, ”jestem z toba”, czy wirtualne swieczki. te tez sa potrzebne. ale nie rozumiem, dlaczego neguje sie wspolczucie. 

 

ja dzis sobie wspolczuje;) wysluchuje irytujacych dzwikow wydawanych przez przeziebionego Bizona. strasznie jestem wyczulona na podciaganie nosem, pochrumkiwanie z powodu zatkanego nosa, zgrzytanie zebami, postekiwanie (przeziebiony facet:/) i takie rozmemlanie. i choc Bizonowi tez wspolczuje, ze od dwoch dni zaraza nim trzepie, to juz mam dosc. dzis wzielam pierwszy raz w zyciu chorobowe na dziecko… dlugo sie uchowalam;)

zwykly-niezwykly szalik

Szkrab mial ulubiony szalik. zolty. z nadrukiem glowek bohaterow ksiazki ”Julek i Julka”. ale szalik juz byl stary i mimo ze go pralam, to ciagle byl niedoprany, a na dodatek zmechecony, taki troche niechlujny. ale Szkrab go lubil. w koncu pomoglam sie szalikowi zgubic a kupilam nowy, wydawalo mi sie, ze podobny do starego. ale to nie bylo to. Szkrab za chiny szalika nie chcial nosic. w koncu wytlumaczyl mi, ze tamten byl taki cienki i ze mu nie przeszkadzal. fakt, stary szalik byl z polarka, a nowy z welny, troche grubszy, troche dluzszy i sztywniejszy.

postanowilam wiec sama wydziergac szalik w rozmiarze starego (lezal gleboko w szufladzie, na wypadek ewentualnych lamentow i zaloby poszalikowej, ktorej na szczescie nie bylo) i jak najmiekszy. kupilam cienki akrylek (coby  nie gryzl) i w dwa wieczorki, wydziergalam ”ryzowy” szalik. Szkrabowi marzyl sie czerwony szal, wiec taki mu zrobilam.

Szkrab tak sie ucieszyl szalikiem, ze juz przy sniadaniu sie w niego opatulil. wczorajsza noc przespal z szalikiem w objeciach. tak, zamiast pingusia, obejmowal szalik. 

jaka radosc. dla dziecka. i dla mnie. 

mala rzecz, prosta, zwykly, akrylowy szalik potrafil tak bardzo ucieszyc dziecko, ktore wlasciwie wszystko ma: w koszyku lezy kilka szalikow, ktorych nikt nie chce nosic, a ten jeden czerwony, ktory mama wydziergala sprawil dziecku tyle radosci. 

oczywiscie pochwalil sie kolegom, nauczycielce, niani, a nawet babci przez telefon.

szalika pozazdroscil Bizon i juz mam zamowienie na niebieski szalik, ”ale taki bez kuleczek”, czyli ryz odpada. to nic, cos wymysle:-)

zaczynam sie bac

od czasu do czasu lapie mnie lek, ze mam raka. taka mam rakowa, sezonowa hipochondrie. gdy mnie zlapie, badam piersi, ogladam wszystkie pieprzyki (u calej rodziny), na kilka dni przestaje gryzc policzki. od jakiegos czasu obserwuje sobie dwa pieprzyki i w koncu poszlam z nimi do lekarki. lekarka stwierdzila, ze jej sie te pieprzyki nie wydaja podejrzane, ale poniwaz jeden jest na piersi, dostalam skierowanie do specjalisty. lekarka zastrzegla, zebym sie nie wystraszyla, bo na liscie, ktory dostane ze szpitala, bedzie ”onkologia”… jeszcze do dzis nie przejmowalam sie. traktowalam te wizyte ot, jako kontrole, tak na wszelki wypadek.

dzis dowiedzialam sie, ze dobra kolezanka, z ktora kilka lat wspolpracowalam, ma raka piersi. urosl w kilka miesiecy do rozmiaru 5 cm guza… a kolezanka regularnie sie badala, wiec niby piersi pod kontrola miala. zadzwonilam do niej wieczorem, chwile porozmawialysmy, slyszalam, jaka byla zmeczona, bez energii – w srode zaczela druga chemie.

i tak powoli zaczelo do mnie docierac – ze kiedys slyszy sie TEN wyrok. 

ja preludium do swojego wyroku uslysze w srode… i zaczynam sie bac.

 

i jeszcze, jak na zlosc, na stare lata zaczynam sie jakac:/ to sa efekty wladania niderlandzkim przez 8 godzin na dobe. rano, przed praca polszczyna (dzieci) i angielszczyna (luby), w pracy niderlandzki, a po pracy zaczyna sie jezykowy metlik w glowie i zwyczajnie sie zacinam, jakam i mieszam wyrazy. bardzo sie pilnuje, zeby do dzieci mowic po polsku, ale co raz czesciej brakuje mi slow:/ do lubego mowie niby po angielsku, ale wplatuje slowa niderlandzkie, zwlaszcza, gdy mowie o pracy. widze, ze moj angielski sie uwstecznia… okropnie mnie to denerwuje. a jak sie jakajacy czlowiek denerwuje, to jeszcze bardziej sie jaka…. :/

 

w koncu

w koncu ”cos” sie odblokowalo i moge dodac wpis – od dwoch dni nie moglam. tyle mysli mialam. a teraz nic, ale pewnie w miare pisania i ja sie odblokuje:)

w piatek pierwsza wpadka logistyczna… 20 min spoznienia do szkoly po dzieci… mialam przyuczyc kolezanke do hodowli komorkowych. co ciekawe, ta kolezanka, pani kolo 50-tki, jakies 10 lat temu uczyla mnie jak nalezy hodowac komorki. teraz role sie odwrocily, bo choc podstawy takie same, to jednak inne laboratorium, inne zasady, wymagania i potrzeby.

wydawalo mi sie jednak, ze skoro kolezanka ma tyle lat doswiadczenia pracy z komorkami, to robota pojdzie nam sprawnie. przeliczylam sie – to co normalnie zajmuje mi 2 godziny, w piatek zajelo mi 3 godziny. a ze pracujemy w sterylnym laboratorium, nie moge sobie z niego wyjsc (zeby np. zadzwonic do lubego, zeby odbral dzieci czy zeby poinformowac szkole) dopoki wszystkiego nie zakoncze, nie posprzatam, nie zdezynfekuje, dopoki nie sciagne swojego specjalnego skafanderka. 

Gdy w koncu dotarlam do biurka, zadzwonilam do szkoly, ze juz jade. No i pojechalam. Dzieci graly z jednym z ojcow w noge, a ja poszlam sie wytlumaczyc do nauczycielek. Glupio mi bylo i mam nadzieje, ze to pierwszy i ostatni raz mi sie przytrafilo.

_____________________

dzis w kosciele Szkrab glosnym szeptem informuje mnie:

– mamo, jak ci ladnie pachnie z buzi!

myslalam, ze padne:DDD

_____________________

pozniej, chyba niepedagogicznie i troche wbrew sobie zaplacilam Bizonowi, zeby poczytal Szkrabowi. Luby sobie przysnal, ja chcialam sie przyuczyc do egzaminu z bhp, a Szkrab jeczal, ze nikt sie z nim nie chce bawic, probowal zagladac Bizonowi zza ramienia, jakie ma obrazki w ksiazce, Bizon sie wsciekal, ze Szkrab mu przeszkadza – wariatkowo. kiedy poprosilam, zeby poczytal mlodszemu braciszkowi, Bizon odmowil… wiec w koncu zaproponowalam zaplate… 10 centow za jeden rozdzial. Tak sie ucieszyl, ze w koncu cala ksiazke przeczytal (za 20 centow). A ja mialam godzine spokoju.

Troche jest to niezgodne z moimi odczuciami. Ja czytalam bratu, bo lubilam, bo czulam sie dumna, ze ja, starsza siostra, moge sie mlodszym bratem zaopiekowac. A Bizon tak nie ma. Nie wiem, czy po prostu taki jest, czy dlatego, ze jednak roznica wieku miedzy chlopcami jest duzo mniejsza, niz miedzy mna a bratem, czy i jedno i drugie? Z pewnoscia Szkrab jest bardziej uczuciowy bardziej lgnie do Bizona niz Bizon do Szkraba. Wydaje mi sie, ze Bizon bylby swietnym jedynakiem. Szkrab za to bardzo potrzebuje rodzenstwa i widze, ze jest bardzo opiekunczy w stosunku do mlodszych dzieci. 

_______________________

od tygodnia robie za psycholozke sasiada. sasiedzi kloca sie juz prawie codziennie, ich dziecko drze sie niemilosiernie, az w koncu sasiad przyszedl tydzien temu, zeby ze mna porozmawiac, co sie u nich dzieje. a co sie dzieje jest bardzo smutne i nie wiem, co z tego wyjdzie. najbardziej szkoda mi dziecka, bo ze spokojnego, pogodnego malucha z wiecznie smiejacymi sie oczkami, zmienil sie w 2.5 letniego ciagle krzyczacego wscikusa, ktory podczas godzinnej wizyty kilka dni temu popsul chlopakom 3 zabawki (bo nimi rzucal albo walil paleczka od bebenka) i tak zlapal Bizona za wlosy, ze w koncu Bizon sie poplakal. po godzinie bylam tak zmeczona, ze mialam ochote sasiada wyprosic. i w sumie wyprosilam, bo i tak musialam zawiezc chlopcow na taekwondo. rozmowa ciezko nam szla, bo na zmiane z sasiadem ciagle biegalismy za szalejacym Marvinem, zeby domu mi nie zdemolowal, bo i w klawiature od komputera zaczal walic i klamkami szarpac i na kanapy w butach wlazic i skakac. 

sasiad jest zalamany. sasiadka ma depresje. i nie moga sie dogadac. ja tylko moge wysluchac. nic wiecej. 

podsumowani:)

wczoraj Szkrab nas podsumowal:

– Bizon jest chudy, ja i Ty (do lubego) mamy troszke okragle brzuszki, a mama…. (tu sie zastanowil, a ja wstrzymalam oddech;)), jest chuda jak Bizon (uffff:)).

 

pozostaje mi wierzyc, ze Szkrab, jak ponoc kazde dziecko, nie klamie, zeby sprawic przyjemnosc – tym bardziej, ze siedzialam w pokoju obok, a to byla taka ”meska” rozmowa z ojcem. co prawda, zebra nie stercza mi tak ostentacyjnie jak Bizonowi, ale grunt, ze brzucha u mnie Szkrab nie stwierdzil! i tej wersji bede sie trzymac!

o niani

ciesze sie, ze chlopcy maja polska opiekunke – z kilku powodow, ale najbardziej z powodu jezyka i mentalnosci (np. ze w domu nie chodzi sie w butach albo jak ugotuje krupnik badz ogorkowa, to nie patrzy ze zgroza ”o matko, co jest..”;)).

Magda bardzo mi przypadla do gustu, bo jest spokojna (a my wscikusy, wiec tacy ludzie nas lagodza:D), bo mowi poprawna polszczyzna (polonistka braniaca magisterki juz w lutym), nie potrzebuje wspomagaczy na ”k”, a jak przyszla, to od razu zaczela z chlopcami rozmawiac, kontakt nawiazywac i nie myli ich, co wielu znajomym sie zdarza (choc chlopcy tak bardzo sie roznia!). Nie pali, mam do nie zaufanie, ogolnie, bardzo fajna dziewczyna.

Jest tez czasowo fleksybilna, nie robi problemow, gdy wroce pol godziny wczesniej/pozniej, rozumie, ze taka mam juz prace, ze nie da sie co do minuty wykalkulowac, kiedy skoncze.

Jest jednak (oczywiscie;)) cos, co mnie na poczatku troche irytowalo, a po dzisiejszym telefonie wkurzylo: ogolnikowe narzekanie, takie ”niby nie narzekam, ale…”. Jesli pytam, jak sie chlopcy zachowywali, to oczekuje konkretow, odpowiedzi albo ”dobrze” (z checia uslysze, co fajnego robili) albo ”zle” (uzasadnic, co przeskrobali), ”srednio” (powiedziec, co zawinili, zebym mogla rozmowe przeprowadzic”). A ja dostaje odpowiedz ”nooooo – tu wahanie – nooo, tak sobie” albo ”a Szkrab troche tam, ale nic takiego…”. i cisza. Na poczatku myslalam, ok, skoro nie mowi mi dokladnie, ze cos nabroili, to znaczy, ze jednak zle nie bylo, wiec tematu nie drazylam. Ale pozniej okazalo sie, ze np. chlopaki sie przezywali i klocili. I teraz tak: ja sytuacje obserwuje, jesli sa to glupie przepychanku, bez obrazliwych slow, nie zmierzaja ku agresji i trwaja 5 minut, to olewam, bo wiem, ze rodzenstwa ”tak maja”. jestem do tego przyzwyczajona i pewnie, ze czasami mnie nerw wezmie, ale wtedy rozganiam towarzystwo do osobnych pokojow, a po 10 minutach slysze dzieci razem cwierkajace i grzecznie sie bawiace. Jesli sytuacja sie zaostrza, jest rozmowa, pomagam chlopcom rozwiazac konflikt. 

A Magde takie sytuacje przerastaja: nie wie, kiedy i jak zareagowac, kiedy odpuscic, kiedy stanac z boku i tylko poobserwowac albo jakby tu odwrocic uwage, jak ich wyciszyc i chyba ja to meczy, denerwuje, stresuje. A to z kolei stresuje mnie, bo nie cche, zeby przychodzila do nas z niechecia i tylko dlatego, ze jej place…

Ja swoje dzieci dobrze znam i na ogol wiem, dlaczego zaczynaja jeczec, na jaka melodie, do czego zmierzaja i jak temu zaradzic. Kiedy sa zmeczeni, bo jest juz np. piatek, o klotnie nie trudno – wtedy siadam z nimi, czytam im ksiazke, albo Bizon idzie do swojego pokoju i czyta ksiazke badz slucha muzyke, a ja wtedy leze ze Szkrabem i np. drapie go plecach, opowiadam bajke, czy wysluchuje jego fantazji. Godzinka i irytacja chlopakow znika, ja moge sie wycofac, a oni sa juz w stanie spokojnie sie bawic.

Inaczej jecza, gdy sa glodni – inna melodia, bardziej jeczaco-mekolaca. I wiem, ze zeby temu zapobiec kolo 16.00 chlopcy musza zjesc jakias zupe, cos konkretniejszego niz owoc, czy czekoladka. Wtedy do 18.00, do obiadu spokojnie wytrzymuja. I tu dochodze do dzisiejszej rozmowy z Magda. Magda nie wywiazywala sie ”z zupy okolo 16.00”, bo  ”chlopcy nie byli glodni”. Tylko, ze jak ja wkraczalam do domu o 17.00, to byli juz tak bardzo glodni, ze slyszalam juz tylko mekolenie i wscik – coz za wspaniale powitanie:/ Nie wiedzialam co robic, dawac zupe, a pozniej obiad nie bedzie zjedzony, czy przetrzymac ich glodnych do 18.00-18.30, kiedy obiad bedzie podgrzany czy dokonczony, kiedy luby juz wroci z pracy? Zadna opcja nie jest dobra dla dzieci.

Bo fajnie byloby, gdyby oni jednak te zupe o 16.00 dostali, ja wchodze do domu i moge z chlopakami pol godziny usiasc, pogadac, poprzytulac sie i dopiero wtedy biec do kuchni, zeby dokanczac obiad. A tak, bez tejze zupy, jest wariatkowo: dzieci jecza, ja szaleje po kuchni, niania chce zdac sprawozdanie, ale dzieci przerywaja, bo glodne, podirytowane i tez maja mi duzo do powiedzenia i ja sie w koncu denerwuje, bo sie nie rozerwe. A po co? Skoro wszystko bylo przygotowane. I jeszcze pozniej zupe, ktora o 22.00 dnia poprzedniego konczylam gotowac, wylewam:/

Wiec dzis poprosilam Magde, zeby nie pytala chopcow, czy chca zupe, bo oni zawsze odpowiedza, ze nie, bo beda mieli nadzieje, ze dostana np. czekoladke. Zeby po prostu podgrzala, nalala, postawila na stole i zawolala chlopcow, ze zupa gotowa. Ja tak robilam i nadal tak robie w weekendy i nie ma walki, jeczenia i glodu o 17.00. Mamy stale pory jedzenia i taki system sie u nas sprawdza.  

A Magda jeczacym glosem odpowiada: ”i znowu bede musiala z nimi walczyc!”. 

Zatkalo mnie, bo ja nie slyszalam od niej wczesniej o zadnych walkach. Okazuje sie, ze Magda walczy przy sciaganiu butow, kurtek, myciu rak… Ale jak to walczysz? – pytam – nie chca sie robierac, czy jak? No nie, ale szaleja. 

To czemu ja o tym nic nie wiem? Wypytywalam, prosilam o konkrety, ale nic takiego nigdy nie uslyszalam. 

A poza tym, Magda skonczyla studium nauczycielskie (teraz konczy polonistyke), miala praktyki w szkole, wiec teoretycznie powinna lepiej ode mnie wiedziec, jak okielznac dwoje dzieci! Praktyki miala w klasach 30-sto osobowych. 

I tak to wlasnie jest, teoria teoria (przygotowanie pedagogiczne…), a zycie jednak jest najlepszym nauczycielem praktyki. 

Dalam Magdzie kilka wskazowek, m.in. taka, ze niektorych rzeczy warto nie widziec i nie slyszec, bo jesli nauczyciel bedzie sie ciagle zajmowal korygowaniem dzieci, to lekcji nie przeprowadzi. Moja mama nigdy nie miala problemow z klasami i mowila, ze poczucie humoru, jasne komunikaty i zajecie dzieci konkretnym zadaniem to gwarancja ciszy w klasie:-)

Co prawda, widze, ze moja mama z moimi dziecmi tez czasami nie wie, co robic, ale… w koncu dla nich jest babcia;) i do tego emerytka:)

A rozmowa z Magda i ta jej ”znowu walka” we mnie siedzi… Bo nie wydaje mi sie, zeby chlopaki byly takimi potworami – nauczycielki w szkole nie maja z nimi klopotow, nawet Szkrab zostal juz spacyfikowany i grzecznie siedzi w koleczku (bo w koncu rozmwiaja o interesujacych rzeczach, np. kosmosie:D), tesciowa, ktora kilka razy zostala z chlopcami tez zawsze mowi, ze sa grzeczni, sa regularnie zapraszani przez kolegow – gdyby tak bardzo rozrabiali, to by ich nie zapraszano (ja przyznajmniej dwoch kolegow wykluczylam, po tym, jak malo mi domu nie rozniesli). To chyba jednak kwestia podejscia do dzieci…

Pogadam jeszcze dzis z chlopakami, krupnik gotowy na jutro stoi i mam nadzieje, ze Magda jednak nie bedzie musiala walczyc…

bezplanowe swieta

nic na te swieta nie planowalam. nic (z wyjatkiem jednej wizyty). i odpoczelam:-)

w poprzednich latach miesiac wczesniej zamawialam ksiazki w ksiegarni internetowej, a pozniej sie martwilam, bo nie moglam ich odebrac jak byly JUZ do odebrania. a jak zamowilam tydzien przed wyjazdem do Polski, to zamowienie nie bylo na czas realizowane, bo swieta;) a  w tym roku poszlam do… Empiku. tak, wiem, zdzieraja, naciagaja i w ogole empik jest be, zgadzam sie, ale… znalezc ksiegarnie z takim wyborem ksiazek, zeby i dla dzieci, i dla doroslych, i dla babci, i angielszczyzna dla lubego, cos nowego, ale i cos z klasyki, cos lekkiego, ale i cos ambitniejszego… niestety, nie ma juz takich ksiegarni w ”realu”. dlatego jednak poszlismy na uczte literacka do empiku. 

i do pizzy hut… tak jak nie przepadam za pizzami, tak od hot pepperoni z pizzy hut jestem uzalezniona. luby tez. dlatego jak wchodzimy, to juz za karte dziekujemy, tylko od razu zamawiamy nasz staly zestawik:DDD

nie planowalam zadnych zakupow ciuchowych dla siebie, dzieki czemu sie niczym nie stresowalam;) za to lubego ”ubralismy” – w planie byla tylko kurtka, buty i spodnie, ale jak nam pewna dziwaczna marynarka z dopinanym na zamek ”golfem-stojka” i kieszonkami wpadla w oko, to i ja nabylismy. marynarka… szara:-) tak szara, ale struktura materialu tak oryginalna, kroj tak nietuzinkowy, ze szarzyzna jest pokononana. luby, ktory ma zawsze problem z konferencjami, gdzie wypadaloby marynare albo i ”gang” zalozyc (a on najchetniej koszule nosi…) ucieszyl sie ta dziwaczna marynarka, bo niby elegancka, ale jednoczesnie sportowa.

nie planowalam tez zadnych spotkan (oprocz tego z kolezanka ze szkolnej lawy), ale co ma byc to bedzie:-) nawet bez planow. tak zesmy z Fille o sobie myslaly, zesmy sie w koncu spotkaly bez umawiania. ide sobie z lubym na kawke (bo juz buty i kurtke kupilsmy – strasznie meczaca sprawa, zwlaszcza kurtka, bo kupic meska kurtke, ktora nie jest puchowa, a do tego nieczarna, nieszara i niewsciekle-czerwona, to nielada wyczyn…), a tu znajomy glos mnie wola! a to Fille. co ciekawe, rozpoznala mnie po… lubym:DDD zaliczylysmy wiec kawke, chwile pogadalysmy i dalej pognalismy. tak lubie – bez planow, a tak fajnie.

jedyne, co planowalismy, to powrot – mielismy wyjechac 30-stego. ale mi sie odechcialo. przekonalam lubego, zeby jednak wracac w dzien, 1-go stycznia. luby oczywiscie mial cykora przed… swoimi rodzicami! to jest cos, czego nie pojmuje, jak on, facet 35-letni, boi sie oznajmic swoim rodzicom, ze jednak mamy inne plany na sylwestra (i nie dzien przed, ale prawie tydzien przec…). to juz nie pierwszy raz, ze lubego trema zzerala, bo mial do mamy zadzwonic. nie bardzo to pojmuje, bo przeciez tesciowa ani jakiejsc wielkiej wyzerki nie przygotowuje, ani jakiegos balu nie organizuje, ot, zwykla posiadowa przed TV, z holenderskimi ”paczkami” i szampanem, a jednak… byl das i lekka obraza majestatu. no coz, my biletow na sylwestra u tesciow nie kupowalismy, oni nigdzie sie nie wybierali, wiec ze wzgledu na nas zadnych imprez nie odwolywali, wiec nic strasznego sie chyba nie stalo, ze raz nam sie plany zmienily;) a plany zmienilam z kilku powodow, m.in. proby koncertu noworocznego na wroclawskim rynku. bo Bizon jest wielkim fanem tychze prob, juz trzeci raz na nie poszlismy – Bizon czeka na nie caly rok:) bo dla niego to wielkie wydarzenie zobaczyc tenze ”koncert”. a i ja lubie te godzinke, dwie postac, pogapic sie na gwiazdki, posluchac, co maja do zaoferowania. w tym roku rozczarowali mnie, ale i tak, starosc = sentyment sie klania… kilka razy cos mnie za gardlo zlapalo, np. gdy Steczkowska (ktorej fanka wcale nie jestem) odspiewala ”gdzie oni sa”. stanal mi przed oczami Ciechowski (a jego fanka bylam do czasu ”pieja kury, pieja” – tej sztuki juz nie pojelam;)). 

to byly udane swieta.

a dzis zaliczylam pierwszy dzien pracy w nowym roku:-) po raz pierwszy to ja poszlam do pracy, a luby zostal z dziecmi w domu:)

jak nas inni widza…

mnie na ogol lepiej niz ja sama – dobrze gram?;)

wczoraj zadzwonilam do kolezanki ze szkolnej lawy. tak bardzo mnie jej ciaza i w koncu milosc w jej zyciu ucieszyla, ze musialam z nia pogadac:) 

kiedy bylysmy w liceum bardzo (pozytywnie) zazdroscilam jej perfekcyjnego zorganizowania czasu: miala czas na kino, na sport, ale tez na nauke – byla najlepsza uczennica w klasie, choc nie kujonka – kazdy ja lubil, choc trudno ja bylo poznac, bo jest osoba zamknieta w sobie. do kazdego podchodzila z szacunkiem i patrzac w stecz, mysle, ze byla bardzo dojrzala jak na swoj wiek.

nie wiem jakim cudem mysmy sie spiknely, bo bylysmy bardzo rozne, ale ta wiez, jaka nas w liceum polaczyla, zostala. nieskromnie powiem, ze dzieki mnie, bo to ja zawsze do niej dzwonie, inicjuje spotkania, to ja zawsze kartke na swieta wysylam, a moja kolezanka na ogol odpowiada kartka bozonarodzeniowa na moja kartke;)

w tym roku mnie uprzedzila, bo kartke od niej dostalam w dniu, kiedy ja swoje wlasnie wyslalam:) zaskoczyla mnie, bo poinformowala mnie bardzo zwiezle i konkretnie (jak to ona), ze w styczniu przeprowadza sie do Austrii, do niejakiego Thomasa i ze jest w drugim miesiacu ciazy. 

Austria, Thomas (jak sie pozniej okazalo poznany przez internet!) i jeszcze ciaza – tak nietypowe dla mojej kolezanki, ze kartke przeczytalam kilka razy i zastanawialam sie czy to na pewno ta E;)

wczoraj E. z lekka obawa w glosie mowi, ze sie cieszy, ale jednoczesnie troche boi, bo ”ona nic o dzieciach nie wie!” i pyta, czy w razie czego bedzie mogla do mnie dzwonic o rade. no jasne:D i nagle powiedziala: ty zawsze jestes taka optymistyczna i mysle, ze to szczescie, ktore towarzyszy ci w zyciu, to, ze ci sie tak wszystko super w zyciu ulozylo, wynika z tej twojej radosci zycia, z twojego optymizmu.

zatkalo mnie. slowa te mnie bardzo ucieszyly, ale jednoczesnie zaskoczyly. nigdy nie myslalam, ze tak mi sie strasznie super w zyciu ulozylo, czy uklada, zawsze sa blaski i cienie, a swoje zycie zwyczanie lubie i akceptuje takie, jakim jest. wiem tez, ze pesymistka to ja nie jestem, ale myslalam, ze blizej mi do nieodpowiedzialnej naiwniaczki mowiacej ”jakos to bedzie” niz do optymistki. ciesze sie zyciem, to prawda, ale potrafie tez pogderac i ponarzekac.

to podsumowanie zadziwilo mnie tym bardziej, ze ja z kolei zawsze jej zazdroscialam tego ladu-skladu w jej zyciu, tej perfekcyjnosci, planowani czasu i konsekwentnego realizowania tego planu (bo ja planowac to potrafie, gorzej z konsekwencja;)), spokoju, elegancji w zachowaniu, madrosci. chialam byc choc troche taka jak ona. zawsze czulam sie przy mniej jakie takie klawniatko, ktore zartuje, ignoruje, czasami kombinuje. a tu prosze… tak mnie podsumowala.

myslalam o tym i doszlam do wniosku, ze chyba jednak nie moj optymizm, ale moj ekstrawertyzm pomaga mi w zyciu. bo ja musze wszystko z siebie wyrzucic, wygadac, wysmiac, wygderac. a z E. trzeba wszystko wyciagac. jak sie jej nie pomoze, to wszystkie emocje bedzie dusic w sobie, gryzc sie w srodku. a to nie pomaga w zyciu.

tak czy siak, po raz kolejny uswiadomilam sobie, ze ludzie czesto widza nas inaczej niz my myslimy o sobie.

____________________

pakuje walizki – i nie moge sie pozbierac:/ tak mi sie strasznie nie chce. wydawaloby sie, ze z kazdym rokiem, powinno mi to pakowanie isc lawiej, ale guzik, idzie coraz gorzej.

jak dzieci nam urosly tez widze podczas pakowania – kiedys mala walizka z latwoscia domykala sie, mimo ze ubranek pakowalam wiecej. teraz ubran mniej, ale duzo wieksze – zeby zasunac zamek, musialam sobie na walizke usiasc;)