wakacjowe wiesci

tyle tych wiesci, ze nie wiadomo od czego zaczac.

moze od konca?

dzis zaliczylam wielkiego stresa dzieki Szkrabowi. poszlismy do malpiego gaju (nie znosze, ale czego sie nie robi dla dzieci…, ktore malpi gaj kochaja:/) i Szkrab po jakis 4 godzinach szalenstw tak niefortunnie spadl wzdluz sznurowej koszorury, ze juz myslalam, ze albo zebra polamane, albo cos w srodku pekniete:/ chyba jeszcze nigdy nie slyszalam go tak przerazliwie placzacego z bolu. nie mogl isc, nie mogl siasc, nie mogl mi z bolu powiedziec, co sie dokladnie stalo. podnislam koszulke, a tam takie obdrapane rany, jakby go ktos jaks deska poobkladal – wszystko wokol zeber, na brzuchu i na plecach. wynioslam go wiec na rekach, wsadzilam na rower, on w tymczasie wyl z bolu (i chyba szoku) i pognalam do razu do naszej przychodni.

Bizon kolo mnie na swoim rowerze, co bylo dosc niebezpieczne, bo miasto nam ”upiekszaja” i jestpotwornie rozkopane, czesto rowerzysci jada obok autobusow, a Szkrab tak zawodzil, ze nie slyszalam swojego glosu i nie mialam pewnosci, czy Bizon slyszy moje komendy co do kierunku jazdy.

Dojechalam klejaca sie od potu, na szczescie lekarz domowy przyjal nas w ciagu 10 minut. Szkrab w miedzyczasie ochlonal, ja tez i jak sobie popatrzylam na niego w poczekalni, to ocenilam, ze chyba strachy na lachy;) lekarka go zbadala i wykluczyla wewnetrzne obrazenia, za to potwierdzila, ze zebra poobijane, ze jest to potworny bol i niestety, przez najblizsze 2 tygodnie Szkraba bedzie bolec przy bieganiu, skakaniu, zginaniu sie, itp.

trudno. bol to bol. minie. najwazniejsze, ze Szkrab ”tylko” obity (wyglada potwornie), a nie polamany.

w malpim gaju mialam jeszcze inna przygode. byla tam Polka. o tym, ze Polka, zorientowalam sie, jak swoim bardzo nieprzyzwoitym zwyczajem, rzucilam okiem na okladke ksiazki lezacej na lawce obok: Jerzy Pilch ”Wiele demonow”. Ale akos nie mialam nastroju do pogawedek, do zawierania nowych znajomosci, mialam swoja ciekawa ksiazke,w ktora dalam nura. Kiedy sie ta Polka zorientowala, zem i ja Polka, tego nie wiem. Ale zorientowala sie, bo kiedy Szkrab zlecial i probowalam sie od niego dowiedziec skad zlecial i jak upadl, Polka zaczela do mnie cos mowic. Niestety, w huku, jaki panuje w malpim gaju, w wyciu Szkraba i jeszcze pod wplywem adrenaliny, ktora oczywiscie mnie nie zawiodla, nic nie slyszalam. wiec nieuprzejmie olalam Polke: wzielam Szkraba na rece, zlapalam jeszcze w locie torbe i Bizona i wybieglam z malpiego gaju, zeby w ciszy uspokoic Szkraba, siebie i dokonac ogledzin zewnetrznych. pozniej glupio mi bylo przed ta kobieta, bo przeciez chciala pomoc, chciala mi powiedziec to, czego Szkrab nie byl mi w stanie przekazac, a ja jej ucieklam.

ale jest cos takiego, nie do opisania slowami, ani obrazami, cos w aurze (?) czlowieka, co podpowiada, czy chce sie z ta osoba miec do czynienia, czy nie. mi ta Polka od poczatku nie podeszla. bez powodu. irracjonalnie. zawsze drecza mnie wyrzuty w takiej sytuacji. bo jak tak mozna kogos nie lubic ”bo tak”. jak pomysle, to mnie w tej Polce przeszkadzal glos. ale nie tylko. jej mowa ciala, jej chod, jej wzrok…

i tak to jakos glupio wyszlo.

oprocz tego w malpim gaju dokuczyl mi smrod. cos potwornego. jakby myszami smierdzialo. dzieciom oczywiscie nic nie przeszladzalo;) wiec juz zaczelam sie zastanawiac czy ja w ciazy nie jestem, jak tak mnie ten zapach oslabial… nie, nie ma szans;) na szczescie, nos sie z czasem oswoil.

w malpim gaju zauwazylam znow, ze sa dzieci, ktore zachowuja sie jakby samie nie potrafily sobie zorganizowac zabawy i zazdroscily, ze inni potrafia sie swietnie bawic. i tak moje chlopaki, jak w domu kloca sie niemilosiernie, tak na wyjsciach solidaryzuja sie i ladnie sie razem bawia. dzis tez zorganizwali sobie zabawe z pilkami i rura wsysajaca te pilki. i juz jeden chlopak zaczal im na zlosc zajezdzac autem dziury do rury, a z kolei inna dziewczynka zaczela z rzucac tymi pilkami w glowy chlopakow… najpierw siedzialam cicho i obserwowalam: chcialam wyczaic, skad to dokuczanie, czym moi mogli te dzieci wkurzyc (doszlam do wniosku, ze fajna zabawa…), jak moi rozwiaza sprawe (wolali ”przestan”, a pozniej Szkrab, niestety, moja krew, bluznal kilka razy, dzieci odbluznely i dalej utrudnialy zabawe), w koncu Bizon popatrzyl w moja strone, to ja sobie spokojnym krokiem podeszlam, spytalam o co chodzi, Bizon przy dzieciach mi na nie naskarzyl i co? i nic. na dzieciach to nie zrobilo wrazenia. wiec przybralam grozna mine, wlaczylam grozny ton i huknelam, ze chlopak ma odjechac samochodem od rury, a dziewczynka ma przestac rzucac pilkami. po chwili to samo… dopiero jak zapytalam dzieci czy mam je wykopac z sali, spojrzaly na mnie ze strachem i omijaly moich szerokim lukiem.

takich dzieci jest wiecej. zal mi ich. nawet w piaskownicy, moi kapia a to kanal, a to zamek, a to garaz, ukladaja z patyczkow most zwodzony, z kamyczkow wykladaja dno rzeki, z lisci robia flagi do baszt, a sa dzieci, ktore najpierw z boku obserwuja (a ja obserwuje je, bo juz wiem, co jest grane) i pozniej powolutku podchodza, niby nic nie planuja, niby ida boczkiem a nagle ciach, noga wdeptuje w most zwodzony…  tak, o, przypadkiem. teraz juz potrafie wylapac na czas zamiary takich delikwentow i na ogol udaje mi sie zapobiec katastrofie, ale nie raz byly lzy i zale.

tyle wrazen z malpiego gaju.

inne wrazenia, z innych miejsc i dni zachowam na kiedy indziej.

cd.

na dzikim zachodzie mozna bylo tez postrzelac:

spotkac indianina:

poplywac kajakiem

przezylismy takze napad na bank, a po nim, zeby sie zrelaksowac, poszlismy na tor saneczkowy:

zeby nie klamac, dodam uczciwie, ze mnie ten tor saneczkowy wcale, ale to wcale nie zrelaksowal i po jednej rundce odmowilam uczestnictwa w tym szalenstwie. dobrze, ze tatowi sie ten pomysl spodobal;)

po powrocie w okolice wroclawia swietowalismy:

wachalismy kwiatki w ogrodzie babci i dziadka:

niektorzy grali w noge:

i znow wachali kwiatki… kto zgadne, z czego oni sie tak smieja? podpowiem, ze nie z fotografa;)

zaliczylismy rejs po Odrze:

jazde opona

spacery po lesie:

i po trzech tygodniach lenistwa wrocilismy w wietrznej Holandii…

witajcie:)

wrocilismy. trudno sie zabrac do pisania, wiec… bedzie fotorelacja:)

 

wakacje bez ksiazek to nie wakacje, od nich zaczelismy (choc nastepnym razem sfotografuje reklamowy z ksiazkami, jakie luby juz w Holandii upychal do polusia;)):

gdy ja polowalam na ksiazki, dzieci… jakby ich nie bylo:

kolo ksiegarni jest wspaniala fotanna, przy ktorej latem zawsze sie chlodzimy:

ludzie czasami sie usmiechaja, czasami patrza z niedowierzaniem, badz strachem, coby sie dzieci nie przeziebily. zawsze zastanawia nas fakt, ze oprocz naszych dzieci nikt inny do tejze fotnanny nie wchodzi – moze mandat grozi za zanieczyszczanie wody spoconymi stopami?

inne fontanny tez pomagaly sie ochlodzic:

po tygodniu wakacjowania w podwroclawiskich tropikach wyruszylismy w gory. ”w gory, w gory, mily bracie, tam przygoda czeka na cie”:

wiadomo, ze jak sie na szczyt wejdzie, to trzeba z niego zjesc… niektorym nie bylo to w smak:

na szczescie, sa jeszcze litosciwi tatusiowie…

ja usmiech zagoscil na twarzy Szkraba, to i na Szklarke podeszlismy:

a wieczorami byl relaks w piaskownicy:

pojechalismy tez na dziki zachod:

gdzie najmlodsi pojezdzili na koniach:

 

cdn.

 

hurtem

jak juz sie wzielam do zmniejszania zdjec (wszystko robilam, byle odwlec pakowanie:/), to hurtem je pozmniejszalam i w miare chronologicznie zaprezentuje:-) 

 

taka byla radosc, gdy aparat kupilam:

 

a tu kapitan Hak podejmowal goscia – tak sie bawili, ze zasneli;)

 

przed przyjsciem goscia nalezalo zrobic fryz ”na kogucika” i opatrzyc okaleczonego pingusia. mis w tym czasie beztrosko galopowal:

 

 

po ciezkim dniu, nalezy zregenerowac sily…

 

zeby miec sile na bycie indiancem uprawiajacym taekwondo:

 

i zeby nie zmylic kierunkow podczas podrozy palcem po mapie:

 

a mape, wraz z ksiazka podroznicza i kartami wyznaczajacymi kierunek podrozy dostal Bizon z okazji urodzin. urodziny swietowal m.in. tak:

 

dzielny chlopak! ale jak zwykle, znajda sie i dzielniejsi… a moze bardziej szaleni, ktorzy wspinac sie beda za wszelka cene, nawetz gipsem na rece:

 

sa i tacy, co pomocy mamy potrzebuja:

na szczescie pomoc potrzebna byla tylko do schodzenia:

 

tak, chlopcy rosna i juz niedlugo zaczne doslownie SIEDZIEC w domu – nawet za kucharzenie sie biora:

jak sie bede topic, to mnie Bizon uratuje, bo nawet w ubraniach i butach plywac potrafi:

ale wciaz pozostaja malymi urwisami i najbardziej lubia sie pluskac w wodzie:

 

i w blocie:

 

matka sie cieszy, tesciowa gorszy…

ale zyja w zgodzie:)

to tyle na dzis.

zadowolone?

od fryzjera do fryzjera – (e)-migracja

od kilku dlugich lat chodze w krociotkich wlosach, na zapalke, z daszkiem-dziubkiem zamiast grzywki. tak mi ponoc najladniej, sama tak sie swietnie czuje, w momentach znuzenia urozmaicilam krocizne asymetria, ale jakos mnie ta asymetria mierzila, wiec znow kazalam sie na krotko ciachac. super. 

ale ile mozna.

od grudnia zapuszczam wlosy. na dawne czasy, czyli do ramion, za ucho. z modyfikacja taka, ze zamiast grzywki nad brwi, ma byc grzywka ”zaczeska” na bok, a przedzialek tez, zamiast po srodku, ma byc z boku. i co? i nic. jak zarastalam, czulam sie jak ”rzepicha”, szlam i cielam: ”ale nie za krotko, bo ja zapuszczam”. fryzjerka sie smiala, a mi nie bylo do smiechu, bo ja naprawde chcialam zapuscic, ale jednoczesnie wygladac schludnie. nie mogle pol roku chodzic bez fryzury, ”bo zapuszczam”. najgorzej bylo z grzywka, z ktorej cos na ksztalt kurtynki z wodorostow mi wisialo: bez ksztaltu, bez ladu. probowalam te kurtynke na lakier ulizywac, ale ladnie to nie wygladalo. 

az w koncu poszlam do dosc alternatywnego fryzjera, Kinki zwanym. jak ktos slyszy ”kinki”, to widzi irokezy, wsciekle kolory, piercing, tatuaze i tego typu klimaty. kiedys juz tam bywalam, bo strzyga tam tylko i wylacznie nozyczkami. a ja jestem wielka fanka salonow, gdzie w ruch ida nozyczki. i gdy tam chodzilam, zawsze prosilam o fryzure odwazna, ale taka, zebym na drugi dzien nie wyleciala z pracy. 

w koncu moj ulubiony fryzjer przeniosl sie do Rotterdamu, a mi kolezanka polecila inna fryzjerke, Nande. Z Nanda fajnie mi sie rozmawialo, ale ona ciela zawsze tak samo. A jak juz ja prosilam, zeby mi pomogla zapuscic wlosy, to radzila, zeby po prostu, zakladac za uszy. a kurtynka-wodorstowa… nie bardzo umiala ja okielznac.

wiec sie zezlilam i zdradzilam Nande – po jakis 4 latach wrocilam do Kinki. poprosilam o fryzurke dynamiczna, latwa do ulozenia, nie za krotka, z grzywka, lekka i taka, zebym mogla zapuszczac. i mam. 

najbardziej zadowolona jestem z grzywki – ma ksztalt! niby na bok, ale nie wodorosty, nie kurtynka. super. jak zwykle, troche na chlopczyce, ale ja juz taka jestem – chlopczyca z usmiechem dziewczyny:-)

chlopaki poszly ze mna i byly zachwycone, bo muzyka ”cool”, bo wystroj alternatywny, bo ogrod, do ktorego wolno im bylo wyjsc, bo ”super gazety” (National Geografic:-)):

– mamooo, a czy my tez mozemy tu przychodzic sie scinac???

– eee, nie, to fryzjer dla doroslych – sklamalam… no coz, na irokezy jeszcze za wczesnie;) i przerazila mnie wizja zaplacenia za dwoch malcow dosc pokaznej sumki… 

aaa. zdjecie…. musze znow program do pomniejszania sciagnac… ech, len zdjeciowy ze mnie, tzn. zdjecia sa. odkad mam nowy aparat pstrykam jak maniaczka:) tylko pozmniejszac powinnam i jakos nie moge na to czasu znalezc.

jutro dokanczam pakowanie i kierunek Polska.

opalac sie ukradkiem;)

Od kilku lat luby prowadzi badania dotyczace m. in. raka skory, przez co stal sie bardzo uczulony na punkcie slonca. najchetniej smarowalby dzieci co pol godziny filtrami, sam sie chowa w cieniu, a mnie… karci. bo ja ani sie kremowac nie lubie, ani do cienia chowac. odkad mieszkam w Holandii jestem tak bardzo glodna slonca, ze chce je pochaniac cala soba, bez zadnych filtrow na skorze. nie leze calymi godzinami na zarze, ale lubie posiedziec po 15-20 minut w sloncu, pozniej ochlodzic sie w cieniu, pozniej znow kapiel sloneczna i tak na zmiane. wczoraj luby zobaczyl moj opalony dekolt i ramiona, zaczal cos tam mruczec;) ja sie jednak nie spalilam, bom brunetka;) i na dodatek, przez to, ze ciagle z chlopakami na swiezym powietrzu, to jestem juz lekko zahartowana. chlopcy z reszta tez. efekt taki, ze luby, ktory tak bardzo uwazal, tak bardzo sie chowal, przyrumienil sobie lydki;)

z lekkim wyrzutem sumienia zauwazylam, ze Szkrab zarumienil sobie wczoraj ramionka, a Bizon policzki, bo chlapali sie w basenie, ktory tesciowa nakazala nadmuchac i woda dla wnusiow napelnic. ale nie martwie sie az tak bardzo – ja cale dziecinstwo smazylam sie na basenie i nic mi nie jest, wiec i chlopakom nic nie bedzie.

tyle o opalaniu.

weekend byl bardzo udany, tesciowa swietowala 60-te urodziny, grilowalismy i pilismy:) pod koniec byla nam wesolo, bo mieszanka wina i limonciello po tak goracym dniu, latwo uderzyla nam do glowy:) na szczescie na drugi dzien zadnego bolu glowy nie bylo:)

cala sobote i niedziele relaksowalam sie w ogrodzie czytajac ” Regulamin tloczni win”. troche mi bylo trudno sie relaksowac z powodu babskich dni, ktore niespodziewanie bardzo boelsnie przechodzilam. a ze zdecydowalam przejsc je po zachodniemu, czyli nie mowiac nic nikomu, pare razy wyzylam sie cichaczem na lubym. na szczescie luby szybko sie zorientowal, co jest grane, wiec skakal wokol mnie (co tez mnie oczywiscie irytowalo;)). kilka razy ”ulzylam” sobie cietym zartem:) a co tam… jak tesc zaczyna na lubego naskakiwac, ze cos mu sie brzuch zaokragla (bo sobie guzik w spodniach rozpial lezac na lezaku…), to zazartowalm, ze jablko nie pada dalego od jabloni. wszystkim sie zart spodobal, na szczescie tesciowi tez;) a ja tak sobie pykajac to tu to tam, jakos przezylam bolesne skurcze.

Szkrab znow popisal sie swoja ”oryginalnoscia” – do plecaka spakowal wszystkie przebrania, jakie mamy: 2 rycerskie, idianski, boba budowniczego i ‚zwarte pieta”. ja o tym nie wiedzialam, bo dopoki rzeczy mieszcza sie w plecaku dzieci, dopoty nie ingeruje, co pakuja, wiec usmialam sie, jak Szkrab zaczal wyskakiwac w nowych kreacjach. a najwiekszy ubaw mieli sasiedzi tesciow i kierowcy jadacy pobliska droga, gdy po chodniku jezdzil sobie ”Czarny Piotrus” z czapeczka w piorkiem. tak, Szkrab zdecydowal w tym stroju zwiedzic wioske tesciow. na rowerze. a ze ten stroj nosza dzieci tylko w grudniu, tuz przed przybyciem Sw. Mikolaja, to ludzie mieli ubaw. Szkrab za to byl bardzo dumny. 

za tydzien o tej porze bedziemy juz w Polsce…

ech…

jak to Fille w dziennikach pisala, praca w niedziele nie jest wydajna. oczywiscie, nie wierzylam;) to sie przekonalam. wypralam wczoraj snieznobielusienki, lniany zakiet. jako ze pranie w opcji ”reczne”, w 30C, bez odwirowywania, wrzucilam tez nowego -t-shirta w kolorze owczej welny, z lekko czerwonawym, delikatnym napisem. jaki byl zakiet po praniu? rozowiutki. jak swinka. ewentualnie damskie figi z lat 70-tych. rozpacz mnie ogarnela… zakiet 2x na sobie i co, do wyrzucenia? bo roze to ja lubie, ale nie majtkowe i nie na lnianym zakiecie… 

przypomnialam sobie rady facebookowe (od Asi, ma sie rozumiec), wypralam zakiet w odplamaczu, cos jakby ruszylo… wiecej odplamiacza nie mialam, wiec, wbrew swoim zasadom, zadzwonilam o 22.30 do kolezanki-chomika, ktora zawsze wszystko ma. nie zawiodla mnie. miala cala flaszke odplamiacza. koncentratu. wlalam 1/4 do prania wstepnego, 1/4 do prania normalnego i po polnocy wyjelam znow jakby lekko jasniejszy zakiet. nadzieja mnie nie opuscila. 

wlalam pozostala polowe odplamiacza do wiaderka, dolalam wody tylko tyle, zeby zakiet przykrylo i cala noc zakiet sie moczyl rano wypralam i… jeszcze tylko lekka poswiata zostala. mysle, ze slonce ja definitywnie zlikwiduje. 

i tak to wiedza internetowa sie przydaje:)

________________

a Bizon dzis polamal prawie nowe, niestety, kosztujace majatek, okulary:/ oddalam do reparacji, jutro sie dowiem, czy cos z tego bedzie. bo jak nie… ech…

____________

z bardziej optymistycznych epizodow (mam nadzieje), to udalo mi sie zarezerowowac pensjonat w Karpaczu za bardzo, ale to bardzo przyjazna cene:) oczywiscie, jak zawsze, nie bylo to takie proste, bo pani prosila, zeby przelac 30% oplat. ale do tego potrzebuje IBAN/ SWIFT, a na stronie internetowej tego nie podano. Pani tez nie znala tych kodow, wiec w koncu mi zaufala i zarezerwowala noclegi bez przedplaty. mam nadzieje, ze i ja moge jej zaufac i ze jak juz zajedziemy do Karpacza, bedziemy mieli, gdzie spac. 

rozne perspektywy

wczoraj na teakwondo nauczyciel sie wkurzyl i chyba stracil kontrole. chyba, bo w sumie nie wiem, czy zamierzal zareagowac tak ostro, czy tak sie zapedzil. 

jest w grupie chlopakow ”byczek” – wypasiony basior, wyzszy o 2 glowy od moich dzieci, ktory zamiast sie skupic i czegos nauczyc, to wiecznie zaczepia inne dzieci, oczywiscie te mniejsze, bo chlopow z zielonym pasem, ze starszej grupy juz nie smie tknac. i tak np. gdy dzieci stoja w kolejce do manekina, na ktorym cwicza ciosy i kopniaki, ten chlopiec nie pozwala innym patrzec co robia dzieci przy manekinie, tylko ich szturcha, sciska za kark, pstryka, wysmiewa, itd. jak przychodzi na niego kolej, nie wie co robic,, bo nie uwaza i jeszcze nie poszedl po rozum do glowy, ze niczego sie w ten sposob nie nauczy. za to nikt go nie lubi. lacznie z trenerem, ktory co lekcje musi chlopaka ustawiac do pionu. do wczoraj polegalo to na upomnieniach, ostrych slowac, podniesionym tonie. 

wczoraj nauczyciel tak sie wsciekl, ze dal chlopakowi kopa w tylek i wyrzucil z maty. 

chlopak spurpurowial, kilka lez sie potoczylo, ale siedzial na boku. po kilku minutach nauczyciel zawolal, czy juz jest gotowy wrocic, ale chlopak nie chcial – do konca lekcji siedzial poza mata i nie uczestniczyl w zajeciach.

mam mieszane uczucia. z jednej strony chlopak sobie na surowa kare zasluzyl. dzieci tez sie ucieszyly, ze ich dreczyciel zostal tak ukarany. moja pierwsza mysl ”a dobrze ci tak, gnojku”. rzadko kogos wyzywam, ale ten chlopak to paskudna wredota i tyle. 

jednak po chwili pomyslalam sobie, ze prawo zabrania klapsa. a nauczyciel dziecko kopnal. przy braku szczescia, ktos moglby na niego doniesc, nauczyciel moglby miec problemy. to tylko prawna refleksja. 

ale jest tez emocjonalna. chlopak sie poplakal. nie wiem, czy go kopniak zabolal fizycznie, czy tylko duma ucierpiala, ale nauczyciel, mimo wszystko, nie powinien dziecka kopac. 

ja bym nie chciala, zeby ktos kopal moje dzieci. niechby je wyrzucil z treningu, wyslal poza mate, w ogole zabronil przychodzenia. ale zadnego kopania. ale to ja. ja tam bylam.. ja to widzialam.

a gdzie rodzice tego chlopaka? nie wiem. nie bylo ich.

nauczyciela teakwondo lubie, dzieci tez go bardzo lubia. mimo ze jest ostry, glosno krzyczy, daje wycisk, dzieci go szanuja i lgna do niego. facet ma poczucie humoru, jest konkretny, jasno mowi, o co chodzi, dzieci, mimo jego pokrzykiwania, czuja sie przy nim bezpieczne. sa i takie dzieci, ktore sie go boja (facet jest wielki, ma gebe boksera i jeszcze ten silny glos…) – takie przychodza na lekcje probna i na tym sie konczy. ale ci co zostaja, chwala trenera – moje dzieci nie moga sie doczekac treningow i szczegolnie Bizon biadoli, ze w wakacje nie bedzie lekcji.

wracajac do zajscia. spojrzalam na nie z roznej perspektywy:

– nauczyciela – rozumiem, ze go ponioslo  (ale nie powinien byl stracic kontroli).

– rodzica – nie wolno kopac mojego dziecka!

– dzieci – i dobrze mu tak!

– chlopca… – z pewnoscia bylo mu przykro, ale… chyba wiedzial, ze zasluzyl? z perspektywa chlopca mam problem, bo ta najczesniej wynika z relacji z rodzicami. jesli to by spotkalo moje dzieci, poskarzylyby mi sie, mimo ze zawinily nieposlyszenstwem, bo zawsze im powtarzam, ze nikt nie ma prawa ich uderzyc, wyzywac, kazac sie obnazyc. ja tez, jak tylko moge, jestem przy chlopakach i jak maja upierdliwy dzien i brykaja na zajeciach, to po lekcji jest rozmowa. a rodzicow tego chlopaka nie znam. ich na treningu nie ma. oni nie wiedza, co ich synalek wyprawia i ciekawa jestem, czy chlopak sie w domu pochwali, jaka kare dostal…

i kurcze, wiem, ze to agresja, wiem, ze to nauczyciel, ale gdyby ktos na niego doniosl, gdyby facet mial problemy, ja bym stanela po jego stronie. bo moze go nerwy poniosly, a moze sie odwazyl. bo co raz czesciej zdarza sie, ze dorosli boja sie zwrocic uwage dzieciom czy mlodziezy (chociazby moj wpis o ciemnoskorych – ja bylam jedyna, ktora zareagowala…), a oni to wykorzystuja i bezkarnie lobuzeruja. 

nie wiem jak to jest teraz w Polsce, ale Holandii bardzo czesto slysze, jak dorosli pytaja ”czy moglbys przestac (krzyczec, psuc, bic, pluc, smiecic)?”. dorosli sila sie na uprzejmosc, tam gdzie miejsca na uprzejmosc nie ma. tam gdzie powinno byc stanowczo i konkretnie: przestan, podnies, przepros. dzieci takie pytania olewaja…

 

MAM:-)

mam, mam i skacze z radosci – rozumiem, dlaczego nikona 1 okrzyknieto aparatem roku 2012. skacze z radosci, bo aparat lekki, latwy w uzyciu, szybki, dobrze lezy w reku i nawet dosc ladny:)

mam tez zelazko. tefala – super lekkie, z duza moca, silna para i jedyna wada to taka, ze samo nie prasuje;)

odprasowalam wiec dzis lubego, a przy okazji obejrzalam sobie dla przypomnienia ”Zelazna Dame”.

ciesze sie, ze juz weekend. ciesze sie, ze juz za tydzien zaczynamy wakacje. i mimo ze dzieki ‚gramotnosci’ sekretarek z Kanady, z naszych kandyjskich planow nici (luby pojedzie sam jesienia, kiedy chlopcy musza isc do szkoly, a ja moze w koncu do jakiejs pracy…), to i ta sie ciesze. przejrzalam prognoze pogody na lipiec w Karpaczu, obejrzalam kwatery i chce w ten weekend cos w Karpaczu zarezerwowac. bo w gory, w przeciwienistwie do duzych miast, mnie ciagnie. bardzooooo…. co prawda Karkonosze to gorki, nie gory, ale i z tej namiastki sie ciesze:)

i bede fotgrafowac, fotografowac, fotografowac:-) mala rzecz, a tak cieszy!