o obowiazkowosci

obowiazkowosc wpoili mi rodzice i jestem im za to bardzo wdzieczna. luby przez to, ze teoretycznie jest obowiazkowy, ale w praktyce czasami trudno bywa, wybral sobie taka prace, ze ma duzo swobody czasowej i w organizowaniu swojej pracy. choc obowiazkowosc wymaga pracy, dyscypliny i czesto daje w tylek, ucze jej od malego moich chlopakow. odkad poszli do szkoly, regularnie ich do tej szkoly posylam, rano piluje wszystkich, zeby motorki wlaczali, zeby na czas byli w szkole (a dzieki szkole chlopakow luby w pracy jest nawet przed czasem:), na zajecia pozalekcyjne woze. a jak dzieci marudza, ze wola zostac w domu, mowie: albo chodzicie albo sie wypisujecie – to wymaga i ode mnie samodyscypliny, bo taekwondo w piatek o 17.00 to jakies nieporozumienie:/

to sie pochwalilam jaka to jestem obowiazkowa;) a pisze o tym, poniewaz zastanawiam sie, czy to dobrze, czy moze jednak za bardzo piluje, za bardzo scigam wszystkich dookola, bo mozna tez inaczej, na luzie, bez popedzania, bez musztry, bez obowiazkowosci.

zawiozlam wczoraj rano dzieci do szkoly, w drodze powrotnej mijam matke z Andy’m. Andy stoi pol metra przed matka, a matka rozmawia z jakims facetem o piesku tego pana. Dzwonek szkolny juz dawno temu zadzwonil, ale ta matka ma to gdzies – ona ma ochote sobie pogawedzic, to gawedzi, a co bedzie pedzic i nerwowa atmosfere siac. Andy wola: ”mamoooo, musimy isc”, ale mama spokojnie papieroska zapala, czestuje pana od pieska, macha reka do Andiego ”zaraz” i spoko, Andy czeka, a tylko ja gnam. bo musze zakupy, zupe, rozwiesic pranie, ktore udalo mi sie nastawic jeszcze przed wyjsciem do szkoly, ogarnac chalupe i dokonczyc ”Choroby metaboliczne”.

wczoraj dzwonie do Magdy od Milanka (znam w Holandii 5 Magd, przez co kazda musi miec jakies okreslenie;)). Bo w pn za dwa tygodnie moja niania (tez Magda, ktora polecila mi jeszcze inna Magda;)) nie moze zajac sie chlopakami. Wiec pytam, czy dalaby rade wziac do siebie na 2.5 godziny moich zbojasow. Spoko, moze. Ale mnie oswieca, ze przeciez ona tez musi odebrac swojego synka ze szkoly, o tej samej porze. Wiec pytam, jak ona to zrobi, bo jej Milan chodzi do innej szkoly niz moje dzieci. A nie wysle Milana do szkoly. Jak to?????? Pytam ze zgroza i od razu czuje sie winna, chce odwolywac prosbe, bo nie chce, zeby z powodu mojej prosby Milan opuszczal szkole. Ale Magda spokojnie mowi, ze przeciez 4 latek nie ma obowiazku szkolnego, wiec ona Milana tak w kratke do szkoly prowadza, a ze w poniedzialki jest pani, ktorej Milan nie lubi, to najczesciej te poniedzialki mu robi wolne… szczeka mi opadla. Bo juz pomine fakt, dzieci 4-letnie nie maja obowiazku chodzenia do szkoly tylko gdy sie ich do tej szkoly nie zapisze, ale jak juz sa zapisane, to maja obowiazek chodzic, czego Magda chyba nie wie… ale bardziej zastanowilo mnie to, czego ona to dziecko uczy: ”nie lubisz pani, nie musisz chodzic. nie chce ci sie, a, jestes jeszcze malutki, zostan w domu”.

kurcze, ne fajnie tak kogos bliskiego obsamarowywac, bo akurat z Magda jestesmy dosc blisko, ale siedzialo to we mnie, bo zaczelam sie zastanawiac nad soba: moze to ja za bardzo te moje dzieci piluje? moze to ja ta swoja obowiazkowoscia za bardzo obciazam ludzi zyjacych wokol mnie? moze ja jestem osoba trudna?

Cos w tym stylu uslyszalam od tescia… bo jutro do naszego miasta przyplywa Mikolaj i tesciowie bardzo chca, zebym z chlopakami (i tesciami) poszla. a ze chlopaki sa przeziebione (i dzis z tego powodu nie poszli do szkoly), to ja zasugerowalam, ze my raczej cala impreze obejrzymy sobie na zywo w TV i w tym roku damy sobie spokoj z wyjsciem do miasta. tym bardziej, ze w pn wszyscy musimy byc zdrowi (a moje zatoki wlasnie mnie wczoraj zaatakowaly:/), bo skoro ja do pracy, to dzieci MUSZA isc do szkoly, bo co ja z nimi rano zrobie? A tesc pyta, czemu ja to tak utrudniam… Odparowalam, ze ja ulatwiam, bo zamiast ciagac dzieci po tlumach, ide na latwizne i posadze je przed TV. Ale juz poczulam sie niepewnie – moze ja rzeczywiscie wszystko zbyt powaznie, zbyt serio, zbyt obowiazkowo traktuje???  I jak znalezc rownowage?

A tak w ogole, to mam wrazenie, ze tesciom bardziej na tej imprezie zalezy niz moim dzieciom – dzieci ze spokojem przyjely fakt, ze obejrza impreze w TV, za to tesciowie i szwagierka bardzo dlugo przezywali i nadal maja nadzieje, ze jutro dzieci beda tryskac zdrowiem i posle ich w ten tlum. a ja… mysle, ze nie;)

 

 

do biegu gotowa:)

rano telefon, czy moge zaczac prace w poniedzialek.

moge.

szybki telefon do polskiej niani, czy moze zaczac od pn – moze.

tel. do tesciowej, czy moze w dwie najblizsze srody dzieci odebrac ze szkoly i zawiezc na taekwondo – moze.

tel. do szefowej, ile w koncu godzin mam pracowac, bo nie wiem, co z piatkiem. 36, piatek od 12.00 jestem wolna. czyli dzieci ze szkoly moge na czas odebrac, na skrzypce zawiezc (teraz juz obydwoje:-)) i pozniej na taekwondo.

wczoraj widzialam moje nowe miejsce pracy: cisza, sterylnosc, nawet zadnego radia: bezludna wyspa. na 4 miesiace super – mysle, ze… bede w tej ciszy odpoczywac:-)

w czwartek umowilam sie z Magda, czyli opiekunka do dzieci, zeby sie z nia zapoznac.

w piatek ide na nieoficjane szkolenie-przypomnienie praktyki do starej kolezanki z pracy: przypomne sobie jak sie hoduje komorki:) bo teoretycznie, prosta sprawa, ale praktycznie… roznie to z koordynacja rak i oka wyglada;) juz sie nie moge doczekac.

ciesze sie, ze na ten tydzien chlopakom kolegow pozapraszalam, bo jak juz wskocze w trybiki pracy, to niestety, urwa sie te wizyty.

tak, jestem gotowa do tego biegu:)

”tylko sie nie klopocz”

chyba u Grocholi, w ktorejs z ksiazek, byla taka sytuacja, ze jakas znajoma miala wpasc z wizyta i przez telefon prosila gospodynie, zeby niczym sie nie klopotala, ze ona ani nic specjalnego do picia, ani do jedzenia nie potrzebuje, ze tylko sobie siada i pogadaja, ze ona zadnych wymagan nie ma. a jak juz kolezanka z ta wizyta wpadla, to sie zaczelo: a to wody takiej nie pije, ”tylko sie nie klopocz”, a to tego nie je, bo na cos jej szkodzi, ale za to mogla by ”cos innego” przekasic, jesli gospodynia ”to cos” przypadkiem miala – ”tylko niech sie gospodyni nie klopocze!”.

no wlasnie…

wiec ja niby tez sie nie mam klopotac jutrzejsza wizyta kolezanki (za ktora bardzo sie stesknilam i ktora bardzo, bardzo lubie!), ale… sie klopocze.

bo kolezanka przyjdzie z corka, po kilku godzinach polskiej szkoly, o 16.00, wiec wypadaloby cos na zab miec.

ale slodkiego kolezanka nie moze, bo wlasnie miala operacje na hemoroidy i obowiazuje ja dieta, no i  w ogole ”wiek juz nie ten” i slodkiego nie bardzo moze… – cos mi sie wydaje, ze kolezanka na dietce przedbozonardzoeniowej, jak co roku, jest;) no dobrze, niech bedzie, sama tez od czasu do czasu dietke sobie funduje, jak spodnie przyciasnawe sie robia.

ale tak sobie dzis chodze i mysle… normalnie to bym upiekla ciasto (jak w zeszlym tygodniu), zrobila kawe, dla corki herbatke i 2-3 godzinki bysmy posiedzialy, pogadaly, a dzieci pobawily.

a tak… mam sie niby nie klopotac, ale w Holandii o 16.00 z obiadem sie nie wyjedza, nawet wsrod Polakow;) wiec trzeba jakas zakaske… taka, zeby i kolezanka, i jej corka byly zadowolone. corka lubi slodkie. kolezanka ”nie moze”. a mi sie nie chce niewiadomo czego na wytrawnie wymyslac!!!

w koncu kupilam orzeszki, ser pokroje w kostke i zrobilam muffinki w wersji pikantnej ze szpinakiem, mozzarella i papryka. a dla dzieci… na szczescie mam jeszcze w zamrazarce muffiny w wersji slodkiej.

dobrze, ze ktos wynalazl muffiny – proste, szybkie, niezawodne:)

mama wie wszystko

jakis czas temu tesc instalowal mi nowe lampki nad szafka w lazience. w miedzyczasie Szkrab poszedl zrobic siku. a Szkrab sika w lewo;) tesciu to zobaczyl i tlumaczy Szkrabowi, ze powinien przytrzymac siuraska i przesunac go troche w prawo, bo inaczej na podloge nasika (no niestety, zdarza sie, zdarza…). ale Szkrabowi sie takie rady nie podobaja:

– a od mamy tak nie trzeba! – hardo odpowiada holenderskiemu dziadkowi

– ale mama nie ma siuraska, to ona nie wie – probuje przekonac Szkraba tesc

– mama wszystko wie! – odparowuje Szkrab

no pewnie, ze mama wszystko wie;) nawet to, jak sie poslugiwac siuraskiem:D

na koniec dnia

Bolero.

tego mi bylo trzeba.

sluchawki, bolero, nogi wylozone do gory, ciemne niebo wchodzace przez duze drzwi balkonowe, moj ulubiony fotel, w ulubionej jadalni.

bez wyrzutow sumienia, ze luby w wypoczynkowym teskni i czeka…;)

ach… jak mi dobrze.

 

pasibrzuchy

w sobote upieklam ciasto ”Pani Walewska” – o estetyce sie nie wypowiem, ale smakowo…

– mamo, to najsmaczniejsze ciasto na swiecie! – podsumowal Bizon.

Szkrab byl mniej zadowolony, bo mu masa budyniowa nie podeszla, ale nie odpuscil – wcinal, tylko mu sie uszy trzesly, a mase budyniowa zostawial… mi:D

ja z kolei mase budyniowa tak lubie, ze moge solo palaszowac, wiec bylam zadowolona, ze reszte zjadal Szkrab.

az sie martwilam, czy ciasto do niedzieli wytrzyma, bo sie gosci spodziewalam – na wszelki wypadek srodek ladnie pokroilam i na osobny talerz odlozylam, zebym nie musiala w niedziele nowego ciasta piec;)

gosciom ciasto tez podeszlo, choc… zatopiane rogaliki drozdzowe pobily rekord popularnosci.

nie ma to jak polskie pasibrzuchy!

dzis Bizon pyta, czy jeszcze cos zostalo… tak, blaszka do wylizania;) wylizal:D

______________

a ja dzis z mama pogadalam i w koncu jednak doszlysmy do wniosku, ze nie ma sensu, zeby przjezdzala do opieki nad chlopakami, skoro ja prace dopiero w grudniu zaczne, bo tedy juz luby bedzie. a mama w okresie przedswiatecznym naturalnie woli w domu prace odhaczac, co rozumiem.

tak wiec zajelam sie poszukiwaniami opiekunki dla dzieci. od pewnej przyjaznej osoby dostalam namiary na polska studentke muzykologii, zadzwonilam, studentka przez telefon bardzo mi sie spodobala, wiec teraz musze sie z nia spotkac i mam nadzieje, ze jej plan pozwoli jej na odbieranie chlopcow o 15.00 ze szkoly i opieke do 18.00. no i jeszcze mam zgryz, bo nie mam zielonego pojecia, jakie sa stawki: nie chce dziewczyny wykorzystywac, a jednoczesnie, nie chcialabym przeplacic. musze wiec popytac, ile placi sie studentkom za opieke nad dziecmi.

ogluchne lub zwariuje

mam drugiego muzykanta. dzis Szkrab mial lekcje probna z gry na skrzypcach. nie przypuszczalam, ze i jego ten instrument zainteresuje. ja Szkraba, z racji jego postury, szerokich ramion i jak mniemam, silnych pluc, bardziej z trabka widzialam…

ale tak od wakacji letnich Szkrab bardzo chetnie uczestniczyl w moich cwiczeniach z Bizonem, chcial z nami wyklaskiwac rytm,  a najchetniej troche ”popilowac”. a pilowal niczym drwal;)

wiec w koncu spytalam nauczycielke, czy chcialaby Szkraba wziac pod swoje skrzydla. pani miala czas po lekcji Bizona, wiec zrobila przesluchanie, orzekla, ze Szkrab poczucie rytmu ma i ze sie nadaje.

rozmiar skrzypiec taki sam jak starszy bracian, wiec nie musimy drugich wypozyczac. to obrazuje tez roznice w posturze moich dzieci – prawie 2 lata roznicy i prawie ta sama rozmiarkowa ubraniowa, skrzypcowa, a mlodszy o jakies 2 kg ciezszy od starszego:)

po ostatnich lekcjach, kiedy to Bizon cwiczy 4 palec na strunie E (tej najbardziej piskliwej), w uszach mi swidruje i nerwowo nie wyrabiam, wiec niczym Dulski, spaceruje wokol stolu, czasami ucho znajdujace sie blizej Bizona zatykam… a Bizon wcale nie falszuje! tylko ma piosenki z duza iloscia ”E” i palcem 1,2,3,4, a z kazdym dodanym palcem dzwiek ”rosnie”, przez co staje sie co raz bardziej piskliwy.

na szczescie dzis skonczylismy druga juz ksiazke, za tydzien Bizon dostanie nowa, z wesolymi, skocznymi piosenkami, wiec moze moj system nerwowy troche odpocznie.

bo zanim Szkrab dojdzie do ”wysokiego gis”troche czasu uplynie:)

moj wolny czas

ludziom sie wydaje, ze skoro nie pracuje zawodowo, to sie nudze, to mozna do mnie wpadac ot, tak, bez uprzedzenia, ze mozna mi dziecko podrzucac do popilnowania…

ludziom sie wydaje, ze luby za gorami, za lasami, to ja w samotnosci usycham, nie mam do kogo geby otworzyc i tylko czekam oknie, kto przyjdzie mnie pocieszyc.

a tak nie jest.

bo po pierwsze, ja mam prace, tylko ze domowa. robie to, czego nie robia osoby pracujace zawodowo, bo ktos inny za nie to robi: sama opiekuje sie dziecmi, sama robie pizze, sama pieke rogale, bulki, ciasta, sama prasuje, sama sprzatam, a po zakupy nie jezdze raz w tygodniu samochodem, zeby nakupic na caly tydzien, tylko prawie codziennie sama przywoze je rowerkiem. ja woze dzieci na plywalnie, skrzypce, teakwondo 2 razy w tygodniu, na koncerty, zawody, urodziny i inne zajecia. sa dni, np. piatki, ze caly dzien jest z zegarkiem w reku i nie mam czasu na spontany. 2 razy w tygodniu mam swoj ulubiony targ, 2-3 razy mam swoja ulubiona lekcje z finess, mam swoje przyzwyczajenia, mam swoj styl zycia i plan na kazdy dzien, przez co zawsze jestem zajeta i nigdy sie nie nudze.

a ludziom zyjacym innym zyciem, ”cos” zle sie wydaje.

i tak, 2 tygodnie temu sasiad z dolu po podchodach w stylu ”pranie mozgu”, jaki to on jest biedny, wyobcowany, bo to emigrant z Afryki, i ze tylko mi moze zauac prosi, zebym zaopiekowala sie jego 2-letnim synkiem od godziny… 6 rano. z prosba przyszedl o godzinie 18.30, czyli 12 godzin przed. Przyszedl dokladnie o tej porze, kiedy zaczynam cwiczenie gry na skrzypcach z Bizonem (i on o tym dobrze wie, bo instrument slychac na dole, a cwiczymy prawie codziennie od 2 lat…). O 6 rano to moje dzieci na szczescie w koncu spia i ja nie bede nastawiam budzika na 5.00 zeby przygotowac siebie i dzieci do szkoly, zeby od 6.00 byc  2-latkiem, ktory jest ”wscikusem” i na moment go nie mozna z oka spuscic. Odmowilam. Sasiad byl baaaardzo rozczarowany.

Dzis sasiadka – o 16.00 dzwoni do drzwi, chetna wpasc z tym samym 2-latkiem -zywczykiem na kawe i zeby sie chlopcy pobawili… a my ledwo co wrocilismy ze szkoly, ledwo co dzieci siadly, ledwo co nowe ksiazki, ktore wlasnie przywiozlam z biblioteki, otworzylismy… Na dodatek ciasto drozdzowe na rogaliki mi roslo, a Szkrab meldowal, ze jest glodny, wiec mialam sie brac za smazenie mielonych… a sasiadka ma ochote do nas wpasc. No coz… odmowilam. Powiedzialam, ze przykro mi, ale jestem zajeta.

Wiem, ze dzieci mam na tyle duze, ze moga sie soba same zajac. Ale jesli mam do wyboru pogaduszki z sasiadka i czytanie z dziecmi, wybieram to drugie… Tym bardziej, ze moje dzieci wcale nie maja ochoty bawic sie 2-latkiem. I ja tez nie zawsze musze miec ochote na 2-latka biegajacego po calym mieszkaniu, wciskajacego wszystkie guziczki, jakie na swej drodze znajdzie, otwierajacego szuflady i non-stop gadajacego. Ja juz z tego wyroslam.

Widzialam zdziwienie sasiadki, gdy powiedzialam, ze jestem zajeta. No tak, bo czym ta kobieta, siedzaca calymi dniami w domu, moze byc zajeta…

Tesciowie z kolei bardzo martwia sie, ze jestem ”sama”, bez lubego. Wiec oni chca wpadac, wiec my mamy na weekendy do nich przyjezdzac… Dziwne, jak ja potrzebuje opieki nad chlopcami (bo w koncu do pracy pojde w…. grudniu!), 1 dzien w tygodniu, w srody od 12.30-17.30, to tesciowie nie moga tak regularnie, co srode, bo tacy sa zajeci. A jak ja mam we wtorek i tylko we wtorek ulubiony bodysculpting z Tomem, a w czwartek i tylko w czwartek ukochany bootcamp z Tomem, to oni wlasnie wtedy chca wpasc na kawe, zebym ja sie nie czula samotna. Wiec tez w koncu tesciowej powiedzialam, ze ja sie wcale, ale to wcale nie czuje samotna. Ze ani wtorek rano, ani czwarek rano mi nie pasujemi ich wizyta. Powiedzilama, ze w ciagu dnia zapomniam, ze luby za gorami, za lasami, bo ja zawsze cale dnie bywam sama lub sama z dziecmi. W weekendy… tez mamy co robic. A wieczorami w koncu mam czas dla siebie i nie musze drapac lubego po plecach:D Z lubym sobie skypujemy, mailujemy i na 2 miesiace mi to wystarcza. Mialam wrazenie, ze tesciowa nie mogla pojac jak ja moge bez lubego oddychac, a co dopiero cieszyc sie wieczornym spokojem;)

A ja… A ja wlasnie w trakcie robienia tego wpisu przypomnialam sobie, ze Bizonowi zamek sie w kurtce zepsul i mialam mu wszyc nowy. Biegne wiec odpalac maszyne do szycia, pruc stary, dopasowywac nowy (na szczescie mialam zapas) i moze jeszcze kolo polnocy zdaze ”skajpnac” z lubym…

 

sztorm, czy orkan, co za roznica;)

rano uslyszalam w wiadomosciach o nadciagajacym sztormie. nie przejelam sie tym zbytnio, bo juz w niejeden holenderski sztorm na rowerku dyn-dyn zasuwalam. wiec rano ja ze Szkrabem wskoczylismy na moj rower, Bizon na swoj rower i bez wiekszego wysilku popedalowalismy do szkoly.

kiedy wyszlam z domu przed 12.00 zeby odebrac dzieci na lunch, cos mnie tknelo – niby mialam jechac rowerem, juz wlasciwie wychodzilam z nim z podworka, ale uslyszalam syreny ambulansow i strazy pozarnej z kilku stron miasta. odstawilam wiec rower i pobieglam po kluczyki od samochodu.

wysiadlam pod szkola z samochodu i poczulam, ze sztorm jest silniejszy niz mi sie wydawalo. zrobilam kilka krokow i nagle tak zawialo, ze mialam szczescie, ze obok byla latarnia i sie jej zlapalam, bo by mnie zwialo z chodnika:/ chwile postalam trzymajac sie latarni, ale przeciez dzieci mialy zaraz wyjsc ze szkoly! wystraszylam sie, zeby ich nie zdmuchnelo gdzis pod samochod. na szczescie wiatr na chwile oslabl, pobieglam do szkoly, zlapalam dzieci z rece i biegiem do samochodu. dzieci mialy ubaw, a ja sie zapieralam i kladlam do tylu, zeby nas za bardzo do przodu nie popchalo i zaczelam sie zastanawiac co to za sztorm…

zamiast sprawdzic w wiadomosciach prognoze pogody, to ja dzieci nakarmilam, wsadzilam w samochod i, jak przystalo na obowiazkowa matke, zawiozlam dzieci na 13.00 znow do szkoly.

jedziemy, a na rownoleglej ulicy 6 olbrzymich drzew zwalonych na domy:/ mijalam w szoku. mialam wrazenie, ze to gdzies indziej, a nie kolo mnie. dalej galezie fruwajace w powietrzu. pobieglismy z samochodu do szkoly – bylo w miare ok. zamknelam za dziecmi drzwi od szkoly i juz mialam biec do samochodu, gdy zobaczylam latajace dachowki:/ wystraszylam sie, bo jakby tak dostac taka dachowka w glowe, to smierc na miejscu. przeczekalam pod daszkiem szkoly te silna fale wiatru i znow biegiem do samochodu. zanim zdolalam przebiec te kilka metrow, po drodze trzymalam sie reklamy i poreczy metalowej, zeby mnie nie przewrocilo. sama nie bylam… wokol ludzie chwytali sie czegokolwiek, zeby nie pofrunac. stwierdzilam, ze na glowe upadlam, ze dzieci do szkoly zawiozlam. zaczelam panikowac, jak za 2 godziny odbiore chlopakow, skoro sztorm najwyrazniej przybiera na sile.

gdy bylam juz w samochodzie, wiatr wial tak silnie, ze mialam uczucie, ze samochod sie przewroci na bok… wjezdzam w nasza uliczke, katem oka widze wozy strazackie na ulicy prostopadlej… a tam dach lezy w ogrodzie. caly dach zdmuchnelo z jednego z domow.

pobieglam do domu, wlaczylam internet, czytam, na stronie niderlandzkiej mowa o sztormie, na polskiej o orkanie… no tak, mala roznica… pozniej czytam, ze zaleca sie mieszkancom m.in. naszego miasta pozostanie w domach w godzinach poludniowych… w koncu doczytalam sie, ze wczesnym popoludniem sztorm ma oslabnac. i oslabl. o 15.00 juz moglam w miare spokojnie przejsc od samochodu do szkoly (choc nadal wialo tak, ze ludzie szli z rowerami, czego jeszcze w Holandii nie widzialam).

rower Bizona zostal za szkola, nie mialam glowy, zeby bawic sie w ladowanie go do samochodu. mam nadzieje, ze jutro jeszcze tam bedzie.

ciesze sie, ze bezpiecznie wrocilismy do domu. ale zla jestem, ze nie potrafilam racjonalnie oszacowac niebezpieczenstwa.

przyznam sie

ze mam prace. co prawda tylko na 4 miesiace, ale jest.

mialam ja zaczac w… pazdzierniku. problem w tym, ze biurokracja niderlandzka jest bardzo pokretna i niewya, wiec napisanie dla mnie wakatury, przejscie jej przez rozne komisje, jej zatwierdzenie i zlozenie podpisow przez czlonkow tychze komisji trwa wieki. takie wieki, ze dobrze bedzie, jak zaczne w polowie listopa.

troche nerw mnie bierze, bo mam glod, bardzo chce mi sie pracy zawodowej, bo dzieci juz sa na tyle duze, ze zycie zaczyna byc za wolne i zaczynam odczuwac monotonie (i, o zgrozo, biora mnie sentymenty, jak to bylo cudownie, gdy dzieci byly male – na szczescie wszystko dokladnie notowalam i wystarczy mi wrocic do wpisow sprzed 3 lat, przeczytac o histeriach Bizona i juz sentymenty przemijaja z wiatrem;)). niby duzo czasu poswiecam pomagajac w szkole, a to dekoracje jesienne, a to czytanie maluchom, a to dzien sportu, ale to nie to.

ostatnio zabralam sie za nefrologie kliniczna w j. niderlandzkim – taki mnie glod wiedzy zlapal, ze polowe kobylki w tydzien przerobilam. zawzielam sie, zeby odreagowac porazke. porazke, bo nie dostalam pracy, na ktorej bardzo, ale to bardzo mi zalezalo. nie dostalam jej, bo… za dlugo w domu ”siedzialam”. zabolalo. obiektywnie patrzac, wiem, ze byli lepsi kandydaci, chociazby matki, ktore zdecydowaly sie oddawac dzieci do zlobka, a same w tym czasie kontynuowaly kariere naukowa – ja tak nie potrafilam, nie chcialam, to teraz mam za swoje. kilka dni pobolalo, ale to nic. zacisnelam zeby, przerabiam material, ktory przerabialabym na kursach, gdybym dostala te 4-letnia posade, o ktorej marzylam i nie poddaje sie. ja ja dostane, tylko w inny sposob, troche pozniej. najwazniejsze, ze w koncu wiem w 100%, czego chce, do czego sie nadaje, do czego daze. wazne jest tez to, ze mimo ze nefrologia kliniczna, a pozniej immunologia kliniczna i jeszcze choroby metaboliczne – 3 kobylki do zakucia w j. niderlandzkim, latwym materialem nie sa, to ich czytanie sprawia mi olbrzymia przyjemnosc. tego moja mozgownica bardzo potrzebowala. ucze sie, czytam, robie notatki, chce podejsc do egzaminow z tych przedmiotow, bo planuje jakby tu za rok sie jednak wkrecic na tenze etat.

a na razie, praca 4-miesieczna – przy produkcji szczepionek wykorzystywanych do terapii nowotworowej. rok temu aplikowalam do pewnej przyszpitalnej firmy. wybrano kogos z… wiekszym doswiadczeniem – oczywiscie;). a po roku szefowa firmy dzwoni do lubego (!!!), bo nazwisko jakos jej sie skojarzylo, czy to jego zona aplikowala rok temu o taka posadke. luby nie pamietal, czy to ja czy nie, wiec dal jej moj nr telefonu, pogadalysmy i prace dostalam.

w sumie, to lepiej, ze nie zaczelam juz w pazdzierniku, bo jak luby wyjechal, to jesli chodzi o dzieci, musze liczyc tylko na siebie. co prawda mama juz spakowana siedzi i czeka na haslo, zeby przyjechac, ale 2 miesiace z mama pod jednym dachem… ja i mama tak. ale ja, mama i chlopaki… na dluzsza mete = konflikty. wiec nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo.

i mam taka nadzieje, ze jak juz 4 miesiace popracuje, to latwiej mi bedzie wskoczyc w jakis nowy projekt.