tym razem na urodziny szwagierki przyjechalismy w odpowiednim dniu:) podarowalismy jej audiobooka, zeby jej sie w samochodzie nie nudzilo, bo jutro wyjezdza na wakacje do Francji. do tego najnowsze wydanie spiewnika do kosciola protestanckiego – bo takie miala szwagierka zyczenie. ja lubie dawac prezenty podpowiedziane, a do tego prezent niespodzianke:)
ale nie o prezentach chcialam, tylko o imprezie. szwagierka zgarnela u mnie dzis ogromnego plusa. zaskoczyla mnie bardzo pozytywnie przygotowaniem imprezy. moze nie pod katem kulinarnym, bo polskich imprez zadna holenderska nie pobije;) ale mozna powiedziec, ze szwagierka wyprawila impreze dla dzieci swoich przzyjaciol i naszych. nakupowala wycinanek, maski, flamastry, samoloty papierowe, naklejki, ”brylanty” (blyszczace, plastikowe naklejki), roznokolorowe piorka – tak, ze jak nasze dzieci weszly do pokoju, to od razu z radoscia pobiegly do stolu i przez godzine nie wiedzielismy, ze mamy dwoje dzieci:) w sumie, dzieci bylo 6-cioro. wiec jak juz samoloty byly gotowe do latania, a maski dziekich zwierzat zalozone, zaczelo sie wariactwo, bieganie, rzucanie, ale wtedy zabralam towarzystwo na podworko, gdzie ujezdzali nasze hulajnogi (uwielbiam je – latwo zlozyc i wrzucic do bagaznika, a nawet… przywiezc je na kierownicy od rowera pod szkole:-)).
jak juz dzieci sie wyszalaly, byla pora na kolacje. i znow samoloty, wycinanki, rysowanie. 4 godziny zgodnej, fajnej zabawy.
byla jedna rzecz, ktora mnie podirytowala, ale to nic nowego – chemia w jedzeniu. nie moge pojac dlaczego ludzie kupuja dla dzieci (ktore nie maja nadwagi!) produkty light. po co wtlaczac im te slodziki, barwniki i polepszacze smaku. przeciez wrzucenie do garnka garnuszka truskawek i zagotowanie ich w wodzie nie kosztuje nie wiadomo ile przygotowan. a jesli kosztuje, to o ile latwiej i szybiej jest zrobic litr herbaty owocowej, przestudzic i taka podawac.
byl czas, ze sie poddalam. bo myslalam, ze to tylko od czasu do czasu, ze jak raz na jakis tam czas dzieci sie tej chemii napija, to nic im sie nie stanie. ale ostatnio to ”od czasu do czasu” staje sie zbyt regularne. w zeszla sobote u tesciowej dzieci dostaly: na kolacje frytki z majonezem, przed kolacja czipsy, po kolacji deser light, a w miedzyczasie lemoniade (woda, slodzik, sztuczny smak i farbka nadajaca piekny czerwony kolor). we wtorek Bizon byl z wizyta u Menno: lemoniada (sklad jak wyzej), zelki z barwnikami. w srode urodziny Ady: lemoniada (sklad jak wyzej) i fluorescencyjny tort, na pozegnanie czipsy. dzis u szwagierki: lemoniada (sklad jak wyzej), czipsy, zelki. to juz nie jest ”od czasu do czasu”.
tesciowa po ilus tam latach odkryla, ze aspartam jej szkodzi. ze lepiej pic wode niz gazowane napoje light. to teraz przestawila sie na acesulfam K. sama pije wode, a dzieci poi ”zdrowa lemoniada light: bez cukru i aspartamu”. za to z acesulfamem K. i zupa z torebki.
a ja sobie tego nie zycze. i zastanawiam sie, czy mam ograniczyc wizyty u tesciow do minimum, czy pogadac z tesciowa i znow powiedziec, ze nie chce zadnej chemii, czy nastepnym razem wziac ze soba naturalny sok, kompot czy herbate malinowa i nie pozwolic dzieciom pic nic innego… ja juz nie moge patrzec na te czipsy, frytki z majonezem, zelki i chemiczne napoje light. mam na to alergie. psychiczna.
____________
dopis z dzisiaj: dzieci byly hyperaktywno-placzliwe. caly dzien myslalam, co im odbilo, bo nawet Bizon byl jak pod wplywem amfetaminy, co mu sie normalnie nie zdarza. przed chwila przyszlo mi do glowy: wczorajsza chemia?
rozmawialam jakis czas temu z mama JEssegeo, tego ADHD-owca. chodzi z nim na terapie i tam ja oswiecono: zadnych torbekowych jedzen, zadnych napojow z kartonikow i to nie o cukier chodzi, tylko o chemie. bo to pogarsza stan dzieci z ADHD. to pogarsza stan kazdego dziecka – widze to chociazby po moich zdrowych dzieciach.




























