czasami chcialabym miec sekretnego kamerzyste, zeby nagral niektore fragmenty z mojego zycia. a raczej z moich przezyc – wyszedlby chyba monthy python. bo tak irracjonalne sytuacje, jakie mnie np. dzis spotkaly, to tylko nagrywac… tylko nie wiem, czy sie smiac, czy plakac.
na formularzu do zapisania dziecka na marsz szkolny, ktory czesciowo organizuje, byla m. in. taka informacja:
1 dziecko, 4 wieczory i medal – 4 euro
1 dziecko 1/2/3 wieczory i medal – 3 euro
1 opiekun – 1 euro
taki formularz dostalam z odgornej organizacji i dla mnie wydawal sie on zrozumialy.
wczoraj zebralam od nauczycieli kartki i pieniadze (mnie nie wszyscy rodzice znaja…), czytam, licze i widze, ze to co mi sie wdaje jasne, nie jest wcale takie jasne… bo jedni rodzice zrozumieli, ze 1 opiekun ma placic 1 euro za wszystkie 4 wieczory (i jak tez tak zrozumialam), a inni, ze 1 euro/1 wieczor, czyli wsadzili do kopert po 4 euro. tu nie problem, mozna oddac. ale problem taki, ze niektorzy w ogole pomieli opiekuna. a bez opiekuna nie moge zapisac dziecka.
jedna mame znam z widzenia- od Szkraba z klasy. spotkalam ja rano i tlumacze, ze powinna mi jeszcze zaplacic 1 euro za siebie. a ta na mnie zla!!! bo skad ja to wzielam, ”tam” nie bylo napisane. bylo. wyciagam info, pokazuje palcem, matka zmienia wersje: ale za co ona placic??? przeciez to marsz dla dzieci, a ona bedzie tylko opiekunka! za koszta organizacyje, za plakietke z nazwa szkoly. ale ona uparcie na mnie psioczy, ze to nie dla niej ten marsz, tylko dla dziecka.. mowie jej, ze to nie ja ustalam reguly, ze ja dostalam wytyczne i zeby ja zapisac jako opiekunke jej dziecka musze dostac 1 euro. i ze jej dziecka bez opiekuna nie moge zapisac. kobieta sie naburmuszyla i mowi, ze ona jutro z dyrektorem pogada i jesli juz, to jemu zaplaci. ja jej na to, ze dyrektor nie ma z tym marszem nic wspolnego i ze on wie, ze ja zbieram pieniadze. i mowie, ze oficjalnie termin zapisow minal wczoraj. kobieta patrzy na mnie jak na naciagaczke!!! tak, naciagam ja na euraka!!! mam przy sobie caly sejfik z kasa i papierami i jeszcze mi malo – o ja bezczelna!!! pozegnalam ja i tak sobie mysle: mscic sie, czy nie mscic… bo jutro, jesli raczy zechciec zaplacic, moge sie latwo zemsic: oddac jej te 4 euro, ktora zaplacila za dziecko, mowiac, ze nie zaplacila za siebie, a termin wplat byl we wtorek. tyle, ze ja az taka msciwa z natury nie jestem;) i dziecka mi szkoda. bo nie jego wina, ze ma glupia matke.
kolejny papierek: 1 dziecko, 2 wieczory, bez medalu – 1 euro… hmmm… nie ma takiej opcji… przynajmniej w wytycznych, jakie dostalam ”od gory”.
na dodatek spokoju mi nie daja te oplaty dla opiekuna: 1 euro za calosc czy za 1 wieczor?
dzwonie do kolezanki zbierajacej kase w innej szkole: ona zbiera 1 euro za 1 wieczor, czyli za 4 wieczory, 4 euro.
mi sie to jednak wydaje… za drogo (bo znam Holendrow;)). dzwonie do szefa szefow:) ten mowi, ze 1 euro za opiekuna, niezaleznie od ilosci wieczorow. czyli wyszlo na moje.
rozmawiam z kobiera z rady rodzicow i mowie, ze jednak jest tak jak myslalam. a ta przekonuje mnie, ze… jak rodzic chce dla siebie medal, to placi 4 euro za 4 wieczory. ja z glupia frant wale ”ale jaki rodzic chce medal dla siebie???” – ”no JA i moja SIOSTRA!!!’ – odpowiada z oburzeniem. szczeka mi opadla, bo dla mnie to infantylizm jakis… po co mi kawalek blaszkowatego medalu na stare lata??? no ale dobra, jak chce, niech ma. tylko… czy te medale sa przewidziane dla doroslych???
znow dzownie do szefa szefow…
szef szefow sie smieje ”no niektorzy rodzice rzeczywiscie chca medal i mozna dla nich dokupic”. a co z tymi dziecmi, co maja isc bez medalu? szef szefow nie jest pewny i mowi, ze oddzwoni. po skonsultowaniu sie z zastepca szefa dzowni, ze takie dzieci zapisujemy za euraka.
ok. chyba wszystko juz wiem. przynajmniej co do kasy.
dopada mnie inna matka z rady rodzicow. czy juz zapisalam nasza szkole. nie, pojde w piatek z inna, doswiadczona matka z sasiedniej szkoly. a ona na mnie zla! bo jak zapisze nasza szkole dopiero w piatek, to nasza szkola wymaszeruje jako ostatnia!!! a skad ja mam to wiedziec??? ja to organizuje po raz pierwszy w zyciu i nie wszystko musze wiedziec. kobiecie odparlam z usmieszkiem, ze zawsze ktos musi byc ostatni;) a ta marudzi, zebym dzis poszla… no jak dziecko stoi i marudzi…. wiec ja jak do dziecka – krotko i na temat: nie, dzis nie pojde. pojde w piatek, bo tak sie juz umowilam i tak MI pasuje. matka malo nie padla.
a ja doszlam do wniosku, ze jak mi jeszcze jakas matka z rady rodzicow przyjdzie marudzic, to wypale prosto z mostu, ze w innych szkolach rada rodzicow organziuje ten marsz (bo tak jest!), wiec niech sie ciesza, ze ja sie zgodzilam, bo za rok na nich to zrzuce i ja sobie pomarudze.
no i wyjscie do muzeum. nauczycielka Bizona poprosila mnie o towarzyszenie ich klasie do muzeum. nie bardzo mi sie chcialo, ale Bizon blagalnie patrzyl…. zgodzilam sie. idziemy na przystanek autobusowy. przystanek jet, ale dojscie zamkniete. nauczycielka kluczy, szuka, jakby tu, nie, za chiny nie przejdzie, chyba, ze przez kanal;) proponuje inny przystanek, nauczycielka sie cieszy, ze wpadlam na ten genialny pomysl, a ja sie dziwie, ze nauczycielka (ktora bardzo lubie…) nie zauwazyla, ze od pol roku ulica wokol szkoly Bizona jest rozkopana i jezdza nia tylko koparki…
dojezdzamy do muzeum. tam czekaja dodatkowo dwie mamy. jestesmy 4:-) nasza radosc nie trwa dlugo, bo po wejsciu do muzeum dowiadujemy sie, ze tylko dwoch opiekunow moze wejsc z 1 klasa do srodka… ehm… porozumiewam sie wzrokiem z mama Ady – tak, ona mysli to co ja, skoczymy na kawe i poaguchy, a pozniej wrocimy po dzieci. ale mi zaczyna switac, ze Bizonowi bedzie przykro, jak z nim nie bede. Adzie chyba tez, bo cos niespokjnie lapie mame za reke. wpadam na pomysl, ze mozeby sobie po porstu kupic bilet i wejsc niby z biletem, ale byc przy klasie. naczycielka czuje sie glupio, ze musimy dokladac z wlasnej kieszeni. rozmawia z pania przewodniczka, ta godzi sie, ze mozemy wejsc wszystkie 4, ale na 45-minutowe warsztaty zmieszcza sie tylko dwie opiekunki. czemu nie wiem, bo sala do warsztatow wydaje mi sie wystarczajaco duza, a my az takie wielkie nie jestesmy… no nic, idziemy na kawe, ale najpierw.. musimy oddac torby! hm????? dlaczego??? nauczycielka zaczyna byc co raz bardziej podiirytowana, uprzedza mnie szeptem, ze zaraz eksploduje, ja za to zaczynam sie z tego smiac… komedia. oddaje pokornie torbe, pytam przekornie, czy portfel moge przy sobie miec, mama Ady parska smiechem i zegnamy dzieci, idziemy na kawe i ciacho do muzealnej kawiarni. tak… nie chcialo nam sie nawet okiem na sztuke rzucic:/ pewnie dlatego, ze wstep gratis;)
po 45 miuntach mozemy dolaczyc do grupy. dzieci zachowuja sie supergrzecznie. choc w drodze powrotnej, w autobusie zaczyna im troche odbijac. wiec jednego delikwenta przesadzam, drugiego biore sobie na kolana (co za obciach:D – od razu sie uspokoil) i z ulga oddycham, gdy docieramy do szkoly. na nauczycielke sie nie nadaje.
potem dowiaduje o jeszcze jednym idiotyzmie. kolega Bizona, Menno, nie moze jechac na wycieczke szkolna, bo nie mierzy 120 cm. a jada doo wesolego miasteczka i tam trzeba miec min. 120 cm wzrostu! tak sie zastanawiam, czy Bizon te 120 cm ma… no moze ma… bo jemu pani pozwolila jechac. matka Menno sie wkurzyla, pogadala z nauczycielka i juz Menno moze jechac:D ech…
dziwny dzis dzien.