miec kamere i nagrywac…

czasami chcialabym miec sekretnego kamerzyste, zeby nagral niektore fragmenty z mojego zycia. a raczej z moich przezyc – wyszedlby chyba monthy python. bo tak irracjonalne sytuacje, jakie mnie np. dzis spotkaly, to tylko nagrywac… tylko nie wiem, czy sie smiac, czy plakac.

na formularzu do zapisania dziecka na marsz szkolny, ktory czesciowo organizuje, byla m. in. taka informacja:

1 dziecko, 4 wieczory i medal – 4 euro

1 dziecko 1/2/3 wieczory i medal – 3 euro

1 opiekun – 1 euro

taki formularz dostalam z odgornej organizacji i dla mnie wydawal sie on zrozumialy. 

wczoraj zebralam od nauczycieli kartki i pieniadze (mnie nie wszyscy rodzice znaja…), czytam, licze i widze, ze to co mi sie wdaje jasne, nie jest wcale takie jasne… bo jedni rodzice zrozumieli, ze 1 opiekun ma placic 1 euro za wszystkie 4 wieczory (i jak tez tak zrozumialam), a inni, ze 1 euro/1 wieczor, czyli wsadzili do kopert po 4 euro. tu nie problem, mozna oddac. ale problem taki, ze niektorzy w ogole pomieli opiekuna. a bez opiekuna nie moge zapisac dziecka.

jedna mame znam z widzenia- od Szkraba z klasy. spotkalam ja rano i tlumacze, ze powinna mi jeszcze zaplacic 1 euro za siebie. a ta na mnie zla!!! bo skad ja to wzielam, ”tam” nie bylo napisane. bylo. wyciagam info, pokazuje palcem, matka zmienia wersje: ale za co ona placic??? przeciez to marsz dla dzieci, a ona bedzie tylko opiekunka! za koszta organizacyje, za plakietke z nazwa szkoly. ale ona uparcie na mnie psioczy, ze to nie dla niej ten marsz, tylko dla dziecka.. mowie jej, ze to nie ja ustalam reguly, ze ja dostalam wytyczne i zeby ja zapisac jako opiekunke jej dziecka musze dostac 1 euro. i ze jej dziecka bez opiekuna nie moge zapisac. kobieta sie naburmuszyla i mowi, ze ona jutro z dyrektorem pogada i jesli juz, to jemu zaplaci. ja jej na to, ze dyrektor nie ma z tym marszem nic wspolnego i ze on wie, ze ja zbieram pieniadze. i mowie, ze oficjalnie termin zapisow minal wczoraj. kobieta patrzy na mnie jak na naciagaczke!!! tak, naciagam ja na euraka!!! mam przy sobie caly sejfik z kasa i papierami i jeszcze mi malo – o ja bezczelna!!! pozegnalam ja i tak sobie mysle: mscic sie, czy nie mscic… bo jutro, jesli raczy zechciec zaplacic, moge sie latwo zemsic: oddac jej te 4 euro, ktora zaplacila za dziecko, mowiac, ze nie zaplacila za siebie, a termin wplat byl we wtorek. tyle, ze ja az taka msciwa z natury nie jestem;) i dziecka mi szkoda. bo nie jego wina, ze ma glupia matke.

kolejny papierek: 1 dziecko, 2 wieczory, bez medalu – 1 euro… hmmm… nie ma takiej opcji… przynajmniej w wytycznych, jakie dostalam ”od gory”. 

na dodatek spokoju mi nie daja te oplaty dla opiekuna: 1 euro za calosc czy za 1 wieczor?

dzwonie do kolezanki zbierajacej kase w innej szkole: ona zbiera 1 euro za 1 wieczor, czyli za 4 wieczory, 4 euro.

mi sie to jednak wydaje… za drogo (bo znam Holendrow;)). dzwonie do szefa szefow:) ten mowi, ze 1 euro za opiekuna, niezaleznie od ilosci wieczorow. czyli wyszlo na moje. 

rozmawiam z kobiera z rady rodzicow i mowie, ze jednak jest tak jak myslalam. a ta przekonuje mnie, ze… jak rodzic chce dla siebie medal, to placi 4 euro za 4 wieczory. ja z glupia frant wale ”ale jaki rodzic chce medal dla siebie???” – ”no JA i moja SIOSTRA!!!’ – odpowiada z oburzeniem. szczeka mi opadla, bo dla mnie to infantylizm jakis… po co mi kawalek blaszkowatego medalu na stare lata??? no ale dobra, jak chce, niech ma. tylko… czy te medale sa przewidziane dla doroslych???

znow dzownie do szefa szefow… 

szef szefow sie smieje ”no niektorzy rodzice rzeczywiscie chca medal i mozna dla nich dokupic”. a co z tymi dziecmi, co maja isc bez medalu? szef szefow nie jest pewny i mowi, ze oddzwoni. po skonsultowaniu sie z zastepca szefa dzowni, ze takie dzieci zapisujemy za euraka.

ok. chyba wszystko juz wiem. przynajmniej co do kasy.

dopada mnie inna matka z rady rodzicow. czy juz zapisalam nasza szkole. nie, pojde w piatek z inna, doswiadczona matka z sasiedniej szkoly. a ona na mnie zla! bo jak zapisze nasza szkole dopiero w piatek, to nasza szkola wymaszeruje jako ostatnia!!! a skad ja mam to wiedziec??? ja to organizuje po raz pierwszy w zyciu i nie wszystko musze wiedziec. kobiecie odparlam z usmieszkiem, ze zawsze ktos musi byc ostatni;) a ta marudzi, zebym dzis poszla… no jak dziecko stoi i marudzi…. wiec ja jak do dziecka – krotko i na temat: nie, dzis nie pojde. pojde w piatek, bo tak sie juz umowilam i tak MI pasuje. matka malo nie padla. 

a ja doszlam do wniosku, ze jak mi jeszcze jakas matka z rady rodzicow przyjdzie marudzic, to wypale prosto z mostu, ze w innych szkolach rada rodzicow organziuje ten marsz (bo tak jest!), wiec niech sie ciesza, ze ja sie zgodzilam, bo za rok na nich to zrzuce i ja sobie pomarudze.

no i wyjscie do muzeum. nauczycielka Bizona poprosila mnie o towarzyszenie ich klasie do muzeum. nie bardzo mi sie chcialo, ale Bizon blagalnie patrzyl…. zgodzilam sie. idziemy na przystanek autobusowy. przystanek jet, ale dojscie zamkniete. nauczycielka kluczy, szuka, jakby tu, nie, za chiny nie przejdzie, chyba, ze przez kanal;) proponuje inny przystanek, nauczycielka sie cieszy, ze wpadlam na ten genialny pomysl, a ja sie dziwie, ze nauczycielka (ktora bardzo lubie…) nie zauwazyla, ze od pol roku ulica wokol szkoly Bizona jest rozkopana i jezdza nia tylko koparki…

dojezdzamy do muzeum. tam czekaja dodatkowo dwie mamy. jestesmy 4:-) nasza radosc nie trwa dlugo, bo po wejsciu do muzeum dowiadujemy sie, ze tylko dwoch opiekunow moze wejsc z 1 klasa do srodka… ehm… porozumiewam sie wzrokiem z mama Ady – tak, ona mysli to co ja, skoczymy na kawe i poaguchy, a pozniej wrocimy po dzieci. ale mi zaczyna switac, ze Bizonowi bedzie przykro, jak z nim nie bede. Adzie chyba tez, bo cos niespokjnie lapie mame za reke. wpadam na pomysl, ze mozeby sobie po porstu kupic bilet i wejsc niby z biletem, ale byc przy klasie. naczycielka czuje sie glupio, ze musimy dokladac z wlasnej kieszeni. rozmawia z pania przewodniczka, ta godzi sie, ze mozemy wejsc wszystkie 4, ale na 45-minutowe warsztaty zmieszcza sie tylko dwie opiekunki. czemu nie wiem, bo sala do warsztatow wydaje mi sie wystarczajaco duza, a my az takie wielkie nie jestesmy… no nic, idziemy na kawe, ale najpierw.. musimy oddac torby! hm????? dlaczego??? nauczycielka zaczyna byc co raz bardziej podiirytowana, uprzedza mnie szeptem, ze zaraz eksploduje, ja za to zaczynam sie z tego smiac… komedia. oddaje pokornie torbe, pytam przekornie, czy portfel moge przy sobie miec, mama Ady parska smiechem i zegnamy dzieci, idziemy na kawe i ciacho do muzealnej kawiarni. tak… nie chcialo nam sie nawet okiem na sztuke rzucic:/ pewnie dlatego, ze wstep gratis;)

po 45 miuntach mozemy dolaczyc do grupy. dzieci zachowuja sie supergrzecznie. choc w drodze powrotnej, w autobusie zaczyna im troche odbijac. wiec jednego delikwenta przesadzam, drugiego biore sobie na kolana (co za obciach:D – od razu sie uspokoil) i z ulga oddycham, gdy docieramy do szkoly. na nauczycielke sie nie nadaje.

potem dowiaduje o jeszcze jednym idiotyzmie. kolega Bizona, Menno, nie moze jechac na wycieczke szkolna, bo nie mierzy 120 cm. a jada doo wesolego miasteczka i tam trzeba miec min. 120 cm wzrostu! tak sie zastanawiam, czy Bizon te 120 cm ma… no moze ma… bo jemu pani pozwolila jechac. matka Menno sie wkurzyla, pogadala z nauczycielka i juz Menno moze jechac:D ech…

dziwny dzis dzien. 

czapkowe szalenstwo w maju

zaczelo sie od tego, ze ponarzekalam, ze czapek nienawidze, a nosic musze, bo moja zatoki zimna nie lubia.

odzew od Fille, z dziennikow Zuzi: ”jak sie znow spotkamy, musze cie zabrac do mojej znajomej, ktora robi niesamowite czapki”.

swietnie. pomyslalam, ze pojdziemy do sklepiku, poszperam i moze cos znajde, ale pewnie raczej nie, bo ja straszna maruda jestem. i… minimalistka:DDD no minimalistka, bo zauwazylam, ze im mniej mam ubran, tym szybciej sie ubieram, tym mniej dylematow, co do czego pasuje. 

tak postanowilam podejsc do sprawy czapek: jedna, ale dobra! i koniecznie z szalikiem do kompletu!

umowilysmy sie z Fille na sobote, ze przyjedzie do mojego rodzinnego domu, a pozniej, razem z moja mama (tez wiecznie walczca z zatokami) mialysmy wyruszyc do pani Gosi. do domu. z obiadem.

zestrachalam sie troche (no, teraz dowiesz sie prawdy, Fille:D), bo taka wizyta w domu, bo obiad, przyjecie mobilizuje do zakupu czapki!!! a co jak mi sie nic nie spodoba??? a co jesli nie spodoba mi sie ta pani Gosia? jak nie bedzie w moim stylu? i jeszcze mama zestresowana, zeby przypadkiem panowie z glodu nie pomarli, jak my troche dluzej gdzies zabalujemy;)

no nic. delikatnie zasugerowalam Fille, ze moze jednak bez obiadu, bo u obcych to tak troche niekomfortowo…

u obcych? jakich obcych… jak tylko zobaczylam pania Gosie i jej meza stojacych na schodkach i domu, jak zobaczylam ich cieple usmiechy, od razu ich polubilam. rzadko jest tak, ze od razu, w 100% czuje sie w nowym towarzystwie swobodnie, swojsko. im jestem starsza, tym trudniej wchodze w zazyle znajomosci – kiedys lazlam jak cyganskie dziecko do kazdego i przed kazdym sie otwieralam. ale nacielam sie kilka razy i teraz mam na odwrot – najpierw musze wybadac teren, zeby sie otworzyc. a ze do gadek o niczym ani talentu, ani checi nie mam, to ostatnio bardzo ograniczylam grono znajomych i nie szukam swiadomie nowych znajomosci. 

a tu niespodzianka. pani Gosia przypominala mi moja przyszywana ciocie Lenke (przyjaciolke mamy), tyle, ze sporo od niej mlodsza. maz pani Gosi nikogo mi nie przypominal, no moze troche kota… niby z boczku, niby dyskretnie, ale byl. sympatyczny, cieply, niewydumany, nie stylizowany na macho, nie proboujacy udowodnic swojej meskosci – podsumowujac: nie prezyl sie;) 

spotkalismy sie w ich domu, ktory przerobili ze szkoly! a jak ze szkoly to wiadomo: duze pomieszczenia, wysokie, ogromne okna – niesamowita przestrzen. to co kocham. jednak dom ten prosi sie o generalny remont. i to mnie na poczatku uderzylo. tak, najpierw byl lekki szok. bo myslalam, ze trafie na salony:DDD no tak! bo jak sie slyszy, ze pani Gosia swoje cudowne czapki sprzedaje m.in. w Paryzu, ze te czapki sa do nabycia np. w Max Marze za jakies kosmiczne ceny, to ma sie jakies glupawe wyobrazenie, ze to salony beda. tyle, ze razem z tymi salonami, widzialam srednio sympatyczna, wydumana artystke, z wizjami, ktorych moj dosc niewizjonerski umysl nie bedzie w stanie tak latwo przelknac:D

jak to czesto bywa, moje wyobrazenia nijak sie mialy do rzeczywistosci: na szczescie:)

po 5 minutach nie widzialam juz, ze przydalby sie remont, tylko czulam sie swojsko, jak u ”swoich”, tak bylo przytulnie. sama siebie zaskoczylam, bo ja lubie biale, sterylne sciany, jasne podlogi, generalnie inne klimaty mnie zachwycaja. byl tez wspanialy, dlugi, drewniany stol. tak stol, to podstawa biesiad. a u pani Gosi taki biesiadnie sie poczulam. przyszedl czas i na biesiade…

ale najpierw torby z czapkami:) pelno czapek. i kominy. i szale. i przepaski. ale na takie zwykle przepaski, tylko w ksztalcie migdalow. rozne kolory, rozne materialy, rozne wloczki, style, ksztalty.

z jednej strony torby kusily, z drugiej strony przesympatyczni gospodarze, rozmowni, ale i sluchajacy. jakiego tematu by sie nie poruszylo, oni od razu wskakiwali na te same tory. 

i jeszcze kot i trzy psy biegajace miedzy ogrodem a domem. 

po 10 minutach nurkowania w torbach znalazlam cudo nr 1, ktore pasowalo do mnie wizualnie: bordo. ksztalt trudny do opisania, ale taki, ze powiekszal moja dosc mala glowe, ze nie wygladalam ja jakis ulizolek. cudo nr 2 pasowalo do mnie i wizualnie i temperamentie, bo bylo wciekle czerwone. z kwiatkiem z boku. francja-elegancja. wszyscy zgodnie orzekli, ze odwaznie, ale ladnie. taki melonik w klimatach lata 30-40-ste.  cudo nr 3 jest sportowe: szaro-pomaranczowa czapka w skosne paski, wiszaca z tylu. ani szarosci, ani pomaranczu za bardzo nie lubie, ale ta czapka jest wyjatkowa:) ”cool” – powiedzialy chlopaki:)

tych cudeniek bylo duzo, duzo wiecej, ale, jak zaznaczylam na poczatku, jestem minimalistka – wiec trzy czapki i dwie opaski (zamowione) i szalik (zamowiony do czerownej czapki) to i tak duzo jak na jeden raz.

mama tez sobie 2 czapki zamowila.

oprocz czapek, byl wspanialy poczestunek: tarta ze szpinakiem i tarta z jablkami pani Gosi oraz tarta z cukinia i ciasto marchewkowe przywiezione przez Fille. i kawa z zapazarki, i wino, i salatka… no i ten klimat. gdybym byla sama, to pewnie nietaktownie bym sie zasiedziala do wieczora albo i poznej nocy;)

ale mama czuwala:) powolutku zaczyna wszczynac lament, ze tato i luby, i dzieci glodni… oj biedni oni, biedni. niby dzien wczesniej ugotowalam potrawke z wiejskiego kurczaka i tylko ryz trzeba bylo do nie dogotowac i sloik z brzoskiwniami otworzyc, ale tato, ”zinwalidzialy przez mame”, z glodu umrze i juz! niepokoj mamy udzielil mi sie, gdy zorientowalam sie, ze juz 16.30… a z domu wyjechalysmy kolo poludnia…

ta wizyta, oprocz bogactwa czapkowego, zaowocowala w cos jeszcze: szereg mysli, ktore jeszcze gonia sie w mojej glowie – mysli o ”miec czy byc”. mysli o goscinnosci, o szczerosci (ale nie ekshibicjonizmie), umiejetnosci sluchania, o normalnosci. o talentach i ich realizacji w zycu codziennym, o ludzkich losach i emigracji. 

z pania Gosia i jej mezem spotkalam sie jeszcze raz, we Wroclawiu, w ich drugim ”lokum”. tam wpadlam w szalenstwo szalowe. sobie w try miga wyszukalam cieply szal, z roznymi odcieniami wscieklej czerwieni, mamie i tesciowej po jedwabnym szalu, na dzien matki. i znow, ledwo z lubym weszlismy, kawa, ciasto wjechaly na stol… i znow rozmowa zaczela sie rozwijac… a przeciez my tylko na chwile wpadlismy, tylko po szal dla mamy… 

co mnie ujelo, to zrozumienie klientki: pani Gosia wie, ze nawet jak ktos teoretycznie wyglada w czyms super, to wcale nie musi sie w tym super czuc. niby logiczne, ale dlaczego tak wiele ludzi tego nie rozumie??? na dodatek od razu zauwazyla, w jakich kolorach mi do twarzy, wyczaila moj styl i temperament, wiec nie bylo tego, czego sie balam: a niech pani przymierzy to. a ja przymierzam, z uprzejmosci, z przymusu, choc z gory wiem, ze tego w zyciu nie kupie. a jak kupie, z grzecznosci, to nigdy tego nie zaloze… bo i tak bywalo. a tu nie. zadnego przymusu mierzenia, kupowania. rozmowa, poczestunek, a przy okazji moze bedzie czapka, a jak nie, to nie ma problemu. albo zrobimy na zamowienie.  i nawet jak czapka robiona na zamowienie nie bedzie sie jednak podobac, to nie ma problemu, ktos inny ja kupi:) takie niematrialistyczne podejscie ma pani Gosia. 

strasznie dlugi ten wpis. a ja moglabym temat jeszcze ciagnac… jednak przynudzac Wam juz nie bede, za to linka do strony z kreacjami pani Gosi podam:

http://www.zozohara.com/index2.html

strona sie dopiero rozbudowuje – bedzie wiecej:-)

 

Fille, jeszcze raz, wielkie dzieki:*



artysci

Bizon przychodzi z majtkami w rekach i skwaszona mina:

– mamo, tych majtek nie chce absolutnie nosic… – mowi zrezygnowanym tonem. ”absolutnie”… no jak tak ”absolutnie”, to idz synku, wybierz sobie inne;)

Szkrab za to wpada ni z tego ni z owego wesolutki w podkoszulku, z okularami przeciwslonecznymi na gumce, w czerwonej czapie podszytej jakims bialym pseudofutrem i fantazyjnie zarzuconym na ramiona zoltym szalem – niczym szalony lotnik i zaczyna frywolny taniec. a my siedzimy przy stole i smiejemy sie z naszego malego oblakanca, czy moze dyktatora mody?

wakacje

jestesmy prawie spakowani.

dzieci pestka, luby pryszcz, a ja… makabra. nie wiem jakim cudem, ale w letnich ubraniach widze oponke, ktorej nie mialam:/ wagowo spoko, ani grama wiecej, biegi uprawiam, umiarkowanie w jedzeniu i piciu zachowuje, a opona, czy raczej boczki niby dosc jedrne, ale sa. no makabra!

czyzyby kolejne oznaki starzenia? metabolizm zwalania??? ech…

no nic, jakos sie spakowalam.

jutro jedziemy.

wolnosc wyboru

poszlam z chlopakami kupowac buty, bo w koncu wiosna, a oni w zimowych trzewikach… Bizon chce cos ”cool”. ”ja tez, mamo, ja tez” – wtoruje mu Szkrab.

stanelam przed polka i pokazuje chlopakom: ty szukasz tu, ty tu. i zaczelo sie szalenstwo: fluorescencyjne, swiecace, migajace, ze szkoda, ze jeszcze butow z syrena nie ma:/

od razu wykluczylam wszelkie plastiki – skora i tylko skora. tym bardziej, ze Bizonowi poca sie nogi, nawet w porzadnych skorzanych trzewikach, wiec co dopiero w jakis sztucznych ”cool-owych” butach.

pozniej dobralam sie do tych fluorescencyjnych: no okropne, tak okropne, ze mi sie na placz zbieralo, jak na nie patrzylam i wyobrazalam sobie, ze moje dzieci maja w czyms takim chodzic. odrzucilam, gdy spojrzalam na cene – cena po zboju, a buty brzydkie. nie, brzydoty za taka cene nie kupie.

w koncu zostaly dwie pary dla Bizona i dwie dla Szkraba. ze Szkrabem sprawa prosta: w jedne pobicie nie wchodzi, w drugie wchodzi – kupujemy te drugie: bialo, niebiesko, czerwone. kolory ok, a podeszwa cool!!! bo ma wbudowane niebiskie i czerowone ”diamenty” (buty dla chlopcow!!!), ktore swieca, jak sie tupnie. jak dla mnie: idiotyzm. dla Szkraba: cudenko. a niech ma. byle chodzil. buty dobrej jakosci, wyprofilowane, ze skory, ze sprawdzonej firmy  – kupione.

a Bizon… jest problem: jedne za male, drugie za duze, mimo ze rozmiar teoretycznie ten sam. jak bierzemy rozmiar wiekszy/mniejszy, tez nie leza dobrze. po pol godzinie mam dosc i mowie, ze teraz ja wybiore, ktore mi sie podobaja, a Bizon ma sobie z nich cos wybrac. znow, dwie pary. jedne cisna ”tu”, drugie ”tam”, a ja mysle, ze Bizona cisnie fakt, ze nie swieca, ze nie maja trupich czaszek czy jezykow ognia…

trudno, idziemy do innego sklepu. po drodze spotykamy mame z Jesse (klasa Bizona) i Milanem (klasa Szkraba) – tez kupuja buty. tzn. oni juz kupili. Jesse pokazuje supercoolowe buty, na widok ktorych mi slabo, za to Bizon sie ozywia. mama Jessego mowi, ze tez jej slabo, ale co zrobic, syn ma inny gust…

a ja sie zastanawiam, czy rzeczywiscie mam sie godzic na bycie niewolnica gustu 6-letniego, no prawie 7-letniego syna??? wydaje mi sie, ze owszem, dzieci moga miec ulubione kolory czy styl, ale jesli mi sie cos kategorycznie nie podoba, to czy mam sie silic na tolerancje, czy jednak zdyscyplinowac/ograniczyc dziecko czy moze raczej ksztaltowac jego gust?

zanim weszlismy do nastepnego sklepu zrobilam Bizonowi pogadanke na temat butow, jakie moze miec, a jakich nie moze miec: tylko i wylacznie skorzane. nie wysokie, nie sandaly, ale o takim ksztalcie jak buty Szkraba, bez trupich czaszek, szkieletow i innych opiorow, bo tego nie trawie. i mimo ze to nie ja w tych butach bede chodzic, to jednak chodze wszedzie z moim dzieckiem i chcac niechcac na te buty bede patrzec. i je czyscic;) tylko tyle. i az tyle.

w koncu znalezlismy buty, ktore sa cool i ktore dla mnie ”moga byc”. swiecace, a jakze… ale oddychajace, wiec o potliwe nogi Bizona moge byc spokojna.

do domu wrocilam z bolem glowy. dwie godziny przymierzania butow mnie umordowalo. dobrze, ze juz kupione i ze dzieci szczesliwe.

nastepnym razem biore wkladke z butow dzieci, na zakupy jade sama, kupuje po 3-4 pary butow, przyjezdzam do domu, mierzymy, wybieramy najwygodniejsze, jedne zostaja, reszta wraca do sklepu.

 

dlaczego slonce jest niebezpieczne?

bo oglupia;)

poszlam po chlopakow do szkoly. wyskakuja, Bizon jak zwykle bez plecaka, Szkrab, jak zwykle, z plecakiem. ja, jak zwykle, pytam Bizona: gdzie twoj plecak? nie ma, zginal! – odpowiada beztrosko Bizon i juz gna gdzies za kolega. huknelam srogo, ze ma w tej chwili isc szukac plecaka. srogo, bo zezloscila mnie ta beztroska Bizona – plecak sie zgubil, trudno, czym sie martwic?

Bizon odpowiedzial, ze plecaka juz szukal, ze nawet jedzenia nie mial, bo juz rano, o 10.00, kiedy jedli drugie sniadanie, plecak zniknal. pomyslalam, ze pewnie luby zapomnial Bizonowi plecak dac i wzial ze soba do pracy.  ale Bizon upieral sie, ze plecak mial, ze polozyl, jak zwykle na polce wieszakami na kurtki. wyslalam go jednak, zeby poszedl poszukac jeszcze raz, a ja poszlam do klasy Szkraba, bo pomyslalam, ze moze luby tam przez pomylke zaniosl… biedny luby, pod wzgledem spraw plecako-podobnych, moje zaufanie spadlo po kilku dziwnych przygodach.

czas leci, plecaka nigdzie nie ma, Bizon chce jeszcze deskorolce poszalec, Szkrab na hulajnodze – a szalejcie, ja sie w slonku wygrzeje, bo w koncu wyszlo zza chmur, a wy im wiecej sie wyszalejecie, tym lepiej bedziecie spac – mysle sobie:)

ale w koncu wszystkie dzieci sie rozeszly, mi sie znudzilo samotne siedzienie, ksiazki zadnej nie wzielam, wiec zaproponowalam, zebysmy pojechali na pobliski plac zabaw. jedziemy: ja na rowerze, Bizon na deskorolce, a Szkrab na hulajnodze.

w pewnym momencie wjechalismy do cienia i cos mne tknelo… gulasz!!!! nie wylaczylam gazu pod gulaszem!!! dalam glos, ze szybko wracamy do domu. ale na deskorolce i hulajnodze szybko jest dwa razy wolniejsze, niz na moim rowerze. wiec zaczelam ladowanie: Bizon z tylu, deskorolka na kolana Bizona, Szkrab z przodu, hulajnoga przelozona przez kierownice i gaz do dechy, tj. pedala:)

nie wiem, jak ja z tym calym majdanem zajechalam, ale jak zajechalam, to gulasz jeszcze sie nie przypalil. obiad uratowany, dom uratowany.

gulasz wylaczylam i znow z calym majdanem pojechalam na inny, niz planowalam, plac zabaw. nawet w biegu ksiazke zlapalam.

niby cieplo bylo, ale w tym holednerskim wiaterku, ktory prawie nigdy nie przestaje wiac, rzadko mam uczucie goraca… dzieci towarzystwo podlapaly, dzieki czemu ja sie moglam zaczytac. po 2 godzinach przypomnialam sobie, ze czas wiezc dziatwe na taekwondo. pojechalismy, w biegu jeszcze stroje zlapalismy. po powrocie taekwondo w 15 min. zrobilam kuskusa i mizerie do gulaszu, talerze wjechaly na stol, luby akurat wmaszerowal do domu, a ja wyfrunelam na BBB (buik, benen, billen – brzuch, nogi, posladki). patrze na fitnessie w lustro a ja cala czerwona!!! slonce mnie przysmazylo!!!

od razu pomyslalam o moich malych bialaskach-blondaskach… bo nic nie zauwazylam. a jednak… gdy wrocilam, luby, ktory granty od ”melanoma” (na badania raka skory) dostaje, z wielkim wyrzutem oswiadczyl, ze dzieci spalilam!

no tak, gulasz uratowalam, to dzieci spalilam…

ech, to slonce… zglupialam do reszty;)

i niech tak zostanie

slonko swieci, cieplo, dzis juz tylko w swetrze mozna bylo jezdzic. na lunch wzielam chlopcow na plac zabaw, zrobilam nalesnikowy piknik, dla Szkraba wzielam hulajnoge, Bizon byl w szkole na rowerku, wiec po kazdym nalesniku po kilka rundek robili – oby nie przytyc;)

ja, oby nie przytyc, tez kilka rundek zrobilam, pogoda zachecila mnie do biegania, ale dzis tylko jakies pol godzinki pobieglam. za to tempo podkrecilam. przybieglam do domu zlana potem.

podjelam sie organizowania marszu szkolnego, ktory odbywa sie co roku, 4 wieczory pod rzad. w zeszlym roku powedrowalam z Bioznem tylko w ostatni dzien, zeby zorientowac sie o co w tym marszu chodzi. i zlapalismy z Bizonem bakcyla – i on, i ja strasznie zlaowalismy, ze tylko na ostatni dzien nas zapisalam. w tym roku chcemy przemaszerowac ambitnie 4 wieczory. a maszeruje sie grupami, z roznych szkol.

mam juz listy do ewentualnych sponsorow, ktorzy chcieliby poratowac maszerujace dzieci jakimis kaloriami i napojami, jutro je wysle. wydrukowalam tez ulotki informacyjne dla rodzicow, zeby na czas zapisali dzieci. dam je jutro nauczycielkom, zeby rozdaly dzieciom.

a w maju czeka mnie zbieranie pieniedzy (bardzo symboliczne sumy pokrywajace cene medalu, jakie dzieci dostaja za dzielne piechurowanie), organizowanie stanowiska przy ktorym beda wydawane napoje i przekaski. w czasie marszu pewnie bede musiala raz stanac przy tym stanowisku, a wtedy luby pomaszeruje z Bizonem. co zrobie ze Szkrabem… jeszcze nie wiem – dzieci z pierwszej klasy nie biora udzialu, bo jest to zbyt dluga trasa – codziennie po kilka km.

powoli zaczynam gromadzic rzeczy do Polski – stroopwafels dla taty, sery dla mamy, maslo orzechowe dla brata (ponoc to polskie mu mniej smakuje…), jakies smakolyki dla sasiadki z dolu…

musze tez kupic sobie jakies ”polbuty” do biegania nacodzien. baleriny nie dla mnie, zle sie w nich czuje, zle mi sie w nich chodzi, musze miec cos na grubszej podeszwie, ale o ”cieplocie” balerin, do spodni i spodnicy, na rower, do ogrodu, na spacery.  jutro wybiore sie do ulubionego outletu, moze cos znajde…

no i chlopakow musze ”ubrac”, bo nic z zeszlego roku, z wiosennej garderoby nie pasuje. tak urosli:) z jednej strony sie ciesze, ze drugiej strony nie wiem, kasa leci. i jak to mowil moj tato: sama nie wiem co lepiej: zywic ich czy ubierac;) bo apetyty tez maja.

ksiazki w ”ksiegarni za rogiem” juz zamowilam:) doczekac sie ich nie moge:)

z innej beczki – prezentowo-komunijnej

zbliza sie pierwsza komunia sw. mojego chrzesniaka. chcialabym mu podarowac aparat fotograficzny. ale jaki???

kto mi podpowie, jaki aparat kupic 8-9latkowi, zeby byl dobrej jakosci, zeby bez wiecznosc trwajcacych manipulacji i zmian tysiaca opcji, robil ladne zdjecia, a jednoczesnie zeby nie byl zbyt skomplikowany?

co do ceny, nie mam pojecia – najpierw chcialabym wiedziec, jakie sa mozliwosci, wtedy bede sie zastanawiac nad cena;)

bezsilnosc najgorsza

jednak to byl zab. pojechalam z Bizonem zeba wyrwac. a zab okazal sie skurczybykiem. z mocnymi, szeroko rozlozonymi korzeniami (bo pod spodem juz staly zab czeka w kolejce, wiec natura tak to madrze wymyslila, ze korzenie mleczaka leza na ksztalt dloni trzymajacej pilke: szeroko). dentysta dal Bizonowi konska dawke znieczulenia, trzy razy robil podchody, bo jak tylko zaczal zebem kolysac, to Bizon spinal sie z bolu. a mi nogi miekly.

w koncu dentysta podjal decyzje, ze nie ma na co juz czekac, boli-nie boli, rwac trzeba. no i zaczal rwac. z 5 minut zebem kolysal, az w koncu zab wyszedl.

zab w torebce pojechal z nami do domu. juz w drodze powrotnej Bizon zaczal pojekiwac, ze go boli. a w domu znow wyl z bolu. policzek spuchniety jak bania, oczy od placzu zapuchniete, a ja nosze na rekach i nie wiem, co robic. dalam Nurofen, Bizon wyje. w koncu pomyslalam, ze moze lody by mu pomogly, tak jak Szkrabowi na gardlo. skonsultowalam z dentysta, czy wolno. wolno. ale dentysta zdziwiony, ze Bizona tak rwalo (slyszal przez telefon jego zawodzenie), bo znieczulenie jeszcze powinno bylo dzialac…

na nerwobol to chyba nie ma dobrego znieczulenia:/ sen jest najlpeszym lekarstwem, wiec w koncu Bizon padl w moich ramionach. a jak sie obudzil, bylo juz troche lepiej.

straszne to uczucie, gdy jest sie bezsilnym wobec cierpienia dziecka:(

odwolalam skrzypce, taekwondo tez sobie darujemy, wlaczylam mu bajke i niech sie dziecko goi.

dobrze, ze luby blisko ma prace, to odebral Szkraba ze szkoly.

i tak sobie mysle, jakby to bylo, gdybym pracowala: w pn i wtorek siedzialam w domu ze Szkrabem, wczoraj i dzis z Biozonem – luby ma studentow, wiec w pracy MUSI byc, bo kursy eksperymentalne, zaplanowane juz pol roku temu, tylko w srode bylabym w pracy… za tydzien dzieci maja 2 tygodnie wolnego – znow, ktos sie nimi musi zajac – podrzucac babciom, dziadkom, oddawac do swietlicy (co to za wakacje…), czy brac wolne???

co raz bardziej ciagnie mnie do pracy, juz nie tylko z powodow finansowych, ale rzeczywiscie, dzieci juz prawie samodzielne, coraz bardziej samowystarczalne, a ja po raz kolejny widze, ze ”tylko” prowadzenie domu mi nie wystarcza (nie, nie nudze sie, potrafie sobie ciekawie i ambitnie zorganizowac czas – ale brakuje mi kontaktu z moim wyuczonym ”zawodem”…). jednak, gdy dzieci byly mniejsze, mialam taki kolowrotek, ze tego nie mialam czasu nawet zauwazyc;) z reszta, aktywne spedzanie czasu z dziecmi lubie nadal. taki powrot do dziecinstwa:) ale teraz, kiedy obydwoje chodza do szkoly, praca na 3 dni w tygodniu bardzo by mnie ucieszyla. tylko kto zatrudni mnie na 3 dni?

______________

a teraz zajadam stres. wszystkie te bole, placze, bezsilnosc, ktora zaczela sie tydzien temu od anginy Szkraba, niepewnosc i po trosze… samotnosc w tych sytuacjach, bo tym razem nie moglam za bardzo na lubego liczyc, nagromadzily sie we mnie. wiec jem. paznokcie. i nie tylko.

czy komus smakuje nutella po czipsach? mi tak:DDD i pocieszam sie, ze wlasnie @ zawitala, wiec jutro bede silniejsza i juz nie ”zgrzesze” niezdrowymi kaloriami;)

niewiadome…

noc minela jak Cutie przepowiedziala:) jak juz Bizon padl, spal do 8.00. rano dentysta orzekl: albo zatoki albo martwy zab (jak martwy, to czemu boli??? musze poczytac;)). zab-mleczak, wiec zadnej kanalowki sie nie robi, tylko rwie. ale dentysta nie byl pewien, ze zdjecia nic nie wynikalo, tylko brak czucia w tym zebia wskazuje, ze jest martwy. decydujemy poczekac z rwaniem, tym bardziej, ze dzis zab nie boli.
wracamy do domu, daje Bizonowi cieple kakao, zab zaczyna bolec. herbata w temp. pokojowej ”nie boli”. cos mi sie wydaje, ze bedziemy rwac…

jesli zatoki, to jeszcze gorzej, bo to juz bagaz na cale zycie:/

u okulisty tez wielka niewiadoma, dlaczego Bizon znow trze oczy (ostatnio tarl 2 lata temu i w ten sposob zorientowalismy sie, ze z oczami cos nie tak – teraz to samo, wiec zmartwilam sie, ze mu sie wzrok pogarsza). wada taka sama, wiec moze alergia? powiki lekko pod spodem zaczerwienione, drzewa kwitna… dostalismy krople i bedziemy sprawdzac, czy to alergia. 

dostalam nowa recepte na okulary, pojechalismy wybierac nowe oprawki. niestety, maly jest wybor dla tak malych glowek. tzn. jest sporo kolorow do wyboru, ale ksztalty i material jakies takie badziewne, albo plastik, albo jakies grube, toporne blachy – nieladne. w koncu, po odwiedzeniu kilku optykow wybralam dwie mozliwe, ale… Bizon nic nie widzi, bo ma zrenice rozszerzone, wiec poddaje sie, nic nie zamawiam, pojedziemy wieczorem, juz z lubym ostatecznie wybrac.

wrocilismy do domu, a Bizon podsumowal: jestem padniety po tym jezdzeniu! no tak, on sobie siedzial, ja pedalowalam, pod wiatr (chyba sztorm mamy – w pewnym momencie musialam zejsc z roweru, bo by mnie przewrocilo:/) a on jest padniety:D