zaliczylam wczoraj impreze ”Dzien Kobiet w Holandii” (jakby kogos zaciekawilo: http://www.workshopfactory.org/). jako ze nie dysponowalam calym wolnym dniem, z roznorodnych ciekawie zapowiadajacych sie warsztatow wybralam to, co memu sercu nadal najblizsze: ”Okreslanie temperamentu dziecka”.
Interesuje mnie psychologia i mimo ze staz macierzynski mam juz 6.5-letni, to nadal bywa, ze czuje sie niepewnie w roli matki. tym bardziej, ze dzieci mam tak skrajnie rozne, ze musze miedzy nimi lawirowac i niezle wysilac mozgownice, zeby unikac scysji i napietej atmosfery. im lepiej znam swoje dzieci, tym latwiej je wychowywac. dlatego, zeby ulzyc swej kobiecej doli, zdecydowalam sie wlasnie na ten warsztat:)
sam test sluzacy do okreslenia temperamentu dziecka nie byl czyms zaskakujacym,za to sklaniajacym do zastanowienia sie i pomagajacym podsumowac dziecko, dzieki czemu mozna dojsc do tego, jak tym swoim dzieckiem kierowac, czego ono potrzebuje.
to, ze moi chlopcy sa skrajnymi przeciwnosciami, to wiedzialam, a teraz mam to uporzadkowane w glowie i na papierze:
– Bizon (Baribal, niedzwiedz czarny) to ekstrawertyk, kieruje sie wiedza, faktami, racjonalista, przestrzegajacy zasad.
– Szkrab (foczka): introwertyk, kieruje sie intuicja, bladzacy w swoim swiecie fantazji, czas jest dla niego nieistotna abstrakcja.
to w bardzo grubym skrocie. po takiej analizie dostalysmy tez wskazowki, czego takie ”typy” potrzebuja, jak nimi kierowac, jak pomoc im na gruncie emocjonalnym, w szkole, w wykonywaniu zadan, jak sie z nimi dogadywac.
ja pewne rzeczy intucyjnie wylalapam i gdy jestem osobno z dziecmi, to mam na ogol pelna harmonie, spokoj i czas na ”dopasowywanie” sie do temperamentu dziecka. ale gdy jestem sama z dwojgiem, jest mi trudniej. bo raz, ze rozdwoic sie nie moge, a dwa, ze chlopcy nie majac tej wiedzy i dojrzalosci, ktora mam ja, podjudzaja sie, dzialaja sobie na nerwy, choc… w sumie te ich przeciwnosci czasami sie uzupelniaja. bo gdybym miala takich dwoch ekstrawertykow jak Bizon, to dom by eksplodowal;) ale z drugiej strony Bizon, wulkan energii lubi aktywnie spedzac czas, na podworku, szalec, grac w pilke, biegac, a Szkrab przeciwnie, najchetniej zaszylby sie gdzies w kaciku i ukladal tory. wiec musze miedzy tymi skrajnymi temperamentami lawirowac, znajdowac balans i sprawiedliwosc, bo racjonalny Bizon kazda niesprawiedliwosc wylapie w mig:) dobrze, ze uczuciowy Szkrab, dzialajacy na empatie, dostosowuje sie do potrzeb brata i nie patrzy na sprawiedliwosc.
to tyle o dzieciach.
teraz o pukntualnosci i polskiej/holenderskiej mentalnosci. bo temat ten wychodzil miedzy wierszami naszej dyskusji o dzieciach.
wg pani prowadzacej warsztaty, Polacy sa czasowo fleksybilni i niepunktualnosc jest rzecza tak normalna i powszechna, ze nie jest uznawana za bycie niekulturalnym. ponoc w Polsce to norma, ze jak sie ludzie umawiaja na 10.00, to przyjda o 10.30, ze jak jest sprawdzian na poniedzialek, to przesunie sie go na piatek, a pani zamiast oddac klasowki w srode, odda je po weekendzie. zas Holendrzy sa sztywni czasowo, przez co Polacy maja trudnosci z aklimatyzacja i musze sie tego rygoru czasowego uczyc.
zaskoczylo mnie to. niby wiedzialam, ze pod tym wzgledem jestem bardziej holenderska (niz luby np.;;)), ale z drugiej stony, nie doswiadczylam az takiego rygoru czasowego w Holandii – moze dlatego, ze pracowalam w ”specyficznym” srodowisku naukowcow, gdzie wielu z nas bylo cudzoziemcami? ale w sumie, z rodzina lubego jest podobnie, umawiamy sie na okolo 16.00, a oni przyjezdzaja o 17.00. co nie raz mnie wkurzalo, bo gdybym wiedziala, ze przyjada godzine spoznieni, to np. poszlabym z dziecmi na spacer, a tak siedzialam uziemiona i czekalam, a dzieci w domu wsciku dostawaly.
z kolei w Polsce nie doswiadczylam az takiego luzu czasowego: w podstawowce sprawdziany byly wtedy, gdy je zapowiadano, a nauczyciele oddawali nam sprawdziany czasami wczesniej niz zapowiadali. w liceum byl rygor: jak sie mi spoznil pociag i przyszlam na 2. lekcje, musialam przyniesc zaswiadczenie ze stacji, ze tego i tego dnia pociag na tej trasie byl opozniony o 45 minut. dojezdzanie pociagami do liceum nauczylo mnie tez planowania czasu na wyrost: ze lepiej ”wziac” pociag 15 minut wczesniej niz 15 minut pozniej, bo ten pozniejszy jedzie ze Szczenina, wiec ma wieksze szanse na opoznienie niz ten pierwszy, jadacy tylko z Poznania. podobnie bylo na studiach – wykladowcy byli zawsze bardzo punktualni. moze dlatego, ze czesto wyjezdzali za granice na doktoraty i post-doc??? nie wiem. w kazdym razie, i w domu, i w szkole wymagano ode mnie punktualnosci, dotrzymywania danego slowa i tak wlasnie funkcjonuje. i bardzo sie stresuje, gdy z nie mojej winy, spozniam sie lub musze odwolac cos, co juz z kims zaplanowalam.
z drugiej strony, mam dwie polskie kolezanki, ktore notorycznie sie spozniaja. i to bez powodu. bo taaaak immmm jakooos raaanek szybko zlecial… nie lubie tego. rozumiem 5-10 min spoznienia, ale 45 minut, bo dziecko niespodziewanie zrobilo kupe? to ile sie ta pieluche zmienia? wymowki.
luby zas, jest w pracy na czas tylko dzieki temu, ze odwozi rano dzieci do szkoly i ja, jak ten policjant stoje i kieruje porannym ruchem: wyciagam na czas lubego spod prysznica, pokrzykuje, ze czas myc zeby, itd…
no i nie wiem, czy to ja jestem takim polskim wyjatkiem, czy tak rzeczywiscie jest…
_____________
a na pchlim targu kupilam sobie ”Dobre dziecko” Romy Ligockiej – juz od dawna polowalam na ksiazke tej pisarki (choc chcialam zaczac od ”Dziewczynki w czerwonym plaszczyku”), ale jakos ciagle nie dane mi bylo na nia trafic;) wczoraj sama wpadla mi w rece:) czekam wiec wieczora, zeby odplynac wrod literek…