milosnicy

1. zwierzat. utrapienie, jak sie ma miekkie serce. ale jak inaczej? wczoraj wychodzimy na taekwondo, chlopcy juz na dole, ja jeszcze sprawdzam, czy piekarnik wylaczony i slysze krzyki: ptak, mamooooo, ptak!!!!

lece, biegne z naszych stromych schodow, a na dole, kolo rowerow, rzeczywiscie, ptak. lezy na grzbiecie, z nogami do gory. golab. lezal tak, jakby spad z dachu… ale od kiedy golebie spadaja ot tak, z dachu? druga mysl, ze kot go zaatakowal, ale wtedy raczej by ptaka wykonczyl, skonsumowal, choc troche sie nim ”pobawil”, a golab zywy, oddycha, rusza dziobem i najwyrazniej wymagaja pomocy. troche bylam zla, bo za 20 minut lekcja taekwondo, a tu zamieszanie z ptakiem. 

pobieglam na gore, dzwonie do ”dierenambulance” (czyli pogotowie zwierzece) – piatek, godzina 16.40 – o tej porze juz nikogo nie ma, mozna tylko dzwonic na ”emergency”. nie bardzo chce wykorzystywac ten nr, bo w sumie to nie wiem, czy to ”emerency”, czy ktos mi karetke do golebia lezacego na grzbiecie wysle. przychodza mi do glowy pytania, jakie by mi zadano, gdybym jednak sie dodzwonila do dierenambulance, schodze na dol i uzywajac recznika odwracam golebia na brzuch. patrza na mnie calkiem przytomne oczka, nie widze sladow krwi, ptak wyglada na oszolomionego, wystraszonego, ale wcale nie na zdychajacego. 

popatrzylam niczym detektyw do gory, na sciany, na okna, proboujac wydeddukowac, co tego ptaka spotkalo i doszlam do wniosku, ze chyba zaliczyl okno i sie znockoutowal. moze ma wstrzas mozgu?;)

zawinietego w recznik golebia wynioslam na balkon, dalam chleb, na zakretce od sloika wode i pognalismy, juz spoznieni, na taekwondo. 

chlopcy cala droga tam i z powrotem przezywali ptaka:-) ja niby tez, choc nadal troche zla bylam, bo nie mialam pojecia, co z tym golebiem poczac? brzydze sie golebi, a tu pacjent mi sie trafil.

na noc wzielam pacjenta do srodka, bo martwilam sie, ze jesli chory, to na balkonie zmarznie. 

dzieci podekscytowane, ja mniej, przykazywalam co rusz, zeby przypadkiem golebia nie dotykali, bo zaraza, bo ich dziobnie, bo sie boi, luby sceptyczny, ale tez miekkie serce ma i w zyciu by gadziny na zimno nie wywalil;)

golab w nocy o wlasnych silach wygramolil sie z pudelka, usiadl w kaciku kolo drzwi,  (gdzie fuuuuja strzelil:/), chleba skubnal – najwyrazniej zdychac zamiaru nie mial. rano wynioslam go z powrotem na balkon. 

popedalowalam na bootcamp, a jak wrocilam, dowiedzialam sie, ze pacjent zwial. 

uffff. 

”mamo, uratowalismy mu zycie!!!” – cieszy sie Bizon. 

no, w sumie tak… gdybysmy go zostawili lezacego na grzbiecie, to jakis kotek, ktorych u nas zatrzesienie, z pewnoscia by sie nim zainteresowal.

a to, ze pacjent tak szybko doszedl do siebie i zwial, przekonuje mnie, ze wersja z oknem i knockoutem jest wielce prawdopodobna. 

2. kaszy gryczanej – milosniczka jestem ja:-) i nikt inny w naszej rodzinie. dlatego wczoraj i dzis panowie raczyli sie gulaszem, a ja kasza gryczana z wkladka porowa, o ktorej juz kiedys pisala Cutie – no nie wiem, czy to ta sama, ale szukalam jej pod wplywem zachwytu Cutie:

http://kuchniaobledniezdrowa.blogspot.nl/2011/04/kasza-gryczana-z-wkadka-porowa.html

ja wzbogacilam ja o chili, bo lubie ostre smaki.

kasza z wkladka przechodzi do mojego stalego repertuaru i juz nie moge doczekac sie, az uracze nia moja mame (ktora najprawdopodoniej zawita juz wkrotce:-)), rowniez smakoszke kasz.

3. ”Cudownej podróży” Niels’a Holgerssona. pamietam dzien, kiedy wypozyczylam te ksiazke. pamietam polke, z ktorej zdjelam te ksiazke, okladke, sztywna, blyszczaca, ciezka i piekne ilustracje. i zachwyt ta ksiazka. nie moglam doczekac sie, zeby chlopcy byli juz na tyle duzi, zeby z nim te ksiazke przeczytac. Ksiazke przeczytalismy jakis czas temu, a dzis w bibliotece upatrzylam dvd z filmem o przygodach Nielsa. efekt taki, ze cala czworka siedzielismy i z rozdziawionymi paszczami chlonelismy przygody tego malca:-)

tak, literatura skandynawska to jest to. zwlaszcza jesli chodzi o dzieci.

4. sportow

na 10.00 pognalam na bootcamp, ale mowie prowadzacej lekcje, ze musze troche wczesniej wyjsc, zeby zawiezc syna na lekcje plywania. jako ze z prowadzaca lekcje znam sie troche prywatnie, spytala, czemu luby nie zawiezie. a bo luby idzie na footbal:

– to wy maniaki sportowe jestescie! – podsumowuje. posmialysmy sie, a ja pomyslalam, ze maniaki to moze nie (choc ja i Bizon z pewnoscia jestesmy uzaleznieni od regularnego sportu), ale jak pomysle o moich rodzicach, czy bliskich znajomych, to rzeczywiscie, rzadko kto tak regularnie uprawia sport po 2-3 razy w tygodniu. a szkoda…

na dzis tyle:-)

 

co roku to samo…

zatrucia grzybowe w Polsce.

ja nie rozumiem, tyle sie bebni o zatruciach, co sezon media grzmia i co sezon pozatruwane dzieci laduja w szpitalach. teraz 4-latka. noz mi sie w kieszeni otwiera: po co ludzie racza maluchy tymi grzybkami. niech sie babcie, dziadkowie, rodzice racza. nie wierze, ze dzieci az tak strasznie kochaja jesc grzyby. pewnie, ze moga im smakowac, ale czy ich tak dopominaja? czy ludzie to z biedy robia? chca na zakupach zaoszczedzic i przez to tak kochaja grzyby? czy to rzeczywiscie ich pasja? a jesli tak, to czemu ta pasja dziela sie z najblizszymi, jesli wiedza, ze to pasja niebezpieczna.

chaotycznie pisze, ale emocje mna targnely jak przeczytalam nowe doniesienie o zatrutym dziecku.

patrze na moje dzieci i mysle sobie, ze tyle rozmaitych potraw jedza, codziennie cos innego, codziennie warzywa, owoce i jakos sobie bez grzybow radzimy. i nie moge zrozumiec, czemu, jesli ludzie wiedza, ze to ryzykowne, faszeruja sie grzybowymi przysmakami.

sama lubie smak grzybow, ale w zyciu bym nie poszla do lasu nazbierac ich sobie i uraczyc nimi cala rodzine. 

zla jestem na ludzka glupote, nieodpowiedzialnosc, zadufanie w sobie (bo oczywiscie wszyscy grzybiarze swietnie sie na grzybach znaja…) i jeszcze pakowanie w to wszystko dzieci.

latem sie ludzie topia, bo ida tam gdzie nie trzeba, bo kapac im sie zachciewa pod wplywem alkoholu, a jesienia zra trujace grzyby. rece opadaja.

zale…

pan dyrektor ma do nas zal. ze od razu tak oficjalnie, zamiast przyjsc i porozmawiac. ale przeciez ja bylam!!! 3 razy u dyrektora, 2 razy rozmawialam z nauczycielka. luby tez kiedys zwrocil uwage dyrektorowi. to ile razy mamy rozmawiac, skoro to nie przynosci efektow?

tak, dyrektor boi sie kontroli. trudno. bycie dyrektorem to odpowiedzialnosc. wiem, bo moja mama tez byla dyrektorem szkoly. i sama wchodzila do ubikacji, zeby sprawdzic ich czystosc, gonila sprzatajace do pracy, przez co bardzo sie im narazala;) skoro 30 lat temu sie dalo, kiedy tylko lizol byl dostepny, to i teraz sie da. tylko trzeba ludzi zdycyplinowac.

luby porozmawial tez z nauczycielka ”od palca w buzi”. podszedl do sprawy naukowo: ”w buzi nie ma zdrowych bakterii sprzyjajacych gojeniu sie ran”. ”nie ma? a ja bylam pewna, ze sa” – odpowiedziala nauczycielka. luby pochwalil sie, ze studiowal biologie i wie, ze takowe bakterie nie istnieja. za to na palcach sa bakterie i wirusy, ktore wolelibysmy, zeby nie znajdowaly sie w buzi naszego dziecka. i ze jak jest rana, nawet mala, to nalezy ja umyc.

i tyle. dobrze, ze wyslalabym lubego, bo mnie by emocje poniosly. bo za tegoroczna nauczycielka Bizona nie przepadam. dlatego, mimo ze luby mial opory (on jest straszny cykor:D), wyslalam go, bo pani trzeba juz od poczatku roku dac do zrozumienia, ze Bizon ma rodzicow wszedobylskich, wszystkowiedzacych, czyli takich, za ktorymi nauczyciele nie przepadaja, ale z ktorymi musza sie liczyc. i z ich dzieckiem tez:)

zawsze glosze, ze rodzice i szkola musza wychowywac dziecko razem. ale co zrobic, jesli szkola promuje zwyczaje, ktorych rodzice nie toleruja? chociazby siadanie na toalete w miejscu publicznym? nie chce podwazac autorytetu nauczyciela, ale zakomunikowalam dzieciom, ze nigdy nie wolno im siadac na toalecie, (a jak juz musza cos wiecej niz siku, to maja sobie toalete wylozyc papierem toaletowym), a jesli nauczycielka bym im osobiscie kazala, to maja ja oswiecic, ze mama nie pozwala i pani ma zadzwonic do mamy.

wypowiadam wojne

szkole.

pisze oficjalna skarge na brud panujacy w szkole chlopakow. na brudne toalety, na brak mydla (od poczatku roku!), o braku wiedzy nauczycieli o podstawach higieny.

tak, dzieci uczy sie literek, cyferek, a nie uczy sie podstaw higieny – wrecz uniemozliwia sie praktykowanie higieny, typu porzadne umycie rak przed jedzeniem, czy po wyjsciu z toalety, bo mydla nie ma, bo jesc trzeba szybko, szybko, wiec na mycie rak czasu szkoda.

dzis nauczycielka Bizona przegiela i dlatego juz mam plan listu, jaki wysle oficjalnie do dyrekcji i do gminy.

bo pani nauczycielka, gdy Bizon skaleczyl sobie palec i chcial isc go oplukac w toalecie, kazala mu wsadzic palec do… buzi. ”bo w buzi sa takie specjalne bakterie, ktore pomoga”. nie wiem, jakie bakterie ma w buzi nauczycielka Bizona, ale wiem, ze w sezonie zarazkowo-zasmarkanym, jaki wlasnie mamy, rece nalezy myc, a nie wsadzac do buzi. od malego ucze dzieci, ze rak sie NIGDY nie wklada do buzi, a pani nauczycielka jakies brednie o cudownych bakteriach dzieciom wciska.

do tego lista dzieci korzystajacych z toalety. bo jakies dzieci sikaja na podloge, wiec nauczycielka bawi sie w detektywa i chce wykryc winnego: kazde dziecko, ktore wychodzi do ubikacji ma sie wpisac na liste, a po powrocie, jesli bylo nasikane na podlodze, ma to zglosic nauczycielce. wtedy nauczycielka popatrzy na liste, kto ostatni korzystal z wc i ten bedzie winny. tylko, ze ten, ktory zglasza tez moze byc winny i probowac zwalic wine na poprzednika…

na dodatek nauczycielka wymaga od dzieci siadania na toalecie. a ja moim tluke do glowy: zadnego siadania na toaletach publicznych, jak najmniej dotykamy i rece po wyjsciu mydlem pucujemy.

mydla nie ma, ubikacje obsikane, a moje dziecko ma na tym siadac i pozniej jeszcze isc sniadanie jesc. 

ja uwazam, ze dzieci sie zmienic nie da. mozna im pogadanki robic, ze nie wolno na podloge sikac, ale to akurat czystosci w toaletach nie polepszy. co nalezy zmienic, to system sprzatania. czesciej. i nie obchodzi mnie, ze dyrektor byc moze nie ma kasy na dodatkowego pracownika. mam to gleboko gdzies. to jego problem. 

a jego problem urosnie, jak wysle ten list do gminy i nasle na niego komisje sprawdzajaca czystosc szkoly.

 

i jeszcze zastanawiam sie czy dopisac, ze w smietniku na podworku szkolnym znajduje sie gniazdo os, a dyrektor nie zrobil nic, zeby je usunac. nauczycielka bierze dzieci na podworko zeby zjadly na swiezym powietrzu sniadanie… w zeszlym tygodniu osa uzadlila jedna dziewczynke. 

Szkrab ma alergie na jad pszczol. Nie wiem, czy jest uczulony na osy i wole, zeby sie o tym nie przekonal, jak go osa uzadli…

koniec z dziecinada

mama Vittorio przegiela;) przegiela w strone dziecka i mam wrazenie, ze jest bardziej dziecinna niz niejedno dziecko. byly dwie drobne niesnaski przed wakacjami, ale jakos to przeszlo, mi szybko, jej wolniej, dzieciom od razu i przed wakacjami rozstalysmy sie dosc przyjaznie.

w pierwsza niedziele roku wakacji poszlismy na niederlandzka msze i traf chcial ze za mama Vittorio i jej dziecmi byla cala wolna lawka, wiec tam, ku uciesze dzieci, usiedlismy. jako ze podczas mszy jest katecheza dla dzieci, ksiadz zawolal dzieci pod oltarz i spytal, kto bedzie niosl Biblie. dzieci sie zglaszaly, Biblia powedrowala w rece Vittorio, a luby… tez okazal sie dzieckiem, bo palnal ”of course”. Mi galy wyszly na wierzch, bo choc wiem, ze luby sympatia do Vittorio nie pala (jest to dziecko aroganckie, glosne, na dodatek lizus w stylu ”czarusia”, czego luby nie trawi, a jeszcze po kilku razach, kiedy oklamal mnie w zywe oczy, luby stracil do niego resztki swej sympatii). Tak czy siak, ”of course” lubego bylo dziecinne, glupie i nieprzemyslane i gdyby wiedzial jak te 2 slowa zabola mame Vittorio, w zyciu by ich nie wypowiedzial. ale slowo sie rzeklo…

efekt taki, ze po wakacjach od mamy Vittorio wieje chlodem, nie rozmawia ze mna, dzieci zgarnia po szkole od razu (nawet nie wchodzi na dziedziniec szkolny, zeby przypadkiem sie na mnie nie natknac;)), nie ma mowy o wspolnej zabawie po szkole. 

na poczatku nie wiedzialam o co chodzi. po 6 tygodniach wakacji koscielny incydent zupelnie umknal z mej pamieci, do tego stopnia, ze nawet mielismy kartke z wakacji d Vittorio wyslac, tylko w Karpaczu nie bylo nam po drodze z poczta i w koncu kartka przyjechala z nami do Holandii;) jednak mnie ten chlod zastanowil, bo dziwna to sytuacja, kiedy prawie ze przyjaciolka, no, powiedzmy bliska znajoma, nagle sie do mnie nie odzywa.

i w kocnu przymnialam sobie to ”of course”. dla mnie te slowa nic nie znacza. gdyby ktos tak palnal w odniesieniu do moich dzieci, parsknelabym, a moze nawet w ogole bym nie skojarzyla o co chodzi;) zachowanie mamy Vittotio to dziecinada, choc troche mnie to na poczatku zabolalo. ja ja pozdrawialam, ona, jesli raczyla na mnie spojrzec, odpowiadala, w koncu ja stwierdzilam, ze nikomu sie nie bede z ”hi” narzucac i tez przestalam ja zauwazac. 

po miesiacu szkoly przyzwyczailam sie, a na dodatek odkrylam plus tego dystansu: moje dzieci bawia sie na szkolnym placu zabaw bez klotni, darcia i emocjonalnych szamotanin – bo Vittorio, i jego siostra, i do tego ich mama, ciagle sie o cos klocili, a to tez wplywalo na moje dzieci i nawet na mnie. ciagle bylam ”w pogotowiu”. tamte dzieci rywalizowaly i manipulowaly kto z kim sie bedzie bawil, w co sie bedzie bawil i ciagle byly jakies niesnaski. 

teraz moi chlopcy bawia sie z innymi dziecmi i jest spokoj. a ja moge spokojnie poczytac ksiazke lub gazete, bez zbednego blablania z mama Vittorio.

tak wiec, koniec z dziecinada, mamie Vittorio mowie ”zegnaj”, dystansuje sie do tej kobiety i jej rodziny.

i nie wiem, czy to zbieg okolicznosci, czy jednak cos jest na rzeczy: od wakacji moje dzieci tak sie zgodnie w domu bawia, ze… az odpukam w niemalowane:D

inna codziennosc

kiedy mialam siedem lat, wiedzialam o polowe mniej niz Bizon. a moze i jeszcze mniej… 

wczoraj przy stole Szkrab opowiada o urodzinach kolegi:

– a J. ma 2 mamy!

– jak to dwie mamy? – pytam zdziwiona, bo ciagle zyje w ”innym swiecie”

– no, dwie mamy. byly na urodzinach – ciagnie Szkrab

nie wiem, co powiedziec… za to Bizon wie:

– a moze sa homo? – zastanawia sie. ale Szkrab nie bardzo wie, czy sa homo, czy nie. ja tez nie wiem, ale wydaje mi sie, ze nie. wiem za to, ze tato J. nie jest z jego mama i ma nowa dziewczyne. Moze to o nia chodzi?

– a ta druga mama tam mieszka, czy przyszla z jakim panem?- pytam

– przyszla z panem, z tata J. bo J. ma tez dwoch tatow – kontynuuje Szkrab

no i juz wszystko jasne. 

choc w sumie, nie jest dla mnie jasne, dlaczego Szkrab mial wrazenie, ze nowa partnerka jego taty, to tez mama, a nowy partner mamy to drugi tata. moze dlatego, ze w naszym otoczeniu, w rodzinie, wsrod przyjaciol sa pary ”stale”, bez rozwodow i bez nowych zwiazkow? 

precz z deszczem!

wczoraj lalo, dzis leje, jutro… bedzie lac? pewnie tak. bo to Holandia przeciez:/ 

z kazdym rokiem moja niechec do tego klimatu rosnie. 

przedwczoraj wyjelam ostatni zapas z zamrazarki, wczoraj z resztek gotowalam obiad, bo nie moge sie przemoc, zeby wyjsc na zakupy w taka pogode. ograniczam sie do kursow z dziecmi miedzy szkola a domem i wsciku dostaje, bo nie znosze siedziec w domu.

i jeszcze pralka mi sie zepsula, ale na szczescie przed chwila pan od pralek wymienil pompe i nadrabiam zaleglosci, czyli redukuje stosik prania pietrzacy sie od soboty.

luby przyniosl przeziebienie, Szkrab sie zarazil pierwszy, ja dzis sie obudzilam z bolem gardla, czy Bizon sie uchowa – oby.

wczoraj w szkole bylo zebranie rodzicow. i znow gadanie o niczym. pan dyrektor na powitanie zaprezentowal filmiki dzieci, ktore mowily dlaczego lubia szkole. dlaczego? bo sa w niej fajne dzieci, bo lubia matematyke i czytanie. ach… tak… i co z tego? pomyslalam sobie, ze zrobienie tych filmikow zajelo dyrektorowi z godzine, a w tym czasie mogl zagonic konserwatora do posprzatania ubikacji i napelnienia pojemnikow na mydlo, bo od poczatku roku stoja puste:/ 

u Bizona nauczycielka postanowila, ze w tym roku to dzieci opowiedza swoim rodzicom, czego, czym i w jaki sposob ucza sie w szkole. pomysl dobry, ale niedopracowany, a informacja od dzieci powinna byla byc uzupelniona info od nauczycielki. co mi przeszkadzalo to fakt, ze dzieci mowia cicho, a na dodatek niektore seplenia, przez co polowy info do mnie nie dotarlo. i nie tylko do mnie (bo myslalam, ze moze moj niderlandzki niewystarczajaco dobry jest), ale inne mamy tez sie krzywily, bo nie rozumialy.

Bizon nie chcial uczestniczyc w prezentacji. Najpierw mnie wkurzyl swoja pasywnoscia, bo w domu gada i gada, mlodszego brata nie dopuszcza do glosu, na podworku szkolnym najmniejszy, ale najglosniejszy, wiec sie go spytalam, dlaczego nie chcial. A on na to, ze pani nie wytlumaczyla im o co jej chodzi. I rzeczywiscie, dzieci sie plataly, nie bardzo wiedzialy co powiedziec, stekaly, powtarzaly sie – rzeczywiscie, nie byly przygotowane.

I to jest minus tej szkoly (a moze w ogole holenderskiego systemu) – nie przykladaja sie do prezentacji dzieci. nie ma apeli (nie, zeby mi apeli patriotycznych brakowalo…), nie ma recytacji wierszow, nie ma przedstawien, a jak sa wystepy na zakonczenie roku, to cala klasa wystepuje z jakas piosenka czy skeczami, 5 minut i po wystepie. 

To tak na goraco, po wczorajszym zebraniu.

I… oby do lata…

nasze oczekiwania

Czytam sierpniowy ”Przekroj”, artykul po artykule: ”Tadek uciekinier”, a po nim ”Przecinanie pepowiny”. 

Pierwszy, o Tadeuszu Zielinskim, zalozycielu zespolu Walmany (pamietacie ”trzeba lysych pokryc papa, lecz funduszy nie ma na to”? – ja pamietam, bo moj tato nie raz wyspiewywal nam ten szlagier;)). Reportaz zaczyna sie tak: ”Tadek musial uciekac. Jego ojciec nie zniosl w domu syna-artysty. (…) Tadek idzie do liceum plastycznego, czym upokarza ojca. (…) Bo w zyciu zawod trzeba miec, a nie jakas tam plastyka”. 

Drugi artykul o ojcu i synu, o Marcelu i Pawle Lozinskich. Na pytanie ”Ojciec nie mial zadnych wymagan wobec dzieci?” Pawel odpowiada: ” Pewnie, ze mial, nie mogly byc zwyczajne, szare. Chcial, zebysmy byli kims. Ktos to jest np. artysta. Nie wystarczy byc dobrym kierowca autobusu, szewcem czy piekarzem.”

Dwa, dosc ciekawe artykuly. Co mnie w nich zastanowilo, to jak rozne (i czasami despotyczne) sa oczekiwania rodzicow wobec dzieci. teoretycznie, nic dziwnego. Kazdy rodzic jest inny. I chyba kazdy ma jakies oczekiwania, moze marzenia wobec dzieci.

Moi rodzice chcieli, zebysmy i ja i brat mieli wyksztalcenie wyzsze. I czasami mysle, ze to byl blad. Bo ja teraz przede wszystkim wyslalabym sie do szkoly… krawieckiej:-) a pozniej do liceum plastycznego. Ale moi rodzice nie patrzyli na zdolnosci, zainteresowania, tylko nalezalo przynosic piatki, dostac sie do dobrego liceum i isc na studia. i nie na zadne tam socjologie, tylko cos co da konkretny zawod, np. medycyne. dlatego moja biotechnologia ich z poczatku nie zachwycila;)

Ja, odkad jestem mama, tez mysle o przyszlosci swoich dzieci. Pewnie, ze mam ambitne marzenia… Ale w tych marzeniach, na plan pierwszy wysuwa sie nie ambicja, tylko szczescie moich dzieci. Niech sobie beda kim chca. Moga skonczyc studia, ale nie musza. Jesli wola byc piekarzami, niech nimi beda. Byle to, co robia, cieszylo ich, a jednoczescie, zeby byli w tym dobrzy. Zeby ludzie mieli uznanie dla ich fachu i rezlutatow ich pracy. Nie zyczylabym moim synom sukcesu np. van Gogha, czyli ”posmiertnego”;) Niechby robili cos zwyklego, ale bez frustracji, poczucia beznadziei, bolu i biedy. Niech poczuja, ze robia cos dobrze za zycia, bo to motywuje, bo to daje radosc i nadaje sens zyciu. 

Tak, najbardziej chcialabym, zeby moje dzieci zdobyly takie wyksztalcenie, ktore umozliwi im wykorzystanie ich talentow i wybor takiej pracy, ktora potrafiliby najlepiej wykonywac i jednoczesnie ktora by lubili. 

Oczywiscie, ze mam swoje preferencje, a raczej zawody, ktore wolalabym, zeby raczej pozostaly im jako hobby (chociazby gra na skrzypcach, czy jazda na lyzwach), ale nie wyobrazam sobie obrazic sie na dziecko, bo postanowilo zostac plastykiem, czy wybralo jakis ”normalny”, przyziemny zawod. 

Byle byli szczesliwi:-)

 

patrzac z innej perspektywy

czytam o problemie polskich przedszkoli, czy raczej ich rodzicow, ktory dotyczy zajec dodatkowych i mam mieszane uczucia. 

mysle o swoim przedszkolu, w ktorym czulam sie swietne. lubilam tam chodzic, mialam swoje kolezanki, ulubione panie, ulubione piosenki, zajecia w koleczku, wycinanki, lepienie z plasteliny, skakanie na skakance, mleczne zupy i obiady. za lezakowaniem nie przepadalam, ale pokornie lezalam i obmyslalam, co bede robic, jak juz sobie panie odpoczna;)

to bylo 30 lat temu. nie brakowalo mi baletu, gry na instrumencie, karate, choc z pewnoscia lekcja np. plywania bylaby wskazana, tym bardziej ze bylam dzieckiem otylym. podobnie bylo z lubym, w niekomunistycznym kraju. jezykow obcych luby zaczal uczyc sie w wieku 10 lat: swietnie wlada niemieckim, angielskim, w miare dobrze mowi po francusku. ja zaczelam uczyc sie jezyka obcego majac 10 lat (rosyjski), 13 lat (niemiecki) i 15 lat (angielski) i… 25 lat (niderlandzki). ktory jezyk umiem najlepiej? ten, ktory jest mi potrzebny:-) i nie jest to j. rosyjski.

z wiekiem nauczylam sie plywac, schudlam i wlasciwie, w wieku od 15 -29 lat nadrobilam zaleglosci z wczesnego dziecinstwa. jesli w ogole o jakich zaleglosciach mozna mowic.

dlaczego o tym pisze? bo mysle o wypowiedziach takich jak ponizsza (cytuje z onetu):

”4-letnia Marysia z W-wy chodzila na rytmike, taniec, angielski i karate. Szczegolnie lubi karate, trenowala juz 2 lata. Nawet w wakacje nie mogla sie doczekac zajec. Pasje do tanca rozbudzila w sobie do granic mozliwosci”. 

ja w to nie wierze. 4 letnie dziecko? mialam w domu 4-latki i widze je codziennie na dziedzincu szkolnym. i nie wierze w te szczegolna pasje, w te niemoznosc doczekania sie zajec karate i w ogole w pasje i 4-letniego dziecka. bo takie dziecko jednego dnia lubi bawic sie misiem, drugiego woli malowac, a trzeciego pojezdzic na hulajnodze. za to wierze, ze rodzice sa ambitni i chca wszechstronnie rozwijac dzieci. tylko, ze jak czytam o 4-letnim dziecku robiacym W, X,Y,Z, to zal mi go i wroze mu wczesny burnt out albo innego rodzaju wscik psychologiczny. 

pewnie, ze dzieci lubia roznorodne zajecia. ale wlasnie po to panie przedszkolanki koncza szkoly, kursy, zeby umiec takie zajecia, na poziomie podstawowym, poprowadzic. ja z wyksztalceniem niepedagogicznym, nie zostalabym przyjeta do pracy jak przedszkolanka. ale skoro ja potrafie swoim dzieciom (i nie tylko – gosciom tez:)) zorganizowac malowanie, taniec przy muzyce powaznej, hip-hop, czy rytmike w domu, to jakim cudem przedszklanka nie jest tego w stanie zrobic? wystarczy chec, kreatywnosc i odrobina pomyslunku. jesli 30 lat temu panie po SN-ie potrafily wybrzdakac palcem na pianinie melodie piosenki o krasnoludku, to dlaczego teraz tego nie potrafia? jesli 30 lat temu panie potrafily chodzic na paluszkach w rytm piosenki i do tego klaskac, czy skakac w rytm, to czemu teraz nie potrafia??? moze ich edukacja trzeba by sie zajac, a nie przedszkolakow?

karate dla 4-latka? otwarcie przedstawie swoja opinie: glupota. to nie tylko moja opinia, ale i profesjonalistow. pan od taekwondo moich dzieci nie chce dzieci mlodszych niz 6 lat. a na onecie jest wspomniana 4-latka, ktora od 2 lat trenuje karate. nie wiem, czy sie smiac, czy plakac. 2 latek idzie na karate…

bedac na komunii u chrzesniaka porozmawialam przy stole z germanistka uczaca przedszkolaki niemieckiego. spytalam ja jak to z ta nauka jest, a ona usmiechnela sie i powiedziala: ja zarabiam, rodzice pracuja ze spokojnym sumieniem, a dzieci nie moge sie doczekac, zeby w koncu isc sie pobawic. 

na koncu znow wypowiedz mamy Marysi, tej od W, X, Y, Z: ”co z tego, ze bede placic mniej za przedszkole? bede teraz musiala wozic dziecko na zajecia popoludniami, bedziemy zmeczeni i wydamy dodatkowe pieniadze”. a ja powiem, ze na calym swiecie ambitni rodzice woza dzieci na zajecia popoludniami. i sa zmeczeni. i placa dodatkowe pieniadze. taka ich rola. plusem jest to, ze jak mama dziecko zawiezie, to przy okazji zobaczy jak wyglada lekcja i czy te dzieci rzeczywiscie z taka pasja kreca piruety i ucza sie jezykow. i moze zastanowia sie, czy rzeczywiscie 4-latek musi od malego ladowac swa glowke tym wszystkim. czy nie lepiej byloby go po poludniu wziac samemu na basen, do biblioteki, do parku czy na zwykly spacer, zeby z dzieckiem pobyc i porozmawiac. 

w tym calym konflikcie i walce z rzadem w 100% rozumiem osoby prowadzace takie zajecia. bo jest to ich praca. wiec zmiany wprowadzane przez rzad pozbawiaja ich pracy. i to rzeczywiscie jest problem. a nie to, ze 4-latka nie bedzie trenowac karate.

napisalam o Polsce, to jeszcze dopisze o Holandii. nie ma w przedszkolach zadnych baletow, karate czy j. obcych. niby podstawowka zaczyna sie w wieku 4 lat, wiec sa to dzieci w wieku przedszkolnym. ale nie maja zadnych zajec dodatkowych. owszem, dzieci poznaja rozne sporty, np. zapraszany jest pan od judo i w ciagu danego miesiaca, raz w tygodniu, zamiast lekcji w-f, dzieci maja lekcje judo. a za pol roku poznaja w ten sposob joge. sluzy to nie nauce judo czy jogi, tylko zapoznaniu z mozliwosciami. jesli dziecku jakis sport szczegolnie sie spodoba, to wtedy rodzic moze zdecydowac, zeby wozic to dzieci po poludniu, za dodatkowa oplata na tenze sport. 

do niedawna dzieci mialy darmowe lekcje plywania (chyba od 7, czy 8 lat), ale w zeszlym roku to wycofano, bo… bylo to za drogie dla gminy i szkol. dla biednych rodzin wprowadzono dofinansowania lekcji plywania, ale nadal: to rodzic ma wozic dziecko po szkole na plywalnie. a jak my mielismy fanaberie, zeby uczyc nasze dziec plywac od lat 5-ciu, to my je zapisalismy, my placilismy ciezkie pieniadze i my te dzieci wozilismy.

nie wiem ,od kiedy wprowadzane sa j. obce – Bizon ma 7 lat, jest w 4 klasie i nie ma j. obcych. a mimo to, 99% Holendrow spokojnie dogaduje sie w j. angielskim. pani w sklepie, pan kierowca, a nawet panie sprzatajace. moze dlatego, ze nie dubbingu, tylko podpisy w j. niderlandzkim, wiec ludzie od malego osluchuja sie z angielszczyzna? moze dlatego, ze panie nauczycielki korzystaja z dobrodziejstwa, jakim jest you tube i od czasu do czasu puszczaja dzieciom na matematyce pisoenke o liczebnikach w j. angielskim?

patrzac z perspektywy maluchow, widze, ze im te zajecia pozaszkolne az tak strasznie do szczescia patrzebne nie sa. rozumiem ambitnych rodzicow, bo sama nim jestem:D i sama woze dzieci na skrzypce, plywanie i taekwondo. ale ja nie wymagam od szkoly, zeby to dzieciom zapewnila. nie. ja place, ja woze, ja uczestnicze i ja (skrzypce) i luby (taekwondo) cwiczymy z nimi w domu. i teraz przyznam uczciwie: na dzien dzisiejszy Bizon uwielbia taekwndo, Szkrab plywanie, a cala reszta moglaby dla nich nie istniec. jednak po 2 latach pilowania, placenia i efektow, jakie Bizon osiagnal, szkoda mi zaprzestac lekcji gry na skrzypcach. byloby to marnotrawstwo. jednak z plywaniem zamierzamy Bizonowi odpuscic. Szkrab tez ma nauczyc sie podstaw plywania (dla bezpieczenstwa) i jesli bedzie mial dosc, nie bede go przymuszac. a poniewaz Szkrab nie jest dzieckiem szczuplym, apetyt ma, a zamiast ruszac sie, woli budowac z klockow lego, chcemy, zeby chodzil na taekwondo, zeby nie byl dzieckiem otylym.

reasumujac. mysle, ze przedszkolakom straszna krzywda sie nie stanie, jesli balety, karate, itp. znikna z przedszkoli. konsekwencje zmian odbija sie najbardziej na przedszkolankach, ktore to powinny prowadzic rytmike, zajecia plastyczne czy podstawowe muzyczne. bo one nie sa tylko nianiami, ale przedszkolankami. konsekwencje poniosa osoby prowadzace te zajecia. no i rodzice. wiem, ze tym ambitnym trudno przelknac, ze nie beda mogli zaszpanowac, ze ich 4-latek nie ma juz pasji… ale mysle, ze beda i tacy, co sie uciesza, ze ich dziecko w koncu moze byc dzieckiem.

o, jak zdrowo;)

poszlam we wtorek na ”body sculpting” prowadzony przez Toma, mojego ulubionego instruktora.

od razu poczulam endrofiny, a co za tym idzie, mniejszy apetyt, zwlaszcza na slodkie. cuda? no chyba;)

w srode nie moglam usiasc na toalecie – zakwasy po wewnetrznej stronie ud. luby slyszy moje pojekiwanie dobiegajace z toalety i wola, co sie stalo:

– oj, tak mnie boli miedzy nogami, za intensywnie z Tomem pocwiczylam – jeknelam.

dobrze, ze luby ma poczucie humoru:)

dzis pobieglam na bootcamp, zeby te zakwasy zlikwidowac, ale cos czuje, ze jutro znow bedzie problem z siadaniem;)

tak czy siak, od razu bardziej szczesliwa sie poczulam. na wlasnej skorze przekonalam sie, ze sport to zdrowie, m.in. psychiczne.

i jeszcze pogoda piekna… ach, jak mi dobrze:)