zespol Touretter’a

dzis nauczycielka Szkraba podchodzi i opowiada mi co Szkrab porabia w koleczku:

– siedzi nieruchomo, twarz jak kamien i bez mrugniecia okiem wydaje piszczace dzwieki.

na poczatku pani nie mogla rozszyfrowac, kto tak popiskuje, wiec zrobila runkde i najglosniej bylo kolo Szkraba. gdy spytala go, dlaczego tak jeczy odpowiedzial, ze… jest chory. ma zespol Tourette’a…

pani nie bardzo wiedziala co to jest… ja tak. i wiem, ze Szkrab tejze choroby nie ma. za to wiem, ze chorobe zna, bo widzial jakis czas temu pana, ktory w pociagu sobie popiskiwal. bardzo go to popiskiwanie intrygowalo, wiec mu wytlumaczylam dlaczego pan tak robi.

musze Szkraba do jakiegos teatrzyku zapisac, zeby sie dziecko tam spelnialo, a nie nauczycielce wiedze medyczna poszerzalo;)

tradycja palmowa:)

w moim domu rodzinnym, w niedziele palmowa byla tradycja prawie-zapominania palm. juz wychodzilismy, juz siedzielismy w samochodzie, czasami w polowie drogi bylismy, ale zawsze ktos sobie w ostatniej chwili przypomnial, ze palme trzeba wziac! na ogol bylo to po tym, jak zobaczylismy pierwszego sasiada wedrujacego z palma:DDD zawracalismy szybko do domu, lapalismy palmy, ktore juz dzien wczesniej przygotowane lezaly w miejscu takim ”zeby nie zapomniec”!;)

do Holandii palmy sobie nie przywiozlam. w tutejszym kosciele holenderskim, rozdawane sa galazki bukszpanu – ludzie sobie je ”pozyczaja” na czas mszy, po mszy wkladaja z powrotem do wiaderka z woda, zeby dla nastepnych wystarczylo.

odkad mamy polska parafie, od 5 juz lat (Szkrab byl pierwszym dzieckiem chrzczonym w tutejszej Polskiej Misji Katolickiej, wiec pamietam;)), co roku planuje przywiezc sobie z Polski palme. ale nici z tego, bo nie bywamy w Polsce w okresie tuz przed niedziela palmowa, a kupic palme w okolicach Bozego Narodzenia…. juz widze mine pani w Cepelii:DDD

a w tym roku tak sie zlozylo, ze tato zawital u nas na jeden dzien, tuz przed niedziela palmowa. i moja mama podala nam dwie plamy, koszyczki i baranki dla dzieci:) wczesniej do swiecenia mialam jeden koszyczek, jednego baranka (ale mi go chlopaki w zeszlym roku zjadly:D) i tyle.

od kilku dni glosilam: ”chlopaki, zebysmy tylko nie zapomnieli tych palm wziac do kosciola!”. i co? zapomnielismy!

weszlismy do kosciola, Bizon sie porozgladal, zobaczyl ludzi z palmami i szepcze: mamo! palma!

na szczescie bylismy (wyjatkowo) przed czasem i mieszkamy blisko kosciola, wiec wyslalam lubego po plamy;) i luby palmy przywiozl.

i tak to tradycji stalo sie zadosc:)

swoja droga, pan koscielny (holenderski) bedzie narzekal na te nasze polskie palmy i tradycje;) bo podloga byla niezle obsypana…

asertywnosc, egoizm, priorytety w rodzinie

za tydzien, w sobote, tesciowie obchodza 40-sta rocznice slubu. Piekna rocznica, jest co swietowac. i swietowac bedziemy. o 17.00 zaczyna sie impreza – w restauracji.

ale dzis tesciowa dzwoni, czy moglibysmy przyjechac wczesniej, bo chcialaby w koncu zdjecie rodzinne zaktualizowac. ostatnie robilismy jeszcze za czasow mojego i lubego narzeczenstwa, jakies 9 lat temu. nie, nie moglbysmy, bo o 15.30 jest u nas swiecenie pokarmow.

tesciowa drazy, czy nie moge tego odpuscic – luby, jedyny czlowiek na swiecie, ktory rozumie mnie, moje uczucia (macierzynskie, rodzinne, religijne, zawodowe, itd.), nawet bez pytania mnie o zdanie, mowi, ze nie. ze taka jest u nas tradycja, ze jest to raz w roku, ze jest to dla mnie wazne, a na zdjecie rodzinne mozemy sie z fotografem umowic za tydzien.

tesciowa marudzi, ze znowu sie trzeba bdzie ubierac, szykowac… luby jednak wspiera moja tradycje, moje potrzeby, mimo ze sam jest prostestantem i jemu katolickie ceremonie nie sa do szczescia potrzebne.

a ja siedzie jak jeden wielki wyrzut sumienia. bo znow przeze mnie cos trzeba przekladac, odwolywac… bo Boze Narodzenie spedzamy w Polsce, bo w Wielka Niedziele bedziemy u tesciow tylko na sniadaniu, bo o 13.00 mam ”swoja” msze w polskiej misji katolickiej.

co mnie podbudowuje i powoduje, ze moje wyrzuty sumienia troche maleja, to fakt, ze luby nie ma z tym moim katolicyzmem i polska tradycja najmniejszego problemu. bez problemu zgodzil sie, ze dzieci beda wychowywane w wierze katolickiej, a tesciowa bardzo to zabolalo… bo ona myslala, ze ja ”przejde” potulnie na wiare meza, tak jak ona to zrobila. luby chodzi ze mna na polskie msze, bo uwaza, ze to rodzinne wydarzenie i ze dzieci powinny widziec, ze tata podziela praktyke mamy, no i nie ukrywam, ze latwiej mi opanowac chlopakow, gdy luby stoi u boku;)

ale odbiegam od sprawy…

wiem, ze tesciowa kreci nosem, bo znow jest tak jak ja chce, bo znow polskie/katolickie tradycje… tylko, ze on nie widzi drugiej strony medalu. ze w zyciiu codziennym to ja musze sie dopasowywac do holenderskich zwyczajow, tradycji, obyczajow. musze – nie musze. ale to robie. z uprzejmosci, z kultury, z uleglosci, z poczucia, ze to ja sie powinnam dopasowac do tego kraju, a nie kraj do mnie, itd.

ona nie wie, ze np. jutro luby idzie na pol dnia do swojej protestanckiej wspolnoty i ze pol niedzieli bede samotna matka, bo on ma jakies zobowiazania w kosciele protestanckim. tesciowa nie zauwaza, ze jak sama ma jakies obowiazki w ichniejszej parafii, to tez tego nie przeklada nad rodzine, tylko te obowiazki sa najwazniejsze. tesciowa nie wie, ze zostajac u nich na sniadaniu ”wielkanocnym”, na ktorym bedzie ”to, ço zawsze”, nie zrobie tradycyjnego sniadania wielkanocnego z zurkiem, biala kielbasa, ze nie zlozymy sobie zyczen, nie podzielimy jajkiem, tak jak w moim rodzinnym domu. ze czesc tradycji odpuszczam.

 

w zeszlym roku zawiozlam tesciom pisanki – wlasnorecznie wyskrobane. uwazam, ze bardzo ladne. wiem, ze pisanki umiem ladnie ”skrobac”, bo od dziecinstwa z tata cwiczylam skrobanie zyletka slow ”wesolego alleluja”, bazi, palm, a nawet barankow. moi znajomi sa zawsze pod wrazeniem tych pisanek. a tesciowie… wzieli do reki i… nie bardzo wiedzieli co z tym fantem zrobic. nie byl to dla mnie problem, ale uzmyslowilo mi to, ze jesli chodzi o celebrowanie swiat, to i nasze rozne narodowosci, i rozne wyznania, sa calkiem rozne. mozna powiedziec, ze oni zadnych tradycji nie maja. za to wsrod Polakow, zwlaszcza katolikow, ta tradycja jest bardzo bogata. ja sie tej tradycji nie chce i nawet nie potrafie wyrzec, pozbawic. a nawet wiecej, chce, zeby moje dzieci ja poznaly. nie obchodzi mnie, czy beda ja podtrzymywaly. ale chce, zeby mialy chociaz wspomnienia.

nie mialam i nie mam wiekszych problemow z zaklimatyzacja w Holandii, z moja emigracja. jest mi tu dobrze i chyba juz nie potrafilabym odnalezc sie w polskiej rzeczywistosci. ale tak jak czytac dla przyjemnosci musze po polsku, tak jak moja komunikacja z dziecmi jest naturalna dla mnie tylko w j. polskim, tak samo swietowanie Wielkanocy w Holandii, bez mojej polskiej rodziny, bez polskich tradycji jest dla mnie troche ubogie. brakuje mi piatkowych Drog Krzyzowych, brakuje mi gorzkich zali, rekolekcji wielkopostnych, brakuje mi Tridum Paschalnego. Tego tu nie ma. A nawet jak jest (np. Tridum Paschalne),  to po holendersku/ lacienie – i mimo ze slowa rozumiem, to duchowo nie czuje tych modlitw. bo to nie jest moj jezyk. bo to inne melodie. inne piesni.

luby, mimo ze o tym za duzo nie mowie, czuje chyba moja tesknote, nostalgie, niedosyt doswiadczen duchowych. wiec bez pytania mnie, wie, ze odpuszczenie swiecenia pokarmow i mszy sw. w Wielka Niedziele byloby dla mnie bolesne.

a mi jest glupio, przykro i smutno, bo czuje jakbym stwarzala wielkie problemy. bo tesciowa bedzie musiala sie do zdjecia rodzinnego specjalnie za dwa tygodnie szykowac… przeze mnie. przez moje ”fanaberie(?)”, tradycje, ktore chce obejsc jak co roku i zaszczepic moim dzieciom. tradycje, dzieki ktorej choc troche poczuje sie w te swieta jak w domu rodzinnym. tradycje, ktorej prostestanci nie znaja, nie maja i ktore dla nich nic nie znacza.

trudno.

najwazniejsze, ze mam meza, ktory mnie rozumie, broni i uspokaja.

 

dziwne przygody…

wczoraj czekalam na wieczor, zeby ksiazke poczytac. i co? nico. plany planami, a wirusy tylko czekaja, zeby plany pokrzyzowac.

ok. 15.00 Bizon sie polozyl, zasnal. ja mialam sie bawic ze Szkrabem, zeby Bizona nie atakowal. chwile sie pobawilam, Szkrab podlapal temat – budowa fortecy. a mnie niemoc ogarnela. ok. 16.00 ja leglam ”tylko na chwilke” na kanapie, obok bawiacego sie Szkraba. ok. 18.00 uslyszalam przez mgle glos lubego, ktory wrocil z pracy.

okazalo sie, ze tak mnie goraczka znockoutowala, ze padlam. spalam snem kamiennym, Bizon to samo, a Szkrab… budowal fortece;) wiem, ze w tej goraczce konwersowalam ze Szkrabem, wiem, ze prosilam Szkraba, zeby przyniosl mi kolderke, wiem, ze mnie synus przykryl, mieszaly mi sie sny, ze slowami Szkraba, z obrazami klockow, krzesel, odplywalam, budzilam sie…

w koncu luby pomogl mi pojsc do sypialni.

obudzilam sie dzis o 8.30. wlasciwie to luby przyszedl sprawdzic, czy jeszcze zyje;) i czy moze isc do pracy, czy jestem w stanie zajac sie dziecmi.

a ja wstalam rzeska, wyspana, jak nowo narodzona:))) ponad 12 godzin glebokiego snu. najlepsze lekarstwo.

choc dzis po poludniu znow oslablam, Bizon tez. i tak sobie razem chorujemy. Szkraba zaraza na razie ominela… ale zostawilam go dzis w domu. swierdzilam, ze nic nie straci jak do szkoly nie pojdzie. za to mi bedzie latwiej, bo nie bede musiala organizowac znajomych, ktorzy by mi go ze szkoly do domu przyprowadzili. Szkrab byl szczesliwy. Nie przepada za szkola… Oby dotrwal do konca roku – wtedy pojdzie do swojej ulubionej pani.

moja choroba uratowala mnie przed wizyta szwagierki. luby pojechal do niej – przygotowuja prezentacje dla tesciow na ich impreze, z okazji 40-tej rocznicy slubu. juz za tydzien…

 

leniwy dzien

po szalonym tempie ostatnich 10 dni, nadszedl czas na dzien lenia. nie to, zebym chciala, ale cialo odmowilo posluszenstwa. nie tylko mi…

odebralam dzieci ze szkoly, nauczycielka Bizona zglosila, ze Bizon skarzyl sie na bol glowy i ze generalnie zle sie czul. powiedzialam, ze moze wiec lepiej, zeby zostal w domu. tym bardziej, ze sama ledwo czlapie. Szkrab podlapal klimaty i blagal, zebym go nie zawozila po lunchu do szkoly, ”bo mamo, mam gorocke! o, dotknij jakie ciolko goroncie!”. dobra, niech ci bedzie.

siedzimy leniwie w domu, slonko przez okno grzeje, optymizm wlewa, chlopaki… rysunkowa bajke o myszce ogladaja, a ja… marze, zeby sie ta bajka nie skonczyla.

koszule lubego blagaja o musniecie ich zelazkiem – udaje, ze nie widze.

czekam wieczora, dzieci w lozkach, ciszy, bo… ”Dziewczynka w czerwonym plaszczyku czeka”:)

 

 

dobrze-niedobrze – cena musi byc;)

mama podala przez tate sledzie z cebulka. niebo w gebie. i tak od wczoraj jadam luksus ze sloiczka. zgaga pali, ale to nic;) dawno tak dobrze przyrzadzonych sledzi nie jadlam. luby juz podejrzliwie patrzy – nie, nie o ciaze mnie podejrzewa:DDD – ”czy to jakas nowa dieta?”.

tak sledziowa:)

ale zgaga meczy, nie odpuszcza, wiec chyba za chwilke pojde spac…

tato za to, jak zwykle, kawalami sypnal. jeden zapamietalam:

spotykaja sie bociany w Afryce i pytaja sie nawzajem, jak tam w Polsce bylo, czy produktywnie:

– o tak, widzialem jak gospodarz kolyske ze strychu znosil! – mowi pierwszy bocian

– a ja widzialem, ze gospodyni brzuch sie zaokraglil, z pewnoscia to moja zasluga! – chwali sie drugi

– a ja latalem nad plebania, oj latalem… – mowi trzeci bocian

– i??? – pytaja bociany

– ale im strachu napedzilem – cieszy sie trzeci:DDD

i ja tez sie ciesze, a co;)

psycholog zaliczony

zaliczylam dzis pierwsza w zyciu wizyte u psychologa. tego z przychodni fizjoterapeutycznej. i musze powiedziec, ze bardziej mi sie pani psycholog spodobala niz fizjoterapetuka. konkretna, w moim stylu. jasno wytlumaczyla mi to, o czym wspomniala Krysia w swoim komentarzu – ze nasze spotkania maja na celu ustalenie, czy bole glowy, jakie mnie mecza moga byc spowodowane stresem, nerwica, spietymi miesniami szyi.

jest maly problem;) poniewaz sama interesuje sie psychologia i sporo na ten temat czytam, nie umiaalm tak do konca wylaczyc swojej wiedzy i poddac sie jako pacjentka;) i tak np. ja wiem, ze mam zaleczona nerwice, ktora ujawnia sie raz na kilka lat, np. podczas awantury z moim tata… ona jest zaleczona i w przyjaznym srodowisku, w jakim na codzien przebywam, zapominam, ze nerwice (zoladka) mam. i mam opory , zeby  tym pani psycholog wspominac. tym bardziej, ze ja wiem, skad ta nerwica, wiem jak unikac okolicznosci uaktywniajacych te nerwice, wiec mniej wiecej jak sobie z nia radzic.

zastanowilo mnie pytanie, od jak dawna mam te bole glowy… od zawsze. ale pani psych. podrazyla i okazalo sie, ze we wczesnym dziecinstwie tego nie mialam, ze bole glowy zaczely sie w liceum. i teraz pytanie, czy bylo to ze stresu, czy z faktu, ze spalam po 5-6 godzin na dobe, bo tyle nauki mialam? pozniej byly studia, tu mialam mniej stresu (bo liceum procentowalo) i spalam dluzej, bo na pociag o 6.15 nie musialam gnac aimprezowiczka nigdy wielka nie bylam…wtedy glowamniej bolala… wiec co to jest? stres, zmeczenie, czy jednak…kregoslup? czy wszystko na raz.

nie wiem. niech specjalisci tego dochodza. choc mam problem z calkowitym zaufaniem im a przez to otwieraniem sie i wywnetrznianiem;)

 

a jutro… dosc niespodziewanie przyjedza moj tato i brat. bo tato w Bremie sobie samochod upatrzyl;) samochod na… polowania:) przyjada wiec na jeden dzien, a wlasciwie wieczor, zeby sie przespac i w srode rano pojechac do Bremy, zalatwic formalnosci i wrocic do Polski.

ciasto upieczone:) jutro obiad jakis ”pod tate” musze ugotowac, moze ulubiona salatke taty (wielowarzywna) skroje…  mam wielka nadzieje, ze mi tato cos do czytania przywiezie:)

wczoraj i dzis polknelam ”Dobre dziecko” Romy Ligockiej. dobra ksiazka. niby lekko napisana, nie trzeba sie skupiac, zaglebiac, ale ksiazka warta przeczytania. zwlaszcza, gdy sie lubi psychologie:)

spokoj – na 3 miesiace

urodziny Szkraba 4-krotnie zaliczone:

1) szkola: muffiny z pszczolkami i nietoperzami zrobily furore:-). plastikowych wezy ”troske” baly sie ”dziecinki”, ale dlatego, ze chlopcy je ”strasili”.

2)dom – impreza polska: furore zrobil tort cukiniowy ozdobiony pszczolkami; zajecia plastyczne zainteresowaly tylko Malincie, chlopaki wolaly zjezdzalnie zrobiona ze…Szkrabowego materaca.

3) dom – dzieci holenderskie: furore zrobil tort ze zdjeciami Szkraba: ”ja bym chcial kawalek ze Szkrabem i biedronka!”, ” a ja ze Szkrabem na skuterze!”, ”a ja Szkaba z wasami z bitej smietany”, itd… myslalam, ze dzieci beda podekscytowane latawcami, jakie zamowilam do ozdabiania. no coz… chlopcy ozdobili latawce w 3 minuty, wyprobowali je w 5 minut, a pozniej bawili sie w berka;) na koniec imprezy wyciszyli sie przy torach, pociagach i zamku rycerskim. dzieki temu rodzice, ktorzy przyszli odebrac swoje pociechy zalapali sie na kawe i ciasto:)

4) dom-rodzina: klasyczne schabowe zawsze bardzo smakuja tesciowi – tym razem dostal je w paczce, bo sie rozchorowal…

padam na twarz.

moja ”fizjo” pyta, dlaczego nie zrobie jednej duzej imprezy.

dlaczego? bo nie chodzi o to, zeby impreze odfajkowac. chodzi o to, zeby solenizant byl zauwazony, a goscie dostali ”w koncu” te kawe i cos na zab i nie poczuli sie zaproszeni tylko dla prezentow, zeby byla okazja do rozmowy, a nie powierzchownego ”alles goed?”. bo chce poznac lepiej przyjaciol Szkraba, bo chce, zeby przyjaciele Szkraba poznali nas, rodzicow, bo chce im zorganizowac zabawe, a nie chaotyczne bieganie po domu.

stawiam na kontakt z ludzmi, konwersacje, smiech, zart i poswiecenie im uwagi. w tym przypadku ilosc imprez i liczba zaproszonych osob na dana impreze idzie w parze z jakoscia.

i niewazne, ze ledwo zipie. jutro niedziela – odespie:)

punktualnosc polska/holenderska a temperament dziecka

zaliczylam wczoraj impreze ”Dzien Kobiet w Holandii” (jakby kogos zaciekawilo: http://www.workshopfactory.org/). jako ze nie dysponowalam calym wolnym dniem, z roznorodnych ciekawie zapowiadajacych sie warsztatow wybralam to, co memu sercu nadal najblizsze: ”Okreslanie temperamentu dziecka”.

Interesuje mnie psychologia i mimo ze staz macierzynski mam juz 6.5-letni, to nadal bywa, ze czuje sie niepewnie w roli matki. tym bardziej, ze dzieci mam tak skrajnie rozne, ze musze miedzy nimi lawirowac i niezle wysilac mozgownice, zeby unikac scysji i napietej atmosfery. im lepiej znam swoje dzieci, tym latwiej je wychowywac. dlatego, zeby ulzyc swej kobiecej doli, zdecydowalam sie wlasnie na ten warsztat:)

sam test sluzacy do okreslenia temperamentu dziecka nie byl czyms zaskakujacym,za to sklaniajacym do zastanowienia sie i pomagajacym podsumowac dziecko, dzieki czemu mozna dojsc do tego, jak tym swoim dzieckiem kierowac, czego ono potrzebuje.

to, ze moi chlopcy sa skrajnymi przeciwnosciami, to wiedzialam, a teraz mam to uporzadkowane w glowie i na papierze:

– Bizon (Baribal, niedzwiedz czarny) to ekstrawertyk, kieruje sie wiedza, faktami, racjonalista, przestrzegajacy zasad.

– Szkrab (foczka): introwertyk, kieruje sie intuicja, bladzacy w swoim swiecie fantazji, czas jest dla niego nieistotna abstrakcja.

to w bardzo grubym skrocie. po takiej analizie dostalysmy tez wskazowki, czego takie ”typy” potrzebuja, jak nimi kierowac, jak pomoc im na gruncie emocjonalnym, w szkole, w wykonywaniu zadan, jak sie z nimi dogadywac.

ja pewne rzeczy intucyjnie wylalapam i gdy jestem osobno z dziecmi, to mam na ogol pelna harmonie, spokoj i czas na ”dopasowywanie” sie do temperamentu dziecka. ale gdy jestem sama z dwojgiem, jest mi trudniej. bo raz, ze rozdwoic sie nie moge, a dwa, ze chlopcy nie majac tej wiedzy i dojrzalosci, ktora mam ja, podjudzaja sie, dzialaja sobie na nerwy, choc… w sumie te ich przeciwnosci czasami sie uzupelniaja. bo gdybym miala takich dwoch ekstrawertykow jak Bizon, to dom by eksplodowal;) ale z drugiej strony Bizon, wulkan energii lubi aktywnie spedzac czas, na podworku, szalec, grac w pilke, biegac, a Szkrab przeciwnie, najchetniej zaszylby sie gdzies w kaciku i ukladal tory. wiec musze miedzy tymi skrajnymi temperamentami lawirowac, znajdowac balans i sprawiedliwosc, bo racjonalny Bizon kazda niesprawiedliwosc wylapie w mig:) dobrze, ze uczuciowy Szkrab, dzialajacy na empatie, dostosowuje sie do potrzeb brata i nie patrzy na sprawiedliwosc.

to tyle o dzieciach.

teraz o pukntualnosci i polskiej/holenderskiej mentalnosci. bo temat ten wychodzil miedzy wierszami naszej dyskusji o dzieciach.

wg pani prowadzacej warsztaty,  Polacy sa czasowo fleksybilni i niepunktualnosc jest rzecza tak normalna i powszechna, ze nie jest uznawana za bycie niekulturalnym. ponoc w Polsce to norma, ze jak sie ludzie umawiaja na 10.00, to przyjda o 10.30, ze jak jest sprawdzian na poniedzialek, to przesunie sie go na piatek, a pani zamiast oddac klasowki w srode, odda je po weekendzie. zas Holendrzy sa sztywni czasowo, przez co Polacy maja trudnosci z aklimatyzacja i musze sie tego rygoru czasowego uczyc.

zaskoczylo mnie to. niby wiedzialam, ze pod tym wzgledem jestem bardziej holenderska (niz luby np.;;)), ale z drugiej stony, nie doswiadczylam az takiego rygoru czasowego w Holandii – moze dlatego, ze pracowalam w ”specyficznym” srodowisku naukowcow, gdzie wielu z nas bylo cudzoziemcami? ale w sumie, z rodzina lubego jest podobnie, umawiamy sie na okolo 16.00, a oni przyjezdzaja o 17.00. co nie raz mnie wkurzalo, bo gdybym wiedziala, ze przyjada godzine spoznieni, to np. poszlabym z dziecmi na spacer, a tak siedzialam uziemiona i czekalam, a dzieci w domu wsciku dostawaly.

z kolei w Polsce nie doswiadczylam az takiego luzu czasowego: w podstawowce sprawdziany byly wtedy, gdy je zapowiadano, a nauczyciele oddawali nam sprawdziany czasami wczesniej niz zapowiadali. w liceum byl rygor: jak sie mi spoznil pociag i przyszlam na 2. lekcje, musialam przyniesc zaswiadczenie ze stacji, ze tego i tego dnia pociag na tej trasie byl opozniony o 45 minut. dojezdzanie pociagami do liceum nauczylo mnie tez planowania czasu na wyrost: ze lepiej ”wziac” pociag 15 minut wczesniej niz 15 minut pozniej, bo ten pozniejszy jedzie ze Szczenina, wiec ma wieksze szanse na opoznienie niz ten pierwszy, jadacy tylko z Poznania. podobnie bylo na studiach – wykladowcy byli zawsze bardzo punktualni. moze dlatego, ze czesto wyjezdzali za granice na doktoraty i post-doc??? nie wiem. w kazdym razie, i w domu, i w szkole wymagano ode mnie punktualnosci, dotrzymywania danego slowa i tak wlasnie funkcjonuje. i bardzo sie stresuje, gdy z nie mojej winy, spozniam sie lub musze odwolac cos, co juz z kims zaplanowalam.

z drugiej strony, mam dwie polskie kolezanki, ktore notorycznie sie spozniaja. i to bez powodu. bo taaaak immmm jakooos raaanek szybko zlecial… nie lubie tego. rozumiem 5-10 min spoznienia, ale 45 minut, bo dziecko niespodziewanie zrobilo kupe? to ile sie ta pieluche zmienia? wymowki.

luby zas, jest w pracy na czas tylko dzieki temu, ze odwozi rano dzieci do szkoly i ja, jak ten policjant stoje i kieruje porannym ruchem: wyciagam na czas lubego spod prysznica, pokrzykuje, ze czas myc zeby, itd…

no i nie wiem, czy to ja jestem takim polskim wyjatkiem, czy tak rzeczywiscie jest…

_____________

a na pchlim targu kupilam sobie ”Dobre dziecko” Romy Ligockiej – juz od dawna polowalam na ksiazke tej pisarki (choc chcialam zaczac od ”Dziewczynki w czerwonym plaszczyku”), ale jakos ciagle nie dane mi bylo na nia trafic;) wczoraj sama wpadla mi w rece:)  czekam wiec wieczora, zeby odplynac wrod literek…

(fizjo)terapia

od dluzszego czasu jestem chronicznie zmeczona. nie wazne, ze w niedziele wysypiam sie do 10.00, nie wazne, ze poloze sie wczesniej spac – wstaje bardziej zmeczona, niz kiedy klade sie spac. fitness mial byc moim lekiem na zywotnosc, relaks i odprezenie. i na poczatku byl. i w sumie nadal jest, tylko… dlaczego czuje sie tak ociezala, zmeczona, spiaca i obolala?

miesiac temu luby wygnal mnie do lekarza. co raz wiecej moich rowiesniczek choruje na raka i inne upierdliwe choroby, wiec w koncu poszlam ”sie poskarzyc” mojej pani doktor.

pani doktor po raz pierwszy mnie na serio potraktowala. nawet stetoskopem osluchala. i dokladna morfologie zalecila. morfologi wyszla… podrecznikowo idealna. wiec poczulam sie jak hipochondryczka i tak tez zostalam potraktowana podczas drugiej wizyty… 

lekarka ciagle probowala ze mnie wyciagnac, czy mam pomysly, skad to zmeczenie. podpowiedzialam kilka przyczyn, m.in. problemy z kregoslupem (kto ich nie ma…), szczegolnie w odcinku szyjnym, bole glowy, ktore mam wlasciwie codziennie – tak czesto, ze wlasciwie juz sie nauczylam z nimi funkcjonowac.

wiec pani doktor, ktora kilkakrotnie pytala, czy nie mam problemow finansowych, osobistych, alkoholowych,, czy nie mam depresji, itp (=czyli, czy sobie zmeczenia nie wymyslam;)), w koncu zdecydowala sie mnie wyslac na fizjoterapie.

fizjoterapia kojarzy mi sie z naprawianiem kregoslupa, cwiczeniami i nauka prawidlowej postawy. moja fizjoterapia to… no wlasnie, co to jest?

na pierwszym spotkaniu pani ”fizjoterapeutka” mnie przepytala: z rytmu dnia, kiedy wstaje, co robie, czy pracuje, jakie mam hobby, jak sie zaaklimtyzowalam w Holandii, czy mam znajomych, czy mam wsparcie w mezu, czy spie dobrze, itd.. po tym wywiadzie zakonczyla wizyte, poprosila wypelnic pewien formularz i przyjsc dzisiaj.

w formularzu byly pytania typu: ”czy sadzisz, ze pozbedziesz sie swoich dolegliwosci?”. ”kiedy uwazasz, ze pozbedziesz sie swoich dolegliwosci?”. w odpowiedzi postawilam znaki zapytania. bo skad ja mam to wiedziec. mam nadzieje, ze bedzie lepiej, ale czy tak bedzie i kiedy???? oddalam dzis formularz, pani nie byla zbyt szczesliwa, ze jej sie taka pacjentka bez fantazji przytrafila i probowala mi ”podpowiadac”. w koncu wyrypalam, ze nie bede zgadywac i ze nie jestem wrozka i pani sie poddala;)

dzis mnie ”obejrzala”. nic nowego mi nie powiedziala;) ja wiem, ze mam tendencje do garbienia sie, wiem, ze zaokraglam plecy, wiem, ze krzyzuje nogi, gdy siedze i pochylam szyje do przodu – ja jestem tego swiadoma. i wiem dlaczego – bo w takiej pozycji nie czuje bolu kregoslupa.

wzmocnic miesnie.. to tez wiem. ale ja wlasnie dlatego chodze na fitness. i gdy regularnie cwicze, boli mnie tylko glowa. jak nie cwicze, to lapie mnie rwa kulszowa albo ramienna albo korzonki. wiec cwicze. i miesnie mam niczym Schwarzeneger, dobrze, ze gebe mam troche ladniejsza;)

po 15 minutach sesja skonczona. pani dala mi jakies papiery – odreczny rysunek kregoslupa, generalne uwagi, opisy cwiczen. dla mnie te opisy sa zbyt ogolnikowe i niezrozumiale. i teraz nie wiem, czy mam te cwiczenia sama w domu wykonywac, czy pani je ze mna najpierw przerobi na najblizszej sesji… jutro zadzwonie i sie spytam.

do tego pani chce mnie umowic z panem, ktory sprawdzi moja kondycje i z… psychologiem.

mam wrazenie, ze jesli jest sie emigrantem i do tego niepracujacym, to jest to utozsamiane z depresja czy jakimis klopotami psychicznymi. a ja jestem szczesliwa, nie mam depresji, jestem optymistka, ktora bolaczki z siebie szybko wyrzuca i nie zatruwa sie nimi. a moja silna wola sprawia wrazenie, ze kipie energia. i tylko luby wie jak jest – nie raz wieczorem patrzy na mnie i mowi ”wygladasz na wykonczona”… i jestem (nie psychicznie, ”tylko” fizycznie). ale nie chce o tym ludziom mowic. nie chce sie uzalac. bo przeciez ja nie pracuje, wiec czym ja sie tak mecze? czy ja mam prawo byc zmeczona? nie! wiec zgrywam wulkan energii, bohaterke, zaciskam zeby, wsiadam na rower i pedaluje. bo co innego moge zrobic.

mam ochote sie z tego cyrku wycofac. wolalabym kregarza niz psychologa.

bo co ma moj kregoslup, bol glowy i zmeczenie wspolnego z psychologiem? no i to powolne tempo… dobija mnie. dwa razy juz tam bylam i w sumie… nic nie wiem. acha, wiem jedno: musimy popracowac nad tym, zeby czips byl soba, czyli czipsem. bo teraz jestem caly czas gotowa do akcji, miesnie napiete, bo jestem dla kazdego tylko nie dla siebie:/ rozwalaja mnie takie bzdury. i chyba sie z ta pania nie dogadam.