chodze i pytam siebie, czy to ja mam jakies wysokie wymagania i brak zrozumienia dla ”malych” dzieci, czy moje dzieci sa tak trudne, rozhukane i potworne. jakis czas temu uzmyslowilam sobie, ze gdy dzieci byly rzeczywiscie male, bylam niej zmeczona psychicznie niz teraz, majac w domu 5 latka i prawie 7 latka.
kiedy mam dzieci w domu chodze spieta, zestresowana, jakbym podswiadomie czekala ”wybuchnie bomba, czy nie”. doszlo do tego, ze kiedy ide do toalety, oznajmiam to moim dzieciom, blagajac je, zeby przez chwile zaprzestaly walk, klotni, podjodzania i darcia paszcz. ja sobie moge blagac, a dzieci maja gleboko gdzies. i nie raz jest tak, ze siedze sobie na wc, a drzwi co chwile sie otwieraja i slysze ”mamoooo, a on powiedzial, ze jestem glupi!!!!”’, ”mamoooo, a on mnie kopnal!!!!!”, ”mamoooo………….”.
jako ze nie sa to juz niemowleta, probuje to olewac, ignorowac (choc zoladek mi sie z wscieklosci sciska) albo brac ich na logike badz humor: ”i co, mam teraz wstac z ufajanym tylkiem i rozstrzygac wasze klotnie?” – dzieci sie posmieja, a za chwile to samo.
gotowanie obiadu to bieganie miedzy kuchnia a pokojami, bo ciagle slysze albo cos co jest zabronione (np. skakanie na kanapach, lozku, czy z parapetu), albo znow sie tluka, kloca, bija i wyja.
stoje w tej kuchni/probuje wykonac inna prace domowa i tylko nasluchuje, czy moge olac, czy jednak musze interweniowac. czy tym razem konflikt ucichnie, czy wezma sie za lby. czy jak juz sie biora za lby, biec z odsiecza, czy nie. na ogol probuje olewac, ale nie daja mi sie odciac, bo wolaja ”mamoooo”, a jak nie przyjde, to na ogol Bizon przybiega naskarzyc, ze Szkrab go uderzyl. za bicie jest kara. tylko, ze ta kara jest niesprawiedliwa, co tez mnie meczy psychicznie: jest nie fair, bo to Bizon zaczyna, podjudza (np. gwizdze Szkrabowi do ucha albo szepcze ”kutas, kutas, kutas” i ucieka z glupim smiechem), a Szkrab w zlosci wali, gdzie popadnie. Bizon jest trudniejszy w zabawie, nie chce sie ze Szkrabem dzielic, uwaza, ze tylko jego pomysly sa dobre, a jak Szkrab ma inny pomysl, to jest on glupi i albo sie Szkrab zgodzi na wersje Bizona, albo Bizon idzie sie bawic w co innego (szantazuje go…), a Szkrab rozpacza, bo chce sie bawic z bratem.
bywaja dni, ze tak jest na okroglo. bywaja dni, ze potrafia sie zgodnie bawic, ale jest to kilka chwil w ciagu dnia po jakies 30 minut.
nie wiem, czy to jest norma przy dzieciach w zblizonym wieku, czy moje dzieci sa tak trudne. w obydwu przypadkach pytanie jest: i co z tym robic?”. bo ja juz mam dosc. wszystkim wydaje sie, ze skoro nie ide do pracy, to mam cale dnie wolne, ze bycze sie, lenie, paznokcie maluje i w ogole zycie jak w Madrycie mam… a prawda jest taka, ze w czasie, kiedy dzieci sa w szkole to ja staje na glowie, zeby jednak wszystko co sie da przygotowac do lunchu, obiadu, zakupy (bo pojscie do sklepu z chlopakami to biegi miedzy polkami… – gdy mieli 2-3 lata byli normalniejsi! a teraz lapia np. za plastikowe koszyki na kolkach i robia wyscigi!). kiedys chodzilam z nimi do fryzjera, do dentysty, wszedzie, jak ogonki ich mialam i dawalam rade z nimi dwojgiem wszystko ogarnac. teraz nie daje rady, teraz staram sie robic wszystko, kiedy dzieci w szkole, bo jak ledwo wchodzimy do domu, juz na schodach, zaczynaja sie walki.
na dodatek Szkrab ma tak koszmarne pomysly, jest tak ”dowcipny”, ze czasami boje sie wyjsc z pokoju, bo czuje, ze zaraz cos zepsuje, zrzuci, urwie. dzis rano kapalam chlopakow (mieli wolny dzien), wyszlam po reczniki, a w tym czasie Szkrab rozchlapal wode z wanny na cala lazienke. wkurzylam sie, wyjelam go, i kazalm mu wszystko wyscierac. w tym czasie wzielam Bizon do pokoju, dalam mu ubrania, rozmawialam z nim, ale slysze, ze z lazienki dochodza jakies dziwne dzwieki – inne niz odglosy scierania podlogi. zagladam, a Szkrab, zamiast scierac, bawi sie zatyczka od zlewu. na dodatek zlamal wewnterzna czesc od tej zatyczki, tak, ze zlew jest zatyczka zablokowany i nie mam jej jak wyjac. wiec zlew w lazience niefunkcjonalny. tylko dlatego, ze kazalam Szkrabowi wyscierac podloge…
najspokojniej jest, jak siedze z chlopakami non stop w pokoju. wtedy Bizon nie podjudza, a Szkrab nie ma powodu, zeby go lac. ale przeciez ja nie mam dwoch dzidziusiow!!! czemu ja ich ciagle musze pilnowac???
z jednej strony ciesze sie, ze nie ida do swoich pokojow i nie zamykaja sie tam jak sobki (tak bylo w moim domu rodzinnym, kazdy sobie rzepke skrobie, w swoim pokoju, co nie sprzyjalo rodzinnemu klimatowi), ze jednak cale zycie toczy sie w ”salonie” badz jadalni, nie przeszkadzaja mi ich zabawki walajace sie w tychze pokojach (tak, pokoje chlopcow sa na ogol schludniejsze niz pokoj wypoczynkowy czy jadalnia, bo oni glownie tam spia), ale czasami mam ochote powysylac ich do swoich pokojow, niech sie tam zaszyja i niech w koncu bedzie pokoj/spokoj.
probuje roznych rozwiazan: na spokojnie, na gwaltownie, rozmowy osobno i razem, logicznie, na powaznie i z poczuciem humoru, sa kary i nagrody, a nic sie nie zmienia.
zlosci mnie fakt, ze o tym, ze Bizon w czwartek mial nauczyciela-zastepce dowiaduje sie od matki kolegi Bizona, a nie od niego. kiedy on zaczyna przy stole jakies glupowate piosenki, prosze, zeby przestal, zeby opowiedzial mi co dzis robil, co mu sie podobalo, co nie, jak tam koledzy, probuje pytac ogolnie lub szczegolowo, a on…”nie pamieta”. mowie mu, zeby takie rzeczy mi przynosil ze skzoly: ze byl inny nauczyciel, ze ktos zlamal reke (Ada), ze Wisal stal za kare za drzwiami, itd, a nie ze ja sie o tym dowiaduje od innych osob (bo im to dzieci powiedzialy, a mi oczywiscie nie…). predzej Szkrab cos opowie, zaspiewa nowa piosenke, a Bizon… on najchetniej to by sporty uprawial… ale czasamo chca mowic (na ogol o cos prosic…) i mowia jednoczesnie. co tez mnie irytuje. zatykam wtedy uszy i mowie: nic nie slysze, bo mowicie na raz”. oczywiscie to swietny pretekst do klotni, bo oni zapominaja, co chcieli powiedziec, tylko sie kloca o to, ktory powie pierwszy…
przelalo mi sie. tak mi dzis i wczoraj dokuczyli, ze ledwo psychicznie ciagne.
w takie dni, lapia mnie watpliwosci: a moze jednak blad zrobilam, ze ostatnie 7 lat poswiecilam glownie dzieciom? a moze gdybym je widziala te 2-3 godziny na dobe, lepiej bym znosila ich upierdliwosci, moze dla nich bylabym luksusowym ”produktem” a nie ta matka-szmata, ktora zawsze jest, na kazde skinienie, zawsze z gotowa kanapka, obiadkiem, przestudzona herbatka malinowa z obowiazkowa kostka cukru, czystymi gatkami podsunietymi pod nos? nie wiem juz sama.
a moze ja mam zbyt wysokie oczekiwania? moze 5-latek to dziecko, ktore wcale nie musi samo zakladac butow, a ubieranie pizamy moze mu zajmowac pol godziny?
nie pamietam siebie z okresu do 6-7 lat… wiec nie wiem, jak to ze mna bylo. wiem jednak, ze majac 4 lata zawiazywalam innym dzieciom z przedszkola buty. czyli umialam! wiem, ze co mama dala na stol, to jadlam. wiem, ze jak juz mialam te 6-7 lat mama sie ze mna nie bawila, a ja nie latalam do niej co chwile z jakas pierdola.
wiem, ze jako 7-latce mama kazala mi usypiac brata w wozku – nienawidzilam tego, ale poslusznie to robilam i uwazalam, ze tak wlasnie trzeba, ze skoro mama kaze, to ja to robie. a moje dzieci wcale tak nie uwazaja. o wszystko sa negocjacje, argumentacje, systemy kar/nagrod.
rece mi opadaja.
p.s. zeby nie bylo, ze mam tak koszmarne dzieci, dodam, ze osobno sa aniolkami – uwielbiam chwile sam na sam z jednym dzieckiem. wtedy jest sielanka.