prezent dla brata czy dla siebie…

brat zapytany, co chcialby dostac pod choinke, odpisal, ze szara, rozpinana bluze. przelecialam wczoraj przez sklepy i… nie moge. no nie podobaja mi sie SZARE bluzy. to jest chyba jedyny kolor, ktorego nie lubie, zwlaszcza, gdy nie jest ozywiony przez inne kolorki, typu roz;) bo tak np szara spodniczka z wesolymi rajtkami czy gora, to juz przejdzie, ale szara bluza z jakimis tam dzinsami, to dla mnie deprecha/bloto/scierka do mycia podlogi (choc nawet scierek szarych nie kupuje, tylko wscielke pomaranczawe:DDD).

no wiec walcze. 

bo tyle pieknych bluz, mlodziezowych swetrow widzialam (a brat mlodzieniaszek – 30-stka na karku;)), ktore kusza ladnymi kolorami, fasonami, struktura materialu i wsrod nich te zwykle, szare bluzy z kapturem, zameczkiem… bluzy, ktore mi sie nie podobaja…

jak by tu pojsc na kompromis – kupic cos co spodoba sie i bratu, i mi.  cos co bedzie szara bluza, ale ladna?

swiatecznie

swieta tuz tuz, a ja ich nie czuje tak intensywnie jak dotychczas – na to brakuje czasu.

znalazlam czas na powyciaganie swiatecznych dekoracji, codziennie po troszku, a to szopka, a to swieczki adwentowe, w zeszlym tygodniu w lidlu zlapalam przy kasie dwie gwiazdy betlejemskie i wsadzilam do zielonych, ”swiatecznych” doniczek,  innego wieczoru znalazlam swiecznik w ksztalcie gwiazdy, rano z chlopakami zamiast porannej modlitwy, wyspiewujemy koledy, kartki w weekend wypisalam, wczoraj wyslalam, a na dzis do szkoly upieklam tort bozonarodzeniowy, bo dzieci mialy dzis celebracje Bozego Narodzenia. tort… truskawkowy:DDD bardzo bozonarodzeniowy, he, he. ale takie zyczenie mial Bizon, w zamrazarce truskawki lezakowaly, wiec upieklam i tylko gore udekorowalm choinkami, gwiazdkami i srebrnymi kuleczkami. 

nie mialam ochoty na choinke, bo jednak Boze Narodzenie spedzimy w Polsce, ale tak sie dzieciom marzyla, ze zgodzilam sie, ale na MALA. pojechalismy w sobote kupic choinke, ale okazalo sie, ze lubemu male sie nie podobaja… wiec mamy choinke niemala:D 

chlopcy z niania powycinali z ksiazeczki papierowe dekoracje i pozawieszali w calym domu:) ja dla niani kupilam bombke, wlasciwie to ”bombe” recznie malowana i dzis wreczylam. mam nadzieje, ze Magda poczula sie doceniona:)  

kartki swiateczne tez juz naplywaja – ciesze sie nimi jak dziecko:-) uwielbiam moment ogladania koperty, zgadywania po charaktere pisma i znaczku ”od kogo”, a pozniej otwieranie, czytanie, ogladanie. dzis wsrod kilku kartek, jedna, bardzo specjalna – od kolezanki ze szkolnej lawy, mojej rowiesniczki – jest w ciazy. Dawno mnie tak cudze szczescie nie uszczesliwilo:-)

tak, generalnie, dom swiateczny, klimaty swiateczne, tylko… nie ma czasu tej atmosfery wchlonac. 

wszyscy wokol juz pakuja, wyjezdzaja na wakacje swiateczne, jedni do Polski, inni na narty, albo do rodziny, a my…  pojedziemy dopiero w poniedzialek. zeby w weekend na spokojnie sie zorganizowac, znalezc prezenty, spakowac walizy, odsapnac przed podroza. w Polsce chcemy tez pobyc sam na sam, z nasza czworka, wiec po swietach gdzies sie planujemy wybrac. tylko jeszcze nie chcialo nam sie pomyslec gdzie:DDD

mam kase:-) pierwsza wyplata od 7 lat. i… jakis mnie to nie rusza. tzn. cieszy, ale nie mam ochoty na jakies zakupy, ciuszki, latanie po sklepach. cos mi sie wydaje, jak zwykle w Polsce obkupie sie w ksiazki, moze mi sie zechce ruszyc do kosmetyczki (a moze nie;)) i to tyle. 

______________________

w szkole pani pytala dzieci, co przyniosa na dzisiejsze swietowanie. Bizon mowi, ze jego mama upiecze tort. na to Wisal:

– hurra!!! mama Bizona piecze przepyszne torty.

taka relacje zdal mi Bizon. ja sie bardzo zdziwilam, bo Wisal az tak czesto u nas nie bywa, ja tortow tez az tak czesto nie pieke… ale rzeczywiscie, jak Wisal byl u nas na urodzinach, to o dokladke prosil, ja wbrew holenderskiej tradycji dokladke dalam, nie tylko Wisalowi, wiec chyba rzeczywiscie mu smakowal:-)

a z tortem oczywiscie musialam miec przeboje, bo jeszcze wczoraj wieczorem wygladal pieknie, a dzis rano… dekoracja plywala:/ nie wiem co sie stalo, czy to wilgoc z tortu gora wyszla – wiec rano cala dekoracje  razem z cieniutka wartwa kremu sciagnelam i jeszcze raz marcepanowo-kulkowa zabawe zaliczylam;) na dodatek chlopcy chcieli obejrzec kulki, sloiczek odkrecili, ale juz nie zakrecili, wiec jak zlapalam za sloik, zakretka zostala w mojej rece, a sloik z kulkami wyladowal na podlodze, kulki sie porozsypywaly… ech:/ dobrze, ze nie wszystkie sie wysypaly:)

 

kwiczaca praca

jeszcze nigdy nie mialam pracy, w kotrej kwiczalabym ze smiechu tyle, ile teraz. dobralismy sie z Hansem i udany z nas duet: pracy jest sporo i mamy wyscig z czasem, bo do konca roku musimy wykonac pewne zamowienie, ale na szczescie praca idzie nam szybko i sprawnie i… bez stresu.

Hans jest zadowolony ze mnie, ja z niego, wiec zartujemy, ze jak bedziemy skladac podanie do nastepnej pracy, to razem, jako duet Hans&czips;) bo rozumiemy sie bez slow. poczas wykonywania eksperymentow ja wiem, kiedy, czego Hans potrzebuje, a on podsuwa mi pod nos to, czego ja potrzebuje w danym momencie.

a dzis kwiczalam ze smiechu, choc najpierw o malo nie padlam, tak sie wystraszylam;) bo w korytarzu prowadzacym do naszego laboratorium sa drzwiczki, takie jak od szafki, w ktorej np. sa korki albo liczniki pradu, gazu czy wody. stoje ja sobie kolo tych drzwiczek i czekam az Hans poda mi skafanderek, w ktory musze sie wystroic przed wejsciem do laboratorium. czekam, czekam i slysze jakies dziwne dzwieki dobiegajace zza tych drzwiczek w scianie. nachylam sie wiec, wyciagam szyje, otwieram drzwiczki, a tam… glowa. glowa Izaaka. bo okazalo sie, ze drzwiczki to otwor do sasiedniego laboratorium, zeby mozna bylo przez nie cos podac, czy kogos zawolac. Izaak akurat robil pomiary blisko tych drzwiczek, wiec ”pipczal” jakims urzadzeniem, stad te dziwne dzwieki, ktore slyszalam po mojej stronie dzwiczek.  a ze Izaak stal tuz przed drzwiczkami, podskoczyl, jak je gwaltownie otworzylam. ja tez o malo nie padlam, bo nie spodziewalam sie glowy i wielkich, wystraszonych oczu Izaaka. Przeprosilam, drzwiczki zamknelam i zaczelam sie rechotac. a tu idzie Hans z kombinezonem – widzi, ze ja kwicze, wchodzi do laboratorium obok, widzi, ze Izaakowi leca lzy ze smiechu, a biedny Hans nie wie o co chodzi:D tak zaczelismy dzien:) i prawie kazdego dnia jest wesolo, jest milo i sympatycznie.

bardzo, ale to bardzo jestem zadowolona z tejze pracy. choc wiem, ze cale zycie nie moglabym jej wykonywac, bo z czasem jednak zaczyna sie monotonia.

widzialy galy co braly?

wrocil luby z Kanady i mnie wkurza.

bo zmeczony. bo jetlag, bo deadline, bo…. zoncia nie obskakuje jak ksiecia, za to zrobila liste rzeczy do zrobienia.

i nagle okazuje sie, ze zjedzenie z dziecmi sniadania, poscielenie 3 lozek, umycie naczyn po sniadaniu i dopilnowanie dzieci, zeby zaniosly pizamki pod poduszke przerasta lubego.

ja, odkad luby wrocil, zaczynam prace wczesniej, o 8.00, dzieki czemu tuz przed 17.00 moge wyjsc z pracy.  ale oznacza, ze rano nie zrobie tych banalnych prac domowych, jakie do tej pory odhaczalam. no i jest problem! bo luby rano nie zyje, bo on nie potrafi wziac prysznica 10 minutowego, tylko sie plawi, relaksuje po nocy. a mnie trafia, bo ja oczywiscie latam jak z motorkiem w tylku.

w kazdy wtorek luby ma za zadanie odebrac dzieci o 15.00 ze szkoly. poprosilam wiec, zeby dzis ugotowal obiad – najprostsze, co moze byc – spaghetti z sosem bolognase. Przychodze do domu, a luby… oczywiscie przed komputerem: obrabia zdjecia do artykulu.

i wscieklam sie. bo grubo juz po 17.00, chlopaki chodza i zapychaja sie czekolada, a luby pracuje. ja rozumiem, ze ma deadline. tylko czemu o godz. 21.00, kiedy chlopcy juz spia, o 22.00, kiedy juz w domu wszystko zrobione (przez zone), luby nagle deadline nie ma, za to ma ksiazke?!?!?!? i jeszcze czas na te ksiazke. i sile nawet ma, zeby ja czytac!!! a jeszcze przy obiedzie oczka mial jak szparki i glowe taka ciezka, taka zmeczona!

wczoraj mial sile zorganizowac mikolajki dla swojej grupy… dzis wyniosl dwa worki smieci poimprezowych, odkurzyl dywan po swoich gosciach i mowi z zalem, ze zamiast go pochwalic, to ja sie o obiad zloszcze. no tak, jeszcze go chwalic bede, ze po swoich gosciach raczyl dom ogarnac!

a ja mam wino i przez ten wscik zostane alkoholiczka! i seksu nie bedzie!

______________

a tak w ogole, to by luby nie oberwal, gdyby inaczej mnie powital:DDD bo luby, jak tylko weszlam, zaczal pytac, czy wiem, gdzie jest jakis tam rachunek (a ze nie wiedzialam i na dodatek obawialam sie, ze go niechcacy wyrzucilam, to juz sie zdenerowalam, wiec jeszcze w kurtce zaczelma szukac rachunku….), a zaraz pozniej donosic na nianie, bo nauczycielka powiedziala, ze niania dwa razy przyszla 10 minut spozniona (wiec juz sie nabuzowalam i zaczelam sie przygotowywac do telefonuu do niani), a pozniej, ze Szkrab rzekomo ma lekka nadwage (a ja wlasnie widze Szkraba kroczacego z czekolada w rece, zamiast z obiadem…), bo takie ”lekko podwyzszone bmi” dzis wyszlo pani pielegniarce. taaak, pani pielegniarka nie kapie mojego dziecka, to nie wie, ze mu zebra mozna policzyc i ze chlop jest po prostu grubej kosci, stad jego ladna, bo 23kg, waga. i na dodatek pani zeber nie zobaczyla, bo dziecko w dzinsach i sweterku wazyla… no nic, powinnam byc dumna, ze luby nie zapomnial i w ogole z dzieckiem na kontrole poszedl;)

gdyby tak luby zaczal od gadki-szmatki, ze nie zdazyl obiadu ugotowac, bo tak jakos ten czas szybko zlecial…, gdyby dal mi ochlonac… to by nie oberwal. no.

 

 

organizacja:-)

kiedy mialam isc do pracy, balam sie jak ja polacze prace domowe z praca zawodowa, z wychodzeniem o 8.15 i powrotami o 18.00. balam sie, ze lodowka bedzie pusta, kiedy bede prac, prasowac, gotowac, sprzatac i jeszcze miec czas dla siebie.

ale po ponad 2 tygodniach pracy na pelny etat, bez babc, dziadkow, sasiadek, kolezanek, meza i stolowki szkolnej kamiacej dzieci, moge z duma rzec, ze SAMA wszystkiemu daje rade:)

tak, skromnie to nie brzmi, ale tak wlasnie sobie dzis pomyslalam… bo tesciowa co drugi dzien dwoni, zeby spytac, ”jak tam”, ale nigdy sie nie spytala, a moze bym wpadla z obiadem? a moze bysmy dzieci na spacer wzieli, zebys ty dom ogarnela, zakupy na spokojnie zrobila, czy na fitness skoczyla.

dwa razy tesciowie mi dzieci odebrali ze szkoly, to jak po pracy jeszcze zajechalam po chleb i mleko, tesciu zgrzytal zebami, ze tak pozno wrocilam (o 18.00!!!), bo oni juz-teraz musza isc…

na fitnessie od 2 tygodni nie bylam, bo nie mam z kim zostawic dzieci. a wszyscy zyczliwie pytajacy ”jak tam”, nie rwa sie do wpadniecia, zeby zajac sie dziecmi. jesli juz wpadaja to na obiad (szwagierka…) badz na kawe (sasiadka).

zakupy mikolajkowe leza juz spakowane w szafie: wieczorami zamawiane przez internet, bo przeciez z dziecmi nie pojde kupowac prezentow od Mikolaja.

obiady gotuje na dwa dni, wiec co drugi wieczor spedzam w kuchni, zeby dzieci po powrocie ze szkoly mialy gotowa zupe, a ja po powrocie z pracy, zebym mogla od razu wjechac z obiadkiem na stol.

mniej jestesmy w domu, wiec i mniej balaganimy:D wieczorami pakuje chlopakow do wanny albo przed dziennik dla dzieci, a ja w tym czasie uprawiam jogging z odkurzaczem i sciereczka, bo glupio mi nianie do nieogarnietego mieszkanie wpuscic.

z niani, jak na razie, jestem bardzo zadowolona. w ciagu dnia ja zalatwilam, przez telefon mi sie spodobala, na zywo tez i niech tak zostanie:-)

na co mam mniej czasu? na sport (choc jak luby wroci, to bede wieczorami chodzic), dla dzieci i na czytanie. no i na balaganienie;) nie moge regularnie pojechac na targ po swieze warzywa, owoce czy mieso – zostaly mi tylko soboty. dzieci spedzaja mniej czas na swiezym powietrzu, ja tez… mniej jezdze na rowerze, bo juz np. dzieci nie odbieram na lunch.

ale generalnie stwierdzam, ze tak dlugo jak zdrowie dopisuje, jestem zosia-samosia i wszystko potrafie sobie zorganizowac:D  oczywiscie… dopoki mnie zatoki nie znockoutuja…

 

fizjologiczne glupawki

siedzimy dzis przy stole, sniadaniujemy, a Szkrab, jak to Szkrab… wypil szklanke herbaty za jednym zamachem i odbilo mu sie glosno:/ juz mam go za kare wyslac na schody (strasznie tepie to bekanie:/), a tu Bizon mowi:

– ty WIsniaku!

jako, ze jeszcze nie przelknelam kawy, o malo sie nia nie zakrzusilam. jak juz sie wykaszlalam, za pozno bylo na kare, wiec tylko skorygowalam:

– tak, tylko WIEsniaki tak robia.

___________________

wieczorem czytamy ksiazke, w pewnym momencie widze katem oka, jak Szkrabowi brzuch sie trzesie z powstrzymywanego smiechu. patrze na niego, a ten parska:

– baka puscilem – i cieszy miche na calego. a ze wlasnie czytalam o ”mgle owijajacej dzieci jezdzace w parku na lyzwach”, Bizon dodal, ze i nas zaraz mgla owinie, jak Szkrab tak bedzie gazowal. i znow w smiech. i ja dolaczylam, bo jak tu sie nie smiac:)

__________________

a juz prawie przed pojsciem do lozek, Szkrabowi przytrafila sie traumatyczna przygoda. kiedy ja pomagalam Bizonowi z prysznicem, uslyszalam paniczny placz Szkraba, tak przerazliwy, ze bylam pewna, ze cos sobie ucial, wydlubal badz zlamal. wyskoczylam jak oparzona z lazienki, Szkrab stoi pod drzwiami od lazienki i trzesie sie z przerazenia, lzy jak grochy leca i placze, tak strasznie placze, nie moze mi powiedziec, co sie stalo. ogladam go, mam wrazenie, ze jest caly, bez obrazen i dalej nie wiem, co wystraszylo Szkraba.

wzielam go na rece, a on zaczal dukac ”tam, w pokoju”. bylam juz pewna, ze ktos sie wlamal! nogi mi sie zrobily jak z waty, czlapie do pokoju. a tam… na podlodze pajak-byk. wielkosci dloni. kosmaty, czarny byk. no az zapomnialam, ze lubego nie ma i pierwszy odruch to bylo zawolanie lubego;) ale szybko zlapalam chusteczki higieniczne, przez chusteczke schwytalam pajaka i pobiegalam wyrzucic go do toalety. a Szkrab dalej zawodzi.

okazalo sie, ze biedaczek taki juz byl zmeczony, ze polozyl sie na dywanie, na kopcu kosciuszki, ktory z Bizonem ze sterty kocow i kolderki uformowali. chcial sie kolderka przykryc, ale z kolderki, prosto na twarz skoczyl mu pajak-byk. ”i ugrizl, ugrizl!!!!” ”gdzie?” ”o tu, i tu, i tu” – pokazuje Szkrab kilka punktow na twarzy. sladow nie bylo, wiec pajak nie ugryzl, tylko dajac dyla pogilgotal Szkraba po twarzy;) nie dziwie sie Szkrabowi, ze tak potrwornie sie wystraszyl, bo i ja bym dala czadu, jakby mi taka bestia po twarzy przebiegla.

Szkrab odmowil spania pod kolderka, z ktorej spadl pajak, kocykami tez juz sie bawic nie bedzie, ”bo tam byl TEN pajak!”.

 

 

 

jakos i ilosc

byly chwile, ze watpilam, czy nie przesadzam zostajac z chlopakami w domu, gdy byli mali. przychodzily mysli, ze skoro inne dzieci chodza do zlobkow, przedszkoli i zyja, to i moim chlopcom korona by z glowy nie spadla. ale ciagle jakis wewnetrzny glos mi mowil, ze jednak dla naszej rodziny jest lepsze takie rozwiazanie, jakie wybralismy.

czytalam wypowiedzi pracujacych mam, ze to nie ilosc czasu spedzonego z dziecmi sie liczy, tylko jakosc. i czasami bylam gotowa w to uwierzyc, ale znow instynkt mowil mi, ze to nie do konca prawda.

i teraz, po 2 tygodniach pracy na pelny etat wiem na 100%: to co zrobilam to byl najlepszy wybor, jakiego w zyciu dokonalam. te 6 lat 100% etatu ”mama” bylo czasem drogocennym, wartosciowym i niezmarnowanym.

widze to wyraznie, ze nie tylko jakosc, ale i ilosc sie liczy, i to bardzo. a poza tym… jaka jakosc… o jakiej jakosci moze byc mowa, gdy maluch po 9 godzinach bycia poza domem wraca do domu, jest zmeczony, marudny, a przez to upierdliwy? jaka jakosc? zjesc, wykapac, dla ”jakosci” ksiazeczka i lulu-lulu.

tak u nas jest, mimo ze dzieci mam juz dosc duze, w miare samodzielne: wracam miedzy 17.30-18.00 do domu, podgrzewam obiad, ktory ugotuje dnia poprzedniego, jemy, chwile pogadamy, gra na skrzypcach, kapiel, dziennik dla dzieci, czytanie, posprzatanie zabawek i… o 20.30-21.00 dzieci zasypiaja w 3 minuty. a rano ich dobudzic nie moge, po raz pierwszy, odkad mam dzieci… po takich dwoch tygodniach widze, jak malo czasu mamy dla siebie, jak bardzo chlopcy sa zmeczeni tym, ze ich nie odbieram na lunch, ze musza ze szkoly wracac na piechote (bo niania ma za slaby rower, zeby przymocowac krzeslko dla Szkraba).

na poczatku Bizon cieszyl sie, ze na lunch zostaje w szkole, bo mogl z kolegami pograc w noge na podworku szkolnym. dzis siedzielismy sobie przy swieczkach, pogadujemy po obiedzie, pytam o ten footbal, jak idzie, a Bizon na to, ze dobrze, ale wolal, kiedy jechalismy na lunch do domu… a jednak:/ Szkrab tez zaczyna marudzic, ze nie lubi jesc w szkole. wiem, ze to kwestia przyzwyczajenia, czasu, ale… wiem tez, ze te wspolne poludniowe posilki byly wazne i wartosciowe dla na naszej relacji.

nie moge powiedziec, ze brakuje mi dzieci… nie, w pracy mam swietna atmosfere, lubie to co robie i… lubie lunche z kolegami:-) ale brakuje mi czasu spedzanego z dziecmi. mam wrazenie, jakbysmy sie oddalali. dzieci tez czuja moja nieobecnosc, bo nawet Bizon, ktory raczej przytulaczem nie jest, wchodzi mi na kolana podczas czytania, tuli sie od samego rana, a jak mu dzis mylam glowke, to poprosil ”mamo, pomasuj mi jeszcze glowke, tak lubie, gdy mnie dotykasz’ (aBizon nie znosi mycia glowy).

weekendy zlatuja tez szybko. i tez mi malo tego czasu z dziecmi, tak malo, ze szkoda mi czasu na zakupy, czy plotki z kolezankami.

tak wiec… teraz juz wiem: czasu nie zmarnowalam. a ”jakosc, a nie ilosc”, sprawdza sie w naszej rodzinie tylko w przypadku seksu:)

 

troche pobojkotuje szkole

wczoraj wieczorem bylo zebranie w szkole. bardzo mi sie podoba forma tych zebran: indywidualne, czyli kazdy rodzic ma 10-15 min. audiencje u nauczycielki, podczas ktorej rozmawia o SWOIM dziecku, moze przedyskutowac postepowanie z dzieckiem (=indywidualne podejscie do ucznia!), zapytac czy poprosic o cos, co dotyczy naszego dziecka.

ciesze sie, bo chlopaki z nauka problemow nie maja, z testow (wrrrr…. 5 i 7-latki…) dostaja bardzo zadowalajace wyniki, wiec i szkola sie cieszy (ranking….) i my, rodzice. cieszymy sie podwojnie: raz, bo widac mamy madre dzieci, a dwa… mozemy zbojkotowac (pewnie do czasu…), dodatkowe cwiczenia, jakie szkola podpowiada, zeby realizowac w domu ”online”. tak jak juz nie raz pisalam, nie jestem fanka uzywania komputerow do nauki – wole ksiazke i inne niekomputerowe materialy pomocnicze. i dlatego np. tablczke mnozenia z Bizonem wyspiewujemy w piatki podczas jazdy samochodem (przy okazji Szkrab sie osluchuje:D) na lekcje skrzpiec i juz nie musimy odpalac komputera, zeby dziecko ”w formie zabawy z komputerem” opanowalo zwykla, nie zbyt skomplikowana rzecz, jaka jest tabliczka mnozenia.

z ortografia Bizon nie ma wiekszych problemow (choc oczywiscie bledy sie zdarzaja), ale nie dzieki temu, ze wlaczam mu zalecany przez nauczycielka program komputerowy, tylko dzieki temu, ze Bizon duzo czyta. za to wczoraj zgarnelam komplement – tak, rodzice tez lubia byc komplementowani;) bo szkola chce zachecic dzieci do regularnego korzystania z biblioteki miejskiej – dzieci wypelnialy jakas tam ankiete, w ktorej Bizon, zgodnie z prawda, napisal, ze jest bardzo czestym bywalcem:-) nauczycielka mi o tym powiedziala i z grubsza opowiedziala, jak planuja zachecic dzieci do chodzenia do biblioteki. a ja jej uswiadomilam, ze na tym etapie, to szkola musi rodzicow naklonic do prowadzenia dzieci do biblioteki, bo co z tego, ze dziecko chetn, jak rodzicowi sie nie chce, a moze nawet nie wie, gdzie ta biblioteka. podpowiedzialam, ze w bibliotece jest duzo ciekawych programow rozrywkowych dla dzieci w weekendy, na ogol darmowych albo za symbolicznego euraka i ze ja nigdy nie widze rodzicow i dzieci z naszej szkoly – moze szkola powinna dawac dzieciom do domu informacje o tych rozrywkach. i jako przyklad podalam koncert muzyki klasycznej, jaki ma sie odbyc w niedziele w bibliotece: darmowy, dla wszystkich, rowniez malusinskich! nauczycielka sie postarala: dzis Bizon wrocil z info o koncercie:-) a ja ciekawa jestem ile dzieci z naszej szkoly zobacze w niedziele w bibliotece…

ale wracajac do tematu bojkotowania: ciesze sie, ze nie musze z chlopakami siedziec przed komputerem i nadganiac czy uzubelniac brakow w edukacji, ze moge zbojkotowac te cudowne programy. ciesze sie, ze wolny czas mozemy poswiecic na rozrywki, na zabawe, spacer czy brzdakanie na skrzypcach (a ostatnio na cymbalkach i flecie:-)). tym bardziej, ze z cierpliwoscia do tlumaczenia u mnie kiepsko;)

 

 

 

nagminne pytanie

”czy jestes zmeczona?” – pytaja najblizsi, znajomi, koledzy z pracy. chodzi im o to, czy praca na pelny etat plus obowiazki domowe mnie juz wymeczyly:D

nie. nie wymeczyly.

jestem zmeczona, bo jestem przeziebiona, oslabiona przez zapalenie zatok i towarzyszacy temu bol glowy i przez wstrzymywanie kaszlu, ktory meczy mnie od 3 dni – a akurat w tych dniach pracuje z hodowlami komorkowymi, przy ktorych po prostu nie wolno mi kaszlnac:/ a ze mam na sobie stroj, w ktorym nie moge wyjsc ot tak, na korytarz, nie moge tez wyjsc z labu, wykaszlec sie i wrocic. wiec wstrzymuje oddech i wtedy gilgotanie w gardle przechodzi. nie wolno mi miec nic w ustach, wiec zadnych pastylek na kaszel, wody do picia nie wolno mi ze soba wziac. i to jest meczace. Ale sama praca… jak na razie to przyjemnosc.

Mimo ze uzywam technik, ktore znam (na szczescie szybko sobie wszystko przypominam:D), to jest to zupelnie inny swiat. Pelno procedur, przepisow, np: przy wchodzeniu do laboratorium ”A” zakladam ”tylko” specjalne spodnie, bluze, skarpetki, siateczke na glowe i plastkowe zielone buty. ale juz do innego pomieszczenia na to co mam musze zalozyc ”skafanderek”, maske, rekawiczki i biale plastikowe buty. do innego pomieszczenia zaklada sie kaptur a’la burka, ochraniacze na buty i inne, grubsze i dluzsze rekawiczki. wszystko w okreslonej kolejnosci, np. skafandra nie wolno zalozyc dopoki sie nie ma maski na twarzy. na szczescie, w kazdym pomieszczeniu, kolo drzwi wisi zdjecia ”ufoludka” i wypunktowana jest kolejnosc czynnosci. Kolejnosc to jedno, ale sposob ubierania… jak to dobrze, ze jestem dosc wygimnastykowana:D bo skafanderek nie moze dotknac niczym podlogi – tak wiec podczas wkladania nogi do pierwszej nogawki, nalezy trzymac w rekach rekawy, obie nogawki, zeby nie dyndaly po ziemi i jednoczesnie wsunac noge w jedna nogawke, pozniej druga noge w druga nogawke i na koncu gore skafanderka:) sprobujcie zalozyc spodnie bez dotykania podlogi;)

co mnie bardzo cieszy to ludzie, z ktorymi pracuje. nie jest ich wielu – tzn. sam oddzial jest liczny (3 pietra), ale najblizszy kontakt mam z 3-4 osobami. przyucza mnie Hans – oprocz tego, ze jasno tlumaczy, jest tez swietnym kolega – nadajemy na tych samych falach, mamy podobne (troszke zlosliwe) poczucie humoru i moze przez to latwo mi jest mu zaufac i uczciwie przyznac, jesli czegos nie zalapalam za pierwszym razem. Ja sie potrafie smiac z siebie, on z siebie, dzieki czemu wiez jest nawiazana:) Na dodatek i ja, i Hans, zauwazylismy, ze juz po tych kilku dniach, mimo ze on mnie nadal przyucza, wypracowalismy sobie system wspolpracy: wyczuwamy, co kto lubi/woli robic i albo ja pomagam Hansowi, albo on mnie, bez zbednego gadania, wychodzi nam ta wspolpraca automatycznie.

Mam nadzieje, ze taka przyjazna relacja miedzy nami pozostanie.

Z niania na razie tez jest dobrze. Co prawda Szkrab, jak to Szkrab, potrafi byc upierdliwy, ale niania nie skarzy – o upierdliwosciach Szkraba dowiaduje sie od Bizona;) wczoraj biedny Szkrab mial wypadek, bo razem z wiatrami wyszlo to i owo do majtek…chcial sie ukradkiem przebrac, ale Magda wyczaila, co jest grane. Szkrab, gdy zostal zdemaskowany rozplakal sie ze wstydu… na szczescie Magda przekonala go, ze kazdemu sie to zdarza (mi nie!!!;), wpakowala go do wanny, wymyla, dala czyste ubranka i po sprawie. Dzis Szkrab nie mial sily isc ze szkoly… Magda sie chwilowo podlamala;) nie dziwie sie, bo i mnie nerw bierze na Szkraba, jak marudzi, ze nie ma sily (bo sile to on ma, tylko sie lubi popiescic). Mam jednak nadzieje, ze jakos sie ze Szkrabem dotra. Na szczescie Bizon lagodzi sytuacje – dzis zamknal sie w pokoju i cale popoludnie czytal:) wiec Magda miala na glowie ”tylko” Szkraba.

widze, ze dzieci odczuwaja moja nieobecnosc. niby tylko kilka godzin, ale roznica jest. na lunch zostaja juz w szkole, a ja do domu wracam o 17.30. wczoraj odebralam chlopcow po taekwondo, wiec dopiero po 18.00 – Bizon spytal: mamo, czy ty tak codziennie bedziesz pozno po nas przychodzic? – przytaknelam, a Bizon mnie zaskoczyl, bo stwierdzil, ze szkoda, bo stesknil sie za mna. takiego wyznania od Bizona jeszcze nie slyszalam… bo on raczej introwertyk jest, nie potrafi mowic o emocjach czy uczuciach, a tu takie wyznanie… Szkrab za to nic mi ni wyznal, tylko dal czadu. a ja, niczym matka idealna, wlaczylam empatie i pomyslam, ze 2 godziny to ja jakos z nim przezyje;)

po prawie tygodniu pracy wiem, ze to jest odpowiedni czas na mnie: ze spokojem oddaje dzieci w czyjes rece, bedac w pracy nie mysle, ze czy placza, czy spia, czy wypily mleko czy nie, czy maja pelna pieluche, itd. Bizon sie cieszy, ze moze podczas lunchu pograc w noge, Szkrab, ze moze pobawic sie pociagami, a ja… ze w czasie lunchu moge pozartowac z moimi kolegami z pracy:)

i jeszcze jedno: jezyk. jak wazna role odgrywa znajomosc jezyka… kiedy przyjechalam do Holandii wydawalo mi sie, ze skoro kazdy mowi tu po angielsku, to wszystko gra. a jednak nie. osoba tak jak ja, czyli potrzebujaca do szczescia konwersacji, zartow, gierek jezykowych, musi znac jezyk danego kraju i juz.

jest dobrze:)

 

 

idzie:-)

dzis drugi dzien pracy. i musze powiedziec, ze jest dobrze. co prawda, praca dopiero sie rozkreca, bo a to medium do komorek zamowione miesiac temu nie doszlo na czas, a to moja wejsciowka nie byla aktywna, wiec musialam wydzwaniac, zeby ktos ja aktywowal, takie sprawy organizacyjne zawsze troche trwaja.

ale ogolne wrazenie bardzo pozytywne. praca spokojna, czasowo raczej od-do, sa dyzury w weekendy, ale to zaden problem, bo mieszkam 10 minut od szpitala, a w weekend sa to krotkotrwale procedury.

mam mila szefowa, ktora bardzo sie stresuje jak ma cos wytlumaczyc;) na szczescie moim przewodnikiem po labie jest niejaki Hans. Bardzo fajny, konkretny facet, gdzies w moim wieku – wisze wiec u jego boku, poznaje nowych ludzi (och, tego nie cierpie: ”to jes nasza nowa kolezanka, czips”. ”ooo, milo cie poznac – co bedziesz robic?” ”to i siamto”, ”o jak fajnie! – powodzenia”. ”dziekuje” – i tak przez pol dnia…. ehm, z 50 nowych imion pamietam moze 5…).

ja najchetniej zaszylabym sie w labie i nie potrzebuje tych uprzejmych usciskow raczki;)

 

chlopaki na razie zadowolone z zostawania na lunch w szkole: Bizon sie cieszy, bo moze przez pol godzny w noge pograc, Szkrab sie moze zabawkami pobawic, pobyc z kolegami. o tej pory po szkole ja ich odbieralam, bo nie moglam jeszcze samodzielnie pracowac (bo mnie w ”systemie” komputerowym nie bylo… – dzis po poludniu zaistnialam;)), wiec o 15 moglam wyjsc.

jutro Magda odbierze chlopcow po raz pierwszy.

a za dwa tygodnie wraca luby:D nie powiem, ciesze sie:) stesknic sie az tak bardzo nie stesknilam – pewnie dzieki naszym codziennym sesjom skypowym, ale jednak lepiej sie czuje wiedzac, ze moge opieke nad dziecmi z nim dzielic.

cale szczescie, ze przez prawie caly okres nieobecnosci lubego bylismy zdrowi. dopiero w zeszlym tygodniu nas zaraza siekla, ale i tak dosc pozno;) troche sie martwie, bo mi nie wolno pracowac, gdy jestem przeziebiona (mozliwosc zainfekowania hodolni komorkowych…), a ja wlasnie zaczelam kaszlec… z zatok mi scieka (co mnie cieszy, bo glowa lzejsza…) i przez to zaczynam kaszlec. a w labie mi kaszlec NIE WOLNO:/ no nic, ”burke” zaloze (serio!!!) i moze jakos uda mi sie kaszel stlumic…