urodzinowo

tym razem na urodziny szwagierki przyjechalismy w odpowiednim dniu:) podarowalismy jej audiobooka, zeby jej sie w samochodzie nie nudzilo, bo jutro wyjezdza na wakacje do Francji. do tego najnowsze wydanie spiewnika do kosciola protestanckiego – bo takie miala szwagierka zyczenie. ja lubie dawac prezenty podpowiedziane, a do tego prezent niespodzianke:)

ale nie o prezentach chcialam, tylko o imprezie. szwagierka zgarnela u mnie dzis ogromnego plusa. zaskoczyla mnie bardzo pozytywnie przygotowaniem imprezy. moze nie pod katem kulinarnym, bo polskich imprez zadna holenderska nie pobije;) ale mozna powiedziec, ze szwagierka wyprawila impreze dla dzieci swoich przzyjaciol i naszych. nakupowala wycinanek, maski, flamastry, samoloty papierowe, naklejki, ”brylanty” (blyszczace, plastikowe naklejki), roznokolorowe piorka – tak, ze jak nasze dzieci weszly do pokoju, to od razu z radoscia pobiegly do stolu i przez godzine nie wiedzielismy, ze mamy dwoje dzieci:) w sumie, dzieci bylo 6-cioro. wiec jak juz samoloty byly gotowe do latania, a maski dziekich zwierzat zalozone, zaczelo sie wariactwo, bieganie, rzucanie, ale wtedy zabralam towarzystwo na podworko, gdzie ujezdzali nasze hulajnogi (uwielbiam je – latwo zlozyc i wrzucic do bagaznika, a nawet… przywiezc je na kierownicy od rowera pod szkole:-)). 

jak juz dzieci sie wyszalaly, byla pora na kolacje. i znow samoloty, wycinanki, rysowanie. 4 godziny zgodnej, fajnej zabawy. 

byla jedna rzecz, ktora mnie podirytowala, ale to nic nowego – chemia w jedzeniu. nie moge pojac dlaczego ludzie kupuja dla dzieci (ktore nie maja nadwagi!) produkty light. po co wtlaczac im te slodziki, barwniki i polepszacze smaku. przeciez wrzucenie do garnka garnuszka truskawek i zagotowanie ich w wodzie nie kosztuje nie wiadomo ile przygotowan. a jesli kosztuje, to o ile latwiej i szybiej jest zrobic litr herbaty owocowej, przestudzic i taka podawac. 

byl czas, ze sie poddalam. bo myslalam, ze to tylko od czasu do czasu, ze jak raz na jakis tam czas dzieci sie tej chemii napija, to nic im sie nie stanie. ale ostatnio to ”od czasu do czasu” staje sie zbyt regularne. w zeszla sobote u tesciowej dzieci dostaly: na kolacje frytki z majonezem, przed kolacja czipsy, po kolacji deser light, a w miedzyczasie lemoniade (woda, slodzik, sztuczny smak i farbka nadajaca piekny czerwony kolor). we wtorek Bizon byl z wizyta u Menno: lemoniada (sklad jak wyzej), zelki z barwnikami. w srode urodziny Ady: lemoniada (sklad jak wyzej) i fluorescencyjny tort, na pozegnanie czipsy. dzis u szwagierki: lemoniada (sklad jak wyzej), czipsy, zelki. to juz nie jest ”od czasu do czasu”.

tesciowa po ilus tam latach odkryla, ze aspartam jej szkodzi. ze lepiej pic wode niz gazowane napoje light. to teraz przestawila sie na acesulfam K.  sama pije wode, a dzieci poi ”zdrowa lemoniada light: bez cukru i aspartamu”. za to z acesulfamem K. i zupa z torebki.

a ja sobie tego nie zycze. i zastanawiam sie, czy mam ograniczyc wizyty u tesciow do minimum, czy pogadac z tesciowa i znow powiedziec, ze nie chce zadnej chemii, czy nastepnym razem wziac ze soba naturalny sok, kompot czy herbate malinowa i nie pozwolic dzieciom pic nic innego… ja juz nie moge patrzec na te czipsy, frytki z majonezem, zelki i chemiczne napoje light. mam na to alergie. psychiczna.  

____________

dopis z dzisiaj: dzieci byly hyperaktywno-placzliwe. caly dzien myslalam, co im odbilo, bo nawet Bizon byl jak pod wplywem amfetaminy, co mu sie normalnie nie zdarza. przed chwila przyszlo mi do glowy: wczorajsza chemia?

rozmawialam jakis czas temu z mama JEssegeo, tego ADHD-owca. chodzi z nim na terapie i tam ja oswiecono: zadnych torbekowych jedzen, zadnych napojow z kartonikow i to nie o cukier chodzi, tylko o chemie. bo to pogarsza stan dzieci z ADHD. to pogarsza stan kazdego dziecka – widze to chociazby po moich zdrowych dzieciach. 

nacieszyc sie sloncem

kazdej zimy co raz bardziej doskwiera mi brak slonca. i jeszcze sie nim nie zdazylam nasycic, a juz rano czuc zapach jesieni. dobrze, ze dni sa sloneczne, tak, ze juz od 11.00 mozna smialo w letnich ubraniach i sandalkach biegac. 

laduje baterie, nasloneczniam sie, ile wlezie i dlatego cale dnie spedzam z chlopcami (po szkole) na podworku. 

pierwszy tydzien szkoly byl troche pechowy dla Szkraba, bo a to spadl ze zjezdzalni, a to zderzyl sie z kolega na rowerze, az w koncu tak niefortunnie spadl z plastikowej zeglowki na placu zabaw (bo mu sie na maszt zachcialo wspinac…), ze malo zeba nie wybil. Szkrab pod koniec tygodnia byl caly w siniakach i jeszcze nie mogl dobrze gryzc przez kiwajaca sie dolna dwojke, w ktora to sie huknal. 

wiec trzeba bylo dziecko porozpieszczac i na sniadanie zamiast owsianki czy kanapki cos miekiego wymyslec. i wymyslilam:)

starszy brat tez sie ucieszyl:

a weekend, zeby jeszcze poczuc wakacje, ruszylismy na plaze. caly dzien sie byczylismy – plaza mala, dosc pusta, taka, jaka lubie. mialam czytac, ale tak mi bylo blogo, ze caly dzien nic nie robilam, tylko slonce wdychalam, towarzystwo karmilam, pozycje na kocu zmienialam i od czasu do czasu zdjecie pstrykalam:)

dzieci zaprzyjaznily sie z psami:

a na koniec znalazly zdechlego kraba:

– mamooo, a moge tego kraba wziac, zeby pokazac go w szkole??? – zaskomlal Bizon. 

– eee, yyyy, no wez… – watpiacym glosem, z zacmiona przez slonko mozgownica, zgodzilam sie…

najpierw sie zgodzilam, a pozniej zrozumialam, ze krab-denat z nami do domu jedzie… ale co zrobic? zgodzilam sie, wiec odwolywanie nie wchodzilo w gre.

krab-denat spedzil noc na balkonie, a rano w pudelku powedrowal z Bizonem do szkoly. dzieci byly zachwycone. nauczycielka… tez! podeszla do mnie do lekcji i powiedzila, ze chcialaby, zeby wszyscy rodzice tak podchodzili do wychowywania dzieci:))) nie bardzo wiedzialam, co miala na mysli, ale pozniej sie dowiedzialam: dzieci w klasie Bizona przerabiaja temat ”morze” – pod kazdym katem, fauna, flora, odplywy przyplywy, nazwy, dzieci moga powiedziec i pokazac na mapie, nad jakim morzem byly, mogly tez przyniesc ”skarby znad morze”. kilkoro przynioslo muszelki, jednen chlopiec rozgwiazde, a Bizon kraba:)

krab jak widac, mial tylko jedno oko, wiec Bizon nazwal go piratem;)

po szkole Bizon i kilkoro innych dzieci pogrzebalo kraba w przyszkolnym ogrodku. 

i po krabie;)

nie-zaliczone urodziny

niedawno dostalismy od szwagierki e-maila, ze zaprasza na sobote na urodziny. prezenta zamowilam, jeszcze sie denerwowalam, zeby doszly na czas, doszly, wczoraj kosz roz dokupilam i tak zaplanowalam dzisiejszy dzien, zeby o 16.00 stawic sie u szwagierki.

stawilismy sie.

dzwonimy. cisza. 

dzwoniiiiiiimyyyyy. cisza.

dzieci zagladaja przez szpare w drzwiach (do wrzucania poczty). cisza.

?????????????????????????

– moze to nastepna sobota??? – pyta luby

– moze???? – bierze mnie nerw, bo to, ze ja po holendersku moglam cos przekrecic to latwo wybaczyc;) ale to, ze luby czytac ze zrozumieniem nie potrafi, zdecydowanie zasluguje na focha!

luby dzwoni do rodzicow:

– gdzie jestescie? a, w domu. a wiecie gdzie jest Romana? a, u Fokko i Hanneke. a, nic… w sumie nic… tylko, ze my na urodziny przyjechalismy.

slysze jak tesciowa sie smieje:

– to wpadnijcie do nas (mieszkaja 20 minut samochodem od szwagierki)

– wpadniemy.

i tak to nie udalo nam sie zaliczyc urodzic.

kosz z rozami zostawilam pod drzwiami. zartowalismy, ze szwagierka pomysli, ze to jakis tajemniczy adorator je zostawil. 

ale szwagierka szybko sie zorientowala ktoz to taki – kto, jak nie my, moglby pomylic daty urodzin??? :DDD kilka godzin pozniej szwagierka oddzwonila, zeby sie z nas posmiac i podziekowac za roze:)

dwa konce holenderskiej kultury

Jest taki zwyczaj w Holandii, ze jak sie urodzi dziecko, wysyla sie znajomym kartki z informacja o powiekszeniu sie rodziny. Kartki sa roznorodne, piekne, pomyslowe, czasami rodzice sami je projektuja, czasami korzystaja z gotowych wzorce. W kartkach zamieszcza sie nie tylko informacje kiedy sie dziecko urodzilo, jak ma na imie i ile wazylo/mierzylo dziecko przy narodzinach, ale czesto jest tez podane znaczenie i pochodzenie imienia, bywaja tez cytaty z Biblii, powiesci albo ulubione powiedzenia rodzicow. Na kartce czesto widnieje nr telefonu z informacja, w jakim czasie wolno telefonowac, a czasami tez, w jakim dniu, o jakiej porze mozna poloznice i jej malenstwo odwiedzic. Podoba mi sie ta tradycja, choc szczerze mowiac, wydrukowanie takich karteczek i ich wyslanie troche bije po porfelu, zwlaszcza jak sie ma wielu wujkow, ciotek i kuzynow i znajomych;) ale… kij ma zawsze dwa konce;)

Podczas wakacji dostalismy kartke od Miriam, ze 21 lipca (w dniu urodzin lubego:)) urodzila im sie coreczka. Zawsze mnie takie kartki wzruszaja, wracam myslami do narodzin naszych dzieci. Tym razem nie bylo nr telefonu, nie bylo zaproszenia do odzwiedzin, wiec wyslalam kartke z gratulacjami. 

We wtorek spotkalysmy sie z Miriam pod szkola – spytala czy chcialabym w piatek przyjsc z ”kraam wizyta”, czyli wizyta poloznicy. odpowiedzialam, ze z checia. A o ktorej godzinie? A… miedzy 10.30-11.00. 

Najpierw zrozumialam, zebym przyszla miedzy 10.30 a 11.00. Ale pozniej, jak sobie powtorzylam slowa w glowie i jeszcze upewnilam lubego, jak mam taka skladnie i dobor slow rozumiec, wyszlo na to na, ze wizyta bedzie trwala w tych godzinach. Czyli zostalam zaprosozna na 30 minutowa wizyte.

Pierwsze moje odczucie bylo negatywne. Czylam sie jakby ponizona czy moze nie do konca potraktowana jak chciany gosc. Tak, polska tradycja we mnie tkwi i moze nie do konca kroluje w mojej glowie powiedzenie ”Gosc w dom, Bog w dom”, ale szacunek dla zaproszonej osoby tak. Jesli zapraszam, to staje na rzesach, zeby kogos ugoscic jak najlepiej potrafie i tak sobie organizuje czas, ze poswiecam go maksymalnie gosciowi. Jesli nie mam czasu, sil, ochoty – nie zapraszam. 

Pozniej pomyslalam, ze w sumie dobrze, ze z gory wiem, ze mam pobyc te 30 minut, chwilke pogadac, wypic kawe i nie zawracac glowy, bo nie ma nic gorszego niz namolny gosc, ktory zabiera za duzo czasu i energii gospodarza. moze i dobrze, ze ludzie potrafia szanowac swoj czas i tak jasno wyrazac swa wole? Staram sie zrozumiec te holenderska tradycje, lecz ze zrozumieniem jej na poziomie emocjonalnym chyba mi nie wyjdzie. Ale akceptuje te tradycje (czy moze kulture…) i widze, ze w pewnym, sensie ulatwia ona zycie.

Np. jesli chodzi o urodziny. Na zaproszeniu na impreze dzieci wpisuje sie czas od-do. I wtedy dla rodzicow imprezwoiczow jest jasne, kiedy maja odebrac swoja pocieche, a rodzice solenizanta wiedza, ile jeszcze czasu musza wytrzymac:DDD

Kazdy kij ma dwa konce:)

Biegne gotowac zupke, na targ i bede gotowa na kraam-wizyte. 

nie dla mnie hermesy;)

kilka lat temu dostalam od znajomego lubego prezent: apaszke od Hermesa, o taka:

 

 

Apaszka zupelnie nie moim stylu – od razu wiedzialam, ze nigdy jej nie zaloze. Polezala chyba 3 lata w szafie, za kazdym razem jak szafe sprzatalam to zagladalam do pudeleczka, zeby sie przekonac, czy zmienil mi sie gust, czy dojrzalam do hermesowego stylu.

po tych kilku latach wiem, ze nie dla mnie takie cuda ”z wyzszej, paryskiej polki”;) choc jak poogladalam folder dolaczony do apaszki, to przyuwazylam kilka ladniejszych wzorow, ale i tak, jak dla mnie, sa one zbyt babcine, za jarmarczne.

postanowilam apaszke sprzedac. choc w duchu myslalam, kto takie cos kupi…

w pudelku byl certyfikat z oryginalna cena, stad wiedzialam, ze apaszka byla warta ponad 400 euro… pstryknelam zdjecia, wstawilam na holenderski odpowiednik polskiego allegro i wycenilam apaszke na lekko ponad polowe ceny, wiedzac, ze jesli trafi sie kupiec, to i tak bedzie zbijal cene.

po 3 dniach e-mail od pani, gotowej zaplacic 1/4 oryginalnej ceny. niech ci bedzie kobieto, bierz tego hermesa, bo mnie wnerwia, ile razy niego spojrze. pani chciala, zebym jej apaszke wyslala. dobrze, niech zrobi przelew, a ja jej apaszke wysle. ale pani ma watpliwosci… skad ta apaszka pochodzi (opisalam jej cala historie;)), czy mam rachunek (mam), czy moglabym wyslac wiecej zdjec (nie moge, bo nie chce rozrywac oryginalnego opakowania), az w koncu, czy ona moze mi zaufac, bo juz kiedys sie naciela. hmmm… no pewnie, mi mozna zaufac:DDD tylko jak e-mailowo kogos przekonac? ja sobie moge pisac piekne zapewnienia, a i tak moge okazac sie oszustka… ale napisalam zapewnienie, napisalam, ze moze sprawdzic moje poprzednie transakcje na tejze stronie. i w koncu pani postanowila mi zaufac:)

czekam wiec na przelew, apaszka zapakowana czeka, zeby ja wyslac, a ja nie moge uwierzyc, ze sprzedalam cos tak brzydkiego…

ostatnie podrygi

wakacje zmierzaja ku koncowi. we wtorek dzieci ida do szkoly, a wakacje zaczynam ja;) no, powiedzmy, ze takie 1/3 kolonie;) plan nr 1 to odgruzowac mieszkanie, w ciszy i spokoju, bez pomocnikow, ktorych pomoc mnie doprowadza do szalu (bo oni najbardziej lubia myc okna i podlogi…). 

zeby milo zakonczyc wakacje dzieci, ostatnie dni postanowilismy spedzic rodzinnie i aktywnie. wczoraj pojechalismy do ”Malpiarni”, czyli Appenheul (www.apenheul.com). malpami najbardziej cieszyli sie dorosli, czyli luby, szwagierka i ja, a dzieci najbardziej cieszyly sie placami zabaw, miejscami do wspinaczki, biegania, skakania, czyli do wyzycia sie. malpy to tak przy okazji ogladali. 

czy wiecie co to za ptak? ja twierdzilam, ze to strus, luby, ze emu (wysmialam go pewna swego, bo jak emu wyglada to kazdy wie;)), a okazalo sie, ze to sa nandu…

Bizonowi wszystko jedno, byle go ptak nie dziubnal;)

Nastepnie most zwodzony: to braciany lubia! nie tylko oni, ciocia tez:)

lubemu podobaly sie male malpki, ktore biegaly miedzy turystami – torby nalezalo dokladnie zamknac i dla pewnosci wlozyc do toreb ”firmowych”, bo malpki lubia krasc.

mnie bardziej podobaly sie wieksze malpy, np. orangutany. tu malec na ”placu zabaw”:

jego mama caly czas w poblizu czuwala. 

Szkrab skomentowal: ”mamo, ona ma takie same piersi jak ty!!!” – dzieki syneczku…

ojcowie, jak to ojcowie, na wolnosci, pewnie w karty rzna…:

dzieci tez ”pomalpowaly”:

jak pomalpily, to sie zmeczyly. tata ma jak zwykle za miekkie serce. a kto ma miekkie serce, musi dziwgac:

mama ma serce z kamienia – z nia dzieci grzecznie chodza o wlasnych silach:

choc czasami mamine serce zmieknie i pozwoli odpoczac:

podczas gdy mama siedziala i dumala, czy wlosy zapuszczac, czy jednak nie, dziecko cudownie sil nabralo i do brata, ktoremu energii nigdy nie brakuje, dolaczylo:

woda i mokry piasek = raj dla Szkraba:

a pozniej znow cos dla rodzicow i ciotki, czyli malpy i inne ”gady”:

i jeszcze karuzela dla bolacych nozek:

i na tym sie mialo skonczyc. ale nie skonczylo. bo mi sie zamarzyla wizyta w Zwolle. kiedys widzialam z pociagu piekny mur otaczajacy to miasto i jeszcze jakies wiezyczki, czy moze baszty. bylo to dawno temu, moze mialam jakies urojenia, ale wymyslilam sobie, ze jak juz jestemy w poblizu Zwolle, to moglibysmy tam zjesc obiad i pospacerowac. szwagierka bardzo ochoczo na to przystala, chlopcy tez, luby jakos mniej, ale.. luby sie zmeczyl:DDD no jeszcze cos dreczylo lubego, ale o tym dowiedzialam sie pozniej.

dojechalismy do Zwolle, a tam impreza na calego: wesole miasteczko, sceny gotowe do koncertow i… brak miejsc w restauracjach. w koncu w jednej restauracji sie nad nami ulitowano i krzeslo do stolika 4-osobowego dostawiono. menu bylo wysmienite, chlopcy grzeczni, a luby… jakis taki markotny. pytam cichaczem o co chodzi, a on na to, ze stresuje sie dziecmi… nie wiedzialam, czy sie smiac czy zawodzic ze smutku nad moim mezem… jako ze na pusty zoladek juz lampke wina wlalam, zasmialam sie. 

ja wiem, ze nasze dzieci roznie sie zachowuja, zwlaszcza o 21.00, po calym dniu wedrowania. ale w miesjcach publicznych na ogol wstydu nam nie przynosza. swoje humorki na ogol zostawiaja w domu. i tym razem tak bylo. Szkrab co prawda ze zmeczenia apetyt juz stracil i ledwo co zjedl, ale za to grzecznie malowanke wymalowal, ze zmeczenia wszedl pod stol i tam cicho siedzial. a Bizon… brylowal na salonach:D nawel cole sobie zamowil:DDD

z restauracji wyszlismy o… 22.00. mi sie juz ziewalo, a chlopcy… ozyli! na dworze bylo dosc chlodno, kropil lekki deszczyk, swiatla wesolego miasteczka radosnie migaly i rozswietlaly ciemnosci a chlopcy wymyslili, zeby jeszcze jedna atrakcje – na wesolym miesteczku – zaliczyc. zanim ”odpowiedzialni” rodzice, wloczacy male dzieci po nocy po miescie zaprotestowali, liberalna ciotka, kupila bilety na nocne szalenstwa. dzieci zaliczyly dwa szalenstwa, jedno z tata, drugie z ciocia, a ja umylam rece od tego wariactwa. i juz, juz mielismy isc do samochodu, ale w nastepnej uliczce byl.. koncert. 

matka i Bizon, fani koncertow, szybko skoczyli w bok i wysluchali dwoch ”kawalkow” tego oto zespolu:

o 23.00 wsiedlismy padnieci do samochodu. Szkrab smacznie spal zanim wyjechalismy na autostrade. Bizon wkrotce do niego dolaczyl. a ja siedzialam i medytowalam w ciemnosciach. cieszylam sie z tego dnia i z tego, ze chlopcy sa juz na tyle duzi, ze nawet noca (no, poznym wieczorem;))  mozna z nimi radosnie spedzic w miescie czas:-)

dancior

Szkrab zamknal drzwi od swojego pokoju (nietypowe, podejrzane i w ogole, chyba pierwszy raz, bo on sie od zawsze bal byc sam w pokoju, a co dopiero przy zamknietych drzwiach!). przypomnialam sobie, ze okno otwarte, wiec najpierw podsluchalam pod drzwiami, co on kombinuje (bylam pewna, ze jakas kreacje wymysla, wywalajac przy tym z szafy co sie da), a ze uslyszalam podejrzane szury-steki-sapy, otworzylam drzwi. 

a Szkrab… ze sluchawkami na uszach, podlaczonymi do radio, tanczy przed lustrem. drzwi zamknal, bo lustro na drzwiach wisi. nie bal sie zamknac sam w pokoju, bo… mial sluchawki na uszach! to jest metoda Szkraba – jesli cos go wieczorem najdzie i boi sie sam lezec w lozku, zaklada czapke/opaske/sluchawki na uszy, ewentualnie naciaga poduszke na glowe. 

zamknelam okno, poglaskalam po glowce, przypomnialam sie sama sobie, za niedzieciatych czasow, kiedy tak samo ze sluchawkami na uszach tancowalam… ale nie w wieku 5 lat;) wtedy, to ani CD odtwarzacza nie mialam (rodzice mieli magentofon Grundiga, do ktorego mozna sie bylo nagrywac – bardzo lubilam:)), ani sluchawek, ani lustra na drzwiach.

mysle nad tym naszym Szkrabem, w jakim by tu kierunku go rozwijac. bo tak jak Bizon chcialby wszystko, i w wieku Szkraba juz na skrzypcach zasuwal, i plywal, i teakwondo zaczynal, a oprocz tego chcialby grac w noge, na gitarze, na perkusji, itd… , tak Szkrab nie ma potrzeb. niby chodzi na lekcje plywania, na taekwondo, ale widzimy, ze Szkrab, w przeciwienstwie do Bizona, nie ma potrzeby konkurowania ani wysilania sie, a taka postawa sukcesow w sporcie nie przynosi. do gry na instrumecnie potrzebne jest zaciecie, samodyscyplina, dokladnosc i konsekwencja. to nie Szkrab. Szkrab jest konstruktorem, on rozgryzie kazda instrukcje, dzis sam wykombinowal jak ostwiera sie ramki do zdjec, elegancko powkladal w nowe ramki swoje rysunki (a mialam tam dyplomy wsadzic;)), i jeszcze Bizona poinstruowal, jak to zrobic. dodatkowo Szkrab ma niesamowita mimike, mowe ciala i jest tego swiadom: wie jak sie poslugiwac cialem. stad pomysl, zeby wyslac go na warsztaty teatralne. Szkrab bawiac sie zmienia glosy, miny, postawe, w zaleznosci od tego, jaka historyjke wymysli. jest bardzo kreatywny i mysle, ze swietnie by radzil sobie z przedstawieniami. szkoda, bo warsztaty sa dla dzieci od lat 6, wiec jeszcze pol roku musimy czekac. 

a moze i lepiej… 

miotam sie z zajeciami pozaszkolnymi Szkraba, bo… z jednej strony uwazam, ze dzieci same powinny je sobie wybierac, same powinny chciec. ale sa dzieci i dzieci. Bizon od zawsze wiedzial, czego chcial. jak zobaczyl w TV skrzypce, to tak mnie pilowal, ze w koncu sie poddalam i na lekcje zaprowadzilam. a pilowal konsekwentnie kilka miesiecy.

a Szkrab… on nie ma potrzeb. ale tu wchodzi druga strona moich rozwazan. ja bylam takim dzieckiem. niby mialam marzenia, w podstawowce czego nie tknelam, to mi to nawet wychodzilo, byly konkursy, nagrody, dyplomy i co? i nic. wszystko sie rozmylo, skonczylo, bo nic nie bylo traktowane na serio, nic nie bylo kontynuowane w konkretnej szkole. i o to czasami miewam zal do rodzicow. ze nie wylapali, ze ja powinnam na do liceum plastycznego isc, a nie do biolchemu. ze nawet jak juz w tym biolchemie zakuwalam, to oni nie wyczuli, ze ja potrzebuje duchowej odskoczni, kursu rysunku, kursu szycia. zaluje, ze nie pomogli mi pojsc w strone moich zdolnosci. nie pchneli mnie. bo ja jestem typem, ktorego trzeba pchnac. i widze, ze Szkrab tez taki jest. 

na dodatek Szkrab zyje troche w cieniu starszego brata. bo brat zdobywa juz dyplomy, bo umie swietnie plywac, bo z taekwondo jest jednym z najlepszych w grupie, wszyscy go chwala, wszyscy sie nim ccha pochwalic, w szkole popisy skrzypcowe zalicza, a Szkrab… on nie mysli, ze jest 2 lata mlodszy i ze wszystko przed nim. on mowi ”bo ja nic nie umiem”. ” bo Bizon umie lepiej niz ja”. chce go wyciagnac z cienia starszego brata. chce, zeby i starszy brat mu czegos pozazdroscil – nie wrednie, tylko zeby mlodszy znalazl uznanie w oczach starszego.

 

a moze ja robie z igly widly…

 

nic na sile

zawsze ambitnie namawialam dzieci do sprobowania nowych smakow. i na ogol spotykalam sie z oporem, protestem, ocena z gory, ze ”to nie jest smaczne”.

ostatnio doszlam do wniosku, ze skoro luby ma liste rzeczy, ktorych nie tknie, to jak moge wymagac od dzieci, ze wszystko bedzie im smakowac. ja zjem wszystko (no prawie…) wiec trudno mi to zrozumiec, jak np. mozna nie lubic kiszonej kapusty czy wisni. ale coz, czlowiek uczy sie przez cale zycie…

wczoraj siadlam ze Szkrabem do wycinanek, a przy okazji jadlam grejfruta. zalozylam, ze dla Szkraba za kwasny, wiec nawet sie go nie spytalam. ale widze, ze lypie oczkiem w moj talerzyk, ja jednak nic, on w koncu nie wytrzymal i pyta ”cio to?”. ”grejfrut” mowie, ”nie bedzie ci smakowal, bo jest kwasny” – szczerze mowiac, nie mialam ochoty sie nim ze Szkrabem dzielic:DDD tym bardziej, ze o on zjadl przed chwila miche jagod. ale Szkrab siega reka po czastke i… wcina. nawet sie nie otrzasnal. podzielilam sie.

dzis takie samo zagranie ze sliwkami. Szkrab nagle sie zainteresowal, co ja takiego jem;) w koncu wsunal 5 sliwek… hmm.. mam nadzieje, ze noc bedzie spokojna;) choc Szkrab ma raczej moj zoladek – nic go nie rusza.

Bizon nadal dba o linie;) male porcyjki, lekko, na sniadanie owsianka, duzo ruchu, jedynie na Michalki-cukierki zawsze ma miejsce i ochote. 

mi tez przydaloby sie zadbanie o linie:/ ale cos mi nie wychodzi… niech no sie juz ten rok szkolny zacznie, to zaczne znow regularnie uprawiac sporty, co zawsze obniza moj apetyt na niezdrowe jedzenie.

na biezaco…

– mamo, a co sie stanie, jak zniknie woda z oceanu?

– a jak powstaly oceany?

– a co sie stanie jak wyleja oceany? bedzie powodz? i co wtedy????

– mamo, a czy ziaby (zaby) maja pluca?

– a ciemu ryby nie maja pluc?

– a jak bobry buduja tame, zie nie spada???

– i co sie dzieje dalej, jak juz zbuduja tame?

– a czy ziaby sa tylko zielone?

– a co sie stanie jak bocian zje taka cierwona, trujaca ziabe?

– a jak ja zjem taka cierwona trujaca ziabe?

– a dlaczego to wiertlo dentysty jest takie male?

– a dlaciego dentysta ma taki klej?

– a po co ta chusteczka u dentysty?

– a dlaciego we Wroclawiu jest taki, ze najpierw w dol, sie chodzi, chodzi, a pozniej na gorze idziesz? (przejscie podziemne)

– dlaczego ten klej taki mocny? i juz wysechl? – ten w zebach.

to sa pytania, ktore notuje na biezaco. ostatnie 5 minut. bylo jeszcze kilka, ale nie nadazalam z pisaniem… i nie, nie pisze jednym palcem;)

Szkrab pyta, ja pisze, odpowiadam i mozg mi puchnie.

____________

czesc pytan nawiazuje do dzisiejszej wizyty u dentysty. jestem dumna z chlopakow- obydwaj mieli po dwie dziurki – wszystkie cztery zalatane na zywca, bez kwikow, placzow, szalenstw i ”boi-zmow”. dentystka byla pod wrazeniem. ja tez;)

 

 

o winie

uwielbiam czerwone, wytrawne wino. luby tez. mimo ze mamy ulubione smaki (odkryta przez lubego rok temu unduraga regularnie umila nam weekendy) to o winach malo wiemy. dlatego, z okazji urodzin lubego, kupilam mu (nam;)) ksiazke o winach. podstawy. z zamyslem, ze jak ogarniemy podstawy, to kupimy encyklopedie, zeby bardziej zglebic nasza wiedze, urozmaicic smaki, upodobania i wieczory:-)

dzis luby przychodzi z pracy dosc pozno, z winem i z blyskiem w oku. juz mna nadzieja jakiejs okazji do swietowania szarpenela, jakas podwyzka, awans, ale nie… luby sie naczytal, oczytal i pojechal do winiarni kupic ”specjalne” wino. za specjalna cene;) 

po degustacji, po porozlewaniu sobie wina po lewej, prawej, srodkowej, przedniej i tylnej czescie jezyka, po szukaniu ”wtornych smakow”, smakow wielowarstwowych, doszlismy do wniosku, ze jendak czilijska unduraga nam bardziej smakuje. 

w te wakacje przekonalam sie do win hiszpanskich. do tej pory mialam wrazenie, ze wina, ktorych poprobowalam w Hiszpani mialy zbyt ciezki smak, byly zbyt cierpkie, suche i brakowalo mi w nich smakow owocow. ale dzien po dniu, najpierw na imprezie sasiadow rodzicow, i dzien pozniej, na pogawedkach z Fille, przekonalam sie, ze Hiszpanie tez posiadaja wina wytrawne, ale lekkie, owocowe, bez suchego, drewnianego posmaku.

jutro jedziemy do tesciow. ku mojej rozpaczy, grillowac…. 3 tygodnie wakacji: bez fitnessu, bez biegania, bez jazdy na rowerze, za to na kuchni mojej mamy… kg ekstra niby nie ma, ale brzucho dumnie prezy sie… och, zeby tak moje piersi chcialy tak dumnie stac… tak, po drugiej lampce wina, przyszlo mi do glowy pytanie, dlaczego piersi ulegaja prawu grawitacji, a brzuch nie????

choc w sumie… znam odpwiedz: brzucho byl cwiczony, bo to w koncu miesien, a piersi… tkanka tluszczowa. 

a propos grawitacji i brzucha. bylismy tydzien temu nad jeziorem. widzialam dziewczynke, okolo 10-12-letnia, otyla, ktorej brzuch wisial. wisal jej gorzej niz moja rozciagnieta tuz po porodzie skora. i bylam wsciekla na jej matke-zgrabnisie, ktora paradowala zrelaksowana w bikini, z prawie plaskim brzuchem, zgrabnymi nogami, a jej corka chodzila przygarbiona, z tym wiszacym brzuchem, zawstydzona, skrepowana i jadla co? lody i frytki z majonezem. jestem bardzo, ale to bardzo cieta na rodzicow, ktorzy dopuszczaja do nadwagi i otylosci swoich dzieci. nie pojmuje, jak mozna temu nie zapobiegac, nie kontrolowac, jak mozna skazywac dziecko na te chorobe…