pojsc w sina dal…

miewam dni, ze mam ochote pojsc w cholere, w sina dal.

i tak bylo dzis.

poszlam na spacer ze Szkrabem (Bizon byl u kolegi, a pozniej na taekwondo, wiec wlasciwie cale popoludnie mialam dla Szkraba), ponad godzine wloczylismy sie po parku. wrocilismy do domu, poczytalismy, Szkrab skonsumowal sernik, ja okruszki i wszystko bylo dobrze, az mnie zlapala moja ”niemoc”. nie wiem co to jest, ale w pewnym momencie zaczyna mi byc przerazliwie zimno, czuje, ze musze sie polozyc, wskoczyc pod koldre i tak jakby zresetowac. to jest chore:/ miewam takie napady raz na jakis czas i dzis mnie to wzielo.

poprosilam Szkraba, zeby sie sam pobawil i nawet sie dosc ladnie bawil. a ja lezalam, szczekalam zebami, nie moglam wstac, zeby odebrac telefon, nie moglam wstac, zeby sobie zrobic goracej herbaty – wykancza mnie niepewnosc, bo nie wiem, co to jest.

na szczescie po jakiejs godzinie rozgrzalam sie, wstalam, odgrzalam Szkrabowi obiad, podstepem nakarmilam (przy ksiazce), bo jeszcze mu apetyt nie wrocil po tej anginie. wrocil luby z Bizonem… i zaczelo sie.

Bizon wyje, ze go zab boli. a jest godzina 18.30, praktyka zamknieta, jest niby dyzurujacy dentysta, ale mialam nadzieje, ze jak dam Bizonowi Nurofen, to jakos te noc przezyjemy. tym bardziej, ze nigdy wczesniej sie na tego zeba nie skarzyl.

dalam, po pol godzinie Bizon wyje. wyje jak zarzynane zwierze. na czworakach chodzi i placze. dalam mu druga dawke. Bizon wyje… luby musi jechac do labu zakonczyc jakis tam eksperyment, bo jak nie pojdzie, to wszystko moze do kosza wyrzucic. jedzie. a ja zostaje z Bizonem wyjacym z bolu.

dziury w zebie nie ma, dziaslo nawet nie zaczerwienione, podwojna dawka nurofenu krazy, a Bizon wyje ”pomoooocyyyyyy”. dzwonie do lekarza, bo wydaje mi sie, ze to jednak nie od zeba, skoro taki silny lek nie pomaga. ale lekarz kaze mi isc do dentysty…

dzwonie do dentysty. dentysta kaze przyjsc o 21.00. o 20.00 Szkrab juz spi, lubego ciagle nie ma, a Bizon wyje. ja wyje z nim. z bezsilnosci. bo do 21.00 jeszcze godzina, bo nie mam z kim zostawic Szkraba, bo nie chce go budzic i ciagac po dentystach, kiedy on jeszcze slaby po chorobie powinien sie wyspac, bo sasiadka w pracy, sasiad pali co wieczor maryche i jemu spiacego dziecka pod opieke nie dam, bo polskie kolezanki swoimi dziecmi zajete…

w koncu Bizon z bolu i zmeczenia zasnal. luby wrocil. a ja mam zgryz: budzic Bizona i wiezc do dentysty, czy jednak pozwolic mu spac. dzwonie do dentysty, mowie jak jest, ten mowi, zeby dac dziecku spac, a jak sie obudzi nawet w srodku nocy, to zeby z nim przyjechac.

juz sie boje tej nocy.

na dodatek jutro kontrola u okulisty. juz widze, jak zmeczone beda oczy Bizona po tym koncercie, po nocy, ktora nie wiem, jak minie…

no tylko pojsc, przepasc, zapomniec…

urodzinowy dramat

Bizon dostal zaproszenie na urodziny od przyjaciela. na 1 maja. kregle!!! super, tylko, ze my w tym czasie bedziemy w Polsce. postanowilam od razu wyjasnic Bizonowi, ze niestety, ale na te urodziny nie pojdzie.

Bizon myslal, ze uda mu sie mnie ”przegadac”, proponowal, zebysmy w takim razie nie jechali do babci i dziadka! ja szybko mu to z glowy wybilam, 2 tygodnie w Polsce juz dawno temu zaplanowalismy i nie bedziemy odwolywac tylko dla 3 godzin urodzin Menno.

swoja droga, troche mnie zaskoczyla mama MEnno, bo mialam wrazenie, ze jest niepisana umowa wsrod rodzicow, ze nie urzadza sie urodzin podczas wakacji, nie tylko letnich, ale w ogole. jednak wiele rodzin wyjezdza choc na kilka dni. a tu impreza w srodku tygodnia, w srodku wakacji.

Bizon wyl, plakal, krzyczal, wsciekal sie, wiec nawet z nim nie probowalam rozmawiac, tylko go dla ochlody na schody wyslalam;) posiedzial, podarl sie z… 20 minut, mnie oczywiscie glowa rozbolala… ale nic, postanowilam podejsc do tego na spokojnie. ani slowa nie rzeklam. Bizon sie wykrzyczal, zmeczyl, oznajmil, ze jesc nie bedzie i jakby nic sie nie stalo zaczal pytac o jakies inne sprawy.

ja jednak do tematu wrocilam. chcialam, zeby wiedzial, ze rozumiem jego zal, ale ze urodziny przyjaciela, choc wazne, najwazniejsze nie sa. ze babcia, dziadek, rodzina jest najwazniejsza. i umowa tez. i jesli obiecalismy babci i dziadkowi, ze przyjedziemy, to oni na nas bardzo czekaja, ze juz sie ciesza, ze wnuki zobacza, juz sie na nasz przyjazd szykuja i byloby im bardzo smutno i przykro, gdybysmy wybrali urodziny Menno, ktore trwaja tylko kilka godzin, zamiast przyjechac do nich.

od Bizona uslyszalam, ze wakacje w Polsce sa glupie, ze nie on po polsku mowic nie bedzie.

spytalam, czy w takim razie chce spedzic te 2 tygodnie u beppe i pake, a my we trojke pojedziemy do babci i dziadka.

popatrzyl na mnie z niedowierzeniem i odpowiedzial: nie.

no, czyli sprawa zalatwiona.

luby wrocil z pracy, uprzedzilam go co sie dzialo. myslalam, ze Bizon sie ojcu poskarzy, ale nie. nic nie powiedzial. wiec i my juz do tematu nie wracalismy.

Bizonowi jeszcze obiecalam, ze jak zasluzy, to wybierzemy sie kiedys rodzina na kregle. Bizon skwaszony stwierdzil, ze tam nie bedzie kolegow… no tak, wchodzimy w ten wiek, ze koledzy zaczynaja byc wazniejsi niz mama i tata;)

ech… ile jeszcze takich cyrkow przed nami… i zeby kazdy spor udalo sie tak szybko i w miare gladko zakonczyc…

a Szkrab mnie zaskoczyl: juz dzis chcial isc do szkoly:) jutro sroda, szkola tylko do 12.30, wiec go puszcze na te kilka godzin. mi tez sie przyda kilka godzin spokoju;)

 

_______________

a swoja droga, znow widze, ze sie starzeje;) bo coraz czescie mysle w kategoriach ”za moich czasow”. i kiedy dzis Bizon tak wyl, wpadlam troche w panike, ze my te nasze dzieci zle wychowujemy, bo… bo ja bym tak do moich rodzicow nie smiala sie drzec. w takiej sytuacji, w jakiej znalazl sie Bizon w tajemnicy przed rodzicami pochlipalabym w lozku noca i na tym sie skonczylo. u nas ”dzieci i ryby glosu nie mialy” i gdy mialam 6, no prawie 7 lat, nie smialabym tak wrzesczec, wsciekac sie, pieklic i krzyczec w domu moich rodzicow.

ale to bylo… 30 lat temu. i chyba czasy sie zmienily;)

zachcianki zdrowiejacego dziecka

Szkrab ma sie lepiej. jezyk z bialego zmienil sie w purpurowo-czerwony – Szkrab twierdzi, ze go piecze i szczypie… rzeczywiscie, wyglada na obolaly. wiec nadal walka, zeby cokolwiek, nawet woda, czy lekarstwo raczyl wziac do buzi. ale apetyt sie pojawil: rano prosil o nalesniki. pogalopowalam do kuchni, nasmazylam naleznikow, a Szkrab skubnal, zaczal plakac, ze go jezyk boli i koniec. nalesniki zjadl na lunch Bizon.

pozniej Szkrab mial ochote na… zupe owocowa. az zdebialam, bo nigdy wczesniej zupy owocowej nie gotowalam (pamietam z dziecinstwa – nie nalezala do moich ulubionych). okazalo sie, ze Szkrab w szkole, z okazji urodzin juf Nel, skosztowal takiej zupy i teraz, po roku, mu sie przypomnialo. luby wrocil, wiec ja galopkiem po mrozone owoce lesne do sklepu. Szkrab mi przepis podyktowal:

musisz mamo ugotowac makaron, a pozniej dodac cukier o owoce i gotowe! Ja jednak makaron ugotowalam osobno, a do zupy jeszcze troche smietany dodalam. zupa mi smakowala. Szkrab sprobowal… i na tym sie skonczylo. dla Bizona za kwasna (no troche byla, ale lody cytrynowe tez sa kwasne, a Bizon wcina!). doslodzilam, ale dalej za kwasna:/ wiec kto zjadl zupe? ja. jak sobie ugotowalam, to zjadlam;)

najwazniejsze, ze widze poprawe u Szkraba. i ze luby juz w domu. ladnie opalony… ale ja i tak ciemniejsza;)

z lubym znow sie usmialismy, bo przez przypadek w bagazu lubego znalazly sie… moje majtki:D widocznie, gdy zbieralam pranie, wsadzilam je do koszyka z bielizna lubego, a ze czarne, to latwo pomylic, a pozniej luby wyciagnal z koszyka zlozone w kosteczke majtki i nie zwrocil uwagi, ze jedne sa jakby mniejsze;)

Bizon natomiast odkryl nowa pasje: malarstwo. siedzi i oglada albumy najslynniejszych malarzy. zaczelo sie od tego, ze w czwartek w szkole rozmawiali o van Goghu, Bizon przypomnial sobie o obcietym uchu, histioryjke opowiedzial, ku ekscytacj dzieci, a jak wrocil do domu, postanowil skopiowac reprodukcje van Gogha, jaka mamy w jadalni. w sobote otwarto znowu w Amsterdamie Muzeum Narodowe – po prawie 10 latach renowacji, co bylo oczywiscie wielkim wydarzeniem, o ktorym bebniono w wiadomosciach. jak to Bizon uslyszal, zobaczyl najslawniesze obrazy wiszace w tymze muzeum (nr 1: ”Nocna zmiana” Rembranta), zaczal przezywac sztuke, tesciu wyciagnal albumy i w koncu dziadek-wnuczek znalezli wspolna pasje:) caly wieczor i cala niedziele ogladali, szkocowali, rysowali, a dzis Bizon prace kontynuowal farbami w domu. Szkrab tez dzis dolaczyl i musze powiedziec, ze prace Szkraba sa ”pelniejsze” – nie ma ani jednej plamki bialej, wszystko jest pomalowane:)

lubie te dziela moich dzieci i zaluje, ze moge ich wszystkich zachowac…

 

a mialo byc fajnie…

w weekend mialo byc 20C.

juz widzialam siebie siedzaca w ogrodzie u tesciow, z nozkami wylozonymi wysoko, czytajaca i popijajaca kawe… dzieci mialy sie dotlenic wiejskim powietrzem, wyszalec, obiecalam Szkrabowi, ze pojde z nim na tamtejszy plac zabaw… nabralam gier planszowych, nawet karty. i co? a guzik.

pogoda polepszyla sie dzis po poludniu, wczoraj zimnica, deszcz, wiatr, 8C. dzies slonko zaczelo przeswitywac przez chmury, ale tylko Bizon sie rozerwal.

bo Szkrab podlapal angine:/ i to taka, ze paracetamol w ogole nie skutkuje, a ibuprofen lekko lagodzi jego bol. migdaly tak spuchniete, ze Szkrab tylko placze, steka, skrzeczy z bolu i zadengo ibuprofenu lykac nie chce, tabletek na bol gardla ssac nie chce, bo kazde przelkniecie sliny to bol i placz. wmusilam mu troche ibuprofenu, ktory na dodatek mi sie konczyl. lody go na nogi postawily:) opuchlizna z migdalow troche zeszla, zimno bol znieczulilo, wiec i apetyt troche wrocil, po jedzeniu sily wstapily w dziecko, a po godzinie padl:/

pojechalam do pobliskiej apteki, pani mi kity wciska, ze malym dzieciom nie podaje sie ibuprofenu… no to ja flaszczeczke po Nurofenie z torby pani podaje i mowie, ze daje sie, daje, o, taki… pani jednak nie miala, przekonywala mnie do paracetamolu, a gdy jej powiedzialam, ze to nie pomaga, wyslala mnie do lekarza. pojechalam wiec do lekarza.

wg lekarki to wirus, wiec antybiotku nie ma sensu dawac. z jednej strony ciesze sie, bo jestem przeciwko antybiotykam, z drugiej strony dziwie sie, bo jak ona tak na oko to rozpoznala? Szkrab przez dwa ostatnie dni ma temp. 38-39C… nawet po ibuprofenie nie schodzi ponizej 38C. w tutejszej praktyce lekarka na ogol kieruje sie goraczka – jest goraczka, infekcja bakteryjna, nie ma goraczki – wirusowa.

lekarka kazala mi kupic Nurofen w szpialnej aptece, a ze to lek ”podstawowy”, to recepty nie wypisala. poszlam do apteki, a tam ta sama reakcja co w poprzedniej: malym dzieciom nie daje sie Nurofenu. daje sie, daje, znow flaszeczka na lade i piluje dalej, czy moze jakis inny lek z ibuprofenem dla dzieci ma. dzieciom nie daje sie ibuprofenu. daje sie, daje, w tej flaszczece pod nazwa Nurofen, kryje sie ibuprofen… no tak, no tak, ale pani ma tylko paracetamol… no rece mi opadly.

zadzwonilam do sasiadki z dolu, ktorej syn zapalenie uszu niedawno mial, okazalo sie, ze troche jej Nurofenu zostalo, wiec mnie poratowala a Szkraba uratowala.

 

poobserwuje Szkraba jeszcze jutro i pewnie znow wybiore sie z nim do lekarza:(

i taki to byl weekend… nieprzespany, z chorym, placzacym dzieckiem.

dobrze, ze luby jutro wraca.

matczyne pytania…

chodze i pytam siebie, czy to ja mam jakies wysokie wymagania i brak zrozumienia dla ”malych” dzieci, czy moje dzieci sa tak trudne, rozhukane i potworne. jakis czas temu uzmyslowilam sobie, ze gdy dzieci byly rzeczywiscie male, bylam niej zmeczona psychicznie niz teraz, majac w domu 5 latka i prawie 7 latka.

kiedy mam dzieci w domu chodze spieta, zestresowana, jakbym podswiadomie czekala ”wybuchnie bomba, czy nie”. doszlo do tego, ze kiedy ide do toalety, oznajmiam to moim dzieciom, blagajac je, zeby przez chwile zaprzestaly walk, klotni, podjodzania i darcia paszcz. ja sobie moge blagac, a dzieci maja gleboko gdzies. i nie raz jest tak, ze siedze sobie na wc, a drzwi co chwile sie otwieraja i slysze ”mamoooo, a on powiedzial, ze jestem glupi!!!!”’, ”mamoooo, a on mnie kopnal!!!!!”, ”mamoooo………….”.

jako ze nie sa to juz niemowleta, probuje to olewac, ignorowac (choc zoladek mi sie z wscieklosci sciska) albo brac ich na logike badz humor: ”i co, mam teraz wstac z ufajanym tylkiem i rozstrzygac wasze klotnie?” – dzieci sie posmieja, a za chwile to samo.

gotowanie obiadu to bieganie miedzy kuchnia a pokojami, bo ciagle slysze albo cos co jest zabronione (np. skakanie na kanapach, lozku, czy z parapetu), albo znow sie tluka, kloca, bija i wyja.

stoje w tej kuchni/probuje wykonac inna prace domowa i tylko nasluchuje, czy moge olac, czy jednak musze interweniowac. czy tym razem konflikt ucichnie, czy wezma sie za lby. czy jak juz sie biora za lby, biec z odsiecza, czy nie. na ogol probuje olewac, ale nie daja mi sie odciac, bo wolaja ”mamoooo”, a jak nie przyjde, to na ogol Bizon przybiega naskarzyc, ze Szkrab go uderzyl. za bicie jest kara. tylko, ze ta kara jest niesprawiedliwa, co tez mnie meczy psychicznie: jest nie fair, bo to Bizon zaczyna, podjudza (np. gwizdze Szkrabowi do ucha albo szepcze ”kutas, kutas, kutas” i ucieka z glupim smiechem), a Szkrab w zlosci wali, gdzie popadnie. Bizon jest trudniejszy w zabawie, nie chce sie ze Szkrabem dzielic, uwaza, ze tylko jego pomysly sa dobre, a jak Szkrab ma inny pomysl, to jest on glupi i albo sie Szkrab zgodzi na wersje Bizona, albo Bizon idzie sie bawic w co innego (szantazuje go…), a Szkrab rozpacza, bo chce sie bawic z bratem.

bywaja dni, ze tak jest na okroglo. bywaja dni, ze potrafia sie zgodnie bawic, ale jest to  kilka chwil w ciagu dnia po jakies 30 minut.

nie wiem, czy to jest norma przy dzieciach w zblizonym wieku, czy moje dzieci sa tak trudne. w obydwu przypadkach pytanie jest: i co z tym robic?”. bo ja juz mam dosc. wszystkim wydaje sie, ze skoro nie ide do pracy, to mam cale dnie wolne, ze bycze sie, lenie, paznokcie maluje i w ogole zycie jak w Madrycie mam… a prawda jest taka, ze w czasie, kiedy dzieci sa w szkole to ja staje na glowie, zeby jednak wszystko co sie da przygotowac do lunchu, obiadu, zakupy (bo pojscie do sklepu z chlopakami to biegi miedzy polkami… – gdy mieli 2-3 lata byli normalniejsi! a teraz lapia np. za plastikowe koszyki na kolkach i robia wyscigi!). kiedys chodzilam z nimi do fryzjera, do dentysty, wszedzie, jak ogonki ich mialam i dawalam rade z nimi dwojgiem wszystko ogarnac. teraz nie daje rady, teraz staram sie robic wszystko, kiedy dzieci w szkole, bo jak ledwo wchodzimy do domu, juz na schodach, zaczynaja sie walki.

na dodatek Szkrab ma tak koszmarne pomysly, jest tak ”dowcipny”, ze czasami boje sie wyjsc z pokoju, bo czuje, ze zaraz cos zepsuje, zrzuci, urwie. dzis rano kapalam chlopakow (mieli wolny dzien), wyszlam po reczniki, a w tym czasie Szkrab rozchlapal wode z wanny na cala lazienke. wkurzylam sie, wyjelam go, i kazalm mu wszystko wyscierac. w tym czasie wzielam Bizon do pokoju, dalam mu ubrania, rozmawialam z nim, ale slysze, ze z lazienki dochodza jakies dziwne dzwieki – inne niz odglosy scierania podlogi. zagladam, a Szkrab, zamiast scierac, bawi sie zatyczka od zlewu. na dodatek zlamal wewnterzna czesc od tej zatyczki, tak, ze zlew jest zatyczka zablokowany i nie mam jej jak wyjac. wiec zlew w lazience niefunkcjonalny. tylko dlatego, ze kazalam Szkrabowi wyscierac podloge…

najspokojniej jest, jak siedze z chlopakami non stop w pokoju. wtedy Bizon nie podjudza, a Szkrab nie ma powodu, zeby go lac. ale przeciez ja nie mam dwoch dzidziusiow!!! czemu ja ich ciagle musze pilnowac???

z jednej strony ciesze sie, ze nie ida do swoich pokojow i nie zamykaja sie tam jak sobki (tak bylo w moim domu rodzinnym, kazdy sobie rzepke skrobie, w swoim pokoju, co nie sprzyjalo rodzinnemu klimatowi), ze jednak cale zycie toczy sie w ”salonie” badz jadalni, nie przeszkadzaja mi ich zabawki walajace sie w tychze pokojach (tak, pokoje chlopcow sa na ogol schludniejsze niz pokoj wypoczynkowy czy jadalnia, bo oni glownie tam spia), ale czasami mam ochote powysylac ich do swoich pokojow, niech sie tam zaszyja i niech w koncu bedzie pokoj/spokoj.

probuje roznych rozwiazan: na spokojnie, na gwaltownie, rozmowy osobno i razem, logicznie, na powaznie i z poczuciem humoru, sa kary i nagrody, a nic sie nie zmienia.

zlosci mnie fakt, ze o tym, ze Bizon w czwartek mial nauczyciela-zastepce dowiaduje sie od matki kolegi Bizona, a nie od niego. kiedy on zaczyna przy stole jakies glupowate piosenki, prosze, zeby przestal, zeby opowiedzial mi co dzis robil, co mu sie podobalo, co nie, jak tam koledzy, probuje pytac ogolnie lub szczegolowo, a on…”nie pamieta”. mowie mu, zeby takie rzeczy mi przynosil ze skzoly: ze byl inny nauczyciel, ze ktos zlamal reke (Ada), ze Wisal stal za kare za drzwiami, itd, a nie ze ja sie o tym dowiaduje od innych osob (bo im to dzieci powiedzialy, a mi oczywiscie nie…). predzej Szkrab cos opowie, zaspiewa nowa piosenke, a Bizon… on najchetniej to by sporty uprawial… ale czasamo chca mowic (na ogol o cos prosic…) i mowia jednoczesnie. co tez mnie irytuje. zatykam wtedy uszy i mowie: nic nie slysze, bo mowicie na raz”. oczywiscie to swietny pretekst do klotni, bo oni zapominaja, co chcieli powiedziec, tylko sie kloca o to, ktory powie pierwszy…

przelalo mi sie. tak mi dzis i wczoraj dokuczyli, ze ledwo psychicznie ciagne.

w takie dni, lapia mnie watpliwosci: a moze jednak blad zrobilam, ze ostatnie 7 lat poswiecilam glownie dzieciom? a moze gdybym je widziala te 2-3 godziny na dobe, lepiej bym znosila ich upierdliwosci, moze dla nich bylabym luksusowym ”produktem” a nie ta matka-szmata, ktora zawsze jest, na kazde skinienie, zawsze z gotowa kanapka, obiadkiem, przestudzona herbatka malinowa z obowiazkowa kostka cukru, czystymi gatkami podsunietymi pod nos? nie wiem juz sama.

a moze ja mam zbyt wysokie oczekiwania? moze 5-latek to dziecko, ktore wcale nie musi samo zakladac butow, a ubieranie pizamy moze mu zajmowac pol godziny?

nie pamietam siebie z okresu do 6-7 lat… wiec nie wiem, jak to ze mna bylo. wiem jednak, ze majac 4 lata zawiazywalam innym dzieciom z przedszkola buty. czyli umialam! wiem, ze co mama dala na stol, to jadlam. wiem, ze jak juz mialam te 6-7 lat mama sie ze mna nie bawila, a ja nie latalam do niej co chwile z jakas pierdola.

wiem, ze jako 7-latce mama kazala mi usypiac brata w wozku – nienawidzilam tego, ale poslusznie to robilam i uwazalam, ze tak wlasnie trzeba, ze skoro mama kaze, to ja to robie. a moje dzieci wcale tak nie uwazaja. o wszystko sa negocjacje, argumentacje, systemy kar/nagrod.

rece mi opadaja.

 

p.s. zeby nie bylo, ze mam tak koszmarne dzieci, dodam, ze osobno sa aniolkami – uwielbiam chwile sam na sam z jednym dzieckiem. wtedy jest sielanka.

 

pachnis…

polozylam dzieci spac, sprzatam kuchnie, nastawilam herbate na jutro rano dla chlopcow i cos mi pachnie… cos jakby moje perfumy… w jadalni wisi na krzesle moja bluzka i szal. pewnie one tak pachna… ale az TAK??? staram sie nie przedobrzac z perfumami… a moze to ta herbata malinowa tak ladnie pachnie? nie, najwyrazniej moje perfumy.

wchodze do sypialni (znajdujacej sie za jadalnia) a tam smrod! Szkrab mial spac (jak lubego nie ma, pozwalam mu spac w moim lozku, zeby w nocy mnie nie budzil i nie strachal jak juz w koncu zasne;)), ale zanim poszedl spac postanowil sie ”upachnic”:

– tu mamo pachniem, i tu pachniem, i tu tes (pokazuje mi rece i brzuch), tylko tu jescie nie zdazilem – podnosi spodnie od pizamki i nozki do gory zadziera

troche jestem zla, bo jak tu spac w tak upachnionej sypialni, a jednoczesnie smiac mi sie chce, jak pomysle jak by to sobie Szkrab pod pizamke psiknal;) pachnis…

ja z kolei wczesniej zapachnilam dom upieczonym chlebem: ”ziapach dobry, ale chleb nie bardzo smacny” – orzekl Szkrab. Bizonowi tez nie podszedl – zaskoczyli mnie, bo chleb slodkawy, z figami, orzechami, moze troche gliniasty, ale skorka chrupiaca. mi posmakowal bardzo. az za bardzo;) jem bez masla, bez niczego. smakuje troche jak batonik musli, ale mniej slodki, bo slodycz tylko z fig i lyzki miodu pochodzi. a te orzechy…. mmmm, nie zmarnuje sie:)

a chlopaki daly dzis popalic:/ nie wyspali sie, bo Bizon cos pokasluje i o 5 rano przyszedl poprosic o syrop, po ktorym juz nie zasnal, za to dolaczyl do mnie i Szkraba i tak sie krecil, ze w koncu nikt juz nie mogl spac:( wczesnie ich polozylam spac i cos czuje, ze i ja za godzinke odlece…

____________

i jeszcze o smichach z lubym: dzien przed jego wylotem lezymy w lozku, chichramy sie tych gatek-namiotu, a ja juz na wpolspiaca pytam:

– did you check out?  – mialam na mysli check in. luby chwile pomyslal, bo nie bardzo wiedzial o co mi chodzi, ale zalapal:

– yes, I checked out whether I checked in – odpowiedzial radosny ze swojej kreatywnej angielszczyzny:)

ech… co raz gorzej ze mna i z jezykami. co raz czesciej mieszam angielski z niderlandzkim, w polski tez wplatam nieswiadomie dziwne sformulowania, a mama, emerytowana polonistka, zalamuje rece.

o namiocie w samolocie

mam zwyczaj wsuwania lubemu do walizki niespodzianek. najczesciej sa to ksiazki z liscikiem milosnym:) ale bywa tez milka (nie znosze tejze czekolady, za to luby uwielbia:)), dropsy, mentosy, itp.

luby zawsze dziekuje, jak juz niespodzianke znajdzie, ale pozniej nie wraca do tematu, nie robi zamowien. ale wczoraj zagadal:

– jaka niespodzianke znajde w walizce?

– moje majtki – zartuje sobie i rze na calego, bo wyobrazilam sobie kontrole walizki lubego i mine pana z lotniska, gdy wyjmuje damskie majtki z bagazu lubego;)

luby chyba tez uruchomil fantazje, tez sie smieje i pyta:

– a ktore?

– jak to ktore, ten namiot, co w ciazy nosilam! – teraz juz lzy nam ze smiechu leca, bo obydwoje pomyslelismy, jaki bylby to obciach dla lubego:)

i doszlismy do wniosku, ze frywolne, koronkowe stringi nie zawstydzilyby lubego tak bardzo, jak moje ciazowe majty w rozmiarze XL:D

swoja droga, musze sie tego ”namiotu” pozbyc;)

a lubemu 3 ksiazki podrzucilam: jedna do bagazu podrecznego, dwie do walizy – ciekawe, czy juz je wygrzebal?

niespodzianki lubego i Bizona

wlasnie sie dowiedzialam, ze we wtorek luby leci do Kanady na konferencje…

niby wspominal o niej od jakiegos czasu, bo jest to ”nartowa” konferencja (wiec szwagierka leci z lubym i dawno temu online sprzet razem ogladali), ale ile razy pytalam lubego, kiedy leci, ciagle bylo ”kiedys tam”, a to za pol roku, a to za 3 miesiace… i nagle dzis zjedza szwagierka i daje lubemu torbe z rzeczami, ktore on ma spakowac do swojej walizy…

 

rece mi opadaja na to czasowo-beztroskie zycie lubego. tak, pod wzgledem planowania i informowania o moich planach (i nie tylko…) ja jestem bardziej holenderska niz luby.

_______________

Bizonek za to zaskoczyl mnie dzis pozytywnie. mowi sie, ze leki rodzicow przechodza na dzieci. a guzik prawda. wszyscy wokol wiedza, ze panicznie boje sie pajakow (moja mama, ktora boi sie myszy, zawsze kpi, gdy krzycze na widok pajaka: ”o, ta co myszy kroila;)). nie ukrywam tego, bo nie da sie ukryc.

dzis rano chodze do lazienki, a tam na srodku podlogi siedzi pajak-byk. no taki wielki… jakby specjalnie na mnie czekal! z tymi ochydnymi cienkimi nozkami przebierajacymi w powietrzu. ochyda i potwornosc!

jak wydarlam gebe….lubego nie ruszylo, dlaej spal, za to dzieci z ciekawoscia przybiegly. mowie im, ze niestety, nici z mojego prysznica, bo ja kolo tego pajaka nie przejde (i w ogole, jak tu zamknac oczy pod pryznicem, kiedy taka bestia tuz obok tylko chyha, zeby skoczyc na glowe, albo przebiec po plecach???). dzieci patrza i nie bardzo wiedza, jakby tu matce pomoc.

od niechcenia spytalam, kto zlapie pajaka i wrzuci go do ubikacji. Bizon zglosil sie na ochotnika. otworzylam ubikacje, Bizon pajaka sprawnie zlapal, wrzucil, zamknelam klape, splukalam, jescze sprawdzilam z kazdej strony, czy sie gdzies skurczybyk nie przyczepil – nie, nie przyczepil – no… co za ulga… mozna wziac prysznic!!! dzieki pomocy 6-latka!

tak, Bizon mnie zaskoczyl – ja bym w zyciu takiej bestii nie wziela do reki:/

o oszczedzaniu

od jakiegos czasu nasze dzieci dostaja od rodziny pieniadze. u tesciow jest zwyczaj, ze dzieci dostaja ”dyszke” za swiadectwo, za dyplomy plywackie, a moi rodzice na ogol daja pieniezny prezent z okazji zaleglych urodzin, imienin, dnia dziecka, itd.

pamietam, ze pierwsze 10 euro, jakie Bizon dostal na zakonczenie roku od tesciow, od razu wydal. nie bronilismy mu i stwierdzilismy, ze za swoje pieniadze moze kupic nawet to, czego my bysmy mu nie kupili (np. lego ninjago, spidermanowskie-batmanskie gadzety i inne zabawki zwiazane z walka). nie pamietam juz co sobie wtedy Bizon kupil – chyba jakis maly zestaw lego.

po 2-giej klasie, obydwaj chlopcy dostali po ”dyszce” od tesciow. luby akurat wybieral sie do ksiegarni, zeby sobie kupic ksiazki na wakacje – jak dzieci to uslyszaly, to one tez! zdziwilo mnie to, bo wczesniej slyszalam o marzeniach z powyzszego ”nawiasu” a tu ksiazki:)

ostatnio Bizonowi marzy sie nowy rower. rzeczywiscie, troche juz wyrosl ze swojego, a na dodatek przydalby mu sie rower z przerzutkami, bo sporo juz jedzimy razem po miescie i jednak jazda pod wiatr a z gorki (choc gorek u nas niedostatek;)) jest inna. za 2 miesiace Bizon bedzie mial urodziny – swietny powod, zeby dostac nowy rower. ale…

podpuscilam Bizona, zeby sobie na rower uzbieral:) policzyl to co juz jest w porfelu – 1/3 roweru. mowie mu, ze ja i tato z okazji urodzin dolozymy mu 1/3. a jak sie beppe i ciocia spytaja, co chce na prezent, niech poprosi o pieniazki na pozostale 1/3 roweru.

Bizonowi bardzo sie pomysl spodobal – codziennie liczy kase, jak znajdzie jakiegos centa, ktory ojcu z kieszeni wypadl, pyta, czy moze sobie wziac – na ogol pozwalamy – i tak oszczedza. mlodszego to troche boli, bo ma mniej osiagniec, wiec i mniej kasy, wiec ciagle tlumaczymy, ze jak bedzie mial prawie 7 lat, tak jak Bizon, to tez bedzie taki bogaty;)

od czasu do czasu Bizon pyta, czy cos mu kupie. ja juz zadnych zabawek do grudnia (Sw. Mikolaja) dzieciom nie zamierzam kupowac, bo juz miejsca w domu brakuje, wiec odpieram prosby, zeby sam sobie kupil, bo przeciez jest bogaty. wtedy Bizon z usmiechem wzdycha: ”no tak, ale jak sobie to kupie, to juz nie bede bogaty…” i trenuje silna wole i cencik do cencika, zbiera na nowy rower:)

a Szkrab Bizonowi dzielnie asystuje w codziennych kalkulacjach:)

nie poddam sie:)

wczoraj zaswiecilo slonce. juz bylam gotowa, zeby jechac na fitness, ale poszlam po rozum do glowy, klucze od roweru i torbe fintessowa zostawilam w domu, a sama zalozylam buty do biegania i pobieglam. cel byl: biec, ile sie da. bieglam godzine. pod wiatr. ja nie wiem, jak to w Holandii jest, ale zawsze jest pod wiatr – nawet w drodze powrotnej!

nie wzielam ze soba zadnej muzyki, zadnych kroko- czy dystanso-metrow. bieglam godzine.

nie bylo latwo, ale fajnie.

dzis ledwo czlapie (jednak fitness a bieganie to dwa rozne swiaty), ale i tak pobieglam: 25 minut. pod wiatr, ma sie rozumiec.

jutro ”odpoczynek” – zero biegania, bo mi sie przeje;) za to poskacze z Tomem. w piatek luby ma ze mna biec, a w sobote, jesli dozyje, pobiegne znow sama.

na razie planuje biegac tyle ile dam rade. jak juz poczuje sie w swojej skorze (bo na razie to jest walka z cialem i duchem, choc na szczescie nie z plucami – nie dysze!!! i nie lapie mnie ”kolka!” – kondycje mam lepsza niz 20 lat temu!), wtedy zaczne walczyc o km.

w Ladies Run sa dwie opcje 5km i 10km. oczywiscie ta pierwsza wydaje mi sie zbyt latwa:D a ta druga zbyt trudna;) powinno byc cos po srodku! do czerwca jeszcze troche czasu jest, wiec… nastawiam sie na dyszke, a na co sie zapisze… jeszcze nie wiem.

to bieganie to walka z sama soba. zeby nie siasc i sie nie uzalac. nie wiem, co na to moj kregoslup, szyja, glowa, wole o tym nie myslec.