”czy jestes zmeczona?” – pytaja najblizsi, znajomi, koledzy z pracy. chodzi im o to, czy praca na pelny etat plus obowiazki domowe mnie juz wymeczyly:D
nie. nie wymeczyly.
jestem zmeczona, bo jestem przeziebiona, oslabiona przez zapalenie zatok i towarzyszacy temu bol glowy i przez wstrzymywanie kaszlu, ktory meczy mnie od 3 dni – a akurat w tych dniach pracuje z hodowlami komorkowymi, przy ktorych po prostu nie wolno mi kaszlnac:/ a ze mam na sobie stroj, w ktorym nie moge wyjsc ot tak, na korytarz, nie moge tez wyjsc z labu, wykaszlec sie i wrocic. wiec wstrzymuje oddech i wtedy gilgotanie w gardle przechodzi. nie wolno mi miec nic w ustach, wiec zadnych pastylek na kaszel, wody do picia nie wolno mi ze soba wziac. i to jest meczace. Ale sama praca… jak na razie to przyjemnosc.
Mimo ze uzywam technik, ktore znam (na szczescie szybko sobie wszystko przypominam:D), to jest to zupelnie inny swiat. Pelno procedur, przepisow, np: przy wchodzeniu do laboratorium ”A” zakladam ”tylko” specjalne spodnie, bluze, skarpetki, siateczke na glowe i plastkowe zielone buty. ale juz do innego pomieszczenia na to co mam musze zalozyc ”skafanderek”, maske, rekawiczki i biale plastikowe buty. do innego pomieszczenia zaklada sie kaptur a’la burka, ochraniacze na buty i inne, grubsze i dluzsze rekawiczki. wszystko w okreslonej kolejnosci, np. skafandra nie wolno zalozyc dopoki sie nie ma maski na twarzy. na szczescie, w kazdym pomieszczeniu, kolo drzwi wisi zdjecia ”ufoludka” i wypunktowana jest kolejnosc czynnosci. Kolejnosc to jedno, ale sposob ubierania… jak to dobrze, ze jestem dosc wygimnastykowana:D bo skafanderek nie moze dotknac niczym podlogi – tak wiec podczas wkladania nogi do pierwszej nogawki, nalezy trzymac w rekach rekawy, obie nogawki, zeby nie dyndaly po ziemi i jednoczesnie wsunac noge w jedna nogawke, pozniej druga noge w druga nogawke i na koncu gore skafanderka:) sprobujcie zalozyc spodnie bez dotykania podlogi;)
co mnie bardzo cieszy to ludzie, z ktorymi pracuje. nie jest ich wielu – tzn. sam oddzial jest liczny (3 pietra), ale najblizszy kontakt mam z 3-4 osobami. przyucza mnie Hans – oprocz tego, ze jasno tlumaczy, jest tez swietnym kolega – nadajemy na tych samych falach, mamy podobne (troszke zlosliwe) poczucie humoru i moze przez to latwo mi jest mu zaufac i uczciwie przyznac, jesli czegos nie zalapalam za pierwszym razem. Ja sie potrafie smiac z siebie, on z siebie, dzieki czemu wiez jest nawiazana:) Na dodatek i ja, i Hans, zauwazylismy, ze juz po tych kilku dniach, mimo ze on mnie nadal przyucza, wypracowalismy sobie system wspolpracy: wyczuwamy, co kto lubi/woli robic i albo ja pomagam Hansowi, albo on mnie, bez zbednego gadania, wychodzi nam ta wspolpraca automatycznie.
Mam nadzieje, ze taka przyjazna relacja miedzy nami pozostanie.
Z niania na razie tez jest dobrze. Co prawda Szkrab, jak to Szkrab, potrafi byc upierdliwy, ale niania nie skarzy – o upierdliwosciach Szkraba dowiaduje sie od Bizona;) wczoraj biedny Szkrab mial wypadek, bo razem z wiatrami wyszlo to i owo do majtek…chcial sie ukradkiem przebrac, ale Magda wyczaila, co jest grane. Szkrab, gdy zostal zdemaskowany rozplakal sie ze wstydu… na szczescie Magda przekonala go, ze kazdemu sie to zdarza (mi nie!!!;), wpakowala go do wanny, wymyla, dala czyste ubranka i po sprawie. Dzis Szkrab nie mial sily isc ze szkoly… Magda sie chwilowo podlamala;) nie dziwie sie, bo i mnie nerw bierze na Szkraba, jak marudzi, ze nie ma sily (bo sile to on ma, tylko sie lubi popiescic). Mam jednak nadzieje, ze jakos sie ze Szkrabem dotra. Na szczescie Bizon lagodzi sytuacje – dzis zamknal sie w pokoju i cale popoludnie czytal:) wiec Magda miala na glowie ”tylko” Szkraba.
widze, ze dzieci odczuwaja moja nieobecnosc. niby tylko kilka godzin, ale roznica jest. na lunch zostaja juz w szkole, a ja do domu wracam o 17.30. wczoraj odebralam chlopcow po taekwondo, wiec dopiero po 18.00 – Bizon spytal: mamo, czy ty tak codziennie bedziesz pozno po nas przychodzic? – przytaknelam, a Bizon mnie zaskoczyl, bo stwierdzil, ze szkoda, bo stesknil sie za mna. takiego wyznania od Bizona jeszcze nie slyszalam… bo on raczej introwertyk jest, nie potrafi mowic o emocjach czy uczuciach, a tu takie wyznanie… Szkrab za to nic mi ni wyznal, tylko dal czadu. a ja, niczym matka idealna, wlaczylam empatie i pomyslam, ze 2 godziny to ja jakos z nim przezyje;)
po prawie tygodniu pracy wiem, ze to jest odpowiedni czas na mnie: ze spokojem oddaje dzieci w czyjes rece, bedac w pracy nie mysle, ze czy placza, czy spia, czy wypily mleko czy nie, czy maja pelna pieluche, itd. Bizon sie cieszy, ze moze podczas lunchu pograc w noge, Szkrab, ze moze pobawic sie pociagami, a ja… ze w czasie lunchu moge pozartowac z moimi kolegami z pracy:)
i jeszcze jedno: jezyk. jak wazna role odgrywa znajomosc jezyka… kiedy przyjechalam do Holandii wydawalo mi sie, ze skoro kazdy mowi tu po angielsku, to wszystko gra. a jednak nie. osoba tak jak ja, czyli potrzebujaca do szczescia konwersacji, zartow, gierek jezykowych, musi znac jezyk danego kraju i juz.
jest dobrze:)